30.10.05, 17:25
W głuchych głębiach pamięci, jako przez sen, pomnę:
Jednym pętem związani wyszliśmy z gęstw lasów
Nadzy. Miałaś we włosach paprocie ogromne,Ja w ręce kij,
ubiwszy tura wśród zapasów.

Na polanie siedzieliśmy w noc przy ognisku
Spożywając czerwone, krwią dymiące mięso.
Potem ciał nagość sprzęgliśmy w dzikim uścisku...
Dwa krwawe blaski miałaś od ognia pod rzęsą.

Potem spałem, o nagie twe wsparty kolana,
I tyś spała, na ziemi wyciągnięta gołej,
Szarym, grubym powrozem do mnie przywiązana...
I leżeliśmy głusi jak zgasłe popioły.

I bezwiedni czekaliśmy w śnie rannej pory,
Aż brzask, jak inne brzaski, w niebie się uczyni,
By iść, jak szliśmy zawsze, w dzień razem przez bory
I aby w noc spać razem na liściach w jaskini.

Lecz gdym się nocą zbudził, a pomrok był głuchy,
Okiem mętnym powiodłem po iskrzącym niebie
I ujrzałem, że gwiazdy upadły, jak duchy,
Na ziemię, gdzieś za lasem... I zbudziłem ciebie...

Drżący cały, szeptałem ci o tajnym dziwie,
Dźwigając cię, by szukać gwiazd za puszcz ostępem.
Lecz tyś patrzyła na mnie, zaspana, leniwie
Wodząc po niebie okiem nieprzytomnem, tępem.

I odwróciwszy ciężko głowę, co mnie musła,
Ległaś znów, a gdym wstrząsnął cię, mruczałaś gniewna.
I pierwszy raz uczułem nagłe, że powrósła
Wiążą nas, i targnąłem cię jak kawał drewna.

Z płaczem wstałaś, pięściami przecierając oczy...
Spojrzałem krzyw na pęta i swą pięść jak z głazu,
Dotknąłem dłonią pletni, czy się nie roztroczy...
Ścisnąłem garść, szarpnąłem i pękła od razu...

I zlękliśmy się, przestrach w twarzy swej pobladłej
Czytając... Rozejrzeliśmy się z trwogą wkoło...
Z rąk struchlałych powrozy do stóp nam upadły
I długo ciężką ręką tarłem niskie czoło.

I podniósłszy konopny sznur, z palcem na ustach
Stąpałem cicho, dzierżąc cię za rękę, niemy
I wiodłem w gęstwę lasu najgłuchszą po chrustach...
A tyś szła pytająca okiem: gdzie idziemy?

I w zaroślach zwikłanych, w czarnym, dzikim jarze,
Wygrzebawszy dół w ziemi i żwirze głęboki,
Kajdany zakopaliśmy w nim jak zbrodniarze
I uciekli w ciemności spłoszonymi kroki.

Potem, podawszy sobie ręce ziemią czarne,
Rozeszliśmy się... Ległaś sama w sen na trawę,
A ja, jak gdybym deptał zgliszcza kniej pożarne,
Gnałem bez tchu przez bory na mych gwiazd obławę......

Powróciłem po długich dniach z głową zwieszoną,
Czarny, chudy, milczący... z pustymi rękoma.
Obojętnie patrzyłem na twe nagie łono
I pod drzewem jak kłoda ległem nieruchoma.

I tyś patrzyła na mnie zdumiona i obca,
Jedząc czerwoną wargą soczyste owoce...
Lecz w noc nie śpiąc dumałaś u skalnego kopca
I ja nie śpiąc minione wspominałem noce.

Zeszliśmy się północą, spod oka nawzajem
Patrząc na się, nie plotąc nagich ciał uściskiem.
Rano poszliśmy w leśny jar suchym ruczajem
I błądziliśmy długo czarnym uroczyskiem.

I, nie mówiąc nic sobie, szukaliśmy, niemi,
Jednym spojrzeniem, gdzieśmy zakopali pęta?
Lecz nie mogliśmy znaleźć poruszonej ziemi
I żadne z nas już ścieżki w puszczy nie pamięta.

Wróciliśmy z wbitymi do ziemi oczyma.
I długo w noc siedzieli z głuchą próżnią w skroniach,
Wsparci o siebie wzajem nagimi plecyma,
Z łokciami na kolanach, płacząc z twarzą w dłoniach...

