Dodaj do ulubionych

granice wychowywania cudzego dziecka…

02.02.10, 22:55
Tak mi sie nasunelo w zwiazku z jednym niedawnym watkiem. Dwa, trzy
albo cztery stanowiska (do uzupelnienia):

1. Ja nie wychowuje, ja sie nie wtracam, to nie moje dziecko
2. Nie chce go / jej na oczy ogladac, bo to niedobre dziecko
3. Na glowie staje, sprzatam, gotuje, a on / ona wciaz fochy
stroi i nikt mnie nie docenia

Ja od poczatku walcze jak wyposrodkowac miedzy tymi pozycjami. Bo
jestem z facetem, ktory jest ojcem nieznosnego szesciolatka i chce z
nim byc. Z ojcem, nie z szesciolatkiem, ale szesciolatka nie da sie
wyeliminowac. Ja Malego nie wychowuje, to nie moje dziecko, ale...
spedza w moim / naszym domu sporo czasu i mam z nim bezposredni
kontakt. Mam tez na niego jakis wplyw. Nie zgadzam sie na to, aby
moi znajomi / goscie / przechodnie traktowali mnie nieuprzejmie i z
buta. Tym bardziej nie pozwole sobie, aby malolat, ktory spedza w
moim / naszym domu prawie wszystkie weekendy zachowywal sie
niegrzecznie, nie sprzatal po sobie i spodziewal sie, ze zawsze
bedzie wygrywal.

Zatem: ja go nie wychowuje, ale on mnie tez nie. Jego zjawienie sie
w moim zyciu nie oznacza, ze zrezygnuje z wygrywania w karty, ze
pozwole sie zle traktowac gowniarzowi, bede tolerowac glupie
zachowania ze strony niby ukochanego mezczyzny i ze bede sprzatac po
wszystkich. A na drzewo. Ja akceptuje nietypowa i troche trudna
czasami sytuacje tzn bycie macocha, bycie z facetem, ktory jest
weekendowym ojcem. I w ostatnia sobote zamiast isc na impreze
jezdzilismy po lekarzach, chociaz mi sie nie chcialo. Ale nie
przestaje byc soba, normalna osoba. Ktora jest grzeczna i wymaga
grzecznosci od innych. Od panci w sklepie i od nerwowego
szesciolatka z zapaleniem ucha.

Podsumowujac: chyba nie da sie nie wychowywac pasierba. Tzn, ja na
poczatku bylam pewna, ze to nie moj interes. Ale zdalam sobie
sprawe, ze najzwyczajniej broniac swego terytorium jakos na niego
wplywam, a zatem (mimo woli) wychowuje. Scieli lozko, sprzata ze
stolu (a kto niby ma to za niego robic?!) i.... nie wiem skad
zamiast obrazic sie na te nadmierne wymaganie wciaz wraca radosny
jak skowronek (a moze jego mama jeszcze gorsza rura niz ja?). Ja od
niego wymagam grzecznosci PRZYNAJMNIEJ w stosunku do mnie, inaczej
sobie nie wyobrazam, w koncu ja to ja. nie byle co wink

Pamietal jak mial cztery lata i ryczal, bo mu nie dalismy wygrac w
cos. Troche sie podsmiewalismy, a troche zapewnialismy, ze
nastepnym razem wygra. Dzis gramy w proste gry, zawsze ktos
wygrywa, ktos przegrywa i wszyscy sie z tego smiejemy. Czasem maja
sztame przeciwko mnie, a czasem ja z Malym knuje za plecami eNeMa.
Nie jest to raj na ziemi, bycie macocha to nie jest rozkoszne
przedsiewziecie, ale chyba moze byc normalnie. Grzecznie, z
szacunkiem wzajemnym i bez wiekszych jazd. Mniejsze zawsze bede.

Moze jeszcze da w kosc jako nastolatek, ale na razie wydaje mi sie,
ze sytuacja jest pod kontrola.

Mysle ze nie mozna przestac byc soba, nie mozna dac sie ponizac,
przelykac niegrzecznych zachowan – czy to ze strony dzieciaka czy
jego rodzicow. Jestesmy macochami, ale to nie oznacza osobami do
pomiatania i ignorowania przez nieletnich z tzw ‘rozbitych rodzin’.
Tak nas beda traktowac jak sie damy traktowac, a stawianie granic to
juz jakies tam wychowywanie....
Obserwuj wątek
    • marusia1 Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 02.02.10, 23:03
      konstancja16 napisała:

      > Mysle ze nie mozna przestac byc soba, nie mozna dac sie ponizac,
      > przelykac niegrzecznych zachowan – czy to ze strony dzieciaka czy
      > jego rodzicow. Jestesmy macochami, ale to nie oznacza osobami do
      > pomiatania i ignorowania przez nieletnich z tzw ‘rozbitych rodzin’.
      >
      > Tak nas beda traktowac jak sie damy traktowac, a stawianie granic to
      > juz jakies tam wychowywanie....
      >
      >
      Otóż to!!!
      Ja wprowadziłam na samym początku zasady i konsekwentnie wymagam. A to oznacza
      walkę. Niestety. Tylko, że mój pasierb skończył już 14 lat, ma prawie 2 m
      wzrostu i musi wiedzieć kto rządzi. A porządzić to on by chciał. I wciąż z
      poparciem dziadków. Niereformowalnych jak się okazaó.
    • nsc23 Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 02.02.10, 23:11
      Konstancja,
      zgadzam sie z Toba w calej rozciaglosci.
      Od jakiegos czasu jestem macocha na odleglosc (i mowiac szczerze to tesknie za
      mala i chetnie bym sie kiedys te 10 godzin w autobusie potlukla, zeby spedzic z
      nia ze dwa dni), ale jak mieszkalismy blizej malej i ona u nas bywala, to
      oczywiscie nie dalam sobie na glowe wchodzic.
      ALE - dokladnie takie same zasady stosuje do wszystkich ludzi, ktorzy sa w
      naszym kregu blizszych lub dalszych znajomych. Lacznie z tym, ze kiedys rekoma
      Grubego i jego kuzyna wyrzucilam pewnego kolesia od nas z mieszkania z zakazem
      powrotu. U nas w mieszkaniu sa pewne zasady, ktorych sie przestrzega - jezeli
      komus sie nie podoba, to drzwi sa tam (w przypadku akurat tego kolesia chodzilo
      o zasade szacunku dla kobiet i dla mojego kraju - koles myslal, ze ja zartuje i
      ze moze sobie po mnie i po Polsce bezkarnie jechac, bo jest facetem - mina na
      jego twarzy jak wylecial za drzwi - bezcenna).
    • mileu Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 03.02.10, 07:45
      mam ochote wydrukowac post konstancji, oprawic i nosic ze soba
      wszedziesmile
    • filetta Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 03.02.10, 08:40
      konstancja16 napisała:

      >
      > Mysle ze nie mozna przestac byc soba, nie mozna dac sie ponizac,
      > przelykac niegrzecznych zachowan – czy to ze strony dzieciaka czy
      > jego rodzicow. Jestesmy macochami, ale to nie oznacza osobami do
      > pomiatania i ignorowania przez nieletnich z tzw ‘rozbitych rodzin’.
      >
      > Tak nas beda traktowac jak sie damy traktowac, a stawianie granic
      to
      > juz jakies tam wychowywanie....

      Równiez jestem za budowaniem wzajemnych relacji z pasierbem/icą na
      ogólnie przyjętych zasadach, tak aby dwie strony były szanowane.
      Natomiast to, na kogo wychowują rodzice tego małego człowieka to juz
      nie moja sprawa. W praktyce nie mozna się całkowicie odciąć od
      kwestii kulturalnego zachowania czy wykonywania obowiązków przez
      młodych, chocby ze wzgledu na własny dyskomfort, ale ich stosunek do
      innych osób, obowiązków domowych czy zasad współżycia w gronie
      bliskich osób nie będzie mi spędzać snu z powiek.

      Jak najbardziej, Konstancjo, popieram to, co robisz. Dlatego, że ja
      robię to samo. W moim domu wymagam wielu rzeczy od moich mężczyzn i
      nie ma "zmiłuj sie, kobieto". Ale z tego, co opowiada nasz mały, to
      w domu rodzinnym nie robi nawet 1/1000 tego, co robi w naszym domu.
      I ma pozwolenie na fochy, krzyki i pyskówki - to akurat wiem z
      telefonów z pretensjami od jego mamy - niby, że my go tak
      rozpieszczamy - tylko, że ja od niego nie usłyszałam ani jednej
      pyskówki, mąż twierdzi, że również nie. Dziecko rosnie w dwóch
      domach o raczej przeciwnych poglądach, jesli chodzi o zasady
      współżycia, sposób życia i bycia i wychowanie młodego człowieka.
      Który zwycięży? Czym ta skorupka za młodu nasiąknie? Tym czy tamtym?
      • filetta Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 03.02.10, 09:05
        Zapomniałam dokończyć smile
        ... Tym czy tamtym? Szczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi. Brzydko
        z mojej strony, wiem, ale nie będę z siebie robic cierpiętnicy czy
        siłaczki w imie wychowania nie mojego dziecka.
    • elakuz Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 03.02.10, 09:17
      mysle, ze nalezy zachowac rownowage miedzy punktem 1 a 3 z naciskiem
      na 1. Nie da sie zupelnie nic nie robic "przy dziecku" chociazby
      jakis obiad dla wszystkich wiec i dla dziecka.
      Twoj post powinien byc instrukcja dla nowych macoszek na tym forumwink
    • karolana Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 03.02.10, 10:07
      Wydaje mi się, że dziecko jest wychowywane w każdym środowisku, w którym
      przebywa. Czy to dom matki/ojca z którą/którym mieszka na stałe, czy dom rodzica
      "dochodzacego", czy przedszkole, żłobek czy szkoła, wszędzie obowiązują jakieś
      zasady.
      I też wszystko zależy od relacji panujących w danym układzie, od ilości czasu,
      jaki spędza się z dzieckiem męża/partnera.
      Na samym początku stałam na stanowisku "to nie moje dzieci, ja mogę podać
      jedzenie, kupić zabawkę, pobawić się chwilę, ale od wychowania są rodzice". Niby
      czytelny układ. Ale rzeczywistość pokazała mi, że jako macocha in spe, byłam
      bardziej od wychowania dzieci niż matka biologiczna.
      Dzieci mają pewne potrzeby. Jeśli te potrzeby nie są zaspokajane przez rodzica
      biologicznego, dziecko garnie się do innej osoby dorosłej, do macochy lub ojczyma.
      Zatem to do mnie dziecko przychodziło ze stłuczonym kolanem, mnie zwierzało się
      z tego, co boli, mnie chwaliło się osiągnięciami i mnie żaliło na porażki. Do
      mnie przychodziło po wiedzę i przytulenie.
      W takiej sytuacji nie ma możliwości powiedzenia "nie moje dziecko, nie będę
      wychowywać". Udzielając informacji, chwaląc za sukcesy, ganiąc za błędy
      wychowuję. Czy tego chcę, czy nie.
      No i, ku wielkiemu oburzeniu niektórych, stwierdzam, że tak, wychowuję dzieci
      mojego m. Wychowuję je w każdy możliwy sposób i za pomocą każdego możliwego kanału.
      Kiedyś zastanawiałam się czy przekraczam granice. Na pewno. Ale teraz jakoś mnie
      to przestało obchodzić. Dzieci są szczęśliwe, mnie z tym też jest dobrze. I
      chyba chodzi o to żeby wypracować własne zasady dostosowane do sytuacji, a nie o
      to żeby stosować się do zasad wypracowanych przez innych ludzi w innych
      okolicznościach życiowych.
      Pozdrawiam.
      • elakuz Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 03.02.10, 11:48
        ale do tego trzeba dojrzec i tego trzeba chciac. Super, ze "twoje"
        dzieci moga na ciebie liczyc.
        Do mnie tez zaczela mala przychodzic ze swoimi malymi i wiekszymi
        problemami, ale ja nie umiem sie przelamac i nawet nie wiem, czy
        chce. Wiem, ze ona mnie potrzebuje, sam ojciec juz jej nie
        wystarcza. Pewnie nie jestem odpowiednia osoba do tej roli.
      • filetta Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 03.02.10, 13:15
        karolana napisała:

        > I
        > chyba chodzi o to żeby wypracować własne zasady dostosowane do
        sytuacji, a nie
        > o
        > to żeby stosować się do zasad wypracowanych przez innych ludzi w
        innych
        > okolicznościach życiowych.
        > Pozdrawiam.
        >
        Chyba właśnie o to chodzi smile
    • koni42 Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 03.02.10, 12:45
      4) Robie swoje. Staram sie nie wtracac w wychowanie, ale dorzucam
      swoje <<5 gr>>, kiedy dotyczy to bezposrednio mnie czy moich dzieci.
      Maz zawsze sie mnie pyta o zdanie w kluczowych momentach i ja jestem
      obok, zeby mu doradzic. Nie strzelam fochow, kiedy i tak zrobi po
      swojemu. Tego samego oczekuje od niego w jego relacji z moja corka.
      • tamaryszek04 Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 03.02.10, 18:51
        Konstancjo, pięknie to wszystko napisałaś smile Elakuz pisze, że to powinna być
        instrukcja dla nowych macoszek. Ja tam jestem „starą” macochą, ale czasami takie
        słowa, jak Konstancji są bardzo budujące w chwilach, gdy jest ciężko. Podobał mi
        się zwłaszcza ten fragment:” Mysle ze nie mozna przestac byc soba, nie mozna dac
        sie ponizac,
        przelykac niegrzecznych zachowan – czy to ze strony dzieciaka czy
        jego rodzicow. Jestesmy macochami, ale to nie oznacza osobami do
        pomiatania i ignorowania przez nieletnich z tzw ‘rozbitych rodzin’.
        Tak nas beda traktowac jak sie damy traktowac, a stawianie granic to
        juz jakies tam wychowywanie....” Chyba to sobie wydrukuję smile
        Szkoda tylko, że będąc macochą, przynajmniej w moim przypadku wiecznie się muszę
        zastanawiać, jak napisała karolana, czy nie przekraczam granic. Bo z własnym
        dzieckiem sprawa jest prostsza. Ja wiecznie borykam się z wewnętrznym dylematem,
        gdy skarcę któregoś z moich pasierbów, czy dobrze postąpiłam. I zawsze łapię się
        na tym, że z własnymi dziećmi tak nie mam. A w obliczu przykrości jakie mnie
        ostatnio spotkały, to już zupełnie się pogubiłam. Przytoczony przeze mnie
        fragment słów Konstancji, chyba jednak „naprostował mój kręgosłup” i dodał
        pewności siebie, która gdzieś mi się po drodze zagubiła.
        • konstancja16 Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 03.02.10, 20:32
          przemowily przeze mnie LATA (juz trzy i pol) doswiadczen, dlugie
          godziny zaciskania zebow i niezliczone male i wieksze wybuchy.

          ja przeciez nie lubie dzieci, nie chce sie wtracac i jak mowie 'bo
          twoj syn to...' to NM juz wie, ze nic dobrego po tym nie nastapi.
          silujemy sie i przepychamy na codzien. tzn, glownie w weekendy, bo
          Maly jest u nas w weekendy.

          ale jakis czas temu, NM, lekko zadumany, ze zdziwieniem
          stwierdzil: 'bo ty nawet sobie nie zdajesz sprawy jaki masz wplyw na
          Malego'. i... zastanowilam sie. przypatrzylam sie przykladom, ktore
          przytoczyl. mimo woli mam wplyw, bo widzi mnie czesto i musi ze mna
          jakos wytrzymywac. widzi nasze zycie rodzinne i chyba (mimo starc)
          na swoj sposob je lubi.

          scenka okoloswiateczna: jedziemy sobie samochodem i zameczeni
          pytaniami przez caly dzien poprosilismy go, zeby na chwile zamknal
          dziob. obrazil sie i przestal sie odzywac. a za jakis czas slychac
          z tylu jakies zawziete liczenie pod nosem: raz, dwa, trzy,
          cztery.... dlugo to trwalo, ale w koncu wypalil: 'bo moja rodzina
          sklada sie z szesnastu osob'. wcialo nas lekko, ale poczekalismy na
          wyliczanke: tata, konstancja, piec psow (istotnie jest menazeria u
          dziadkow), babcia, dziadek, Blondi, Felek (przyjaciele eNeMa), ich
          coreczki... itede.

          taki honor mnie spotkal, ze sie przed psami na liscie znalazlam ;-
          ))) chyba dzieki temu, ze bylo to po intensywnym tygodniu
          swiatecznym we trojke 24x24....
          • konstancja16 Elakuz, 03.02.10, 21:28

            doczytalam Twoj drugi post.

            >>ale do tego trzeba dojrzec i tego trzeba chciac. Super, ze "twoje"
            dzieci moga na ciebie liczyc.
            Do mnie tez zaczela mala przychodzic ze swoimi malymi i wiekszymi
            problemami, ale ja nie umiem sie przelamac i nawet nie wiem, czy
            chce. Wiem, ze ona mnie potrzebuje, sam ojciec juz jej nie
            wystarcza. Pewnie nie jestem odpowiednia osoba do tej roli.

            wiesz co? nikt sie nie urodzil do roli macochy. i chyba nie musisz
            na sile zajmowac sie problemami Malej. ma ojca. nic na sile.

            chyba najwazniejsze jest, aby niczego przed nikim nie udawac. ani
            macoszki zaangazowanej ukrywajac ziewanie i zniecierpliwienie ani
            macoszki obojetnej ukrywajac niesmiale zainteresowanie dzieciakiem.

            nie chce sie wymadrzac, ale jestem na etapie plytko-srednich
            przemyslen (nie glebokich) i uwaznych obserwacji. kurcze, ja nie
            musze sie angazowac jak nie mam ochoty. nie musze ogladac
            kreskowek, ktore mnie nie interesuja. ale staram sie tez nie
            okazywac demonstracyjnie niecheci i nie wrzeszczec 'spadaj stad' jak
            mi Maly chce cos opowiadac. ale nie mam stresu, zeby
            odpowiedziec 'nie wiem'. 'nie bede teraz ogladac twoich dziel
            sztuki'. 'zapytaj lepiej tate'. ale wszystko na spokojnie.

            Elakuz, nie chcesz napisac troche wiecej o calodobowym
            macochowaniu? ciekawa jestem, to jednak inne wyzwanie niz
            sporadyczne kontakty... uciekasz z krzykiem, zamykasz sie w sobie
            czy jak?

            ja sie boje, ze Maly to do nas trafi na stale jak bedzie zbuntowanym
            nastolatkiem... i to co teraz to miodzio w porownaniu z taka
            perspektywa.
            • chalsia Re: Elakuz, 03.02.10, 22:08
              > ja sie boje, ze Maly to do nas trafi na stale jak bedzie zbuntowanym
              > nastolatkiem... i to co teraz to miodzio w porownaniu z taka
              > perspektywa.

              dziecko jak walizka- co włożysz to wyjmiesz. Jakoś na Twoim miejscu nie
              obawialabym się tego momentu.
              smile
              • konstancja16 Re: Elakuz, 03.02.10, 22:34

                chalsia napisała:

                > dziecko jak walizka- co włożysz to wyjmiesz.

                hm. ladne staropolskie przyslowie. tylko nijak sie sprawdza nawet w
                stosunku do rodzicow, a co dopiero w stosunku do weekendowych
                macoch. nie bede liczyc na ludowe madrosci w tym wzgledzie... wink
                • chalsia Re: Elakuz, 04.02.10, 08:26
                  > hm. ladne staropolskie przyslowie. tylko nijak sie sprawdza nawet w
                  > stosunku do rodzicow, a co dopiero w stosunku do weekendowych
                  > macoch.

                  mylisz się. Tak się dzieje b. często o ile nie w większości przypadków.
                  Gdyby było inaczej - nie powstaloby to przysłowie.
            • elakuz Re: Elakuz, 04.02.10, 09:48
              calodobowe macochowanie to jazda bez trzymanki. Jakis kosmita
              pojawia sie w twoim uporzadkowanym, wysporzatanym domku, wybiera
              sobie pokoj, mebelki i po weekendzie nie znika. Zostaje on (kosmita)
              szkola, dodatkowe zajecia, lekcje, obiadki na czas, pranka itp.
              Do tego wszedzie wlezie i ciagle ja slychac.
              Teraz powaznie. Zdecydowalam sie na macochowanie i dalej nie wiem,
              czy dobrze zrobilam. Mala jest znosna, umie sie zachowac, ustawiona
              przez ojca do pionu jeszcze za czasow odwiedzin weekendowych.
              Glownie ojciec sie nia zajmuje, chociaz dzieki jego konsekwencji
              jest coraz bardziej samodzielna. Nie chce chodzic do matki i to nas
              martwi, nie mowilmy zlego slowa o jej matce, nie przekupujemy ja
              prezentami, aby nie bylo, ze u ojca ma wszystko. Jak zbliza sie
              weekend ( ma 2 weekendy z matka + 2 dni w tygodniu po szkole w te
              weekendy w ktore jest u nas), to tylko wymysla, co zrobic, aby nie
              pojsc. Ostatnio byla bardzo "chora", nawet chciala brac lekarstwawink
              Staramy sie z M miec czas dla siebie, jakas knajpka, kino czy
              spotkanie ze znajomymi.
              Czasem jednak czuje, ze sie dusze, chcialabym miec czas dla siebie,
              spokoj a tu ciagle dziecko.
              Wczesniej moje mieszkanie wydawalo mi sie odpowiednie, teraz jest za
              male ( 74 metry, ale tylko 3 pokoje, w tym 1 polaczony z kuchnia)
              W ostatni weekend mialam ja + 3 innych dzieci (kolezanki) na 3-4
              godziny. Dla prawie kazdej matki to normalne, ze dziecko zaprasza
              rowiesnikow ale nie dla mniewink
              Tobie moze bedzie latwiej, bo masz z malym kontakt od poczatku,
              chyba "wasza eks" jest ok, czego nie mozna powiedziec o "naszej",
              Maly cie lubi i zna, no i moze ty nie masz skazy na psychice
              pt. "zadnych dzieci".

