oldpiernik
02.08.09, 16:53
Poczytuję sobie, od czasu do czasu, okoliczne wątki.
Podziwiając zręczność piszących w posługiwaniu się językiem, stając w
osłupieniu wobec stosowanej logiki, pytam siebie, (również od czasu
do czasu) o możliwości rozwoju, duchowego, jak mniemam.
Rzecz jasna, pytanie stawiam w kontekście słowa czytanego, jak
zaznaczyłem powyżej.
Postawiwszy pytanie, słucham ech biegnących skądś we mnie.
Jak mam się kierować swoim wewnętrznym dudnieniem, kiedy nie wiem,
czy pochodzi ono od materialnego, uzasadnionego i logicznego rozumu,
czy też może od bezrozumnego ducha, który materialnym być przecie nie
może z istoty swojej?
Jak zważyć myśl, biegnącą przez mniej lub bardziej uświadomione,
człowiecze sedno?
Jeśli wiedza wyrasta z rozumu, na materialnych fundamentach, jakże
ducha rozwijać, opierając na nieduchowej zaiste, podporze?
Wybaczcie, drodzy czytelnicy, objawy paniki, których opanować nie
zdołałem. Atoli strach mój wzbiera jeszcze, kiedy pomyślę, że
opierając się na wierze w rozum, ducha ze szczętem w niebyt odesłać
przyjdzie.
Gdzie równowagę odnaleźć pomiędzy wiarą i wiedzą, bez uszczerbku dla
ducha i bez obelgi dla rozumu?
OLD_SKONFUNDOWANY