Gość: spol
IP: *.um.ruda-sl.pl
10.12.01, 09:49
Wino różowe, jakkolwiek mniej szlachetne niż jego czerwona czy biała odmiana,
gości dość regularnie na moim stole. Zwykle służy mi do nawracania wyznawców
kultu sangrii i nalewki babuni na prawdziwą wiarę, ale sam też lubię miłe
chwile w towarzystwie uroczego rosé. Kupiłem latem we Francji kilka wysmukłych
butelek Côtières de Nîmes. Jak na południowe wino przystało, był to dionizjak
pełen słońca, o nieco ciemniejszej barwie niż inne różowe oraz wyrazistym,
pełnym bukiecie i smaku. Idealny nie tylko dla ww. celów. No ale cóż - wysmukłe
butelki opróżniwszy podążyłem do miejscowych centrów zaopatrzenia by uzupełnić
zapasy. I oto obok charakterystycznych butelek Côtes de Provence o, hmmm,
dziewczęcych kształtach, a także przefiltrowanych różowości unisex z Kaliforni
zobaczyłem ono zamknięte w naczyniu słońce południa, a dokładnie słońce okolic
dawnego rzymskiego miasta Nemausus. Kształty nie były już takie wysmukłe, ale w
końcu nie wygląd tu najważniejszy, a charakter. Nadeszła okazja, butelka
wjechała na stół jako urokliwe dopełnienie miłej kolacyjki i... klęska!
Zawartość okazała się jakby zwietrzała i na dodatek z bardzo wyczuwalnym
korkiem! Nie wierzyłem własnym kubkom smakowym - oto zostałem oszukany przez
moją południową piękność! Tragedia... Może powinienem dać jej jeszcze jedną
szansę i kupić kolejną butelkę? Może to tylko pech, że trafiłem na popsutą
zawartość? Jakoś nie mam przekonania... Na wszelki wypadek ostrzegam: Côtières
de Nîmes AOC, côté Garrigues, rocznik 2000, rozlewane przez Compagnie
Rhodanienne. Obawiam się, że właśnie tu tkwi problem: na butelce nie ma
informacji o producencie, a jedynie o rozlewni... Nie pierwszy to raz, kiedy
piękność niewiadomego pochodzenia okazuje się niewarta ceny. Pozwólcie, że nie
będę ciągnął dalej tej paraleli.
Pozdrawiam!