              "Miłość to triumf wyobraźni nad inteligencja"
          • karolana Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 04.02.10, 08:20
            konstancja16 napisała:
            > ale jakis czas temu, NM, lekko zadumany, ze zdziwieniem
            > stwierdzil: 'bo ty nawet sobie nie zdajesz sprawy jaki masz wplyw na
            > Malego'. i... zastanowilam sie. przypatrzylam sie przykladom, ktore
            > przytoczyl.

            I to jest też to, co we mnie zmieniło podejście do Dzieci.
            Czasem jeszcze mam takie akcje, że "a rób sobie co chcesz, w końcu to TWOJE
            dzieci i JEJ, a nie moje", ale generalnie zmiana nastawienia zaczęła się w
            momencie, kiedy m zwrócił mi uwagę na to, ile Dzieci ze mnie biorą oraz ile dają
            same z siebie.

            elakuz napisała:
            > Do mnie tez zaczela mala przychodzic ze swoimi malymi i wiekszymi
            > problemami, ale ja nie umiem sie przelamac i nawet nie wiem, czy
            > chce. Wiem, ze ona mnie potrzebuje, sam ojciec juz jej nie
            > wystarcza. Pewnie nie jestem odpowiednia osoba do tej roli.

            Nie wiem, jakoś nie potrafiłam oprzeć się bezinteresownemu uczuciu Dzieci, nawet
            jeśli są mi biologicznie obce smile Nawet pomimo zazdrości, że m ma dzieci, a ja
            nie, pomimo zazdrości, że jakaś inna kobieta dała Mu to, czego ja nie dam. Ale
            to są po prostu fajne, mądre Dzieciaki. Bywa ciężko, ale przecież to nie Dzieci
            wina, że taka jest sytuacja.
            Może Twoje słowa, że nie wiesz czy chcesz się przełamać są tu kluczowe? Może
            warto się zastanowić co Tobą kieruje? Mną kierowała właśnie ta zazdrość. I nie
            myśl o sobie, że się do czegoś nie nadajesz smile
            • elakuz Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 04.02.10, 09:21
              problem jest we mnie, bo jak juz pislaam nie lubie dzieci. Mam
              siostre i kilka kolezanek, ktore maja dzieci i one wiedza, ze mozna
              do mnie zadzwonic w nocy z kazdym problemem, moge pedzic samochodem
              przez 4 godziny, bo ktoras mnie potrzebuje, ale nigdy przenigdy nie
              zostane z ich dzieckiemwink Sama na dzieci sie nie zdecydowalam i nie
              zaluje. Nie kazdy sie sprawdza w roli matki a jak widac dookola
              wiele kobiet sie nie sprawdza.
              Nie jestem zazdrosna o mala, staram sie byc dla niej kolezanka,
              matka nie bede nigdy. Zdecydowalam sie na role macochy, bo mam
              madrego chlopa, ktory mnie zna (nie oczekuje cudow) i ktory umie byc
              ojcem dla malej.




              karolana napisała:

              > Nie wiem, jakoś nie potrafiłam oprzeć się bezinteresownemu uczuciu
              Dzieci, nawe
              > t
              > jeśli są mi biologicznie obce smile Nawet pomimo zazdrości, że m ma
              dzieci, a ja
              > nie, pomimo zazdrości, że jakaś inna kobieta dała Mu to, czego ja
              nie dam. Ale
              > to są po prostu fajne, mądre Dzieciaki. Bywa ciężko, ale przecież
              to nie Dzieci
              > wina, że taka jest sytuacja.
              > Może Twoje słowa, że nie wiesz czy chcesz się przełamać są tu
              kluczowe? Może
              > warto się zastanowić co Tobą kieruje? Mną kierowała właśnie ta
              zazdrość. I nie
              > myśl o sobie, że się do czegoś nie nadajesz smile
              >
              • tamaryszek04 Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 04.02.10, 10:49
                Ja tam problemu nie widzę i myślę, że sama sobie odpowiedziałaś. Nic na silę.
                Ona ma mamę więc nie musisz jej zastępować. Wystarczą poprawne stosunki. Moim
                zdaniem to całkiem poprawny układ.
              • karolana Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 04.02.10, 10:57
                No wiec faktycznie, jak napisala Tamaryszek - matka byc nie musisz,
                jesli nie ma agresji i olewactwa jest moim zdaniem dobrze smile
                Zwlaszcza, ze tatus potrafi stanac na wysokosci zadania.
                Moze nie warto sie przejmowac? Moze jak mala podrosnie i Wasze
                relacje beda mogly byc bardziej "kolezenskie" bedzie to uklad
                bardzieuj dla Ciebie satysfakcjonujacy i ciekawy?
                Powodzenia.
                • tamaryszek04 Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 04.02.10, 12:34
                  Dokładnie tak samo myślę smile
    • cleopa Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 04.02.10, 17:16
      to nie takie proste smile zobaczysz jak 6 latek bedzie mial ..lat
      16,16 ...
      • konstancja16 duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze.... 04.02.10, 20:18
        Elakuz,

        ja to znam. ja tez nie lubie dzieci. jeszcze nie wiem czy na pewno
        nie chce swoich, bo to jednak (chyba) co innego. ale nie znosze tej
        calej infantylnej otoczki, wrzaskow, podspiewywania o poranku,
        powolnego wciagania tych cholernych rajstop, rozlewania, marudzenia
        przy sniadaniu, stu pytan na minute... tez sie dusze czesto i z
        utesknieniem oczekuje poniedzialkow...

        ostatnio sie okropnie staralam w swieta. atmosfera byla cholernie
        poprawna. siedzielismy u bliskich przyjaciol moich, z ktorych jeden
        tez macochuje, od lat nastu juz. zaobserwowali mile uklady mojego z
        Malym (non stop za mna lazil, jak poszlam grzebien kupic to za mna
        lecial zamiast z ojcem zostac). i skomentowali czy zapytali
        raczej: 'chyba wszystko fajnie, nie?'. a ja po drugiej lampce wina
        alzackiego bylam i zamiast odpowiedziec twierdzaco, ze tak, wszystko
        super to... rozszlochalam sie ku ogolnej konsternacji. opad szczeki
        eNeMa. kwas ogolny. coz, lepiej sie chyba czasem rozryczec
        publicznie niz udusic zupelnie.

        a wiecznej bujanki to nigdy nie bedzie...

        trzymaj sie, Elakuz.
        • filetta Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 08:11
          konstancja16 napisała:

          ja tez nie lubie dzieci. jeszcze nie wiem czy na pewno
          > nie chce swoich, bo to jednak (chyba) co innego. ale nie znosze
          tej
          > calej infantylnej otoczki, wrzaskow, podspiewywania o poranku,
          > powolnego wciagania tych cholernych rajstop, rozlewania,
          marudzenia
          > przy sniadaniu, stu pytan na minute... tez sie dusze czesto i z
          > utesknieniem oczekuje poniedzialkow...
          >

          Szkoda sad Z kilku Twoich postów wnioskowałam, że jest odwrotnie...
          Smutne to bardzo...
          Często słyszę od znajomych i rodziny, że kocham tego naszego małego
          jak własne dziecko, ale ja wiem, że nie, że ja go tylko bardzo
          lubię. Pomimo wszystko. Nie czuję, bym sie w jego towarzystwie
          dusiła. Przykro mi, że u Ciebie jest inaczej...
          • elakuz Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 09:31
            Filetta moim zdaniem jest zasadnicza roznica miedzy kobieta, ktora
            ma wlasne dzieci i zostaje macocha a bezdzietna. Decydujac sie na
            wspolne zycie z moim obecnym mezem nie mialam pojecia, ze zostane
            macocha calodobowa prawie nastolatki. Nie bylo miedzy nami umowy, ze
            mam byc "mamuska" dla tego dziecka. Oczywiscie zaakceptowalam
            wszystkie "niedogodnosci" wynikajace z tego, ze moj maz ma dziecko.
            Tymczasem okazalo sie, ze mam dziecko w domu, ktorego nie znam,
            ktore bylo nastawiane przez matke wrogo do mnie i dla tego dziecka
            mam byc "matka" Mysle, ze podobnie jest z Konstancja, ma swojego
            pasierba w kazdy weekend, prawie zadnych doroslych weekendow, uwaga
            skupiona na malym. Ma prawo dziewczyna miec dosc? Moim zdaniem ma i
            powinna to zakomunikowac partnerowi. Jeden weekend w miesiacu jak
            maly posiedzi u dziadkow to tez swiat sie nie zawali. W rodzinach
            biologicznych tez dzieci sa "podrzucane" i nikogo to nie dziwi.
            • tamaryszek04 Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 10:57
              Mądrze prawisz elakuz.
              • mileu Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 11:54
                doskonale rozumiem konstancję i znowu musze przyznać, że podziwiam.
                Ja też tak czasem mam ze wąłaśnie duszę się z Młodą. I nie mam jej w
                każdy weekend w domu.. I czasem tak jest ze nawet potrafię nawet
                czerpać przyjemnosć z obcowania z tym dzieckiem, a czasem jest tak
                ze tylko usiłuję nie wybuchnać. W dodatku poziom tolerancji zawsze
                spada mi już po kilku godzinach. Dlatego własnie wole unikam
                kontaktow. szkoda dziecka bo chyba nie potrafie tak dobrze ukryc
                swojego nastawienia i domyslam sie ze nikt dobrze sie nie czuje
                kiedy po mnie widac ze az kipie. prawdobodobnie psuje widzenie
                wsyztkim zgormadzonymsmile tak wiec dopoki nie wymysle jak nauczyc sie
                zachowywac jak na porzadna macoche przystalo, po prostu pozwole ojcu
                i dziecku cieszyc sie wspolnym czasem bez swojej osoby..
            • koni42 Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 12:01
              Tak, ale moim zdaniem w rodzinach porozwodowych chodzi jeszcze,
              zeby cos pokazac i ewentualnie udowodnic ex. Wlasne dzieci
              podrzucasz dziadkom i jest ok. A tutaj wyobraz sobie, ze mamuska
              dowiaduje sie o takim <<doroslym>> weekendzie...Oczywiscie sa rozni
              EX, ale wiekszosc tylko czeka, zeby wlozyc noz w plecy. Przynajmniej
              ja mam takiego. Niby minely juz 4 lata od rozwodu, niby sie
              dogadujemy, ba, nawet piszemy zartobliwe maile, ale zawsze z doza
              braku zaufania...niestety...A jeszcze...czy <<dorosle wyjscia>>, to
              sa tylko w weekendy?
              Konstancja, nie mozecie sobie zrobic np.<<doroslych wtorkow>>?
              Mnie nie wkurza obecnosc <<jego corki>> w co druga srode i weekend.
              Wkurza mnie tylko brak odpowiedzialnosci (czasami) z jego strony.
              Ostatnio jego ex zadzwonila, zeby uprzedzic, ze mala ma wszy i jest
              przeziebiona. Moj nie przejal sie i przywiozl ja jak zwykle do domu
              w <<swoj <<weekend. Niby ok, ale nasze dziecko mialo wtedy 2
              tygodnie...O <<niedogodnosciach>> zostalam poinformowana w progu sad
              I a propos wychowania: kazalam jej nosic maske chirurgiczna i mialam
              w d... czy ktos cos powie, czy nie.
              • elakuz Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 12:30
                w naszej sie niczego nie udowadnia Eks, moze dlatego, ze nie jest
                porozwodowawink. Mala jest "podrzucana" do dziadkow, spedza czasem
                noce u kolezanki a kolezanka u niej. Co do doroslych wtorkow to
                wiele zalezy od pracy. Mialam taki okres w zyiu, ze pracowalam od 8
                do 20 i na nic juz nie mialam ochoty po powrocie do domu, no moze
                poza dobra kolacja i przytuleniem sie do chlopa. O knajpkach,
                kinach ....nie bylo mowy, ale moze Konstancja ma wiecej werwy, czego
                oczywiscie jej zycze.
            • filetta Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 12:31
              elakuz napisała:

