19kasia
25.11.10, 11:26
Jak pewnie większość z Was mam dylematy natury moralnej, etycznej na temat in vitro, które jest dla nas jedynym ratunkiem, oprócz inseminacji nasieniem dawcy, którego w ogóle nie bierzemy pod uwagę. Czekamy teraz na badania genetyczne, które są ostatnim krokiem w kierunku in vitro. Więc termin podjęcia decyzji zbliża się nieuchronnie. Jestem osobą wierzącą, niemniej mam spory dystans do niektórych przekonań, w duchu których zostałam wychowana.
Wiadomością o niepłodności żyjemy od 3 m-cy. Najpierw była rozpacz, potem doszedł bunt, potem kompletne załamanie, które mocno odbiło się na naszym związku, teraz zobojętnienie i cisza, jakby nie było tematu. Czekając na termin badań udajemy, że wszystko jest normalnie, ale każde z nas wie, że nie jest. Już ze sobą rozmawiamy, zaczynamy się do siebie zbliżać, ale wszelka czułość, seks odeszły w zapomnienie. To moja wina, ale nie potrafię się przełamać. Choć nie powinnam, czuję żal do męża, że to przez niego, że ja jestem zdrowa, a on mi odbiera szansę na bycie mamą. Czasem myślę, że gdybym wiedziała o tym przed ślubem, przynajmniej miałabym wybór. Z tym wszystkim wciąż jestem sama, nie mam komu o tym opowiedzieć. Nikt nie wie o naszym broblemie. Wśród ludzi udaję, że wszystko jest w porządku. Może dlatego wciąż się pogrążam. Potrzebuję pomocy, ale nie wiem do kogo się o nią zwrócić. Mój mąż ma inne podejście do in vitro, dla niego jest to normolna forma leczenia, taka jakie stosuje się w przypadku innych chorób. Według niego zarodek to tylko komórki, a dla mnie to cząstka mnie samej, nas, dlatego nie wyobrażam sobie, żebym mogła zgodzić się na zamrożenie. Wiem, że często zarodki tego nie przeżywają, więc jak mogę świadomie na to przyzwolić. I co z resztą zarodków, nawet jeśli przeżyją? Oddać do adopcji i żyć ze świadomością, że gdzieś w świecie żyje nasze dziecko, którego nigdy nie poznam? Proszę pomóżcie, mam tak silne wyrzuty sumienia, że wręcz czasem mam ochotę zrezygnować, poddać się. Czasm czuję ogromną złość, że mąż wszystko tak upraszcza, bagatelizuje, a przecież to przez niego jestem zmuszona do podejmowania tak trudnych decyzji. Myślę, że większość z Was ma bardziej liberalny stosunek do in vitro i może oburzą Was moje słowa, ale dla mnie to moralny dramat i nie wiem jak sobie z tym radzić...
I tu kluczowe pytanie: czy wykonuje się zabiegi z dwoma lub trzema zarodkami, bez konieczności mrożenia ich większej liczby? Czy w ogóle jest to możliwe, a jeśli tak, jaka jest skuteczność, czy ktoś z Was ma tego typu doświadczenia? Proszę o pomoc