/Leopold Staff/

----
pierwszy raz przeczytałam ten wiersz jako nastolatka...
i tak towarzyszy mi przez mojego życia etapy wszelkie...

macie jakieś 'swoje' ulubione wiersze?
Obserwuj wątek
    • skiela1 Re: Pęta.... 30.10.05, 17:29
      Mam duzo ulubionych wierszy,tekstow....podaje je czasami w Salonie.
      • f.l.y Re: Pęta.... 30.10.05, 17:32
        jasne...bardzo wyczerpująca odpowiedź....smile
        dziękuję...
    • rene8 Re: Pęta.... 30.10.05, 17:55
      Lubię czytac Poświatowską, Herberta i młodych "lekkich piórem" amatorów.
      Kiedyś przeczytałam kilka wierszy Cezarego Harasimowicza albo Krzysztofa
      Pieczyńskiego (wybaczcie gafe-ale nie moge sobie przypomniec)- podobały mi się.
    • grudniowe.slonko Re: Pęta.... 31.10.05, 18:01
      Wiersz... który towarzyszy mi w ‘wędrówce’ utwierdza
      mnie, w moim poglądzie na życie, że szczęścia
      nikt nam nie da, jeżeli nie znajdziemy go w sobie.


      Siedzi ptaszek na drzewie
      I ludziom się dziwuje,
      że najmędrszy z nich nie wie,
      Gdzie się szczęście znajduje.

      Bo szukają dokoła,
      Tam gdzie nigdy nie bywa,
      Pot się leje im z czoła,
      Cierń im stopy rozrywa.

      Trwonią życia dzień jasny
      Na zabiegi i żale,
      Tylko w piersi swej własnej
      Nie szukają go wcale.

      W nienawiści i kłótni
      Wydzierają coś sobie,
      Aż zmęczeni i smutni
      Idą przespać się w grobie.

      A więc, siedząc na drzewie,
      Ptaszek dziwi się bardzo,
      Chciałby przestrzec ich w śpiewie...
      Lecz przestrogą pogardzą.

      Adam Asnyk
      • rene8 Re: Pęta.... 31.10.05, 18:22
        Mądrze śpiewa ten ptaszek Słońcesmile
        • grudniowe.slonko Re: Pęta.... 31.10.05, 18:41
          Reniu... też tak myślę i cieszę się, że dane mi było
          to zrozumieć smile
          • towita Wróżenie z ręki 02.11.05, 09:03
            Sztuka pradawna, śmieszna ufność,
            Że można w naszą przyszłość wkroczyć..
            Ty w moją dłoń spoglądasz smutno,
            A ja spoglądam w twoje oczy.

            I w nich, znużonych, niewesołych,
            Spoza doznanych krzywd zasłony
            Mały kryształek, błysk przekory
            Drga leciuteńko, ubawiony.

            No proszę, wróż — nie cofnę ręki,
            Przenikaj losu zawiłości.
            Czy widzisz, ze linia rozłąki
            Spotyka się z linią miłości?

            /Anatolij Żygulin/
            • agnie_szka9 Re: Wróżenie z ręki 02.11.05, 09:21
              Często w duszy mi dzwoni pieśń, wyłkana w żałobie,
              O tych dwojgu ludzieńkach, co kochali się w sobie.

              Lecz w ogrodzie szept pierwszego miłosnego wyznania
              Stał się dla nich przymusem do nagłego rozstania.

              Nie widzieli się długo z czyjejś woli i winy,
              A czas ciągle upływał - bezpowrotny, jedyny.

              A gdy zeszli się, dłonie wyciągając po kwiecie,
              Zachorzeli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!

              Pod jaworem - dwa łóżka, pod jaworem - dwa cienie,
              Pod jaworem ostatnie, beznadziejne spojrzenie.

              I pomarli oboje bez pieszczoty, bez grzechu,
              Bez łzy szczęścia na oczach, bez jednego uśmiechu.

              Ust ich czerwień zagasła w zimnym śmierci fiolecie,
              I pobledli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!

              Chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą,
              Ale miłość umarła, już miłości nie było.

              I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga,
              By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga.

              Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata,
              By powrócić na ziemię - lecz nie było już świata.

              /Bolesław Leśmian/

              *******

              od wielu, wielu lat....i wciąż wzrusza bardzo
              • f.l.y Re: bardzo... 02.11.05, 09:52
                bardzo ciepłe są te wiersze i bardzo...bardzo....mądre.....

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka