Dodaj do ulubionych

Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń

29.07.09, 13:59
Temat, który chcę poruszyć, poruszałam już kiedyś tutaj:
forum.gazeta.pl/forum/w,210,95660035,95660035,Przyjazn_a_dziecko_.html
Teraz trafiłam na to forum i wydaje mi się ono odpowiedniejsze to takiej
dyskusji. Wszystko jak w wątku powyżej. Chciałam po prostu zapytać Was, jak Wy
radzicie sobie z dzieciatymi przyjaciółmi, na których Wam zależy? Czy da się
oddzielić choćby w jakimś nikłym stopniu przyjaźń od macierzyństwa drugiej osoby?

Jak powiedzieć przyjaciółce, że tak naprawdę chciałabym czasem spotkać się z
nią "bez dziecka", bądź siedząc u niej móc choćby chwilę porozmawiać
"normalnie", a nie być wiecznie "wkręcaną" w zabawy z dzieckiem?

Najpierw myślałam, że przecież nic się nie zmieni, gdy Kaśka urodzi. Życie
jednak zweryfikowało to dość szybko.

Czy to takie dziwne, że chciałabym raz na jakiś czas spotkać się na kawie w
mieście bez dziecka, a jeśli "z", to nie lądować po 3 minutach na placu zabaw,
gdzie K. z Małą biega po tych wszystkich drabinkach, a ja czuje się jak
"pilnowacz" siedząc na ławce pod placem z wszystkimi torbami, butami, etc?

Jest mi z tym wszystkim coraz gorzej, do tego stopnia, że zaczynam się
wkurwiać nawet z tego powodu, że K. już chyba całkiem przestała zwracac sie do
mnie normalnie po imieniu, zamiast tego ciągle tytułując mnie "ciocią". Ciągle
mnie coś drażni!

Jak patrzą na to matki, które - jak sądzę - zaglądają tu dość często? A jak
osoby w sytuacji podobnej do mnie?



Pozdrawiam smile
Mar.
Obserwuj wątek
    • mar-99 Dodam tylko.. 29.07.09, 14:04
      ..że z tego wszystkiego nabawiam się coraz większej awersji do macierzyństwa, bo:
      a) skoro jest to TAK absorbujące, że nie da się pogadać z nie-dzieckiem
      kwadransa, to ja dziękuję;
      b) jeśli to wcale nie jest tak absorbujące, a to kobitki pod wpływem
      po-ciążowych hormonów tak głupieją, to tym bardziej dziękuję.
      • kasian00 Re: Dodam tylko.. 29.07.09, 14:30
        Jeśli jest przyjaciółką to porozmawiaj z nią o tym co Cię gnębi, powiedź jej
        wprost że chcesz czasami się z NIĄ spotkać BEZ DZIECKA i pogadać poprostu o
        "dupie maryny" a nie o dziecku! Jeśli np nie ma z kim zostawić dziecka to niech
        zaproponuje godziny kiedy dziecko śpi.
        Jeśli nie zrozumie to ta przyjaźń niestety ale długo nie potrwa, no chyba że też
        się dorobisz dzieciaka i będziecie gadać o kupkachwink



        • sibeliuss Re: Dodam tylko.. 29.07.09, 17:10
          kasian00 napisała:

