kapilarka
23.09.06, 20:21
wydaje mi się czymś obrzydliwym. Zlepkiem przypadkowych ludzi, z którymi
jesteśmy związani głupimi sprawami. Mnie przy rodzicach w wieku lat 26ciu
trzyma to, że czasem pomogą mi przy dziecku i niestety mała moja niezależność
finansowa.
Gdyby nie to, nie miałabym oporów przed tym, żeby wyprowadzić się na drugi
koniec świata i zerwać na zawsze kontakty - przynajmniej z częścią.
Jestem właśnie po rozmowie z moją matką, żoną alkoholika z 20letnim stażem
picia. Ona sama nie piła nigdy. Mimo to największych ran doznałam od niej,
najwięcej bólu przysporzyła mi jej postawa - upokarzająca, wiecznie
krytykująca, rozkazująca, nieznająca sprzeciwu.
Po roku terapii - kiedy to okoliczności życiowe zmusiły mnie do powrotu do
domu rodzinnego - wypracowałam sobie taktykę unikania jej. Niewchodzenia w
kłótnie, ignorowania docinków, nieproszenia o pomoc.
Dzisiaj miałam okazję przekonania się, że mimo niepicia ojca od dekady, matka
nadal pozostaje żoną alkoholika. Walczącą z każdym, agresywną. Nie wytrzymałam
i powiedziałam jej w końcu, że to nie jest wina ani moja, ani mojego brata, że
wybrała sobie kiedyś takiego męża i że nie masię na nas za to mscić.
W odpowiedzi usłyszałam stek zarzutów pod moim adresem, powiedziałam jej, że
częściowo się zgadzam z tymi zarzutami i poprosiłam, żeby mimo to nie szmaciła
mnie i rodzenstwa. że dość mamy wyzwisk, że ona też popełnia błędy.
moja matka na to, że ona nikogo nie wyzywa, że świetnie dogaduje się z moim
bratem i nigdy nikogo źle nie traktowała. Podałam jej kilka przykładów na to,
jak wyzwała kilka dni temu mojego brata nazywając go "zamroczonym
alkoholikiem" - zupełnie bez sensu, bo młody sobie na to nie zasłużył (ani nie
pije, ani nie ćpa, nie pali nawet...).
Ona że nigdy tak do nikogo nie powiedziała.
Wyparła się wszystkiego, twierdzi, że nasze wspomnienia z dzieciństwa to chora
wyobraźnia, że ojciec nas spaczył i gdyby nie on...
Mimo że jestem przyzwyczajona do jej pozy cierpiącej Matki Polki, męczennicy,
któa zaharowuje się na szczęście dzieci, zemdliło mnie na takie kłamstwa.
Odpuściłam sobie dyskusję, powiedziałam, że ma zapewne rację i wyszłam.
Ona oczywiście nie dostrzega ani ironii ani bólu zawartego w tej wypowiedzi i
święci triumfy, że znowu wygrała kolejną WALKĘ, z nami, jej dziećmi...
Musiałam się wygadać, nawet jeśli nikt tego nie przeczyta...