sebalda
16.04.14, 13:47
Często spotykałam się z zarzutem, że od księży wymagam wyższych standardów moralnych, a przecież to też ludzie. Czy rzeczywiście moje oczekiwania, że księża powinni jednak być moralnie kimś, kto świeci przykładem, jest wzorem, starać się przynajmniej żyć tak, by nie gorszyć i nie krzywdzić, są takie dziwne i nieuprawnione?
Wczoraj oglądałam kryminał przedstawiający dość typowy dylemat w tym gatunku. Młody, niezepsuty policjant ściga groźnego przestępcę, z którym ma dodatkowo zatarg osobisty. Ściga zaciekle i z poświęceniem. A gdy w końcu go dopada, musi się z nim sprzymierzyć w walce (i obronie swojego życia) przeciwko mafii policyjnej, która zabiła syna przestępcy i młodą policjantkę, z którą współpracował główny bohater, i nie były to jedyne ofiary tejże mafii. Ani przez chwilę widz nie potępia przestępcy (który ma swój kodeks, nie jest bezwzględnym mordercą), tylko skorumpowanych morderców w łonie policji. Dlaczego? Przestępca też miał pewnie na sumieniu ludzkie życie (choć mogąc zabić głównego bohatera, tego nie robi). Bo więcej wymagamy od stróżów prawa, którzy w zamierzeniu mają nas chronić i bronić, a nie oszukiwać i mordować. Podobnie chyba mamy prawo wymagać od księży, by skoro sami gromią za grzechy, byli bez zarzutu, byli wzorami. To takie dziwne wymagania? Czy jeśli zdarzy się grzeszne zachowanie ze strony księży, wierny nie ma prawa oczekiwać, że choć dojdzie do pokajania się, do przeprosin, do zadośćuczynienia, zamiast do ukrywania, zamiatania pod dywan albo prymitywnego wypierania się lub bagatelizowania wyrządzonego zła??? A już totalnym kuriozum było zwalanie winy na dzieci i rozwiedzionych rodziców w kwestii pedofilii. Czy mamy prawo się oburzać na to wszystko? Mam wrażenie, że konserwatywni katolicy w żaden sposób tego nie ogarniają i nie wiem w sumie czemu.