          > no chyba że też się dorobisz dzieciaka i będziecie gadać o
          kupkachwink
          >
          Nie strasz smile
    • sibeliuss Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 29.07.09, 16:59
      Napiszę coś banalnego, ale trudnego - to postawi Waszą znajomość na
      zakręcie.
      Powiedz jej najnormalniej w świecie, że czujesz się pilnowaczem i
      bezimienną ciocią. A co najważniejsze - że to Ci się nie podoba.
      Jeśli jest przyjaciółką to zrozumie - jesli nie, to znaczy, że po
      urodzeniu dziecka stała się koleżanką, abo wręcz znajomą. Trudno,
      tak bywa, boli, ale przynajmniej wiesz na czym stoisz i nie czujesz
      się jak idiotka.
      • mar-99 Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 29.07.09, 18:22
        Pewnie oboje macie rację. Sęk tylko w tym, że Kaśka ciągle podkreśla, jaka to ja
        nie jestem dla niej ważna - ja i jej przyjaźń - etc, etc... Ale jak przychodzi
        co do czego, to w "czynach" wychodzi tak, jak pisałam wyżej.
        Znalazłam także jakieś forum matek, w których pisały one, jak to poolewali je
        przyjaciele, gdy urodziły się dzieci. Próbowałam zrozumieć, jak to wygląda z ich
        perspektywy. I wychodzi na to, że jesli komuś - tak jak teraz mi - dany "stan
        rzeczy" się nie do końca podoba, to znaczy, że przyjaźń bynajmniej nie jest
        przyjaźnią itd.
        A przecież to z nią się przyjaźnię od lat 10, a nie z jej dzieckiem, które nota
        bene lubię i akceptuję, ale to wszystko! W matce mam i chcę mieć przyjaciółkę,
        nie w dziecku.
        • carwszechrusi Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 30.07.09, 13:19
          Twoja koleżanka powinna być ci wdzięczna że lubisz i akceptujesz jej dziecko.
    • broceliande Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 04.08.09, 22:43
      Ja trochę z innej beczki...
      Byłam bezdzietną przyjaciółką dzietnej, wpadniętej dwa razy mamy.
      Przetrwałam okres pieluch, piaskownicy... akceptowałam, że zeszłam
      na drugi plan.
      Akceptowałam, że rozmowa tylko o dzieciach.
      Do dziś tego nie rozumiem, bo dla mnie 20 lat to nie była pora na
      dzieci, potępiałam ją trochę za te dzieciaki, ale akceptowałam
      jednak jako część jej życia.
      Dużą część.

      Mam dziecko o wiele później, już po trzydziestce byłam...
      Ona się teraz nabija, że ma dzieciaki już odchowane, jest znowu
      wolna (syna to już można bzyknąć - osiemnastolatek, to moja uwaga),
      a ja wychowuję pięciolatka.

      A przyjaźń trwasmile
      • mar-99 Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 08.08.09, 12:02
        To i pewnie u mnie będzie podobnie.. Bo i nie wyobrażam sobie teraz mieć już
        potomstwa. Tylko sama widzisz - koleżanka ma już odchowane dzieciaki, znów jest
        "wolna", a Ty (tudzież ja za lat 10 dajmy na to) masz "małe" i dalej nijak na to
        mataforyczne wino spiknąć się nie da. wink
        • broceliande Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 10.08.09, 20:24
          Wiesz co? Niekoniecznie.
          Mnie ten pięciolatek (i młodszy) w winie z przyjaciółką nie
          przeszkadza. I wcale nie metaforycznymsmile
          Zostaje z tatą.

          A jej małe dzieci przeszkadzały. Bo tata się nie zajął, żeby mogła
          na wino się wyrwać.
          Tak, jakbyśmy należały do różnych pokoleń. Kilkanaście lat temu dla
          faceta było uszczerbkiem dla męskości zająć się małym dzieckiem,
          teraz nie.
          Wiem, że generalizuję, ale moim zdaniem tak to wyglądało.



    • nickforumowy Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 26.08.09, 16:49
      "Czy da się
      oddzielić choćby w jakimś nikłym stopniu przyjaźń od macierzyństwa drugiej osoby?"

      Moim zdaniem nie.
      Bo jaka to przyjazn?
    • tresa5 Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 15.09.09, 19:48
      "Czy da się
      oddzielić choćby w jakimś nikłym stopniu przyjaźń od macierzyństwa drugiej osoby? "

      Moim zdaniem nie da sie,no bo co to wtedy za przyjzn?
      Jakas taka jednostronna ta przyjazn ma byc?
    • madzioreck Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 19.09.09, 20:14
      Tu chyba nie chodzi o to, żeby te rzeczy oddzielać, bo chyba nawet całkiem się
      nie da. Natomiast faktem jest, że ze wszystkich dzieciatych kobiet, jakie znam,
      jedynie z trzema da się rozmawiać tak, jak wtedy, kiedy nie były matkami. Z całą
      resztą - nie da się rozmawiać o niczym, co nie dotyczy ich dzieci.
      • poziomka001 Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 20.09.09, 00:23

