blondgirl
16.03.09, 08:34
Wczoraj mój NM zarzucił mi, że go razi i boli w jaki sposób traktuję jego
Synia. Rzeczywiście, przyznaję się bez bicia, że traktuję go z tzw. życzliwą
obojętnością. Nie zachwycam się, nie szukam na siłę kontaktu, nie wtrącam itd.
Wychodzę z założenia, że to "nie mój cyrk i nie moje małpy". Jednak w moim
mniemaniu ma to swoje podstawy, co z kolei nie trafia do moje NM. Wg NM to ja
się czepiam młodego.
Młody ma prawie 14 lat (I klasa gimnazjum). Jest u nas co tydzień na weekend.
Ma swój własny pokój z którego nikt poza nim nie korzysta. Cały pobyt
sprowadza się do:
- oglądania TV
- grania na kompie
- spania
- jedzenia
- zabaw z kuzynem i u kuzyna (70-80% czasu).
W domu nie interesuje go dosłownie nic. Co najwyżej zadaje pytania kiedy coś
zostanie zrobione (np. przerobione meble w kuchni) bądź kupione (np. TV do
salonu). O własny pokój nie dba. Czasami odnoszę wrażenie, że Mlody zachowuje
się jak gość hotelowy i tak go też traktuję.
Fakt, kiedyś sprzątałam mu (odkurzałam, ścierałam kurze), ale nigdy nie
usłyszałam ani dziękuję ani "pomogę ci" ani od młodego ani od jego ojca, więc
dałam sobie spokój. Tak jakby to się należało w standardzie. .Owszem, jak był
w domu, i poprosiłam go umycie podlogi, to zrobił to, ale w większości
przypadków w porze sprzątania nie ma go w domu.
Pilnowałam porządku Przez wyjazdem do domu kazałam poukładać ciuchy, pościelić
łóżko itp. Ale, kiedy zauważyłam, że ani jemu ani ojcu bałagan nie przeszkadza
dałam sobie spokój i z tym. Wychodzę z założenia, że skoro nikomu poza mną
taki stan rzeczy nie przeszkadza, to i mi nie powinien, zwłaszcza, że ja z
tego pokoju
nie korzystam i 14 lat to chyba wystarczający wiek, żeby dbać o swój pokój. A
skoro on sam nie przejawia ochoty, to czemu ja mam się starać?
Oddałam mu do pokoju swój stary komputer i TV (fakt dość wiekowo), ale nie
usłyszałam nawet słowa dziękuję. Posprzątałam - też nic. Wręcz przecież to
tato mu to załatwił. To ja dziękuję.
Dla NM nie mogę o tym normalnie powiedzieć, tak jak tu, bo on od razu traktuje
to prawie w kategoriach zamachu na biedne dziecko. On ma dość bycia między
"młotem a kowadłem" i jak tak to mogę sobie zabrać swoje rzeczy z pokoju
młodego, jak to ostatnio powiedział.
A to przecież nie chodzi o jakieś podziękowania i w ogóle. Razi mnie,
że Młody przyjmuje wszystko tak jakby jemu się to należało, a od siebie nic. W
domu nic nie pomaga. Nigdy nie nawet nie zmyl naczyń po np. wspólnym obiedzie.
Fakt do zlewu odniesie i to wszystko.
Ale jak weźmie kubek, żeby się napić, to już go nie umyje tylko zostawi w
pustym zlewie. Jak zwracam uwagę, że ma myć po sobie, bo w zlewie nie ma
innych naczyń - jest czysto, tp wg NM czepiam się i zlośliwa jestem.
Buty jak zdejmie na środku wycieraczki w przedpokoju tak zostawi, mimo, że
widzi, że wszystkie stoją w rządku i jego też zawsze są tak przestawione.
Ostatnio straciłam cierpliwość i zawołałam go z góry, żeby przyszedł i ustawił
je tak jak należy. Gdyby NM to widział, to znów by powiedział, że znęcam się
nad biedakiem, bo co to jest przestawić czyjeś buty. Może raz - dwa razy to
nie problem, ale po raz 100, to i świętego szlag by trafił.
Próbowalam z NM o tym rozmawiać, ale nie da się...
Wk...a mnie, że NM stosuje różne standardy. Do mnie bez przerwy ma problemy,
że nie "interesuję się domem" ani "ogrodem", nie pomagam mu itp. Wg niego w
domu wszystko samo się sprząta, pierze, prasuje i w weekendy gotuje, bo
rzeczywiście w tygodniu rzadko gotuję. A Młody nic nie musi. Najważniejsze, że
w ogóle przyjedzie i lekcje odrobi. Do niego nie ma pretensji, że nawet za
sobą nie potrafi posprzątać nie mówiąc już o jakiejś pomocy w domy nawet nie
mi, ale
własnemu ojcu!!! A z drugiej strony później widzę, że boli go, że jak młodego
poprosi o drobną pomoc, to kończy się "oj, taaato nie chce mi się".
Ale na wieczór, kiedy jesteśmy po pracy czy to w domu czy zawodowej, kiedy ja
chciałabym mieć NM tylko dla siebie i święty spokój, jest pierwszy do ojca.
Tak to nie ma go w domu, nie interesuje go co ojciec robi i czy nie trzeba mu
pomóc. Chce oglądać z nami TV wieczorem OK. Ale zwykle wygląda to tak, że bez
przerwy toczy się jakaś dyskusja i ja ani nie mogę oglądnąć filmu ani iść
spać, bo mi to przeszkadza. Jak zwracam uwagę, bo nerwowo nie daję rady, to
znów jestem ta zla. Jak pójdę na dół spać albo czytać - to urządzam sceny. I
tak w kółko.
Tym bardziej mnie to boli, że gdy po raz pierwszy przyjechala do nas na
weekend moja młodsza siostra, która nie dawno zaczęła studiować, mój NM był
bardzo oburzony do mnie, że nie pomaga mi przy obiedzie, tylko oglądała film w
TV. I nie miał żadnych oporów, żeby poprosić ją o pomoc przy sprzątania. A w
stosunku do swojego syna - domownika jakoś nie może się zdobyć. A moją uwagę w
tym kierunku uważa za zamach na dobro dziecka.
Co najdziwniejsze jak jesteśmy sami mój NM jest prawie, jak to się mówi, do
rany przyłóż. We wszystkim się dogadujemy, nie ma problemu z kompromisami.
Jest super. Problemem jest jak pojawia się dziecko. Ale to znów ja robię
problem i przeszkodę z Młodego. I rośnie takie nie wiadomo co...
Dlatego od pewnego czasu traktuję Młodego trochę jak powietrze. Nie angażuję
się w żaden sposób w jego życie, chybą że zostanę o to wyraźnie poproszona. Bo
po co? I tak tego nikt nie doceni, a ja wyjdę na złą babę jagę. Tak to
przynajmniej mi jest łatwiej znieść to wszystko.
Czy w ogóle jest może jakieś inne wyjście z tej sytuacji? Jak zrobić, żeby NM
zaczął normalnie rozmawiać na temat Młodego, a Młody zaczął się zachowywać jak
"w domu" a nie "w gościach"? Macie jakieś rady?