bonczek_hydroforgroup
15.05.06, 20:21
Zająłem z góry ustalone pozycje. Zabarykadowałem się i czekałem. Już po 10
minutach pojawił się pierwszy zwiadowca. Nadszedł jak na zwiad przystało
niepostrzeżenie z południowego-zachodu. Zaatakował szeptam (panie, daj
złotówkę bo głodny jestem !)lecz reakcja była z mojej strony natychmiastowa.
Wróg poniósł porażkę. Łudziłem się całe 10 minut gdy wraz z zwiadowcą
przyszedł cały pluton atakując od zachodu z kierunku Św. Elżbiety. Atakowali w
szpicy (matka w środku z dzieckiem na ręku a po bokach dzieci brudne jak
świnia). I znów usłyszałem choć teraz chóralne - Panie daj na zupe bo dzieci
głodne. Odpowiedziałem kanonadą okraszoną nerwami. Bój słowny trwał ok 30
sekund i znów wróg poniósł porażkę choć i moje siły zostały nadwyrężone w dośc
istony sposób. Okopałem się dokładniej i zacząłem ściagać posiłki uspkajając
bicie serca i spłycając oddech. Słońce świeciło w oczy. Wypatrywałem ich ale
odwrót musiał być ostateczny bo na horyzoncie spokój. Byłem w błedzie bo
prawie doszło do walki wręcz gdy runeły na mnie oddziały nieprzyjaciela od
tyłu. Poczułem się prawie pokonany bo atakował jednososbowy oddział kobiecy
żebrząc o złotówkę na zupę. Chciałem się poddać ale jak na prawdziwego Polaka
przystało nie bez walki. Wywiesiłem białą flagę i na fron rzuciłem
parlamentariuszy - ok dziewczynko, nie dam złotówki ale kupię zupę - jaką
chcesz? W tym momencie ze strony nieprzyjaciela nastapił atak propagandowy z
megafonów. Dowiedziałem się jaki skurwy..n ze mnie i zły człowiek. Nie
pozostałem obojętny i rzuciłem do walki słowa powszechnie uzywane jako
obraźliwe i wulgarne. Po chwili odział npla wycofał się na głebokie tyły
pozostawiając nerwowy smród po zaistniałym incydencie. Teraz bonk jako
formacja militarna jednoosobowa poczuł się zwycięzcą. Niestety na krótko, ba
za krótko bo juz po chwili ruszyła na mnie cała brygada npla w postaci
orkiestry ulicznej tzw romów.Zaatakowali głośno, nachalnie i złosliwie.
Wysłali parlamentariusza, który zażądał ode mnie kapitulacji kierując w moją
stronę czapkę po należną daninę za nachalne rzępolenie przy moich pozycjach
obronnych. Niczym granatem rzuciłem, że pragnę zjeść obiad w ciszy i spokoju a
nie z waleniem w bębny nieprzyjacielskie. Parlamentariusz coś burknąl i wrócił
na swoją stronę lini prontu. Rozpoczeła się kanonada. Zaczęli Fogiem a
skończyli na La Mambie po której bonk poległ!
A teraz na poważnie. Przyjechał do mnie gość zza granicy /Francja/. Całe dwa
dni miotałem się z nim po Wrocku jak aids po burdelu by miasto jak najpiękniej
pokazać, zaszczepić jego niepowtarzalny klimat i charakter nie bacząc na
trudności przez mapa tak pięknie opisane. Wszystko było wspaniale, nawet się z
jakąś babcią poznaliśmy, turystką z Niemiec i tak zasiedliśmy w jednym z
ogródków jakie są na wrocławskim Rynku. Całe dwa dni chodzenia, pokazwyania ,
omawiania, wspominania szlag trafił w ciągu 30 minut gdy jedlismy obiad na
zewnątrz. Kur...a! Po prostu koszmar, Niemra zniesmaczona a kumpela z Francji
pyta czy we Wrocławiu tak zawsze? Żebrzący Cyganie, rzępoląca kapela tuż przy
uchu, że porozmawiać nie można- po prostu horror.
Mnie trafili juz drugi raz, ale łudziłem się, że to przypadek kilka lat temu.
Jak widać byłem w błedzie a szkoda bo Rynek i knajpki na nim naprawde są
fantastyczne. Po prostu są bolesnie upierdliwi i nachalni. Ja to ja - serce i
tak wrocławskie ale co sobie turyści z zewnątrz pomyślą ? To też reklama
naszego miasta.