Pisałam kiedyś, że mam problem z M jeśli chodzi o kontakty z
dzieckiem z poprzedniego związku. Po troszę dzięki mojemu truciu
(jak to określał), temu że młody sam nawiązał z nim kontakt i
poprosił o spotkanie i temu, że eks obrobiła mu tyłek jaki to z
niego "płodzimierz..." kontakty sie odnowiły. Młody był u nas dwa
poprzednie weekendy i już zapowiada się na kolejny. Przyjęłam
wszystko bardzo optymistycznie, a jako, że młody w domu nie ma lekko
przy mamusi i nowym "tatusiu" wychyliłam się, że postaram się dla
niego jak najlepiej... opisywać nie będę, ale to nie opinia wrednej
next o eksi, a porównanie osoby która sama jest eks i wychowuje
dzieci z poprzedniego związku i w podobnym wieku, a do tego w dużo
większej ilości, więc teoretycznie powinny mieć
bardziej "przerąbane". Przykład: młody swój przyjazd uzależnia od
tego czy nie będzie mamie potrzebny, moje dzieci spotykają się z
ojcem kiedy chcą bo są dziećmi, a nie pomoca domową. Zmierzając do
sedna, przed przyjazdem młodego eks zadzwoniła "tłumacząc się", że
młody ma buty w rozsypce i żeby sie M nie wystraszył, ale ona kupić
nie ma za co i kupi za tydzień jak kasę dostanie (tydzień wcześniej
urządzała imieniny). Buty okazały się nie zimowymi, a adisasami i
faktycznie w rozsypce... do tego reszta ubioru niewiele lepsza. Łapy
załamałam, bo mam aktualnie w posiadaniu 7 sztuk, bidę z nędzą też
przeszłam, ale dzieci nigdy tak nie wyglądały. M zgodnym chórem
zakrzyknął, że jak tak w ogóle można i płakać mu się chce jak
potomka takiego widzi. Tydzień później młody przyjechał w tym samym
ubraniu i w tych samych butach, no i dobry tatuś zupełnie już nie
mógł patrzeć na to. Zaproponowałam wypad w niedzielę do kina z moimi
i młodym, M jak najbardziej przystał, naopowiadał dziecku, że do
kina idziemy... ale wieczorem jak towarzystwo poszło spać pojawił
się problem... bo on chyba jednak mlodego nie weźmie, bo śnieg po
kolana, a te jego buty takie, że przemoknie, zachoruje i w ogóle
biedne dziecko. Fakt, biedne... problem tylko w tym, że M płaci 600
alimentów, dokładnie tyle samo przyniósł mi w tym miesiącu wypłaty
(mamy dwoje wspólnych dzieci), w poprzednim tygodniu kupiłam młodemu
telefon do kontaktu z ojcem + doładowanie, dałam 30 na wypad z moimi
do galerii, w tym sponsorowałam kino, a że do seansu było 1,5
godziny dałam towarzystwu po 25 co by sobie pochodziło w tym czasie
po sklepach. Suma sumarum wydałam na młodego trochę, z własnej
nieprzymuszonej woli i boże broń nie wypominam. Wkurzyl mnie fakt,
że M o te buty się obraził, że radosnie nie zasponsorowałam, tylko
stwierdziłam, że bardzo mnie ujęła jego troska o dziecko, ale chyba
to on powinien kasę wyłożyć, albo przynajmniej wykładać po równo na
wszystkie swoje dzieci (bliźniakom za dwa lata życia + wyprawka
nawet smoczka nie kupił, bo jak twierdzi to ja się tym zajmuje i on
nawet nie wnika czy mają czy nie... wie, że mają). Na finisz
usłyszałam, że w takim razie mam się nie wtrącać, bo to jego dziecko
i jego sprawa. Dzień później jakie to dziecko biedne i mamusia dalej
butów nie kupiła i marznie, moknie

No i mam kurde dylemat,
dziecka mi żal i stać mnie (z moich własnych funduszy) na kupienie
tych cholernych butów, nie chcę żeby mlody czuł się gorszy od
naszych wspólnych dzieci tymbardziej, że nie orientuje się w
sytuacji finansowej i nie wie, że to ja mam, a nie tatuś takie
kokosy zarabia i młodszemu rodzeństwu funduje, a jemu nie. Z drugiej
strony szlag mnie trafia, że M wymaga inwestowania w jego dziecko i
fochy stroi na sprzeciw, eksia na imprezki ma, radośnie się rozmnaża
(aktualnie spodziewa się drugiego dziecka ze swoim obecnym
partnerem), a na durne buty dla młodego nie i oczekuje, że tatuś
zasponsoruje (nie wie, że nie ma za bardzo z czego). Żal mi dziecka
bo nie winne, a czuję się z nim związana i lubię go, a naturę mam
taką, że obcemu dziecku dam jak tylko mogę... a z drugiej strony
czemu mam brać na siebie odpowiedzialność za nieodpowiedzialnych
rodziców? Tymbardziej, że jedno i drugie (jak sie okazało mój M też)
to typy, że dasz palec to rękę wezmą. Radźcie mądre kobity co byście
zrobiły... myśleć o dziecku, ryzykując, że tatuś będzie zgrywał
dobrego rodzica co to biednemu dziecku kupi jak nie ma, a eks będzie
wymagać coraz więcej skoro tatusia stać. Czy zastosować się do
rzuconej w złości rady, żeby się nie wpieprzać i zostawić młodego na
głowie M? Tylko wtedy paskudna sytuacja, bo pomijając ubiór
wypadałoby w całości "zwalić" obowiązek na tatusia... czyli moje
dzieci gdzieś wychodzą, dostają kasę = młody nie, bo tatuś nie ma,
zabieram moich do kina, mcdonalda, aquaparku = młody zostaje z ojcem
w domu... Nie jestem w stanie tak zorganizować atrakcji moim, żeby
młodego przy tym nie było bo w tygodniu mam opiekunkę do malych
tylko do południa i starsi sa wtedy w szkole. Zresztą nie bardzo
chcę, bo młody zna tylko szkołę, dom i podwórko z niezbyt ciekawym
towarzystwem. Chciałabym żeby poznał coś więcej... ale w takim
zakresie w jakim mnie to odpowiada, a nie w takim jak ktoś mi
narzuca.