        mam podobna sytuacje jak mar-99, ale ja postanowilam poluzowac relacje z przyjaciolka. Dlugo znosilam taka sytuacje jak opisujesz, ale w koncu uznalam, ze nie ma sensu utrzymywac takiej jednostronnej relacji, w koncu jej coreczka, to jej coreczka, a nie moja i nie ukrywam, ze kolor jej kupy malo mnie obchodzi, ani fakt ze woli delicje od ptasiego mleczka. Jej coreczka ma juz 4 latka, i od czterech lat nie udalo nam sie spotkac bez niej. A spotkania razem z dzieckiem to wypisz wymaluj to co opisala zalozycielka watku. Ja sie uodpornilam na opowiesci o tym jaka to nasza przyjazn jest wazna dla mojej przyjaciolki (badz co badz przyjaznimy sie od 25 lat od wczesnej podstawowki) i ze jestem dla niej jak siostra itp. Trudno, skoro nie umiala przez 4 lata wygospodarowac 2och godzin na wypicie ze mna kawy, to widocznie jednak az TAK wazna nie jest. Staram sie szanowac zarowno swoj czas jak i czas innych ludzi, wiec skoro umawiam sie z kims na pogaduszki przy kawie, to umawiam sie na pogaduszki przy kawie, a nie na wycieranie dywanow z umorusana dziewczynka podczas gdy jej mama rozwiesza pranie/obiera ziemniaki/ smazy kotlety/kroi marchewke/ mopuje podloge/czy robi cokolwiek innego i ew. czasem cos do mnie krzyknie z drugiego konca mieszkania.

        Naliczylam wsrod swoich blizszych znajomych 14 matek z malymi dziecmi. Ja moge wskazac tylko jedna, ktorej mozg nie wpadl w faze budyniowa i mozna z nia normalnie prozmawiac, o czyms innym niz jej dziecko. Reszta niestety jest dla mnie modelowa antyreklama macierzynstwa smile
        • mar-99 Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 21.09.09, 11:01
          Witaj, poziomko! smile
          Nareszcie ktoś wie, o czym mówię smile Ufff, a więc nie jestem jakaś "dziwna" i
          odosobniona wink
          Powiedz mi tylko, co znaczy "poluzować relacje z przyjaciółką"? W sensie - co to
          znaczy w praktyce? I jak ona się do tego ustosunkowuje?
          Pozdrawiam smile
          Mar.
          • poziomka001 Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 21.09.09, 20:34

            Moim zdaniem zupełnie nie jesteś "dziwna" smile wypisz wymaluj byłam w identycznej
            sytuacji.

            A jak w praktyce wyszło poluzowanie, ano tak, że zdecydowanie rzadziej się
            widujemy. A i ja sie zdystansowalam do calej sytuacji. Nie powiem, bylo mi
            troche przykro na poczatku, ale wyznaje zasade, że kazdy w zyciu dryfuje w swoja
            strone i ze moge zmienic siebie a nie innych ludzi.

            W czasach kiedy byłyśmy jeszcze "panienkami" smile widywałyśmy sie powiedzmy 1-3
            razy w tyg. czasem częściej, czasem coś wypadało to rzadziej, ale ogólnie
            napewno spotykałyśmy się kilka razy w miesiącu. Jak się urodziła jej córeczka,
            naturalnie częstotliwość kontaktów spadła, ale jak mała podrosła, moja
            przyjaciółka dążyła do tego żebyśmy się znowu częściej widywały (tym bardziej ze
            jestem chrzestną). Niestety nasze spotkania wygladaly mniej wiecej tak jak Ty to
            opisalas, wiec w koncu powiedzialam dosc. Ja pracuje, jestem zajeta i
            zorganizowanie sobie czasu na spotkanie z nią wymaga ode mnie jakiegos tam
            wysilku, wiec po ilustam pobytach na placu zabaw jako pilnowaczka toreb,
            rowerkow, "popatrz ciocia jak sie hustam", "patrz ciocia jaka karuzela" itp.
            dałam sobie spokoj. Tym bardziej ze moja przyjaciolka na moje postulaty zebysmy
            sie spotkaly same od czasu do czasu (nie mowie zawsze) uparcie odmawiala i
            twierdzila, ze nie ma z kim malej zostawic. Jednoczesnie jakims dziwnym trafem
            potrafila tę opiekę zorganizować za kazdym razem ilekroc potrzebowała udać się
            do fryzjera, na solarium, do lekarza itp. I osobą opiekującą się nie byłam ja smile