              > Filetta moim zdaniem jest zasadnicza roznica miedzy kobieta, ktora
              > ma wlasne dzieci i zostaje macocha a bezdzietna. Decydujac sie na
              > wspolne zycie z moim obecnym mezem nie mialam pojecia, ze zostane
              > macocha calodobowa prawie nastolatki. Nie bylo miedzy nami umowy,
              ze
              > mam byc "mamuska" dla tego dziecka. Oczywiscie zaakceptowalam
              > wszystkie "niedogodnosci" wynikajace z tego, ze moj maz ma dziecko.

              Alez ja Was doskonale rozumiem, bo sama jestem macochą bezdzietną,
              która decydując się na bycie z facetem, który jest jednocześnie
              ojcem, musiałam zaakceptowac i nie swoje dziecko.

              > Tymczasem okazalo sie, ze mam dziecko w domu, ktorego nie znam,
              > ktore bylo nastawiane przez matke wrogo do mnie i dla tego dziecka
              > mam byc "matka" Mysle, ze podobnie jest z Konstancja, ma swojego
              > pasierba w kazdy weekend, prawie zadnych doroslych weekendow,
              uwaga
              > skupiona na malym.

              To również rozumiem, bo ja także miałam nieznanego wroga na weekendy
              i nie tylko na weekendy. Mały również był do mnie wrogo nastawiany
              przez swoja matkę i babcię. dodatkowo ojciec był jego guru, cała
              jego uwaga była skupiana tylko na synu, a tu raptem pojawiła sie
              kobieta, która biednemu dziecku ojca zabrała. Mój mąż stale jest
              atakowany smsami przez ex, że cała jego uwaga skupiona jest na mnie,
              a mnie serce boli, że cała uwaga mojego męża skupiona jest na
              dziecku. Tak to wygląda... Tylko czemu winne jest dziecko? dlaczego
              negatywne emocje są kierowane w stronę dziecka? Mnie jest bardzo
              szkoda naszego małego, bo niewiele przezył, a juz po dooopie od
              życia dostał. Szkoda mi równiez i mojego M, bo facet miota się
              między młotem a kowadłem. Ja również nie mam dorosłych weekendów od
              bardzo dawna, pogodziłam się z tym i cały czas pocieszam, ze z racji
              wieku mały będzie chciał spędzac z ojcem coraz mniej czasu. W chwili
              obecnej z racji nauki mały nie odwiedza nas w tygodniu, zjawia się
              dopiero w piątek po południu. Dla mnie to już duzy plus, bo z tego
              względu mamy 4 wieczory w tygodniu dla siebie. To naprawdę duzo smile

              <Ma prawo dziewczyna miec dosc?

              Oczywiście, że ma prawo mieć dość. Ja na jej miejscu równiez
              miałabym dość, gdybym nie mówiła o tym, co mnie boli czy robiła
              dobra minę do złej gry. Po prostu na podstawie kilku ostatnich
              uważałam Konstancję za kobiete, która uwielbia swojego pasierba i
              dlatego żyje z nim w wielkiej zażyłości, jeśli by nie powiedziec, że
              w przyjaźni. Jestem tu nowa, więc nie znam dobrze Was i Waszych
              historii. Konstancja bardzo imponuje mi mądroscią życiową, ciepłem,
              spokojem, opanowaniem, chciałam ją bliżej poznac. Nie neguję
              niczego, o czym pisze. Żałuję tylko, że nie ma takich samych
              stosunków z pasierbem jak ja, to znaczy nie czuje do dziecka tego
              samego. Mnie bardzo cieszy usmiechnięta buzia tego czternastolatka,
              gdy mówi mi w piątek "dzień dobry". Ale nie zawsze tak było. Wkurzał
              mnie "gówniarz", denerwował, przeszkadzał, wzbudzał zazdrość. Na
              szczęście mam to za sobą.

              Pozdrawiam smile
              • mileu Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 12:43
                moze do tego żeby "gówniarz" przestał wkurzać trzeba czasu na
                przyzwyczajenie się doytuacji "gówniarza" i przyzwyczajenia
                się "gówniarza do macochy". a moze potrzeba czasu na pewne dojrzenie
                emocjonalne macochy... moze jednym potzreba tego czasu mniej a innym
                wiecej ( a niektórzy nie potzrebują go wcale). Mam nadzieję że każda
                jednak po jakimś (róznej długosci) czasie dojrzewa do tego żeby już
                się nie wkurzać..
                • blondgirl Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 13:01
                  A ja myślę, że przyzwyczajenie przyzwyczajeniem, ale tym bezdzietnym zawsze w
                  jakimś stopniu trudno będzie się odnaleźć w systuacji co weekendowego gościa.

                  Nie oszukujmy się, nawet własna matka, jak zbyt często wpada z wizytą, to
                  zaczyna irytować.

                  Ja swojego pasierba lubię i akceptuję. Ale to nie zmienia faktu, że czasami
                  czuję się zmęczona jego wizytami coweekendowymi i na sam dźwięk telefonu w pt
                  popołudniu bierze mnie wnerw.
                  • filetta Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 13:19
                    Mogę tylko dodać, że w zeszłą niedzielę pomimo że NM był u nas
                    poszlismy na długi spacer tylko we dwoje. Nie była to moja
                    inicjatywa, tylko męża i cos podobnego nie zdarza sie po raz
                    pierwszy.

                    Dzisiaj natomiast idziemy do kina na 20.00 (tzn. chciałam iść sama
                    ze względu m.in. na NM), ale mąż stwierdził, że pójdziemy razem, a
                    NM-ego po prostu wczesniej odwiezie sie do domu. Z wdzięczności
                    chyba pozwolę im spędzić całą sobotę tylko we dwójkę. Dlaczego nie?
                    Bardzo mozliwe, że stęsknie za moim ukochanym, a on za mną -
                    dodatkowy plus.

                    Takie życie. Trzeba sobie jakoś radzić...
                    • koni42 Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 13:54
                      Mogę tylko dodać, że w zeszłą niedzielę pomimo że NM był u nas
                      > poszlismy na długi spacer tylko we dwoje. Nie była to moja
                      > inicjatywa, tylko męża i cos podobnego nie zdarza sie po raz
                      > pierwszy.
                      >
                      No wlasnie...ja zawsze powtarzam, ze wszystko w takiej sytuacji
                      zalezy od faceta.
            • blondgirl Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 12:37
              Mysle, ze podobnie jest z Konstancja, ma swojego
              > pasierba w kazdy weekend, prawie zadnych doroslych weekendow, uwaga
              > skupiona na malym. Ma prawo dziewczyna miec dosc? Moim zdaniem ma i
              > powinna to zakomunikowac partnerowi. Jeden weekend w miesiacu jak
              > maly posiedzi u dziadkow to tez swiat sie nie zawali.

              Tylko czy Pan NM też podzieli, to zdanie?
              Nie wiem co by było, gdybym coś takiego zaproponowałam swojemu NM. Pewnie
              spotkałoby się to z ogólnym niezrozumieniem, niezadowoleniem i z fundamentalnym
              argumentem "jak ja mu odmówię, jak będzie chciał przyjechać".
              My mamy co weekend 14-latka i ja też jestem często tym zmęczona. Wręcz marzę, że
              nie zadzwoni w piątek, że chce przyjechać.
              • elakuz Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 13:07
                nie wiem jak partner Konstancji, ale ja z moim porozmawialam i
                zrozumial. Ustalilismy, ze troche czasu beda spedzac we dwoje a ja
                bede miec czas dla siebie a 1 weekend w miesiacu ( no moze nie caly,
                bo sobota od poludnia do niedzieli do poludnia) mala bedzie u
                dziadkow. Bylo to w czasach odwiedzin weekendowych, bo teraz dla
                odmiany odwiedza mame. Wszyscy byli zadowoleni lacznie z mala, a my
                szlismy w miastowink
                Zaryzykuje teorie, ze latwiej jest byc macocha calodobowa niz kazdo-
                weekendowa (niezla polszczyzna ale trudno). W tygodniu jest szkola,
                jakies zajecia, nasza praca i mniej czasu a dopiero weekend jest
                zajety. Wtedy dziecku poswieca sie prawie caly czas.
                • blondgirl Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 13:18
                  Ja w zasadzie też jestem jeden weekend w miesiącu całkowicie poza domem.

