lubka32
17.05.07, 11:32
Mniej więcej miesiąc temu rozbolała mnie pierś. Zwalałam winę na to, ze
spałam niewygodnie, źle leżałam, nadwyręziłam coś sobie w czasie pracy w
ogródku. Z dnia na dzień COŚ jednak w piersi urosło. Spore coś. Dodam, że pół
roku temu miałam robione USG i wszystko było w porządku. Jestem cukrzykiem,
mam skłonność do stanów zapalnych, naiwnie myślałam, że samo przejdzie, tym
bardziej, że akurat brałam silny antybiotyk na coś zupełnie innego, więc
liczyłam, że i pierś się podleczy. Przeliczyłam się. Poszłam do ginekologa.
Lekarka nie zrobiła mi żadnych badań, nie zapisała żadnych leków, kazała iść
do onkologa. Tam kolejka na półtora miesiąca, ale kazała czekać, twierdząc,
że to i tak niedługo (w takim razie po co mi onkolog?). Zmieniłam ginekologa.
Ten drugi zrobił mi od ręki USG i stwierdził, że nie ma tam żadnego ropnia i
wygląda to bardzo nieciekawie (w gruncie rzeczy stwierdził, że wygląda to na
raka). Dostałam skierowanie do poradni piersi. Tam kolejka- pół roku. Sprawę
potraktowano jednak jako pilną i mam wizytę w przyszły wtorek. Teraz czekam i
umieram ze strachu. Guz na USG ma pięć centymetrów. Czy to możliwe, żeby
nowotwór urósł tak szybko??? I czemu tak boli (pocieszam się, że podobno
nowotwory nie bolą, ale wiem też, że to nie do końca prawda. Przecież taki
duży guz jakikolwiek by nie był będzie dawał oznaki bólowe, zważywszy na to,
że mam mikre piersi i guz je po prostu rozpiera). Ginekolog stwierdził, że i
tak trzeba wyciąć conajmniej 1/4 piersi. Czy to możliwe, żeby nowotwory rosły
tak szybko??? Pozdrawiam