            A jak ona się ustosunkowuje. Szczerze mówiąc nie wiem. Chyba się połapała
            wreszcie (po 4 latach!!!), że coś jest nie tak, bo od kiedy ja mam dość olewczy
            stosunek do naszej relacji (obecnie spotykamy się raz na 2-3 miesiące, raczej
            nie z mojej inicjatywy) to ona dzwoni czesciej, zaprasza mnie, wprasza sie do
            mnie i jest delikatnie mowiac przesadnie mila. Niemniej jednak jej opowiesci o
            tym ze my to jak rodzina/siostry itp. malo mnie ruszaja. Od spotkan wykrecam sie
            brakiem czasu (co akurat jest prawda), kiepskim samopoczuciem, wyjazdami
            sluzbowymi. Dla mnie o prawdziwej przyjazni swiadcza czyny nie slowa i przez
            prawie 4 lata naprawde duzo z siebie dalam, szlam nie raz na kompromis, tracilam
            czas, pozwalam na olewcze traktowanie mojej osoby. W koncu uznalam ze szkoda
            czasu i energii na podtrzymywanie toksycznej relacji. Mamy rozne priorytety w
            zyciu i nie ma sensu na sile sie trzymac jak papużki nierozłączki jak w
            podstawowce smile

            Pozdr. smile
            • mar-99 Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 21.09.09, 21:53
              Hmmm.. Tak więc pewnie będzie dalej tak, jak to było u Ciebie. Szkoda mi, nie da
              się ukryć. Najfajniejszy jak dotąd czas mojego życia kojarzy mi się z tą
              przyjaciółką właśnie. Masa wspomnień, dziwnych "akcji" - cóż, było minęło.

              I jakkolwiek udaje nam się czasem (rzadko, bo rzadko, ale zawsze to coś) spotkać
              bez dziecka, to i tak 90% zlatuje na opowieściach o dziecku, chorobach,
              przedszkolu i "ooo, skoro jestem teraz bez dziecka, to zajrzyjmy jeszcze na
              pocztę/do urzędu/zapłacić za przedszkole"... I czas tak umyka nie wiadomo kiedy,
              tematu, na który dajmy na to chcialam porozmawiać, nawet nie zdołałam
              poruszyć... a potem wracam do domu z poczuciem tak naprawdę zmarnowanych iluśtam
              godzin - i - paradoksalnie - sama czuję się z tym źle!

              Chyba masz rację - najwyższa pora na gruntowny "remont" w relacji...

              Odpozdrawiam smile
              M.
              • poziomka001 Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 21.09.09, 22:24

                Mi też było szkoda, bo przyjaźnimy się od podstawówki, ale uznałam że nie może tak być, że to zawsze ja się dopasowuję, bo ona ma dziecko. Niestety to jest częsta postawa matek (opisywana tu nieraz na forum) - "ja jestem lepsza, ważniejsza, mi jest trudniej, ja nie mogę" bo MAM DZIECKO. I doskonale znam to uczucie zmarnowanego czasu po fakcie. No sorry, mogę zrozumieć że małe dziecko wymaga dużo uwagi i opieki, ale traktowanie dziecka jak świętą krowę, to dla mnie już ciut za wiele. Poza tym znam jedną matkę, która zachowuje się normalnie, więc okazuje się że jednak można.

                Zawsze możesz spróbować porozmawiać na ten temat z przyjaciółką (do mojej niestety nic nie dotarło, nie wiedziała o czym mówię i o co chodzi, bo przecież ona MA DZIECKO), może zrozumie, może otworzy jej się jakaś klapka. Aczkolwiek na Twoim miejscu nie nastawiałabym się na to specjalnie. Mieszanka budyniowo-hormonowa chyba trwale odbiera rozum wink
                • madzioreck Re: Dzieciaci przyjaciele a przyjaźń 22.09.09, 22:41
                  poziomka001 napisała:

                  Niestety to jest cz
                  > ęsta postawa matek (opisywana tu nieraz na forum) - "ja jestem lepsza, ważniejs
                  > za, mi jest trudniej, ja nie mogę" bo MAM DZIECKO.

