Tak mi sie nasunelo w zwiazku z jednym niedawnym watkiem. Dwa, trzy
albo cztery stanowiska (do uzupelnienia):
1. Ja nie wychowuje, ja sie nie wtracam, to nie moje dziecko
2. Nie chce go / jej na oczy ogladac, bo to niedobre dziecko
3. Na glowie staje, sprzatam, gotuje, a on / ona wciaz fochy
stroi i nikt mnie nie docenia
Ja od poczatku walcze jak wyposrodkowac miedzy tymi pozycjami. Bo
jestem z facetem, ktory jest ojcem nieznosnego szesciolatka i chce z
nim byc. Z ojcem, nie z szesciolatkiem, ale szesciolatka nie da sie
wyeliminowac. Ja Malego nie wychowuje, to nie moje dziecko, ale...
spedza w moim / naszym domu sporo czasu i mam z nim bezposredni
kontakt. Mam tez na niego jakis wplyw. Nie zgadzam sie na to, aby
moi znajomi / goscie / przechodnie traktowali mnie nieuprzejmie i z
buta. Tym bardziej nie pozwole sobie, aby malolat, ktory spedza w
moim / naszym domu prawie wszystkie weekendy zachowywal sie
niegrzecznie, nie sprzatal po sobie i spodziewal sie, ze zawsze
bedzie wygrywal.
Zatem: ja go nie wychowuje, ale on mnie tez nie. Jego zjawienie sie
w moim zyciu nie oznacza, ze zrezygnuje z wygrywania w karty, ze
pozwole sie zle traktowac gowniarzowi, bede tolerowac glupie
zachowania ze strony niby ukochanego mezczyzny i ze bede sprzatac po
wszystkich. A na drzewo. Ja akceptuje nietypowa i troche trudna
czasami sytuacje tzn bycie macocha, bycie z facetem, ktory jest
weekendowym ojcem. I w ostatnia sobote zamiast isc na impreze
jezdzilismy po lekarzach, chociaz mi sie nie chcialo. Ale nie
przestaje byc soba, normalna osoba. Ktora jest grzeczna i wymaga
grzecznosci od innych. Od panci w sklepie i od nerwowego
szesciolatka z zapaleniem ucha.
Podsumowujac: chyba nie da sie nie wychowywac pasierba. Tzn, ja na
poczatku bylam pewna, ze to nie moj interes. Ale zdalam sobie
sprawe, ze najzwyczajniej broniac swego terytorium jakos na niego
wplywam, a zatem (mimo woli) wychowuje. Scieli lozko, sprzata ze
stolu (a kto niby ma to za niego robic?!) i.... nie wiem skad
zamiast obrazic sie na te nadmierne wymaganie wciaz wraca radosny
jak skowronek (a moze jego mama jeszcze gorsza rura niz ja?). Ja od
niego wymagam grzecznosci PRZYNAJMNIEJ w stosunku do mnie, inaczej
sobie nie wyobrazam, w koncu ja to ja. nie byle co
Pamietal jak mial cztery lata i ryczal, bo mu nie dalismy wygrac w
cos. Troche sie podsmiewalismy, a troche zapewnialismy, ze
nastepnym razem wygra. Dzis gramy w proste gry, zawsze ktos
wygrywa, ktos przegrywa i wszyscy sie z tego smiejemy. Czasem maja
sztame przeciwko mnie, a czasem ja z Malym knuje za plecami eNeMa.
Nie jest to raj na ziemi, bycie macocha to nie jest rozkoszne
przedsiewziecie, ale chyba moze byc normalnie. Grzecznie, z
szacunkiem wzajemnym i bez wiekszych jazd. Mniejsze zawsze bede.
Moze jeszcze da w kosc jako nastolatek, ale na razie wydaje mi sie,
ze sytuacja jest pod kontrola.
Mysle ze nie mozna przestac byc soba, nie mozna dac sie ponizac,
przelykac niegrzecznych zachowan – czy to ze strony dzieciaka czy
jego rodzicow. Jestesmy macochami, ale to nie oznacza osobami do
pomiatania i ignorowania przez nieletnich z tzw ‘rozbitych rodzin’.
Tak nas beda traktowac jak sie damy traktowac, a stawianie granic to
juz jakies tam wychowywanie....