kolejar
13.12.07, 11:16
Oczywiście, że pewnie zaczniecie drzeć ze mnie łacha...
Pytanie jest z zakresu psychologii klinicznej. Tak, mam pewien problem od
wielu, wielu lat. Wg najnowszej wiedzy to może mieć dwie nazwy:
1. zespół lęku napadowego;
2. zespół szoku pourazowego pola walki.
Obie tezy pasują. Objawy są takie same. Nie chodzi o koszmary senne - te są
takie dość beznamiętne. Najgorsze są te w pełnej trzeźwości - gdzieś nagle na
ulicy, w tramie, w busie, w pociągu... W lecie nie jest najgorzej. Teraz, w
grudniu, jest FATALNIE. Problem zaczyna się co roku w jesieni. Nie mam żadnej
możliwości wyłażenia z chaty poza ciężkimi wyprawami nałogowymi - do kiosku po
fajki i do sklepiku po piwko, bo flaki już tak potwornie ze strachu bolą...
Piwo chociaż na troszkę odpręża, potem tylko sen. Nic się nie da.
Wg współczesnych psychiatrów pomagać ma "wywalanie" z siebie problemów, co
próbuję robić. Np. to piszę, bo ostatniej nocy natchnął mnie do tego pewien
film w tv ViasatHistory - ktoś za chwilę znów wyszydzi moje oglądanie tv -
także, a może zwłaszcza niektórych kanałów. Rozumiem, że tv pospólstwu kojarzy
się z brazylijskimi serialami, teledurniejami i talk-showami...
Nie mniej jednak będę dalej starał się walczyć. O powrocie do sytuacji urazu
lub chociaż na miejsce wiem. Robię to, jak tylko się da. Działa. Jak
dostaniesz w dupę, to NATYCHMIAST wracaj do tego samego, żeby następnym razem
WYGRAĆ, a przynajmniej wyjść w jednym kawałku. I to pomaga. Ale nie zaraz i
nie do końca.
Film oglądałem o Regimencie Walijskim w czasie wojny falklandzkiej 1982. Oni
teraz jeżdżą tam za radą psychiatrów i mawiają, że troszkę pomaga...
Amerykańscy psychiatrzy sugerują, że najlepiej NATYCHMIAST wrócić do akcji.
Ech... to są stosunkowo nowe pojęcia. Tu pewnie nikt niczego nie skuma.