                  Mamy z mężem takich znajomych, właściwie jego znajomych. Mają dwóch synków, mąż
                  jest chrzestnym jednego z nich. Nawet można z nimi pogadać o różnych rzeczach
                  poza dziećmi. Ale po dwóch latach wiecznego jeżdżenia do nich daliśmy spokój.
                  Oni potrafią tylko dzwonić z pretensjami, ze się nie odzywamy. Kiedy ich
                  zapraszaliśmy do siebie, (bo przecież im do nas taka sama droga, jak nam do
                  nich), z dziećmi, wiecznie słyszeliśmy: No jak to, PRZYJECHAĆ? PRZECIEŻ MY MAMY
                  DWOJE DZIECI!!! (zdziwienie i oburzenie, jakbyśmy prosili o pokaz tańca na
                  suficie).
                  Zapytałam ich kiedyś, co by było, jeśli i my byśmy mieli... spotkalibyśmy się
                  wtedy za 18 lat? No bo jak oni nie mogą bo dzieci, i my nie będziemy mogli, bo
                  dzieci... Pytanie zostało skwitowane jeszcze większym oburzeniem, bo przecież
                  dzieci nie mamy i z czego robimy problem. Więc przestaliśmy robić problemy i
                  odwiedzamy się z innymi znajomymi, bezdzietnymi lub dzietnymi, którzy swoich
                  dzieci nie traktują jak kule u nogi.
    • madzioreck Zastanawia mnie jedna rzecz... 22.09.09, 22:45
      Mnie w tym wszystkim zastanawia jeszcze jedno: kiedyś, jak byłam mała, nie było
      pampersów, mleka "rozpuszczalnego" (moja "wyrodna" wg dzisiejszych standardów
      mama nie karmiła prawie piersią), a przede wszystkim telefonów stacjonarnych
      nawet, nie wspominając o komórkach. A ludzie jakoś się spotykali, właściwie
      ciągle szliśmy w gości albo goście byli u nas, chociaż 20 lat temu taka wyprawa
      to było coś - tysiąc pieluch, ceratek, mleka do gotowania i czego tam jeszcze. I
      do tego rodzice pracowali. Dorośli się bawili, dzieci się też bawiły, dopóki nie
      posnęły pod stołem czy razem z lalkami w kącie. I było dobrze.
      Teraz - mimo, że nie trzeba prac pieluch, gotować ich, prasować, gotować mleka,
      są komórki, prawie wszyscy znajomi mają auta - nikt, kurna, na nic nie ma czasu.
      Najmniej czasu mają moje niepracujące koleżanki - matki. Z taką się spotkać to
      ho-ho. Właściwie poza pracą nie mam jedną dobrą koleżankę, jest matką
      15-miesięcznej córeczki, poznałyśmy się na pewnym zlocie hobbystycznym, kiedy
      mała miała 3 miesiące. Kiedy zobaczyłam dziewczynę w drzwiach - byłam w szoku, z
      maleńkim dzieckiem na rękach, a jednak się pofatygowała. Do kilkunastu obcych
      osób, bez chrzanienia, że na pewno dziecko się zarazi tysiącem chorób. Nie
      zaraziło się. I ona zawsze ma dla mnie czas - nie w sensie już teraz, za pół
      godziny, bo w większości jest w innym mieście, ale zawsze, kiedy przyjeżdża do
      naszego miasta raz na 2-3 tygodnie, dzwoni, że jest, i czy się widzimy. Tak? To
      wieczorem, czekamy, wstawiam kurczaka , super. Jeśli jest u siebie - nie ma
      sprawy, chcesz, to przyjeżdżaj w każdej chwili. Siedzimy do późna w nocy, robimy
      dobre żarcie, każdy coś tam przyniesie, ktoś inny przez chwilę zajmie się
      maluchami, jeśli są z nami, gadamy na tysiąc tematów, przychodzą inne dziewczyny
      z dziećmi lub bez, dzieci się bawią, jest super. Jak to jest, że jedni mogą,
      inni nie?
      • poziomka001 Re: Zastanawia mnie jedna rzecz... 24.09.09, 15:24

