dyderko
15.04.09, 14:30
M miał zawał. Już jest wszystko dobrze ale był moment kiedy nie było
pewne czy to przeżyje. Łatwo nie było ale mamy to za sobą. Gorzej że
zdarzyły się takie rzeczy że nie wiem zupełnie jak się do tego
odnieść, jak to rozumieć, jak z tym żyć i jak teraz patrzeć w
przyszłość.
Po pierwsze (tak na rozgrzewkę), ponieważ jestem wrogiem publicznym
nr 1 dla Ex, więc poprosiłam teściową by powiadomiła wnuki, bo jeśli
ja zadzwonię a ich matka odbierze to może być bardzo niemiło
(czasami odbiera ich komórki). Teściowa odmówiła, powiedziała że nie
należy dzieci martwić. Zaznaczam ze stan M był bardzo ciężki, dzieci
właściwie są już pełnoletnie (nie małe dzieciaki), a zagrożenie że
ojca więcej nie zobaczą było duże.
Po drugie, na trzeci dzień po zawale M jego Ex sama do mnie
zadzwoniła i zanim odłożyłam słuchawkę usłyszałam że ona żąda bym
wydała jej spadek jej dzieci. Przypominam ojciec jeszcze nie martwy,
wszystko czego się dorobił do rozwodu zostawił im, ze mną dorobił
się jednej pralki. Młodsze z dzieci będzie pełnoletnie za kilka dni,
więc nie muszę z nią o niczym rozmawiać. Ona też nie uznała za
stosowne poinformować dzieci o stanie ojca (nie ważne skąd się sama
dowiedziała).
Po trzecie, cała rodzina M już od pierwszego dnia zajmowała się
użalaniem nad jego grobem. Zachowywali się tak jakby już umierał.
Nie otrzymałam od nich żadnej pomocy, żadnego wsparcia. To ja ich
uspokajałam, pocieszałam i otaczałam opieką, po ciosie jaką była
domniemana śmierć M i to jak trudno będzie żyć na świecie jego
sierotkom.
Jestem wykończona. Nawet nie mam siły się cieszyć że już po
kryzysie, że będzie dobrze, że przetrwaliśmy to. Teraz wiem że jeśli
kiedykolwiek coś się wydarzy jestem skazana tylko na siebie (no i
moich), a Ex nie odpuści nawet w takiej chwili.
A dzieciaki dowiedziały się że tatuś jest chory jak zadzwoniły do
niego po prawie dwóch tygodniach z pytaniem dlaczego nie spotkali
się w święta. Nie zauważyli młodziankowie braku człowieka który
widuje się z nimi minimum dwa razy w tygodniu a dzwoni jeszcze
częściej! M też jest sam, boję się że właśnie sobie to uświadomił...
Człowiek się sprawdza w chwilach kryzysu, nie wiem na ile ja się
sprawdziłam ale rodzina M (cała) nie sprawdziła się ani trochę!