Wiem, że on nie czyta tego forum, ani nawet pewnie nie ma pojęcia, że ja tu
piszę, dlatego właśnie tu się wykrzyczę (gdzieś muszę, bo inaczej się
zastrzelę, choćby dziecinną pukawką, albo korkiem od butelki, bo pistoletu nie
mam, a czymś trzeba będzie to zrobić jak nie ochłonę...)
A więc napiszę krótki list otwarty do T. (jak to niegdyś do innej litery
zrobiła Beatrix, hehe):
***
Zawsze myślałam, że wszystko jest problemem, tylko nie to, że źle się czuję, a
przynajmniej chciałam tak myśleć. Zawsze próbowałam wszystko tłumaczyć, o
wszystkim mówić, żeby nie było niedopowiedzeń, żeby nie było, że coś ukrywam.
Nic nie ukrywałam. Pokazałam wszystko. Za dużo. Popełniłam niewybaczalny błąd.
Lepiej byłoby, gdybym grała, kto wie, może prawda nigdy by nie wyszła na jaw,
gdybym tylko dobrze grała? Teraz żałuję, bo tak sobie myślę, że przecież
zdarza się, że gdy człowiek tak bardzo zatraci się w graniu, to może mu ono
wejść w krew. I tym samym być może straciłam w ten sposób jedyną jak dotąd
szansę na normalność??
Nie potrafię podchodzić do życia aż tak praktycznie, nie potrafię wbić się w
jakieś ramy, tylko dlatego, żeby "jakoś to wyglądało" i by był spokój. Za to
potrafię przyznać się do największych słabości, do problemów ze swoimi
emocjami, swoją tożsamością, także seksualną, tylko dlatego, żeby z kimś być
na jasnych zasadach, tylko dlatego, że tak bardzo chcę z tym kimś być.
Niemożność wpasowania się w te ramy najwyraźniej wyklucza jednak związek.
A ja głupia miałam nadzieję, że jeśli ktoś chce i jest szczery i tak bardzo
chce to wszystko się uda i później nawet to "wpasowanie się" w ramy przyjdzie
samo, naturalnie, bez wysiłku.
Pieprzony idealizm. Najwyraźniej. Czuję się zażenowana, bo zawsze myślałam, że
daleko mi do niego.
Nie mogę teraz pojąć tego wszystkiego, ani poradzić sobie z tym, że to trwało
aż trzy lata, a nie powinno mieć w takim układzie w ogóle miejsca. Głupota
ludzka nie zna granic. Tacy popier***eni ludzie jak ja powinni być sami.
Kiedyś to wiedziałam. Na kilka lat odpuściłam sobie, zapomniałam się - i był
to makabryczny błąd, bo co z tego, że znów to wiem, skoro ponowne uporanie się
z tym bólem graniczy z niemożliwością?
Każde zło, każde nieszczęście da się pokonać. Wszystko jest do pokonania.
Pokonać nie da się tylko NICZEGO, takim NICZYM jest pustka. Pustka jest
wszechogarniająca i niepokonana. Jedyną mądrą decyzją jaką ostatnio podjęłam
to ta, by od razu przyznać się do kapitulacji.
***
Tyle.
[PS. Jeszcze przed chwilą myślałam, że napisałam to też ku Waszej przestrodze,
ale nie, bo w Wasze szczęście jakoś dziwnie wierzę

)]
--
przez prawą nogę lewą nogę i dalej mogę