                  U mnie sytuacja jest o tyle irytująca, że Młody jak przyjeżdża to i tak
                  większość czasu spędza u kuzyna, a nie z ojcem. Dopiero wieczorem wraca i
                  zaczyna się "nadrabianie" ojcowsko-synowskich zaległości. Można powiedzieć, że
                  mam lajcik i nie powinnam narzekać na takie wizyty, ale mimo wszystko wizyta
                  weekend w weekend + wszystkie wolne od szkoły są męczące.
                  Niby z NM mamy cały tydzień dla siebie, ale w praktyce często się mijamy - ja do
                  pracy na rano, on na popołudnie, on śpi jak idę do pracy, a ja śpię jak on wraca
                  i tak w kółko. Weekend jest często jedynym momentem, kiedy możemy mieć czas dla
                  siebie.
                • filetta Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 13:22
                  elakuz napisała:

                  > Zaryzykuje teorie, ze latwiej jest byc macocha calodobowa niz
                  kazdo-
                  > weekendowa

                  Też kiedyś przyszło mi to do głowy i nie wyszło smile
                  • koni42 off topic 05.02.10, 14:02
                    Wlasciwie, to corka mojego meza <<przeszkadza>> mi w wakacje
                    szkolne, kiedy spedza jeden caly tydzien u nas. Wtedy moja jest
                    <<urzedowo>> w PL u swojego ojca. Moze nie tyle, co mi przeszkadza,
                    co bola mnie wlasne uczucia, ze moje dziecko jest daleko a ja z
                    nieswoim gram w karty...Najgorzej jest w swieta...Skladamy sobie
                    zyczenia a ja do wlasnego dziecka dzwonie 25.12. Juz na sama mysl
                    chce mi sie wyc!
                • konstancja16 Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 20:28

                  NM zdecydowanie rozumie. po paru miesiacach wspolnego mieszkania
                  zaproponowalam jeden weekend bez dziecka i spotkalo sie to ze
                  zrozumieniem. co wiecej, pomysl goraco poparli rodzice eNeMa, jego
                  najlepsi przyjaciele i ogolnie wszyscy prawie. Oprocz Ex wink)

                  staramy sie egzekwowac i miec ten jeden weekend na nasze wypady.
                  ponadto dziecko bywa tez podrzucane (w weekendy tatusiowe) dziadkom
                  i wszyscy sa zadowoleni (i Maly, ktory uwielbia dziadkow i
                  dziadkowie i my). Ex nie wnika i chyba gdyby probowala pouczac jak
                  Maly spedza tatusiowe weekendy to zostalaby zmieciona smiechem z
                  powierzchni ziemi. zreszta obiektywnie dziadkowie sa wazni dla
                  Malego i koniec.

                  wiec miewamy czas dorosly, rowniez w weekendy, i to ratuje mnie przy
                  zyciu. jak juz ktos zauwazyl powyzej bardzo duzo zalezy od faceta.
                  moj aktualny, mimo przeroznych wad, nie traktuje swojego synalka jak
                  pepka swiata i nie wymaga wiecznego skupiania sie na nim.

                  co do tego, ze moze latwiej byc macocha calodobowa i weekendowa.
                  ech. wiele oddalabym za to, ze miec Malego w tygodniu, a weekendy
                  srrru dziecie do matki. i wolne dla mnie... wink)

                  sa sytuacje, kiedy Maly zostaje u nas w tygodniu. pelna organizacja
                  i sila rzeczy dzieciak nie jest tak absorbujacy jak w weekend.
                  weekendy bywaja koszmarne. i bardzo mi ich zal.

                  wcale mi nie przykro, ze kogos tu rozczarowalam swoja postawa. i
                  tym, ze nie uwielbiam Malego. nie startuje w konkursie na macoche
                  roku. chce byc szczesliwa. Malego traktuje przyzwoicie, ale nie
                  zachwyca mnie ta cala sytuacja.
                  • elakuz Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 06.02.10, 08:15
                    Jestes z madrym facetem, wiec wam sie uda. Jak maly zamieszka z wami na stale
                    bedzie latwiej. W weekend do mamusi i luz.
                    W tygodniu da sie wytrzymac, wystarczy dobry planwink
                  • rybkka24 Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 06.02.10, 10:39
                    mnie nie zwiodłaśwink
                    łączę się w bólu;;
                    niektórym ta sytuacja nie leży, a jak leży to uwiera.itp.
                    mi też przez głowę przebiegło że mały mógłby być w tygodniu a na weekendy do
                    mamusi...gorzej jak by do tej mamusi nie chciał.
                    zastanawiam się jaką trzeba być matką i człowiekiem żeby własne dziecko omijało
                    ją łukiem i kłóciło się/płakało że nie chce do niej???

                    a jeżeli chodzi o matkowanie.
                    to JA wzięłam faceta po rozwodzie z dzieckiem które MA MATKĘ.
                    i ja nie zamierzam nią zostać ani teraz ani w przyszłości.
                    a moim jedynym obowiązkiem jest zaakceptować fakt wychowywania "nie mojego
                    dziecka" przez mojego faceta, co też jakieś łatwiutkie nie jest+ mieć z
                    dzieckiem relacje luźno-życzliwe.
                    jeżeli matka się nie sprawdza to jest tatuś wspomagany przez opiekunkę.
                    nie ma nic gorszego niż wciskanie kobicie która nie przejawia chęci obcego
                    dziecka do wychowu.
                    jeżeli dziecko ma oboje rodziców.
                    jeżeli rodzice nie potrafią wywiązać się z obowiązków to czego wymagać od obcej
                    baby!


                  • filetta Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 08.02.10, 09:26
                    konstancja16 napisała:

                    >
                    > wcale mi nie przykro, ze kogos tu rozczarowalam swoja postawa. i
                    > tym, ze nie uwielbiam Malego. nie startuje w konkursie na macoche
                    > roku. chce byc szczesliwa. Malego traktuje przyzwoicie, ale nie
                    > zachwyca mnie ta cala sytuacja.
                    >
                    Bynajmniej nie o rozczarowanie tutaj chodzi i nie o wyścigi. ale o
                    szczęście. Sęk w tym, że każdego z nas co innego uszczęśliwia smile
              • koni42 Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 13:57
                Zupelnie zapomnialam dodac...duzo tez zaezy od wieku pasierbow.
                Inaczej jest z 3, 9 i 14 latkiem. Dla mnie zupelnie normalne byloby,
                ze taki nastolatek, to ma swoich znajomych i chyba niekoniecznie ma
                ochote spedzac kazdy weekend <<z tatusiem>>.
                • blondgirl Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 14:08
                  Dla mnie zupelnie normalne byloby,
                  > ze taki nastolatek, to ma swoich znajomych i chyba niekoniecznie ma
                  > ochote spedzac kazdy weekend <<z tatusiem>>
                  Nasz jest co weekend u tatusia + dni wolne typu święta i ferie.
                  Ale irytuje i denerwuje, że mimo iż fizycznie większość czasu nie ma go w naszym
                  domu, to i tak nic nie można wspólnie zaplanować (wyjazdu, wyjścia), bo
                  formalnie jest pod opieką taty, a tata nie zostawi go samego w domu (sic!).
                  • koni42 Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 16:48
                    A ojciec nie moze zawiesc go do kolegi, jak syn sie umowi? Np. na
                    kilka godzin po poludniu i wtedy mozecie isc do kina...A tata jest
                    <<normalny>>, czy z tych nadopiekunczych z poczuciem porozwodowej
                    winy? Pytam sie, bo moj jest raczej normalny, ale czasem mu odbija.
                    • tamaryszek04 Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 05.02.10, 20:11
                      Myślę, ze każda forma macochowania ma swoje wady i zalety. Nie wyobrażam sobie,
                      że mam dzieci męża tylko w wyznaczone dni. To musi być bardzo stresujące. Bo
                      kiedy dziecko ma się ciągle, to jednak nie potrzeba tak się na okrągło wysilać.
                      A jak się je ma od czasu do czasu, to myślę, że dziecko skupia więcej uwagi.
                      Ponieważ jestem macochą już od czternastu lat, dzisiaj życia bez męża dzieci już
                      sobie nie wyobrażam. Ale przez wiele lat marzyłam, żeby mieć czas tylko dla
                      siebie i własnych dzieci. A w przypadku całodobowego macochowania było tak
                      niestety sporadycznie i do dziś mi tego brakuje. Chociaż, gdy pasierbów czasami
                      nie ma, to teraz już tęsknie tęsknię.
                    • blondgirl Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 08.02.10, 07:57
                      Kolega mieszka dwa kroki od naszego domu.

                      A tata jest
                      > <<normalny>>, czy z tych nadopiekunczych z poczuciem porozwodow
                      > ej
                      > winy? Pytam sie, bo moj jest raczej normalny, ale czasem mu odbija.
                      To chyba ten sam, typ. Z tym, że to "czasem" zdarza się zbyt często jak dla mnie.

                      Może problem w tym, że sama podjąć się rozmów, o których z góry wiem, że mogą
                      nie skończyć się w miłej atmosferze. Podświadomie boje się zarzutu, że "młody
                      jest dla mnie przeszkodą; nie rozumiem go jako ojca" itp. itd. Chociaż wiem, że
                      źle robię...., choćby dlatego że coraz częściej reaguję nerwowo (wewnętrznie) na
                      telefon małego, że przyjeżdża. Ehh
            • chalsia Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 06.02.10, 08:59
              > maly posiedzi u dziadkow to tez swiat sie nie zawali. W rodzinach
              > biologicznych tez dzieci sa "podrzucane" i nikogo to nie dziwi.
              >

              Ty kpisz czy nie kumasz różnicy?
              Czym innym jest podrzucenie dziecka na weekend dziadkom, gdy dziecko pozostałe
              28 dni spędza z obojgiem rodziców, a czym innym pozbawienie w ten sposób dziecka
              2 z 8 mozliwych do spędzenia z ojcem dni.

              > ma wlasne dzieci i zostaje macocha a bezdzietna. Decydujac sie na
              > wspolne zycie z moim obecnym mezem nie mialam pojecia, ze zostane
              > macocha calodobowa prawie nastolatki.Nie bylo miedzy nami umowy, ze
              > mam byc "mamuska" dla tego dziecka.

              czyli jednak słabo kumasz. "NIe miałam pojęcia". Śmieszne.
              Wiążąc się z dzieciatym facetem ZAWSZE należy brać pod uwagę taką ewentualność.
              Trawestując znane powiedzenie - jak się nie umie używać głowy, to trza mieć
              twardą d-ę.
              • konstancja16 przeginasz Chalsiu 06.02.10, 10:51
                jesli facet po rozwodzie chce zbudowac nowy zwiazek to nie moze
                CALEGO wolnego czasu poswiecac dziecku. no, chyba ze ma takiego
                farta ze sie zwiaze ze zdeklarowana nianka.

                nie wyobrazam sobie poswiecania calego mojego wolnego czasu na
                asystowanie w opiece nad dzieckiem. tudziez cierpliwe oczekiwanie
                az chlop wyskrobie dla mnie wolna chwile w srode miedzy 21 a 22.30.

                zwiazek z facetem z dzieckiem jest wystarczajaco trudny sam w sobie
                i facet musi znalezc troche czasu na kobiete. wolnego,
                weekendowego, beztroskiego czasu. jak nie ma takiej opcji to niech
                raczej sobie szuka pani na dochodzace, a nie to wspolnego zycia.