        Madzioreck, jak ja byłam mała, było identycznie jak piszesz. Kilka razy w tygodniu tata zabierał mnie do znajomych i do tego o zgrozo autobusem!!!! smile przez pół miasta (bo mama pracowała popołudniami i wieczorami), my dzieciaki się bawiliśmy, dorośli sobie rozmawiali przy kawkach itp., a wracając - znowu autobusem przez pół miasta - wpadaliśmy z tatą po mamę do pracy. Oczywiście ułatwień żadnych nie było, a komunikacja była w ogóle nieporównywalna z obecną. Czasem i godzinę trzeba było poczekać, aż cokolwiek przyjedzie.

        A poza tym przecież ówcześni dorośli tracili nieporównywalnie więcej czasu na zdobywanie jedzenia (kolejki), ubrania, butów (polowanie + kolejki), papieru toaletowego wink i mogłabym tak jeszcze długo wymieniać. Teraz mnóstwo spraw można załatwić nie ruszając się na centymetr z domu - przez net (rachunki chociażby), przez telefon. Zakupy można zrobić o każdej porze dnia i nocy, Można też przez net zamówić, pralki prawie same piorą i suszą. Także naprawdę, być może to ja czegoś nie rozumiem, ale nie wiem co robią całymi dniami moje niepracujące koleżanki MATKI, bo faktycznie nieraz mam wrażenie, że prościej się umówić na spotkanie z premierem.

        Ostatnio rozbawiła mnie moja kuzynka BARDZO WAŻNA MATKA BO ONA MA DZIECKO A NAWET DWOJE informując mnie, że może przyszłym miesiącu uda nam się jakoś spotkać, przecież ona jest taka zajęta i nie wie w co ma ręce włożyć. Oczywiście bardzo by chciała do mnie wpaść bo sie dawno nie widziałyśmy (mieszka 3 km ode mnie) i ja do niej to mogę w każdej chwili, ale ona do mnie to nie wie kiedy da radę się zebrać.

        Dodam że dziewczyna nie pracuje, jedno dziecko chodzi do przedszkola, drugie ma 2 latka, ale jest wyjątkowo niekłopotliwe i na chodzie, a maz wraca z pracy pozno wieczorem, także w ciągu dnia zdążyłaby z pięć trzydaniowych obiadów ugotować. Oczywiscie ma na stanie pralkę, suszarkę, zmywarkę, samochód, ale jest umęczona i zajęta jakby całymi dniami w kamieniołomach pracowała.

        Także niestety, z przykrością stwierdzam, że nie mam pojęcia skąd to się bierze. Ale obserwując takie zachowanie u większości i "normalne" zachowanie zdecydowanej mniejszości mamusiek - obstawiam budyń smile
        • madzioreck Re: Zastanawia mnie jedna rzecz... 25.09.09, 00:47
          poziomka001 napisała:

          > Ostatnio rozbawiła mnie moja kuzynka BARDZO WAŻNA MATKA BO ONA MA DZIECKO A NAW
          > ET DWOJE informując mnie, że może przyszłym miesiącu uda nam się jakoś spotkać,
          > przecież ona jest taka zajęta i nie wie w co ma ręce włożyć.

