Chciałam się z Wami podzielić swoim nowym doswiadczeniem, związanym właśnie
ze szkołą dla rodziców. Ze mną to jest trochę tak, że macierzyństwo - mimo
wszystkich radości z nim związanych - jakoś mnie jednak przerasta. Mam gdzieś
tam w sercu głeboko zakodowane, że sobie nie poradzę.
I pół roku temu zapisałam się na tę szkołę, o której w temacie wątku. Miesiąć
temu zaczęliśmy spotkania - raz w tygodniu przez trzy godziny. Sympatyczna
grupa, fajne babeczki prowadzące...I chyba do tego Łaska Boża, bo widzę, że
trochę zaczynam się zmieniać.
Przede wszystkim takie odprężenie że nie muszę być idealnym rodzicem, że nie
wszystko ode mnie zależy ....Wiem, że to oczywiste, ale teraz tak bardzo to
do mnie dotarło.
I wiecie? Uświadomiłam sobie, że nie radzę sobie z uczuciami moich dzieci, z
ich lękami, złością itp.
Naprawdę zauważyłam, że akceptowanie tych uczuć pozwala dzieciom sobie z nimi
lepiej radzić. Np. mój Kuba jest strasznie zazdrosany o swoją małą
siostrzenicę Kasię. Niedawno byliśmy razem w górach i Kaśka tam nieźle
obrywała od niego, a tłumaczenia, ze jest malutka itp. niewiele dały.
No i teraz parę dni temu Kuba dowiedział się, że przyjeżdża do nas
Kasia.Stanął przy drzwiach iz determinacją oświadczył"Nie wpuszczę jej", na
co ja spokojnie "widzę Kuba, że nie chcesz,żeby Kasia do nas przyjechała"
odpowiedź brzmiała oczywiście "Nie", ja"Denerwujesz się, że mama się wtedy z
nią dużo bawi, a mniej z TObą, co?" "tak" i pobiegł po jakiś sznurek czy
rzemyk, z którego układa sobie tory "tym ją będę bił" oznajmił z sadystycznym
uśmiechem, na co ja: "OJ, to musisz być strasznie zły na nią". Tu nastąpił
koniec rozmowy, a Kuba z zapałem ( i tym nieszczęsnym rzemykiem)latał po
domu.Po chwili moja siostra weszła ,rozbiera Kasię, a KUba się czai z tym
rzemykiem i nie bardzo wie, co zrobić. Uff..Nie uderzył jej. Poklepał tylko t
taką maskotkę, którą Kasi pokazywałam i po pewnym czasie stwierdził, że chce
się bawić ze swoją kuzynką. No i w ogóle pierwszy raz w życiu ją przytulił i
pozwolił dotykać swoje autka (megacud). To jest tylko jedna z wielu
sytuacji, które się wydarzyły.
Magda na przykład dostała na podwieczorek parę kostek czekolady, z którymi
rozprawiła się dość sprawnie ( ona czekoladę to może jeść w ilościach
hurtowych) i wrzeszczy o jeszcze (a straszny jest wrzask mojej córki).
Odsyłaliśmy ja z mężem do innego pokoju, ale to w sumie nic nie dało. Płacz
był coraz intensywniejszy. W końcu dałam jej wielką kartkę papieru, mazaki i
powiedziałam, żeby narysowała , jaką dużą chce tą czekolade. Narysowała taki
czekoladowy wieżowiec

i do tego mnóstwo lizaków i cukierków i uspokoiła
się.
Wydawać by się mogło, że nie ma większej różnicy w stwierdzeniu "Podnieś te
rajstopy z podłogi" a "widzę rajstopy na podłodze". Na pierwsze moja pociecha
zareagowała "To Ty je podnieś", a na drugie wstała "a mają być w sszufladzie"
oznajmiła, zaniosła na swoje miejsce i powiesiła jeszcze sukienkę do szafy,
czego nigdy nie robiła.
Wiem, że problemy zawsze będą, ale te metody bardzo mi pomagają w wyrażaniu
miłości - uczę się, jak mówić, żeby mimowolnie nie podkopywać w dzieciach
poczucia własnej wartości..
Kiedyś założyłam tu wątek o karach i nagrodach - to pod wpływem książki
Dobsona - czytając ją poczułam się jakąś taką złą matką, która nie umie
dyscypliny w domu utrzymać i której dzieci będą tak rozwichrzone jak ona
sama. Ale na jednych zajęciach pokazali nam, jak kary upokarzają dziecko
(fakt, ja zadając czasem jakąs karę sama czułqam się z tym fatalnie), a
nagrody? Zapaliłam się wtedy (Przy okazji tego wątku pół roku temu) wklejania
naklejek za np. posprzątanie czy tp. ale po dwóch albo trzech tygodniach mi
przeszło - bo to naprawdę, jak napisała isma, taka "buchalteria" - np.
dziecko posprzątało tylko klocki, a lalek juz nie, to dać naklejkę czy nie?
Jakoś mi to jednak nie pasowało.
Kończę już, przepraszam, że tak się rozpisałam, ale chciałam się z Wami tym
podzielić. Takim moim odkryciem.