                'nasi' dziadkowie to mistrzostwo swiata i uwazam ze Maly ma farta,
                ze tam moze byc i bedzie mial skarbnice wspomnien na przyszlosc. w
                zeszly weekend dziadek kusze wystrugal i strzaly...
                • konstancja16 Re: przeginasz Chalsiu 06.02.10, 17:25
                  i dorzuce jeszcze pewna korekte matematyczna. przeciwstawilas
                  bowiem 28 (?) dni spedzanych matka i 8 dni z ojcem.

                  nie wiem skad Ci to wyszlo, ale przyjrzyjmy sie blizej. 30 dni w
                  miesiacu to w przyblizeniu 22 dni u mamusi i 8 u tatusia. od
                  poniedzialku do piatku dziecko (w naszym przypadku) jest w szkole od
                  9 do 17. tu gdzie mieszkamy taki jest system. niektore dzieci sa
                  zabierane w poludnie (i po obiadku wracaja), ale Maly je w stolowce
                  i zostaje na caly dzien (no, biorac pod uwage ze jego mama od roku
                  nie pracuje, ew. dorywczo w weekendy, jest to bardzo uzasadnione)
                  Mama spedza z nim zatem ze swym ukochanym synkiem srednio 4 godziny
                  dziennie. rano od 7.30 do 8.30 oraz wieczorem od 17.30 do 20.30.
                  wg jej zasad o osmej dziecko jest w lozku.

                  w weekendy aktywnosc dzieciecia zaczyna sie od 8 rano najpozniej i
                  trwa do poznego wieczora. zima przyjezdza w piatek wieczorem juz na
                  pol spiacy, ale latem dochodzi nam jeszcze piatkowy wieczor zajec
                  dodatkowych. ale pal licho piatek, policzmy sobote od 8 do 21 (ok.
                  13 godzin) oraz niedziele od 8 do 19 (na 20 jest odwozony czyli 11
                  godzin).

                  podsumowanie miesieczne:
                  mamusia: 22 dni x 4 godziny = 88 godzin z dzieckiem
                  tatus: 8 dni x (srednio) 12 godzin = 96 godzin.

                  nosz, normalnie, dramat ze go czasem zostawiamy u dziadkow jak
                  idziemy na impreze. traci te cenne 3 godziny z tatusiem. a czasem
                  go zostawiamy na caly weekend... skandal.

                  na marginesie dorzuce, ze mamusia tez chetnie podrzuca swoje dziecko
                  swojej mamusi. roznica jest taka, ze jej mama sie przed tym broni
                  jak moze i ewentualnie da mu jesc i posadzi przed telewizorem.

                  mama eNeMa z kolei opowiada bajki (niestety juz nie czyta, bo jest
                  niewidoma). Dziadek za to czyta, ale rowniez majstruje (kusza, luk,
                  drabinka, hulajnoga) i gania za nim po ogrodzie, opowiada o ptakach
                  i pokazuje sztuczki.

                  zirytowalas mnie Twoim komentarzem o wielkiej roznicy w podrzucaniu
                  dzieci dziadkom przez pelna rodzine i przez ojca.
                  • chalsia Re: przeginasz Chalsiu 06.02.10, 23:18
                    Konstancjo, ja rozumiem (i nie neguję) potrzebę spędzenia czasu we dwoje z
                    partnerem/partnerką. Ale także i w pełnej rodzinie, gdy są dzieci/dziecko,
                    zwłaszcza małe, a rodzice pracują, ilość takiego czasu jest bardzo limitowana. I
                    oprócz ponarzekania nie pozostaje nic innego niz się z tym pogodzić.

                    > i dorzuce jeszcze pewna korekte matematyczna. przeciwstawilas
                    > bowiem 28 (?) dni spedzanych matka i 8 dni z ojcem.
                    >
                    > nie wiem skad Ci to wyszlo

                    nie ma co korygować. To co napisałam było pokazaniem Elakuz róznicy między
                    dzieckiem z pełnej rodziny
                    (28 dni z obojgiem rodziców i 2 dni z dziadkami)
                    a dzieckiem jak u Was (4 weekendy w miesiącu = 8 dni z czego tylko 6 z ojcem a 2
                    z dziadkami). Nie odnosiłam się do RZECZYWISTYCH (podanych teraz przez Ciebie)
                    szczegółów. Tym bardziej, że schemat dziecka spędzającego wszystkie weekendy u
                    ojca nie jest często spotykany, z reguły jednak są to 2 weekendy w miesiącu, i
                    wtedy takie "wepchnięcie" dziecka dziadkom to naprawdę duża szkoda dla dziecka
                    jeśli chodzi o kontakt z ojcem.
                    Również nie neguję wazności i wartości kontaktu z FAJNYMI i dobrymi dziadkami,
                    jednak kontakt z nimi NIE MUSI odbywać się kosztem kontaktu z ojcem.

                    > zirytowalas mnie Twoim komentarzem o wielkiej roznicy w podrzucaniu
                    > dzieci dziadkom przez pelna rodzine i przez ojca.

                    a nie ma czym. Ciebie ten komentarz (jak widać z wyliczeń) nie dotyczy, bo
                    ojciec spędza w sumie więcej czasu z dzieckiem niż matka. Ale to nie jest częsta
                    sytuacja.
                    W bardziej typowych układach (ojciec spędza sporo mniej czasu z dzieckiem)
                    jednak TO jest róznica. Przykład z życia - moje dziecko miało tydzień ferii z
                    ojcem. Teoretycznie. Bowiem ojciec zamiast te 7 dni spędzić (między innymi) ze
                    swoim synem, w rzeczywistości spędził może z 5. Owszem, moje dziecko nie
                    narzekało specjalnie, bo bardziej je rajcowało to, że byli u dziadków, niż to,
                    że z ojcem, ale jednak z punktu widzenia psychiki i emocji dziecka lepiej by
                    było, gdyby ojciec był z dzieckiem więcej. I myślę, że moje dziecko byłoby z
                    tego zadowolone.
                    • konstancja16 Re: przeginasz Chalsiu 06.02.10, 23:46

                      chalsia napisała:

                      > Konstancjo, ja rozumiem (i nie neguję) potrzebę spędzenia czasu we
                      dwoje z
                      > partnerem/partnerką. Ale także i w pełnej rodzinie, gdy są
                      dzieci/dziecko,
                      > zwłaszcza małe, a rodzice pracują, ilość takiego czasu jest bardzo
                      limitowana.
                      > I
                      > oprócz ponarzekania nie pozostaje nic innego niz się z tym
                      pogodzić.

                      po pierwsze, mozna tylko narzekac a mozna tez dzialac zeby
                      wygospodarowac troche czasu dla doroslej pary, bo czesto zanik wiezi
                      miedzy dwojka doroslych po pojawieniu sie malego intruza jest
                      przyczyna rozwodu. wiec dzieci owszem, bardzo wazne, ale dorosli
                      powinni miec swoje zycie.

                      po drugie, jest zasadnicza roznica miedzy rodzicami poswiecajacymi
                      swoj wolny czas dziecku, a macocha 'marnujaca' wyteskniony i
                      wyczekany weekend na asystowanie przy opiece nad cudzym dzieckiem.
                      wiem, troche wyostrzylam, nie zawsze jest tak, ale jak zapieprzam
                      caly tydzien jak maly motorek to wyc mi sie chce jak mnie cudze,
                      badz co badz, dziecko budzi o osmej i caly weekend jest
                      okolodzieciacy. i nastepny i nastepny, az do przyszlego miesiaca
                      gdzie moze cos sie uda wyszarpac. to chyba nie jest normalne, ze
                      zaczynam wolec poniedzialki od piatkow?


                      >> Również nie neguję wazności i wartości kontaktu z FAJNYMI i
                      dobrymi dziadkami,
                      > jednak kontakt z nimi NIE MUSI odbywać się kosztem kontaktu z
                      ojcem.

                      nie? a kosztem czego ma sie odbywac? kosztem szkoly? czy kosztem
                      kontaktow matki? raczej rzadkoscia jest, ze Ex pozostaje w bliskich
                      kontaktach z Ex-tesciami i bedzie im przywozic dziecko. jedyna
                      opcja na kontakt rodzice NM-Maly to wtedy kiedy NM Malego zawiezie.
                      w weekend (swoj oczywiscie), a nie w tygodniu. ewentualnie w ferie
                      (tez tatusiowe). i to chyba akurat jest bardzo typowe. Ty
                      podtrzymujesz bliskie kontakty z rodzicami Exa i zostawiasz tam
                      dziecko w 'Twoje' weekendy?
                      • rybkka24 Re: przeginasz Chalsiu 07.02.10, 12:25
                        >Konstancjo, ja rozumiem (i nie neguję) potrzebę spędzenia czasu we
                        >dwoje z
                        >partnerem/partnerką. Ale także i w pełnej rodzinie, gdy są
                        >dzieci/dziecko,
                        >zwłaszcza małe, a rodzice pracują, ilość takiego czasu jest bardzo
                        >limitowana. I
                        >oprócz ponarzekania nie pozostaje nic innego niz się z tym pogodzić



                        chciałam dodać w ramach przypomnienia że my nie
                        jesteśmy "pełną", "normalną" rodziną i nie ma co porównywać się do
                        takiej.
                        gdzie matka naturalnie poświęca czas dziecku.
                        jest nowa sytuacja.sytuacja "sklejana", obca pani obce dziecko.

                        i facet musi mieć świadomość że musi utrzywać więź i kontakty z
                        dzieckiem ALE również musi dbać o związek i kobietę.
                        i to jakosś umiejętnie połączyć.
                      • chalsia Re: przeginasz Chalsiu 07.02.10, 23:20
                        > >> Również nie neguję wazności i wartości kontaktu z FAJNYMI i
                        > dobrymi dziadkami,
                        > > jednak kontakt z nimi NIE MUSI odbywać się kosztem kontaktu z
                        > ojcem.
                        >
                        > nie? a kosztem czego ma sie odbywac? kosztem szkoly? czy kosztem
                        > kontaktow matki? raczej rzadkoscia jest, ze Ex pozostaje w bliskich
                        > kontaktach z Ex-tesciami i bedzie im przywozic dziecko. jedyna
                        > opcja na kontakt rodzice NM-Maly to wtedy kiedy NM Malego zawiezie.
                        > w weekend (swoj oczywiscie), a nie w tygodniu. ewentualnie w ferie
                        > (tez tatusiowe). i to chyba akurat jest bardzo typowe.

                        niczyim kosztem - wystarczy zamiast PODRZUCENIA dziecka do dziadków spędzić ten
                        czas u dziadków RAZEM z dzieckiem.