          To pewnie załamałaby ręce nad moją szefową, która ma wprawdzie jedno dziecko, za
          to 8-miesięczne i pracuje na pełen etat, prowadzi dom smile
          I najlepsze jest to, że nie ma problemu się z nią spotkać po robocie smile
          No ale masz rację - budyń.
          • zigzac1 Re: Zastanawia mnie jedna rzecz... 26.09.09, 19:52
            Bardzo ciekawe, co na to powie dziecko kiedyś. Ja byłam dzieckiem z kluczem na szyi. Moi rodzice zawsze pracowali, spotykali się ze znajomymi. Jakoś żyliśmy, owszem. Ale niespecjalnie pamiętam wspólnie spędzany z nimi czas. W zasadzie mogę spokojnie powiedzieć, że wychowywała mnie babcia. Tak, instystucja o której wszyscy mądralinscy zapomieli. Najczęściej, nie zawsze, ale najczęściej była babcia. Która zostawała z chorym dzieckiem, biegała z nim po placu zabaw. Bo kiedyś babcie były na emeryturach i miały czas. Teraz babcia jest osobą pracującą. Mnie nie przyszłoby do głowy zabierać mojej mamie czas. Jeśli chce go poświęcić dla mojego dziecka - będę wdzięczna. Ale nie mogę wymagać. Niania kosztuje, więc nie wynajmuje się jej na potrzeby towarzyskich pogawedek. Wynajmuje się ją, kiedy trzeba iść do pracy. A kiedy tylko można CHCE się spędzać czas ze swoim dzieckiem. CHCE, a nie musi. Bo tego czasu w zapracowanym życiu mało bardzo, a dziecko go wymaga.
            I dlatego przyjaźnie się rozpadają, bo przyjaciołom nie wiadomo dlaczego wydaje się, że matka chce się wyrwać od dziecka.
            A jeśli naprawdę chce, co w przytoczonych przykładach ma miejsce, to potem rośnie dziecko takie, jak ja. Mam żal do rodziców, że ich nie było. I tyle.
            Pozdrawiam,
            mama, która pracuje, nie gada tylko o kupkach i absolutnie nie ma czasu na pierdoły i organizowanie dnia sobie, mężowi, niani i wreszcie swojemu dziecku, żeby pogadać z przyjaciółką.
            • mar-99 Re: Zastanawia mnie jedna rzecz... 28.09.09, 09:34
              > mama, która pracuje, nie gada tylko o kupkach i absolutnie nie ma czasu na pier
              > doły i organizowanie dnia sobie, mężowi, niani i wreszcie swojemu dziecku, żeby
              > pogadać z przyjaciółką.


              Nie do końca się rozumiemy. Nam tu wszystkim - tak sądzę - chodzi o rozdźwięk
              między deklaracjami mamy co do przyjaciółki (jak to ta przyjaźń jest ważna,
              etc), a tym, jak ta "przyjaźń" w rzeczywistości wygląda.
              Ty walisz wprost, że nie masz czasu - no i OK, sytuacja jest czysta.
            • madzioreck Re: Zastanawia mnie jedna rzecz... 29.09.09, 20:19
              zigzac1 napisała:

              > Bardzo ciekawe, co na to powie dziecko kiedyś. Ja byłam dzieckiem z kluczem na
              > szyi. Moi rodzice zawsze pracowali, spotykali się ze znajomymi. Jakoś żyliśmy,
              > owszem. Ale niespecjalnie pamiętam wspólnie spędzany z nimi czas

              Przeczytaj jeszcze raz ten fragment mojej wypowiedzi:

              "A ludzie jakoś się spotykali, właściwie
              ciągle szliśmy w gości albo goście byli u nas, chociaż 20 lat temu taka wyprawa
              to było coś - tysiąc pieluch, ceratek, mleka do gotowania i czego tam jeszcze. I
              do tego rodzice pracowali. Dorośli się bawili, dzieci się też bawiły, dopóki nie
              posnęły pod stołem czy razem z lalkami w kącie. I było dobrze. "

              Gdzie napisałam, że wychowałam się z kluczem na szyi? Rodzice zabierali dzieci
              ze sobą. Wychowywali mnie rodzice, a nie babcia. Ale rodzice to nie niewolnicy
              swoich dzieci, i jeśli koleżanka po raz pierwszy od 8 miesięcy chciałaby wyjść z
              domu bez dziecka, to wybacz, ale o jakich kluczach na szyi mówisz...?

              zigzac1 napisała:

              > Bardzo ciekawe, co na to powie dziecko kiedyś. Ja byłam dzieckiem z kluczem na
              > szyi. Moi rodzice zawsze pracowali, spotykali się ze znajomymi. Jakoś żyliśmy,
              > owszem. Ale niespecjalnie pamiętam wspólnie spędzany z nimi czas. W zasadzie mo
              > gę spokojnie powiedzieć, że wychowywała mnie babcia.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka