ewa.gs
03.03.04, 09:01
Tak wiele jest postów, w których mówicie o dzieciach swojego męża z
poprzedniego związku jak o kimś zatruwającym życie, nieznośnym, wymagającym
pieniędzy, burzącym Wasze dobre samopoczucie. A mnie się włos na głowie jeży.
Biedne dzieciaki.
Oczywiście, są wyjątki, ale niestety nieliczne.
Pamiętacie bajkę o Kopciuszku? A o Śpiącej Królewnie? Jasne, to stereotyp,
że "macocha" (choć w tym znaczeniu o jakim tu mówimy częściej jest to po
prostu żona taty) świetnie łączy się z przymiotnikiem "zła", ale myślę, że
funkcjonuje nie bez racji.
Jeśli naprawdę kochacie swoich mężów, byłoby dla mnie oczywistym, że tak samo
kochacie ich dzieci - są przecież ukochaną cząstką ich samych. Ale niewiele
czytałam tu o tym, żeby któraś z Was się martwiła stanem psychicznym czy
zdrowiem dziecka, tym że ono ma rozbity dom, tym że dziecko musi się zmierzyć
z tak trudnym zadaniem, jak zaakceptowanie nowej osoby w rodzinie. To
przecież przede wszystkim one są poszkodowane w tym układzie. Agresja, jaką
czasem wobec Was dzieci wyrażają, to przecież tylko konsekwencja strachu,
próba ochronienia siebie. A to przecież Wy powinnyście być bardziej
doświadczone od nich (bo nie wiem czy mądrzejsze) i wiedzieć o tym, i nie
odpowiadać na nią taką samą agresją!
To Wy powinnyście tym dzieciom pomagać, wspierać je, dawać im, jeśli nie
miłość (bo z tym nie każdy sobie poradzi), to chociaż ciepło, opiekę i dobroć.
Nie piszę tego jako osoba z zewnątrz. Jestem w takiej samej sytuacji. A
córeczkę mojego męża po prostu kocham, tak jak kocham jego.
Jeśli nie potraficie zaakceptować tych dzieci, dlaczego związałyście się z
ich ojcami? Licząc, że może nie trzeba będzie zbyt często na dziecko patrzeć?
Że szybciutko dorobicie się własnego, a wtedy mąż o tamtym zapomni??
Smuci mnie i przeraża to podejście.