Dodaj do ulubionych

choroby w PRL

04.03.08, 15:54
czy pamietacie owczesna Sluzbe Zdrowia?ja pamietam ze dziwily mnie
tzw spluwaczki poustawiane w przychodniach i umywalki z butla wody
na gorze, chyba na pedal sie to obslugiwalo.lekarze byli
rzetelniejsi , z tego co pamietam bylo lepiej niz teraz
Obserwuj wątek
    • tamsin Re: choroby w PRL 04.03.08, 17:33
      tez pamietam spluwaczki, w kazdej przychodni i obowiazkowo w
      szpitalu byly. Chyba mialy "zapobiegac" roznoszeniu gruzlicy. Te
      umywalki z butla wody tez pamietam, nie wiem czy tam byla tylko
      woda, czy cos na odkazanie rak, bo jak wracalismy z wakacji z ZSRR
      to nam kazali rece moczyc wlasnie w takiej umywalce i musielismy
      stanac na gabce nasaczonej czyms tam.
      Nigdy tez nie zapomne, ze podczas wizyty w rejonowej przychodni,
      lekarz mi zaproponowal papierosa!! On chyba z trzy wypalil podczas
      tej wizyty.
      • robertcop Re: choroby w PRL 09.08.15, 14:58
        i jeszcze popielniczki stały na korytarzach
    • cromwell1 Re: choroby w PRL 04.03.08, 18:51
      pamietam strzykawki i igly wyciagane ze sterylizatorow
      nigdy nie bylo tlumow jak dzisiaj
      ludzie radzili sobie jakos domowymi sposobami

      dzisiaj w przychodniach jest czarno od chorych
      ludziska wpieprzaja lekarstwa calymi garsciami
      normalnie jak slonecznik
      czesto spotykam biedakow wychodzacych z apteki z pelnymi torbami
      jakis amok

      pzdr.
      • hela6 Re: choroby w PRL 19.12.09, 21:37
        cromwell1 napisał:


        > ludziska wpieprzaja lekarstwa calymi garsciami
        > normalnie jak slonecznik
        > czesto spotykam biedakow wychodzacych z apteki z pelnymi torbami
        > jakis amok

        Sprawa prosta, kiedyś prawie wszystko włąćznie z wibowitwm i rutinoscorbinem,
        było na receptę, a recepte a lek był refundowany w 70 procentach, wiec nie łatwo
        było dostać receptę, bo pewnie lekarza rozliczano z obciążenia państwa ludowego,
        tak samo jak wyrwanie zwolnienia z pracy, graniczyło z cudem.

        Dziś lekarz żyje również z tego co klient kupi w aptece, więc pisze, pisze,
        pisze.....
    • luccio1 Re: choroby w PRL 20.03.08, 23:31
      kitjensen napisała:
      > lekarze byli rzetelniejsi...

      Prawda. To było jeszcze pokolenie zaczynające aktywność zawodową przed wojną.
      Wtedy np. praca w Ubezpieczalni Społecznej była traktowana jako niezbędny
      element stażu zawodowego przed podjęciem praktyki prywatnej
      - była więc zaszczytem, nie chałturą!
      • lezbobimbo Re: choroby w PRL 24.03.08, 11:07
        luccio1 napisał:
        > kitjensen napisała:
        > > lekarze byli rzetelniejsi...
        > Prawda. To było jeszcze pokolenie zaczynające aktywność zawodową przed wojną.

        Hola hola, mociumpanstwo - to nie bylo wszystko lagodne jagniatka-wyrozumiale
        Judymy o cudotwórczych raczkach.
        Samo narodzenie sie przed wojna niczego nie gwarantowalo, a przedwojenna
        medycyna tez nie byla na takim znowu wysokim poziomie ani tez podejscie do pacjenta!
        Dzisiejsza diagnostyka? Skomplikowane operacje? Lasery? Przeszczepy skóry albo
        organów? Drenaze? Srodki przeciwbólowe? Odpowiednie leki w odpowiednich
        ilosciach? Witaminy? Jakies nieslychane fanaberie pacjentów jak niepalenie,
        zadanie czystej wody, zdrowienie w ludzkich warunkach, brak ponizenia, albo
        jakies czyste przescieradla, higiena? Ha! Dobrze, jesli rece myli!
        Ani za przedwojniem ani za perelem nie tesknie.
        Niestety z PRLu pamietam, ze lekarze mogli sobie byc prymitywnymi sadystami i
        sadystkami i nikt ich nie sprawdzal - alternatywy nie bylo, chyba ze uciec na
        Zachód.
        Kaleczono nawet noworodki przy porodach, bo lekarze i polozne po prostu znecali
        sie nad rodzacymi - moja mama miala szczescie, ze "tylko" zmuszali ja do lezenia
        na plecach i nie nacieli, a dzieci, w tym mnie, wyciskala jej polozna
        naciagnieta szmata a nie lokciem, jak to sie potrafilo zdarzac! Ja sie urodzilam
        podduszona a potem mama miala "tylko" potworna migrene co miesiac przez reszte
        perelu.. i oczywiscie czasem tylko mogla dostac niedzialajacy lek na jakis
        prehistorycznych wolkach zbozowych.
        Moja znajoma od urodzenia w perelowskich latach 70 ma popsute i wywichniete
        biodro, bo ja lekarz po narodzeniu zlapal za jedna stópke i podniósl do góry,
        zeby tak dyndala, tylko dla orzeczenia ze to naprawde dziewczynka. Juz nie mówie
        o wyrafinowanych torturach typu zabieranie nowonarodzonych i trzymanie w jakiejs
        upiornej perelowskiej sali, jak najdalej od tej wstretnej i rozwydrzonej matki,
        która mogla potrzymac dziecko tylko przez chwile przy karmieniu.
        Pielegniary byly ponure i nieludzkie, i razem z lekarzami krzyk byl na
        pacjentów, ze im nie tak choruja albo nie tak zdrowieja, krzywo rosna etc.
        Dodatkowo brak kompetencji, olewczosc zupelna - machneli krzyzyk w ksiazeczce i
        wracaj skad przyszlas, lecz sie sama..

        Zbyt czesto lekarze nawet jesli mieli dobra wole i zdolni byli, i tak nie mogli
        nic zrobic dla pacjenta - nie bylo po prostu leków a sprzet byl prehistoryczny.
        Ludzie w miare moznosci musieli sami zdrowiec i chorowac w domu, ale jesli sie
        mialo nieszczescie miec cos na tyle powaznego, ze nie pomagaly ziólka,
        zoladkówka albo propolis, to pieklo. Rak? Smierc w butach. Gosciec, wilk,
        cukrzyca i inne choroby przewlekle? Choroby psychiczne? Powolna smierc lub
        wegetacja w mekach i upokorzeniu, chyba ze sie cudem mialo dojscie do leków z
        Zachodu.
        Alergia? Cierp przy kazdym posilku, az cos samo odpadnie.

        Juz nie mówiac o slynnych potworach, dentystach..
        Rwali i borowali co popadlo, jak kowale za króla Cwieczka, bez znieczulenia, na
        chama, na zywca, doroslym ludziom zeby z korzeniami.. nic dziwnego ze ludzie
        albo sie bali chodzic i zeby mieli popsute, albo chodzili i zeby mieli dodatkowo
        poniszczone albo w najlepszym przypadku zwienczone pieknym zlotem z przodu.

        Cale szczescie ze te koszmary sie w wiekszosci skonczyly, dzieki dobremu
        zaopatrzeniu!
        Choc to upadlajace podejscie do pacjenta nadal i dzis spotkam niestety w
        panstwowych placówkach - tak samo jak w innych postperelowskich serwisach dla
        ludzi. Pacjent przeszkadza bo kweka i sie domaga...
        • kitjensen Re: choroby w PRL 24.03.08, 20:53
          to chyba nie byles p w Dani ,jeszcze o30 lat temu panstwowa sluzba
          zdrowia wysoko stala a teraz to poziom kajow Afryki..tutaj wprawdzie
          z milym usmiechem ,ale olewa sie pacjenta rowno, a leki tylko
          najtansze ..bo panstwo musi oszczedzac chociaz bogate. starcow ani
          sie nie ratuje, ani tez nie operuje bo po co jak juz nie pracuja?
          wizyty domowe - nieznane. dlatego wspominam PRL z sentymetem, bo
          mimo wszystko lepszy, nowszych czasow w PL nie znam ...ale wiem ze
          mozna isc prywatnie i nie czekac jak tutaj miesiacami (tutaj nie ma
          prywatnych gabinetow)
          • zigzaur Re: choroby w PRL 21.01.09, 15:12
            Bo z tych "składek na ubezpieczenie zdrowotne" służba zdrowia otrzymuje psi
            ochłap. Większość zagarniają urzędasy.
            Zatrudniony w "zespole opieki zdrowotnej" "mającym umowę" lekarz dostaje pensję
            miesięczną niezależnie od zapotrzebowania na opiekę zdrowotną i ilość pacjentów.
            A jeszcze do tego "menadżerowie szpitali" otrzymują odsypy za kupowanie drogich
            acz zbędnych gratów.

            Ale widocznie lud tak chciał, żeby był pośrednik, żeby "lekarze się nie bogacili".
          • the_dzidka Re: choroby w PRL 26.01.09, 12:01
            > to chyba nie byles p w Dani

            Akurat lezbobimbo to w Danii od lat mieszka :D
            • lisia312 Re: choroby w PRL 27.01.09, 13:52
              the_dzidka !
              to niech tak zostanie!!
        • luccio1 Re: choroby w PRL 02.04.08, 20:15
          lezbobimbo napisała:
          > Samo narodzenie sie przed wojna niczego nie gwarantowalo, a
          > przedwojenna medycyna tez nie byla na takim znowu wysokim poziomie
          > ani tez podejscie do pacjenta!

          Cokolwiek mówić, żaden lekarz tamtego pokolenia nie wpadłby na pomysł masowego
          wypowiadania pracy dla uzyskania podwyżki wynagrodzenia (a gdyby nawet takie
          pomysły błąkały mu się po głowie, nie wprowadziłby ich w czyn) -
          coś takiego uchodziło za postępek jednoznacznie nieetyczny:
          postawienie człowieka chorego w roli zakładnika.

          (Nawiasem mówiąc, rząd PiS nie zareagował na kampanię wypowiedzeniową tak, jak
          należało -
          - a należało wypowiadającym służbę podziękować z życzeniem powodzenia na
          praktyce prywatnej i z ostrzeżeniem, że powrotu do publicznej opieki zdrowotnej
          nie będzie.
          Tak radykalne posunięcie stworzyłoby szansę przeprowadzenia radykalnej wymiany
          pokoleń, niezbędnej w zawodach medycznych, prawniczych - i wielu, wielu jeszcze...).
          • cromwell1 Re: choroby w PRL 02.04.08, 20:26
            z calym szacunkiem
            troche lecisz po lebkach
            nie mozna wprowadzac radykalnych zmian
            w przypadku zgrozenia zdrowia i zycia


            pzdr.
            • ewa9717 Re: choroby w PRL 02.04.08, 21:15
              Urodzenie przed 1939 rokiem nie gwaranowało, ze jest się przyzwoitym
              człowiekiem. Przesadzasz, luccio.
              • luccio1 Re: choroby w PRL 02.04.08, 21:19
                ewa9717 napisała:

                > Urodzenie przed 1939 rokiem nie gwaranowało, ze jest się przyzwoitym
                > człowiekiem. Przesadzasz, luccio.

                To prawda, nie gwarantowało.
                A jednak, było jakoś łatwiej być przyzwoitym, mając wokół siebie żywe przykłady
                w postaci przyzwoitych ludzi, należących do pokolenia starszego niż własne -
                takich przyzwoitych ludzi, jeśli nawet nie było więcej, niż obecnie -
                to byli znacznie lepiej widoczni.
            • luccio1 Re: choroby w PRL 02.04.08, 23:47
              W sprawie masowego jednoczesnego wypowiadania pracy przez lekarzy mogę tylko
              powtórzyć to, co już mówiłem:

              jest to posługiwanie się chorymi jak zakładnikami,
              jest to stawianie chorych w roli żywych tarcz.

              Jest to już bardzo blisko fizycznego brania zakładników przez terrorystów.
              • foxie777 Re: choroby w PRL 03.04.08, 04:37
                Ja dzieki Bogu zdrowa bylam i poza strasznymi zastrzykami
                w tylek, jak mialam bronchit, wiele juz nie pamietam.
                Natomiast wizyty u dentysty to byl horror.
                Borowanie i wyrywanie na "zywca".Do dzis mam uraz.

                pozdr
          • zigzaur Re: choroby w PRL 21.01.09, 15:15
            Bo za komuny cała "służba zdrowia" miała tak zwany taryfikator wynagrodzeń, w
            którym zarobki W CAŁYM KRAJU (z wyjątkiem pewnych resortów) były równe i
            uzależnione od stażu pracy.
            • horpyna4 Re: choroby w PRL 21.01.09, 15:30
              Taryfikator dotyczył nie tylko służby zdrowia, ale wszystkich
              pracowników państwowych (urzędnicy, nauczyciele, pracownicy
              instytutów naukowych i uczelni, kolejarze itp.). Było tam wyraźnie
              określone, ile może zarabiać na danym stanowisku pracownik o
              konkretnym stażu. Wprawdzie były to 'widełki', ale dość wąskie.
              I jak była inflacja (faktyczna, a nie oficjalna), to szefowie dobrze
              prosperujących instytucji (które zarobiły pieniądze) kombinowali,
              jak wyjść w górę poza te widełki, żeby ludzie dostali jednak w miarę
              godziwą zapłatę. Przeważnie następowała fikcyjna zmiana stanowiska,
              byle na papierze dobrze to wyglądało i żeby nikt 'z góry' się nie
              przyczepił.
        • jolunia01 Re: choroby w PRL 21.01.09, 21:21
          lezbobimbo napisała:

          > Hola hola, mociumpanstwo - to nie bylo wszystko lagodne jagniatka
          > wyrozumiale Judymy o cudotwórczych raczkach. ... itd.

          Wiesz, ja całkiem nieźle pamiętam ten PRL z perspektywy mojego
          półwiecza i zupełnie nie mam takich wspomnień jak w horrorze twojego
          autorstwa. Znani mi lekarze ręce myli, powiedziałabym, że częściej
          niż teraz widuję.
          Różne zatrącajace o sadyzm praktyki połoznych przerobiłam juz po
          zmianie ustroju - anioły się nie objawiły. Błędów lekarskich też nie
          ubyło.
          Co do nowoczesności obecnej i niegdysiejszego braku kompetencji -
          kilka lat temu bardzo nowoczesny lekarz z bardzo nowczesna aparaturą
          diagnostyczna omal mi córki nie wykończył, bo z uporem maniaka
          wmawiał mi, że - mimo oczywistych objawów zapalenia wyrostka -
          dziecko cierpi na jakieś zatrucie albo "coś w tym rodzaju" i wysyłał
          do szpitala zakaźnego. Dopiero interwencja lekarza z innego szpitala
          spowodowała przyjęcie na oddział. W czasie sporów i targów wyrostek
          zdążył sie rozlać.
          A niedługo później złamawszy rękę w niedzielę przez następne 4 dni
          próbowałam dostać się do ortopedy - jakieś wysokospecjalizowane
          pindy najpierw odesłały mnie do rodzinnego (bo nie było widać, że
          złamanie), później nie przyjęli mnie na izbie przyjęć w szpitalu, bo
          w książeczce ubezpieczoniowej miała juz to cholerne skierowanie, a
          więc ich zdaniem nie kwalifikowałam sie do szybkiej pomocy i mogłam
          czekać, później nie chciano mnie zapisać na bieżący dzień,
          bo "kolejki są proszę pani; mogę zapisać na za 3 tygodnie" i dopiero
          dzika awantura w oddziale NFZ spowodowała, że w końcu zostałam
          przyjęta przez specjalistę.
          A co do dentystów - w podstawówce nasza dentystka wolnoobrotową
          wiertarką spokojnie borowała dziecięce ząbki, zalepiała ubytki,
          czasem rwała. Nie była sadystką. Dwie jej plomby amalgamatowe (cóż
          za zacofanie, twoim zdaniem) mam do dziś. Bardzo sobie chwalę.
          Późniejsze, w tym nowocześniejsze, już kilka razy wypadały.
          A "specjalistka" ze swoją nowoczesną maszynerią i w znieczuleniu
          zamiast wymienić lekko ukruszona starą plombę wyłamała mi pół zęba.

          Koszmar to jest teraz - wypindrzone durnowate paniunie w recepcjach
          chamsko spławiaja pacjentów, niedouczeni "lekarze" nie potrafią
          zdiagnozować najprostszych dolegliwości, na badania czeka się
          tygodniami, specyfiki za coraz większe pieniądze raczej szkodzą niż
          pomagają.
          Zostaje może różaniec jako panaceum, ale ja niepraktykująca jestem.
          • tamsin Re: choroby w PRL 21.01.09, 23:15
            moja kolezanka lezala 30 dni na poporodowce za czasow PRLu, zle ja
            zszyli i musiala swoje odlezec. W tym czasie norma byl brak
            ligniny/waty - kobiety lezaly na zakrwawionych przescieradlach caly
            dzien, w poniedzialki czesto w kotlowni mieli braki personelu (z
            powodu kaca?), wiec caly dzien cieplej wody nie bylo - kobiety po
            porodzie myly sie pod lodowata woda (to byl styczen). Odwiedzic
            absotunie matki ani dziecka nie bylo wolno ani rodzinie ani
            znajomym - kolezanka zapoznala sie ze dyzurujacym woznym i dzieki
            nim i napiwkom, udawalo jej sie zesc na odwiedziny na "patologie",
            gdzie odwiedziny byly dopuszczalne. Reszta kobiet krzyczala do
            swoich rodzin z trzeciego pietra przez okno (jeszcze raz przypomne -
            w styczniu!)
            • ewa9717 Re: choroby w PRL 22.01.09, 09:01
              Tamsin, te braki ligninowe itp. to krótki okres okołostanowojenny.
              Na porodówki nie wpuszczali z wizytami, fakt, ale... No właśnie. Do
              lekarza internisty czy dentysty mogłaś iść w każdej chwili, ze
              skierowaniem do specjalisty czy do szptala nie było żadnego
              problemu. Nie wiem, jak jest w różnych miejscowościach, ale moja
              sąsiadka trzeci dzień próbuje dopchać się do rodzinnego (cała
              rodzina padła na grypę), wyrwanie od naszych lekarzy skierowania
              choćby na badanie krwi to już wyczyn, na początku stycznia
              wywalczyłam skierowanie do alergologa - termin wizyty: sierpień(!),
              a na początku stycznia obserwowałam dzikie tłumy - walka o zapis do
              dentysty w ramach ubezpieczenia....
              • lisia312 Re: choroby w PRL 22.01.09, 10:14
                wpuszczanie rodziny i znajomych królika na odwiedziny do kobiety po porodzie to
                KOSZMAR. Całe tabuny babć, cioć i innych psiapsiółek jest męką nie tylko dla
                matki, ale i dla innych osób na sali!
                System living inn? może i dobry, ale nie w sytuacji 5 matek i 5 dzieci na sali!!!
                Do specjalisty nie czekałam 1/2 roku, a kręgosłup miałam w jednym kawałku, a nie
                w trzech.
                Skierowanie do ortopedy : kręgosłup odcinek szyjny. W tym momencie lekarza NIE
                INTERESUJE, że boli mnie cały. Drugie skierowanie na piersiowy, trzecie na
                lędźwiowy. PARANOJA.
                • nikka00 Re: choroby w PRL 04.02.09, 02:17
                  Akurat z prl-u pamiętam dokładnie dwie rzeczy - sobotnie poranki, w
                  które musiałam siedzieć w kolejce po mięso (od 9 do 13 - wtedy
                  przychodziła mama mnie zmienić, żeby mnie nie zadusili jak o 14
                  przywiozą to mięso) oraz służbę zdrowia. Tak się składa, ze w wieku
                  lat 4,5 zachorowałam bardzo ciężko na zapalenie mózgu (nie nie opon
                  mózgowych). Karetka pogotowia zawiozła mnie do szpitala, w
                  którym "akurat" nie było specjalisty na dyżurze i rodzice konającego
                  dziecka w drgawkach usłyszeli, że nie ma po co go wyciągać z karetki
                  bo to stan agonalny. W tym stanie agonalnym, tylko dzięki
                  znajomościom (ordynatorem innego oddziału w szpitalu był mój wujek)
                  dowieziono mnie prywatnym samochodem do szpitala oddalonego o prawie
                  50 km. I jak widać żyję nadal a agonia jakoś mnie nie dopadła.
                  Ostatnią wizją leczenia w prl-u był rok 88 albo 89 kiedy to bedąc w
                  ostatnich klasach podstawówki, z koszmarną gorączką wyczekiwałam w
                  tłumie chorych kilka godzin na przyjęcie przez lekarza w przychodni.
                  Lekarz ten wyrzucił mnie z gabinetu bo nie potrafił zrozumieć co to
                  jest 7 klasa, wydzierał się na mnie "To która to gimanzjum??"
                  Nietrudno sobie wyobrazić, ze nie wiedziałam o czym ten czlowiek do
                  mnie wrzeszczy. No i mimo gorączki wywalił mnie bo nie umiał wpisać
                  do papierów w której jestem klasie.
                  dodam, że to właśnie jeden z tych - super szkolonych na
                  przedwojennych papierach.
    • cereusfoto Re: choroby w PRL - czy kotś pamięta??? 15.11.09, 18:26
      Taki brunatny płyn w smaku słodkawy ( brrrrr fuj! ), moczyło się w
      nim watkę owiniętą na patyczku i tym pędzlowało się gardło. Dość
      często w moim przypadku - ponieważ angina była moją najczęstszą
      chorobą z dzieciństwa. Czy ktoś wie co to było???
      • lisia312 Re: choroby w PRL - czy kotś pamięta??? 15.11.09, 21:54
        jodyną ( rozcieńczoną) się pędzlowało, ale czy ona słodkawa była?
        • marguyu Re: choroby w PRL - czy kotś pamięta??? 16.11.09, 00:49
          Nie wiem dlaczego niektorym wydaje sie, ze w tamtych czasach na
          zachodzie bylo inaczej. Ni ebyly az tak wielkie. Tam dentysci
          takze 'pedalowali' borujac zeby i zakladali ciemne plomby. PO prostu
          taka byla technologia.
          Nie wszyscy wiedza, ze we Francji dopiero pod koniec lat 90 zaczeto
          stosowac srodki przeciwbolowe. Do tego czasu, w laickiej Francji
          pacjent cierpial w imie judeo-chrzescijanskiej tradycji bolu i
          pokory w jego znoszeniu.
          Niektorym z forumowiczow myli sie ustroj polityczny z dostepnymi
          technologiami i pluja zeby pluc.
          Ja pamietam ludzkich lekarzy, mile higenistki w szkolach (bo wtedy
          oprocz katechetow byly i one). W Latach 60 sporo czasu spedzilam w
          szpitalu i choc sala byla 5-osobowa i bez tv, nie mam nic do
          zarzucenia, bo takie byly czasy i koniec.
          Odnosze wrazenie, ze niektorzy myla zwyczajne zycie na zachodzie z
          filmami fabularnymi.A to blad.

          Dzisiejsza sluzbe zdrowia tez mialam okazje poznac i musze
          stwierdzic, ze bardziej beznadziejnej nie widzalam nigdzie na
          swiecie.
          • ewa9717 Re: choroby w PRL - czy kotś pamięta??? 16.11.09, 08:49
            Co do naszej służby zdrowia, mam identyczną opinię. Niestety.
            Postrzeganie poprzedniej epoki jest w ogóle dość ciekawe, młódź jest
            coraz bardziej pewna, że było to skrzyżowanie esbeckich katowni,
            obozów pracy z pustymi półkami w sklepach. Tylko i li. Ale nawet się
            nie dziwię,że tak myślą, od szkoły po media i coraz bardziej
            bohaterskie wspomnienia krewnych i znajomych królika serwuje się im
            tylko taki obraz ;)
            • hajota Re: choroby w PRL - czy kotś pamięta??? 16.11.09, 11:34
              A jeśli ktoś spróbuje spokojnie wyjaśnić, że w różnych okresach bywało różnie,
              że PRL nie sprowadzał się li tylko do esbeckich katowni i octu na półkach, to
              reakcje są przewidywalne aż do bólu: - przypisywanie tęsknoty za PRL; -
              przypisywanie ubeckich koneksji; - propozycja wynochy do Korei Płn., na Kubę lub
              Białoruś.
              • klara551 Re: choroby w PRL - czy kotś pamięta??? 26.11.09, 01:44
                Za PRL było siermiężnie/pierwsza stacja dializ we wrocławiu około
                1976 roku,aparaty rentgenowskie przedwojenne,leków niewiele,a jeżeli
                były potrzebne nowocześniejsze,to był cyrk z dostawą/recepta
                potwierdzana przez wojewódzkiego Farmaceutę,zgoda ministerstwa
                zdrowia,a potem czekanie na lek.Na soczewki optyczne/silny
                astygmatyzm/czekałam 1,5 roku/od 1975/.Opakowania leków dzielone i
                wydawanie po 20 tabletek na przewlekłe choroby.Jedno było
                przestrzegane prześwietlenia co roku.A służba zdrowia,jeszcze nieco
                przyzwyczajeń z PRL zachowała.Pacjent jest tepy,ma słuchać pana
                doktora,nie pytać,a niedaj Boże żądać odpowiedzi.A spóżnienia do
                pracy?A brak jakiejkolwiek odpowiedzialności za błędy?Teraźniejsze
                łapownictwo,to pryszcz w porównaniu z tamtym.W PRL począwszy od
                salowej i rejestratorki,to były same święte krowy/ znacząca
                większość/Dostępne były leki proste,nie było dobrego sprzętu
                badawczego,w szpitalach leżało się tygodniami bez diagnozy.
                • lisia312 Re: choroby w PRL - czy kotś pamięta??? 04.12.09, 09:37
                  to klaro zapytam co się zmieniło na lepsze?
                  więcej stacji dializ? Owszem, ale w tamtych czasach dializy były czymś nowym,
                  tak jak przeszczepy- nie tylko w Polsce.
        • hela6 Re: choroby w PRL - czy kotś pamięta??? 19.12.09, 21:43
          > jodyną ( rozcieńczoną) się pędzlowało....

          Teraz zaćmiona z przepracowania /pazerność ludzka, nie bieda/ pielęgniarka,
          podaje dziecku nierozcieńczoną do płukania gardła.
    • funkenschlag Re: choroby w PRL 03.12.09, 00:49
      Z wizyt u lekarza pamiętam tylko atmosferę w poczekalni, gdzie wszyscy żywo dyskutowali swoje przypadłości oraz to, że mój lekarz zawsze przepisywał mi zastrzyki z penicyliny. ;)
      • hela6 Re: choroby w PRL 19.12.09, 21:44
        Najlepsze zawsze były starsze panie w poczekalni u ginekologa, tam sie dopiero
        człek nasłuchał :D
    • poplar31 Re: choroby w PRL 23.12.09, 16:49
      kitjensen napisała:

      > czy pamietacie owczesna Sluzbe Zdrowia?ja pamietam ze dziwily mnie
      > tzw spluwaczki poustawiane w przychodniach i umywalki z butla wody
      > na gorze, chyba na pedal sie to obslugiwalo.lekarze byli
      > rzetelniejsi , z tego co pamietam bylo lepiej niz teraz

      taaaaa.... rzetelniejsi... pamiętam! Miałam wtedy 6 lat i zostałam z poranioną
      twarzą zawieziona do szpitala na szycie. Byłam w szoku, nie pamiętam żebym czuła
      ból. Przyjął mnie chirurg, na początek wydarł japę czego tak późno, potem
      wypędził moich rodziców z gabinetu, ryczałam, więc kazał pielęgniarkom jakoś
      uciszyć "tego bachora". Potem, nie zawracając sobie głowy znieczuleniem i
      oczyszczeniem rany, zszył ją na żywca! Do końca życia będę pamiętać to wszystko.
      Potem w ranę wdało się zakażenie... no i została mi blizna na całe życie. Teraz
      żaden lekarz nie odważyłby się na coś takiego, bo bałby się sądu. Wtedy lekarz
      nie miał się czego bać.
      • ewa9717 Re: choroby w PRL 23.12.09, 17:18
        Zaręczam ci, że większość nadal się nie boi i ma pacjenta głęboko
        w ... Szczególnie w takich pipidówkach jak moja, gdzie
        jakiolwiek/jakakolwiek pan/pani dochtór je nadal boh i car.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka