Handlarze religią - żeby pozyskać nowych wyznawców - muszą im najpierw
porządnie napędzić strachu. Potem życzliwie podadzą wystraszonym rękę i
zaprowadzą przed ołtarz, aby ich z niewoli lęku wyprowadzić. Strach wobec
śmierci jest czymś naturalnym dla człowieka. Boimy się przestać istnieć.
Lękamy się także bólu, który często towarzyszy umieraniu, a przede wszystkim
tego nieznanego: tego, co być może spotka nas po śmierci. Już tylko ta
niepewność jest żyznym polem, dzięki któremu akwizytorzy religijnych pociech
mogą mieć zawsze zapewnione obfite zbiory. Ale im ciągle mało, więc próbują
ludzkie lęki spotęgować, tak nasilić, aby znękana ofiara czym prędzej ukryta
się w pocieszających ramionach głosicieli "dobrej nowiny".
Nieocenionym sojusznikiem wszystkich misjonarzy było i jest piekło z cała
czeredą diabłów. Przez całe pokolenia skutecznie straszono czarnymi diabłami
uzbrojonymi w widły. Każdy z podstawowych nurtów chrześcijaństwa ma w tej
dziedzinie swoje osiągnięcia. Mistrzowskiemu rzymskiemu katolicyzmowi, który
straszył słowem i obrazem, w niczym nie ustępowali protestanccy kaznodzieje,
bo relacje z XVIII- oraz XIX-wiecznych kampanii przebudzeniowych w USA pełne
są opowieści o efektach namaszczonych kazań, czyli o mdlejących i
odchodzących od zmysłów słuchaczach. Kiedy nie było jeszcze filmu, natchnieni
kaznodzieje potrafili bardzo plastycznie odmalować przyszłe udręki
grzeszników. Im większy strach, tym obfitsze były łzy
nawrócenia "nowonarodzonych" i tym zasobniejsza złożona przez nich ofiara.
Trzeba przyznać, że w znacznie gorszej sytuacji są te wyznania, które
odrzucają wiarę w piekło. Bo jak zmotywować do wiary ateistę, skoro on wierzy
w pośmiertne unicestwienie? Chrześcijanie antypiekielni muszą się bardziej
starać, żeby zareklamować dobre strony nawrócenia. Ale o marchewce
podyskutujemy innym razem, teraz skupimy się na kiju do nawracania. Nawet w
wyznaniach odrzucających piekło istnieje przecież wiara w sąd boży i jego
konsekwencje. Funkcjonuje też dotkliwa wewnątrz-kościelna dyscyplina rodząca
strach przed odrzuceniem przez najbliższych. Straszenie boskim sądem jest
dobrze zakorzenione w Biblii. W Starym Testamencie dyscyplinę miał utrzymywać
strach przed doczesnymi karami boskimi, które przejawiały się poprzez
choroby, nędzę i ataki nieprzyjaciół. W Nowym - w zależności od
interpretacji - człowiekowi grozi sąd boży polegający na fizycznej śmierci
lub piekle. Czyż Piotr nie wołał w Jerozolimie w dzień Zielonych
Świąt: "Ratujcie się spośród tego przewrotnego pokolenia" (Dz 2. 40)? A któż
nie chciałby się uratować od nadciągającej katastrofy?
Z własnego doświadczenia wiem, że nic tak mocno nie trzyma człowieka przy
wierze i religii jak zaszczepiony w dzieciństwie strach przed Bogiem. Kiedy
ten lęk nas opuszcza, stajemy się wolni, możemy żyć po swojemu. Dopiero wtedy
wchodzimy tak naprawdę w wiek dorosły. Od strachu przed śmiercią całkowicie
uwolnić się nie da, ale można go zracjonalizować, oswoić, przeanalizować.
Zresztą większość wierzących i tak boi się umierania - nawet najgorliwsza
wiara i posłuszeństwo nie są w stanie wykorzenić strachu przed spotkaniem z
Sędzią. Ludzie niereligijni wolni są przynajmniej od tego lęku
A czy wiara w boga czy jakieś bóstwa ma zwiazek z DNA? Jeszcze jedna chyba
utopijna teoria jakich bedzie coraz więcej. Chrzescijaństwo już niedługo ze
swoim bogiem też przejdzie do mitologii!
o.Savonarola 07-12-2004 20:32
źródło:
forum.wprost.pl/ar/?P=0&O=427860
◄ ♪♫♪♫♪♫♪♫ ►
Zetknąłem się z tym tekstem w dyskusji na forum pod tym artykułem:
www.wprost.pl/ar/?O=70875