Mam na myśli oczywiście oszczędzających z konieczności. My oszczędzamy z konieczności, udzielam się tu na forum, ale na potrzeby wątku zmieniłam nick. Ja przyznam się, że czasem aż się popłaczę, choć na co dzień staram się trzymać poziom. Najbardziej boli mnie to, że NIGDY NIC OD NIKOGO NIE DOSTAŁAM - ani dla siebie, ani dla męża, ani dziecka (wkrótce dzieci). Nie chodzi mi nawet o rodziców/teściów, ale tak W OGÓLE. Nie myślę oczywiście o kasie, domu czy samochodzie, ale np. o śpioszkach dla dzieci czy samochodziku...Każdą rzecz musimy sami kupić, sami się o nią postarać itd. Wiecie, rozkleiłam się totalnie, bo wczoraj poszłam kupować spodnie dla syna tym razem w "prawdziwym" sklepie, w sh nic w tym rozmiarze. No i obok mnie babeczka kupowała kilka rzeczy dla chrześniaka, w podobnym rozmiarze. My z mężem jesteśmy jedynakami więc wybraliśmy chrzestnych z dalszej (bardzo dalekiej rodziny), widzieliśmy chrzestnych ostatni raz na chrzcie. Nie interesują się chrześniakiem zupełnie, od chrzestnej usłyszałam tuż przed roczkiem przykre słowa, że pewnie oczekiwaliśmy, że będzie sponsorować nam dziecko

Nie, nie oczekiwałam. Nie obchodzi mnie to ile razy w roku jeżdżą na wczasy ani ile zarabiają jako wzięci adwokaci w stolicy. Poprosiliśmy ich, bo wcześniej utrzymywaliśmy kontakt i uważałam ich za mądrych i sympatycznych ludzi. Od dziadków dziecko też niczego nie dostało, mam specyficznych rodziców i teściów - uważają, że jak dziecko ma jedną bluzkę to wystarczy, po co druga - jak się dziecko spoci można sweterek założyć. Podobnie - po co dziecku zabawki- mogę pociąć jakąś gazetę, będzie miało układankę. No trudno - sama kupuję kredki (nie, moim zdaniem długopis nie wystarczy), farby, książeczki. Przykro mi te, bo ja staram się dzielić tym, co mam - a jakoś to do mnie nie wraca. Podzieliłam się paczką, którą dostałam na święta z sąsiadką, nie pijamy kawy ani herbaty, więc dlaczego nie. Jedynie "dziękuję" - w zamian nawet czekolady dla dziecka. Jeśli gdzieś bywamy to też staramy się zabrać jakiś drobiazg dla dziecka - nasi goście nigdy. Przepraszam, rozkleiłam się. Ale czy ktoś "ma tak samo"? Zawsze werbalizuję nasze potrzeby (na wypadek, gdyby kogoś ruszyło), ale wszystko trafia w próżnię. Zarabiamy z mężem 4-4,5 max tys miesięcznie, staramy się odłożyć 2-2,5, więc żyjemy bardzo, bardzo skromnie. To oszczędzanie jest koniecznie - musimy wyremontować pół domu po babci,jak się przeprowadzimy z bloku będziemy mieli spory ogródek, planuję też drzewka owocowe. Dzięki oszczędnościom mamy też poduszkę finansową, więc zdecydowaliśmy się na drugie dziecko, które pojawi się wkrótce. Oczywiście rodzice i teściowie obrazili się śmiertelnie i uważają nas za głupców. Finansowo mogliby pomóc (i jedni i drudzy), ale mają nas w nosie, uważają, że skoro chcieliśmy się bawić w dom, to mamy się bawić dobrze. Kiedyś poprosiłam mamę o pomoc (przy pilnowaniu dziecka) to zapytała, ile mi już teściowa pomogła i czemu ona ma być tą lepszą. Teściowa myśli podobnie - czemu ona ma pomagać, skoro moja mama mi nie pomaga. No i teraz jeszcze drugie dziecko - dla nich czysta głupota, zresztą kiedy zwierzyliśmy się, że planujemy pierwsze to teściowa zapytała mnie czy aby na pewno nas na to stać...Czy ja jestem roszczeniowa? Pozdrawiam serdecznie, zbieram się do kupy i wracam do mojego starego nicka

)