edw-ina
01.08.11, 09:00
Normalnie ryczę od wczoraj i nie wiem co się stało. To problem niemacochowy, ale potrzebuję kilku głosów rozsądku, by móc zrozumieć co się dzieje. Po kolei: mam dom w fajnej okolicy, chętnie odwiedzanej przez turystów. Dwa miesiące temu odwiedziła mnie siostra, spodobało jej się i zapytała, czy nie wyjeżdżamy gdzieś w wakacje, bo chętnie zostałaby tu na kilka dni i popilnowała domu. Nie zamierzaliśmy wyjeżdżać, bo po pierwsze latem jest bosko u nas, mamy niemal nieustanny remont i sami chętnie spędzamy kilka dni w domu pomiędzy odwiedzinami ekip, poza tym mamy teraz oboje sporo pracy. Ale ok, jesteśmy rodziną i trzeba współpracować. Oczywiście z pierwotnych zapewnień mojej siostry, że chce popilnować domu wyszło w końcu, że chce zabrać dzieci, żeby pokazać im okolicę. W porządku, niech będzie. Umówiłyśmy się na konkretny dzień, my załatwiliśmy sobie nocleg i zostawiliśmy jej dom na kilka dni. Ba, zostawiłam jej nawet swój komputer, choć był mi potrzebny i samochód, żeby miała jak dojechać do miasta i pobliskich "atrakcji". Cały czas mówiła mi, że zamierza zwiedzić z dziećmi okolicę.
W sobotę pytam ją co w domu i jak się sprawują zwierzęta, na co odpowiada mi, że nie wie, bo wraca od ojca. Jej ojciec mieszka kilkaset kilometrów ode mnie, ok - bliżej ode mnie niż od niej, ale wciąż nie jest to spacer ani odwiedzenie pobliskiej atrakcji. Początkowo zamurowało mnie całkowicie. Po jakimś czasie napisałam jej - normalnego w moim odczuciu smsa, w którym napisałam, że samochód był po to, aby miała jak zawieźć dzieci w fajne miejsca, a nie po to, by jechała nim kilkaset km. do ojca. Że skoro chciała to zrobić to powinna mi o tym otwarcie powiedzieć i że nie załatwia się spraw poza czyimiś plecami oraz mam nadzieję, że więcej nie postawi mnie w sytuacji dokonanej. Jak na mój gust powinna mi była odpowiedzieć, że nie sądziła, że będzie mi to przeszkadzało i na przyszłość tak nie zrobi. Ale nie. Kiedy wróciłam do domu (rano miałam odwieźć ją i dzieci na pociąg) nikogo w nim nie było. Zabrała swoje rzeczy, kazała nawet zostawić swojej córce ubrania, jakie jej dałam, a na stole zostawiła kartkę, że to się już więcej nie powtórzy. Kiedy zadzwoniłam z pytaniem, co robi, stwierdziła, że mam to sobie przemyśleć i odłożyła słuchawkę. Czy ktoś jest mi w stanie wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi? Czy ja do diabła nie mogę powiedzieć dorosłej osobie, która się niedorośle zachowuje, że jej zachowanie mi nie leży? Nie mamy już więcej rodziny, tylko siebie, nie chcę z nią tracić kontaktu, ale po takiej scenie nawet nie mam siły próbować cokolwiek zrobić. Macie jakiś pomysł jak tego psa ugryźć?