                        > Ty
                        > podtrzymujesz bliskie kontakty z rodzicami Exa i zostawiasz tam
                        > dziecko w 'Twoje' weekendy?
                        >

                        kontakty z rodzicami eksa "załatwia" eks - jeździ do nich (400 km) z dzieckiem.
                        Jeśli na weekend, to jest tam caly czas, czasami z nexią, czasami bez. W te
                        ferie miał jakieś słuzbowe spotkania więc zamiast 7 dni spędził tam 3-4.
                        • konstancja16 Re: przeginasz Chalsiu 07.02.10, 23:55
                          chalsia napisała:
                          > niczyim kosztem - wystarczy zamiast PODRZUCENIA dziecka do
                          dziadków spędzić ten
                          > czas u dziadków RAZEM z dzieckiem

                          Hehehehe

                          utopia jakas. peklam ze smiechu.
                          jakby NM posiedzial u swoich rodzicow dluzej niz dwie godziny to dla
                          nikogo dobrze by sie to nie skonczylo. piekno weekendu u dziadkow
                          polega na tym, ze jest tam WOLNOSC. wolnosc od taty tez.

                          nie oznacza to, ze dziecko jest tam PODRZUCANE pod plot i szybka
                          ucieczka. jasssne, troche rozmowy z dziadkami jest. ale w momencie
                          jak wjezdzamy na wioske to Maly w trzy sekundy znika nam z
                          horyzontu. ma tam piec psow, synow sasiadow, dziadka. tatus sie
                          tam przydaje od czasu do czasu, ale nie ma potrzeby zeby tam
                          siedzial.

                          no i kontakt rodzice-dziadkowie, szczegolnie jak Maly w centrum to
                          murowana klotnia. wiec po co?
                          • chalsia Re: przeginasz Chalsiu 08.02.10, 23:02
                            > Hehehehe
                            >
                            > utopia jakas. peklam ze smiechu.
                            > jakby NM posiedzial u swoich rodzicow dluzej niz dwie godziny to dla
                            > nikogo dobrze by sie to nie skonczylo. piekno weekendu u dziadkow
                            > polega na tym, ze jest tam WOLNOSC. wolnosc od taty tez.
                            >

                            nie potrafisz wyjść poza swoją sytuację. Ja piszę OGÓLNIE, nie o TWOIM
                            konkretnym przypadku.
                            • konstancja16 Re: przeginasz Chalsiu 09.02.10, 21:34
                              chalsia napisała:

                              > nie potrafisz wyjść poza swoją sytuację. Ja piszę OGÓLNIE, nie o
                              TWOIM
                              > konkretnym przypadku.

                              Chalsiu, zauwazylam ze piszesz OGOLNIE i podpierasz sie
                              stereotypami. i upieram sie, ze to nie ma sensu na forum gdzie
                              kazdy pisze o swojej sytuacji i uogolnienia nie zdaja sie na wiele.

                              bo oczywiscie mozna pisac do upojenia, ze Matki-Polki sa upieprzone
                              po lokcie, a porzucajacy je mezczyzni sa bez jaj. dzieci z
                              rozbitych rodzin sa biedne, a wszyscy mieszkancy Pruszkowa to
                              zlodzieje samochodow. Arabowie to terrorysci, a Polki wiazace sie z
                              obcokrajowcami leca na pieniadze. i krowa, ktora duzo ryczy malo
                              mleka daje.

                              ja probuje uciekac od ogolnien, bo wiele rzeczy w moim zyciu ulozylo
                              sie kompletnie wbrew stereotypom. wiec sie nie zgadzam na
                              uogolnienia, kiedy piszemy o konkretnych sytuacjach.

                              zauwaz, ze to MOJ watek, a sytuacja Elakuz do ktorej sie odnosilas
                              powyzej tez nie jest najbardziej typowa i nie podpada W OGOLE pod
                              Twoje UOGOLNIENIA. wiec to Twoje komentarze byly od czapy tutaj.
                              bez uwzgleniania barw zycia. n'est-ce pas?
                              • chalsia Re: przeginasz Chalsiu 09.02.10, 22:38
                                > zauwaz, ze to MOJ watek, a sytuacja Elakuz do ktorej sie odnosilas
                                > powyzej tez nie jest najbardziej typowa i nie podpada W OGOLE pod
                                > Twoje UOGOLNIENIA. wiec to Twoje komentarze byly od czapy tutaj.
                                > bez uwzgleniania barw zycia. n'est-ce pas?

                                czyj to wątek nie ma znaczenia smile bo to forum jest.
                                A moje uwagi były jak najbardziej OK bowiem do ich momentu dane były dość ogólne
                                i dopiero po moich wpisach Ty i Elakuz napisałyście jak w szczegółach wyglądają
                                Wasze sytuacje. I zgadzam się, że odbiegają od standardu. A tu pisują rózne
                                macochy, nie tylko te, które mają dziecko całodobowo albo w tak dużym wymiarze
                                jak Ty, czy Elakuz. Nota bene dla mnie, jako matki, jest niepojęte, jak matka
                                może nie chcieć spędzać ze swoim dzieckiem choć 2 weekendów w miesiącu
                    • elakuz Re: przeginasz Chalsiu 07.02.10, 19:34
                      chalsia napisała:


                      >
                      >
                      To co napisałam było pokazaniem Elakuz róznicy między
                      > dzieckiem z pełnej rodziny
                      (28 dni z obojgiem rodziców i 2 dni z dziadkami)
                      > a dzieckiem jak u Was (4 weekendy w miesiącu = 8 dni z czego tylko 6 z ojcem a
                      > 2
                      > z dziadkami).


                      Jesli chcialas mi COS pokazac to czemu nie odnioslas sie do mojej sytuacji czyli
                      do tego ile czasu spedza "nasze" dziecko w naszym domu? Wzielas jakas srednia
                      krajowa a ocenilas mnie, jak na taka doswiadczona osobe na tym i innych forach
                      to troche slabe.
              • elakuz Re: duszenie sie w milej i przyjaznej atmosferze. 07.02.10, 19:17
                nie wiem czemu tak na mnie wyjechalas i nie wnikam ale:
                moj maz zabieral dziecko do siebie nie tylko w kazdy weekend od piatku do
                poniedzialku, ale rowniez w tygodniu widywal sie z mala (pomagal w odprabianiu
                lekcji, zawozil na zajecia, jak byla chora to zaraz ladowala u nas +swieta,
                nadzwyczajne sytuacje w rodzinie jej mamy czyli ciagle). Nie podpadam wiec pod
                kategorie- tata 8 dni z tego wredna machocha odbiera dziecku 2 a mama reszte.
                Dalej tez twierdze, ze spotykajac faceta, ktory ma dziecko nie przewiduje sie,
                ze dziecko bedzie u ojca na stale. Chyba, ze matka nie zyje badz nie ma kontaktu
                z dzieckiem a wtedy to inna sytuacja i macocha spelnia w jakim zakresie role
                matki. W przypadku macoch weekendowych czy calodobowych masz obowiazki a zadnych
                praw.
                A doope mam bardzo twarda.
                Mam tez pytanie do ciebie, jak czesto ty spotykasz sie z pasierbami?, Krytyke ze
                strony np. Tamaryszka czy Marusi przyjelabym bez wahania, one wiedza o czym
                pisza wiec chcialabym wiedziec, czy u ciebie jest tak samo.
    • kicia031 Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 05.02.10, 22:53
      A ja lubie dzieci i ciesze sie, ze mam kontakt z fajnym dzieckiem bez
      koniecznosci nadymania sie na role rodzica i wychowywania.

      same plusy bez minusow, jak dla mnie
      • elakuz Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 06.02.10, 08:12
        co 2 weekend + wakacje i ewentualnie wyjazdy chlopa do corki od czasu do czasu
        zaakceptowalabym bez wahania. Podejrzewam, ze jeszcze na forum napisalabnym
        "czego te kobiety chca, wziely faceta z dzieckiem to musza sie dostosowac i nie
        marudzic"
        Uwierz Kiciu zupelnie inaczej wyglada sytuacja gdy masz pasierbice w kazDy
        weekend po piatku do poniedzialku, pasierbica jest malym dzieckiem, ktore wymaga
        ciaglej uwagi a tatus jest nawiedzony.
        (o wielu takich czytalam na tym forum).
        Oczywiscie zawsze mozna odejsc, co tez gdyby moj uklad nie wypalil biore pod uwage.
        • mileu Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 06.02.10, 21:32
          Pragnę dodać parę groszy do kilku poprzednich postów. Po Piewrsze
          jeśli facet chce założyć nowy dom, to MUSI wygospodarować trochę
          czasu tylko dla kobiety, bo jak inaczej taka 2 może sie związać?
          Nawet w przypadku wspólnych dzieci pary osób z których żadna nie ma
          dziecka- potrzebują najpierw trochę czasu dla siebie na wytworzenie
          więzi i zbudowanie związku.Potem dopiero powinni robić dzieci (
          oczywiście mówie o warunkach optymalnycvh nie zawsze występujących w
          naturze) W przypadku dzieciatych jest to trudniejsze, ale jak na mój
          gust konieczne również. Można powiedzieć, ze jak kobita bierze sobie
          dzieciatego to przeciez wie co sie pakuje, ale tez z drugiej strony
          jelsi facet nie jest w stanie wygospodarowac czasu na zwiazek i
          tylko na zwiazek, to w takim razie widac nie powinien sie w zwiazek
          pakowac a byc sobie samemu do konca zycia.
          a co do nadymania się na role rodzicielską. przeciez wiązanie się z
          facetem nie musi to oznaczac wiazania się z jego dzieckiem. po
          pierwsze nie kazdy jest stwoezony do roli rodzicA.po drugie wiazac
          sie z facetem jego dzieci zwykle nie zna sie wcalena początku. Po
          jeszcze kolejen poznajac mezczyzne(lub kobiete) z dzieckiem czasem
          nie wie sie ze ta osoba ma dziecko. dobrze jest dowiedziec sie na
          poczatku, ale roznie bywa. Bo powiedcie mi czy widzialyscie kiedys
          faceta, ktory zaczyna od "Cześć jestem Stefan i mam 2 dzieci. Chcesz
          pooglądac ich zdjęcia?"?!
        • tully.makker Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 07.02.10, 17:20
          Uwierz Kiciu zupelnie inaczej wyglada sytuacja gdy masz pasierbice w kazDy
          > weekend po piatku do poniedzialku, pasierbica jest malym dzieckiem, ktore wymag
          > a
          > ciaglej uwagi a tatus jest nawiedzony.

          No ale po co byc z nawiedzonym facetem? Tak naprawde wszystko sie do tego
          sprowadza, przynajmniej dla mnie, bo mnie zwyczajnie obecnosc dziecka
          (dodatkowego) w domu nigdy nie przeszkadzala. Zdarzaly sie nam wyjazdy tylko z
          jednym z dzieci - i tez nie bylo problemu.
          • elakuz Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 07.02.10, 19:27
            tully.makker napisała:


            > No ale po co byc z nawiedzonym facetem?

            Ja nie bylabym z nawiedzonym facetem, ale czytalam zbyt czesto na tym forum, ze
            tacy tatusiowie wcale nie sa rzadkoscia.

