Po kolei i w skrócie bo kondensacja wrażeń w ciągu tych kilku dni była kosmiczna

Przylecieliśmy do Charleroi tanimi liniami i oczywiście był to lot dosyć męczący, ale nic to. Zakwaterowani zostaliśmy w hotelu Mercure w Louvin la Neuve. Czyli +- w "Nowej Wilczątce"

Hotel kameralny z przyzwoitym standardem. Dowiozła nas ("nas" było 7 i ćwierć sztuki) wydelegowana część rodziny. Generalnie rodzina belgijska dzieliła się solidarnie obowiązkiem wożenia nas, bo całokształt odbywał się ok 20 km pod Brukselą. Na ich szczęście oni sami są niezwykle liczni i jest na kogo dzielić
Dnia pierwszego czyli w sobotę o 10.30 dwoma Renault Espace przyjechały pod hotel kuzynka Krysia z asystenką mojego stryja, Franią (z którą od razu sie bardzo "zakolegowałam" co miało swoje konsekwencje)
Oczywiście powiozły nas do centrum, na plac Główny i do "Siusiaczka"
Tu kawałeczk placu. Ogólnych widoków nie wklejam bo już tu bywały

A o takich doniczkach teraz marzę

Tutaj dowód na to, że socrealizm jest wiecznie żywy. Płaskorzeźba z Dworca Głónego

Dalej dwa symbole Brukseli czyli Siusiaczek i Belgijska Frytka

Ale jak o mnie chodzi to zaśliniłam się na widok sprzedawcy ślimaków czyli Escargots

Następnie pomaszerowaliśmy karnie do MIM czyli Museum Instrumentów Muzycznych gdzie dołączyli do nas kolejni dwaj kuzyni oraz para znajomych stryja (moich też)
Muzeum znajduje się w budynku XIX wiecznego angielskiego sklepu z ekskluzywną odzieżą
I jest niezwykłe

W trakcie obiadu na dachu muzeum Francine przyznała mi się, że tego wieczoru w jej miejscowości odbędzie się słynna Kawalkada, czyli przejazd z pochodniami konnych jeźdźców i pojazdów, główną ulicą. Oczywiście do tego jarmark, sztuczne ognie i bal uliczny. Zrobiłam oczy Krowisi i zostałam zaproszona. A że w jej samochodzie były jeszcze 3 wolne miejsca to zabrały się z nami dwie młode i jedna tylko trochę mniej młoda, z "nas". Aleotympotym

Nota bene bardzo łatwo zapamiętać nazwę miejscowości. Wavre, nawet czytane Ławr, jak by nie było brzmi prawie po naszemu.