bassooner
29.11.07, 14:33
Po wczorajszej zwałce na bicyklu.
A więc: jadę sobie rowerem na banę, normalnie drogą, dość szybko, a z
naprzeciwka wyjeżdża jakaś kobieta granatowym "czymś tam" - niestety nie
zdążyłem zauważyć lecąc przez kierownicę do przodu...;-(((
Po mojej stronie stał zaparkowany samochód, myślę sobie "nie zmieszczę się
między nim, a jadącą z naprzeciwka"...no i dałem ostro po hamulcach...obu
niestety, a tam był jakiś placek lodu.
No i poleciałem przez kierownicę, właściwie to połowa mnie, a druga została
opleciona wokół roweru. Najbardziej bolało kolano ale i dechu trochę mi
zabrakło bo musiałem dość mocno spaść na asfalt. Dobrze, że jakimś fartem
nałożyłem skórkowe rękawiczki, bo są lekko zdarte, a tam był taki chropowaty lód.
Pragnę w tym miejscu podziękować pani, która jechała jakimś granatowym
pojazdem i właśnie przed jej maską wykonałem swoje „salto mortale” ponieważ
ominęła mnie leżącego i wijącego się w bólach z taką gracją, że jestem pełen
podziwu dla jej kunsztu.
Zwolniła wprawdzie troszeczkę, ale przecież z prawej strony musiała jechać
bardzo blisko krawężnika ponieważ wtargnąłem na jej połowę jezdni. Zrobiła
przy tym dość duży zapas ok.20 cm od moich nienaturalnie powykręcanych stóp
narażając się na obtarcie opony o krawężnik.
Ja oczywiście leżąc w posoce wesoło jej machałem przetrąconą rąsią, a moje
oczy zdawały się mówić: „wszystko w porządku, jedź dalej – przecież
zatrzymując się spalisz jedną tysięczną litra paliwa więcej oraz stracisz
jakże w obecnych czasach potrzebne dziesięć sekund, a ja do tego szpitala to
się już jakoś doczołgam...