            Tak naprawde wszystko sie do tego
            > sprowadza, przynajmniej dla mnie, bo mnie zwyczajnie obecnosc dziecka
            > (dodatkowego) w domu nigdy nie przeszkadzala. Zdarzaly sie nam wyjazdy tylko z
            > jednym z dzieci - i tez nie bylo problemu.

            Tobie nie przeszkadza, bo masz wlasne. Mnie tez mala nie przeszkadza, jest z
            nami od prawie roku. Teraz odwiedza mame od czasu do czasu i mamy wtedy czas dla
            siebie, ale jak przychodzila w kazdy weekend bylo to meczace dla mnie, dlatego
            zdecydowalismy sie na dorosly weekend ( sorry polowe weekendu czyli od soboty w
            poludnie do niedzieli w poludnie)i nie mam z tego powodu zadnych wyrzutow sumienia.
            • tully.makker Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 07.02.10, 20:14
              > Ja nie bylabym z nawiedzonym facetem, ale czytalam zbyt czesto na tym forum, ze
              > tacy tatusiowie wcale nie sa rzadkoscia.

              a ja jednak sadze, ze sa.Oczywiscie, wszystko zalezy iod tego, co sie uwaza za
              nawiedzenie. jesli spedzajaca z dzieckiem niewielka ilosc czasu w miesiacu
              ojciec chce ten czas spedzic wlasnie z dzieckiem, to nie widze w tym nic
              dziwnego. jesli majajc dziecko na codzien, nie jest w stanie spedzic bez niego
              kilku godzin, to rzeczywiscie podpada pod patologie. Choc przyznam szczerze, ze
              dla wiekszosci pracujacych rodzicow czas spedzany z dziecmi jest tak czy inaczej
              krotki. I nietrudno zrozumiec rodzicow, ktorzy tego czasu nie chca jeszcze
              bardziej skracac.
              • elakuz Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 07.02.10, 22:04
                poczytaj np. watek matie.skowron. Jej partner to typowy przyklad nawiedzonego
                tatusia. To o czym piszesz jest dla mnie normalnym zachowaniem rodzica.
    • 13monique_n Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 11.02.10, 15:36
      Dorzucę swoje dwa grosze:
      Myslę Konstancjo, że kluczem do wszystkiego u Ciebie jest zasada
      wzajemnego szacunku. TY szanujesz Małego (jego inteligencję na
      przykład) i wymagasz szacunku dla siebie. Pokazujesz, jak to się
      realizuje w praktyce. dzieci lubią być poważnie traktowane, a Ty
      miałaś fart (niefart?), że małego spotkałaś na tyle wcześnie, że on
      szybko zauważył, że z zasadmi lepiej niż bez smile
    • polifonia1983 Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 01.03.10, 17:33
      konstancja16 napisała:

      > Tak mi sie nasunelo w zwiazku z jednym niedawnym watkiem. Dwa, trzy
      > albo cztery stanowiska (do uzupelnienia):
      >
      > 1. Ja nie wychowuje, ja sie nie wtracam, to nie moje dziecko
      > 2. Nie chce go / jej na oczy ogladac, bo to niedobre dziecko
      > 3. Na glowie staje, sprzatam, gotuje, a on / ona wciaz fochy
      > stroi i nikt mnie nie docenia

      4. Sprzątam, gotuję (z rzadka), na głowie staję, a ktoś mnie za to
      kocha i docenia.
      >
      > Ja od poczatku walcze jak wyposrodkowac miedzy tymi pozycjami. Bo
      > jestem z facetem, ktory jest ojcem nieznosnego szesciolatka i chce
      z
      > nim byc. Z ojcem, nie z szesciolatkiem, ale szesciolatka nie da
      sie
      > wyeliminowac.
      To prawda, nie wzięłaś sobie faceta, tylko faceta z dzieckiem. Doceń
      to, że o nie dba, wiesz przynajmniej, że będzie dbać też w Wasze
      wspólne.
      Tym bardziej nie pozwole sobie, aby malolat, ktory spedza w
      > moim / naszym domu prawie wszystkie weekendy zachowywal sie
      > niegrzecznie, nie sprzatal po sobie i spodziewal sie, ze zawsze
      > bedzie wygrywal.

      Też na to nie pozwalam, ani tata małolaty. Ale wygrywać jej jednak
      czasem pozwalam smile
      >
      > Zatem: ja go nie wychowuje, ale on mnie tez nie.

      Jak to, masz okazję się czegoś nauczyć, poznać czyjś punkt widzenia i
      rezygnujesz z tego?

      Jego zjawienie sie
      > w moim zyciu nie oznacza, ze zrezygnuje z wygrywania w karty, ze
      > pozwole sie zle traktowac gowniarzowi, bede tolerowac glupie
      > zachowania ze strony niby ukochanego mezczyzny i ze bede sprzatac
      po
      > wszystkich. A na drzewo.
      Święta racja (poza tym z wygrywaniem w karty, daj spokój, walczyć z
      czterolatkiem o gry??). Ale nie mogę Ci nic powiedzieć, mój M dba o
      nasze relacje i nie nazwałabym nigdy jego zachowań głupimi. A
      histerie małej też mają jakieś podłoże i pokazują, że nie jest jej
      łatwo być w dwóch skrajnie różnych domach z różnymi zasadami. I że
      się boi, że skoro tata ma nową rodzinę, to jej już nie kocha.
      Ja akceptuje nietypowa i troche trudna
      > czasami sytuacje tzn bycie macocha, bycie z facetem, ktory jest
      > weekendowym ojcem. I w ostatnia sobote zamiast isc na impreze
      > jezdzilismy po lekarzach, chociaz mi sie nie chcialo.
      Sama jesteś dzieckiem. Chorowało, a Tobie się nie chciało jeździć po
      lekarzach?? Rozumiem, że jest się zmęczonym, ja też czasem odmawiam
      udziału w różnych wydarzeniach i żądam czasu dla siebie, ale jak mi
      dziecko choruje, to mam w nosie to, że mi się nie chce. A co, jeśli
      jakaś baba (z rodziny, znajomych, na koloniach, w szkole, wakacjach)
      Twoje dziecko tak potraktuje? Skoro zdecydowałaś się być weekendową
      macochą, to bądź nią, sama sobie nałożyłaś taki obowiązek.

      >
      > Podsumowujac: chyba nie da sie nie wychowywac pasierba.

      święta prawda
      Tzn, ja na
      > poczatku bylam pewna, ze to nie moj interes. Ale zdalam sobie
      > sprawe, ze najzwyczajniej broniac swego terytorium jakos na niego
      > wplywam, a zatem (mimo woli) wychowuje. Scieli lozko, sprzata ze
      > stolu (a kto niby ma to za niego robic?!) i.... nie wiem skad
      > zamiast obrazic sie na te nadmierne wymaganie wciaz wraca radosny
      > jak skowronek (a moze jego mama jeszcze gorsza rura niz ja?).
      A może uznał, że jak od niego wymagasz czegoś, to ci na nim zależy smile
      Dzieciom raczej nie jest obojętne kto jest ich macochą. I Cię
      akceptuje, chociaż ogrywasz go w karty? smileJa tam bym się cieszyła, że
      wraca radosny jak skowronek, pewnie mu dobrze u Was.



      > Pamietal jak mial cztery lata i ryczal, bo mu nie dalismy wygrac w
      > cos. Troche sie podsmiewalismy, a troche zapewnialismy, ze
      > nastepnym razem wygra. Dzis gramy w proste gry, zawsze ktos
      > wygrywa, ktos przegrywa i wszyscy sie z tego smiejemy. Czasem maja
      > sztame przeciwko mnie, a czasem ja z Malym knuje za plecami eNeMa.
      > Nie jest to raj na ziemi, bycie macocha to nie jest rozkoszne
      > przedsiewziecie, ale chyba moze byc normalnie. Grzecznie, z
      > szacunkiem wzajemnym i bez wiekszych jazd.


      >
      > Mysle ze nie mozna przestac byc soba, nie mozna dac sie ponizac,
      > przelykac niegrzecznych zachowan – czy to ze strony dzieciaka czy
      > jego rodzicow. Jestesmy macochami, ale to nie oznacza osobami do
      > pomiatania i ignorowania przez nieletnich z tzw ‘rozbitych rodzin’.
      >
      > Tak nas beda traktowac jak sie damy traktowac, a stawianie granic
      to
      > juz jakies tam wychowywanie....
      >
      > Zgadzam się ze słowami przedmówcy. Wiesz, ja chyba mam łatwo pod
      tym względem, bo nie muszę walczyć o niczyj szacunek. Dbamy o siebie
      i uczymy tego małą. Może połowa problemów z naszymi pasierbami to nie
      problemy z dziećmi, tylko z ich ojcami, a naszymi partnerami? Nie
      wyobrażam sobie, żeby mój M zrobił coś przeciwko lub wbrew mnie, tak
      jak nigdy nie robimy niczego przeciw małej. Mamy problemy z nią, dużo
      różnych, ale nikt z naszej trójki nie toczy żadnej wojny.
      • konstancja16 Re: granice wychowywania cudzego dziecka… 01.03.10, 20:57

        Hehe

        Owszem, wygrywam czasem w karty. Oraz w domino i w inne gry. Nie z
        czterolatkiem, tylko z szesciolatkiem, ktory probuje juz kantowac.
        Na szczescie umie tez przegrywac. Ja tez. Dzieki temu jakos znosze
        te gry, a i Maly lubi poudawac doroslego.

        Co do jazdy po lekarzach: nie chcialo mi sie i wkurzona bylam na
        maksa. Na mamusie dziecka, nie na dziecko. coz, NM mial go odbrac
        (jak co tydzien), podrzucic na noc dziadkom (jak nie co tydzien) i
        mielismy isc na impreze (a nie bylismy od paru miesiecy, nie tylko
        przez dziecko, tylko tez przez egzaminy rozne, wyjazdy, prace i inne
        zobowiazania). Tymczasem, jak sie okazalo, dziecko zostalo przez
        mame oddane w stanie zasmarkanym, zakaszlanym i z zapalaniem ucha.
        No, jezdzilam po lekarzach, ale wydaje mi sie, ze gdybym byla matka
        to: 1. Nie zaniedbalabym tak przeziebienia (Maly jest wydawany przez
        mamusie bez kurtki bo (cytuje) ‘to tylko kawalek do samochodu’wink; 2.
        Nie oddalabym na weekend dziecka w takim stanie.

        A co do reszty, to dziekuje za pouczenia, ale raczej zostane przy
        swoich normach domowych. I nie bede sie zanadto spoufalac z
        pasierbem. Ma dwoje rodzicow, ja nie musze udawac trzeciego. O
        wojnie nie ma mowy, chociaz czasem sa manewry smile

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka