izotop_131
26.09.07, 12:14
Tekst ten, będący nieco długim lecz syntetycznym opisem moich osobistych
doświadczeń w walce z nowotworami, dedykuję dwóm najważniejszym kobietom w
moim życiu:
mojej żonie, dzięki której w ogóle wziąłem pod uwagę możliwość przygotowania i
opublikowania tych informacji, aby ułatwić innym osobom, które tak jak ona
niestrudzenie przeszukują fora internetowe w celu dowiedzenia się jak
najwięcej o przebiegu choroby i sposobach jej leczenia. Druga osoba to moja
mama, nieodzowny towarzysz podróży, dla której moja obecna choroba to już
niestety trzecie tego typu doświadczenie w naszej najbliższej rodzinie.
1. Wrocław
Wątpliwą przyjemność swojego pierwszego kontaktu z chorobą nowotworową miałem
okazję doświadczyć w 1996 roku, na początku 5. roku studiów. Gdzieś w
okolicach listopada czy grudnia pojawił się ból jednego jądra, które po
bliższej samokontroli okazało się być nieco większe niż to drugie. Oczywiście
pierwszą moją reakcją było zlekceważenie – że niby na pewno przejdzie i nie ma
się czym martwić. Niestety, jądro rosło dalej i ból (bardzo nieprzyjemny) się
nasilał. W końcu moja dziewczyna, z którą mieszkałem już od ponad roku,
„wykopała” mnie do urologa. Jak się szybko miało okazać urażona męska duma
była moim najmniejszym problemem. Diagnoza: rak jądra (ca testis embrionale).
Na stole operacyjnym wylądowałem gdzieś w okolicach lutego 1997 roku. W
znieczuleniu około lędźwiowym usunięto mi nacieknięte już jądro z jakimiś tam
akcesoriami towarzyszącymi. Zgodnie z wchodzącymi w owym czasie standardami
nie zdecydowano się na poddanie mnie dodatkowemu zabiegowi limfaktomi
(usunięciu węzłów chłonnych) i zostałem zakwalifikowany do leczenia metodą
chemioterapii w Klinice Onkologii na Placu Hirszfelda we Wrocławiu. Każdy z
trzech zaaplikowanych mi kursów BEP trwał 5 dni, w czasie których przyjmowałem
kroplówki jakiegoś świństwa, którego zadaniem było wytłuc we mnie wszystko co
wydawało się być choć trochę podobne do komórek nowotworowych. Na podstawie
działań ubocznych, z którymi przyszło mi się borykać mogę stwierdzić, że
zastosowana skala podobieństwa określiłaby, że wszystko żywe co ma
przynajmniej 2 nogi jest podobne do człowieka. Przerwa pomiędzy kursami trwała
o ile dobrze pamiętam ok. 3 tygodni.
Po pomyślnym zakończeniu chemioterapii pozostawałem pod kontrolą onkologiczną
przez 5 lat, stawiając się na początku co 3 miesiące a następnie już co 6
miesięcy na badania, w ramach których wypytywano o mój stan ogólny, sprawdzano
morfologię krwi, markery (AFP i B-HCG), zlecano RTG klatki piersiowej i USG
dolnej części brzucha.
Po pięciu latach, pomimo sprzeciwów mojej mamy, przestałem już jeździć do
Wrocławia i korzystając z nabytego doświadczenia we własnym zakresie okresowo
kontrolowałem sobie krew i markery. Może głupio zrobiłem ale każda wizyta na
Hirszfelda była dla mnie powracającym koszmarem pobytu na oddziale, o którym
chciałem jak najszybciej zapomnieć.
Od czasu chemioterapii ukończyłem studia (w terminie !!!) broniąc pracy
magisterskiej, pisanej w przerwach pomiędzy kursami chemioterapii i po jej
zakończeniu a następnie podjąłem pierwszą pracę. Z dziewczyną, która śmiała
„wykopać” mnie do urologa jesteśmy nadal razem - to moja żona, która w 2000
roku urodziła nasze dziecko – naturalnie poczętego i zdrowego syna.
Muszę przyznać, że przebyte doświadczenie tego typu zmienia sposób patrzenia
na świat, wzmaga wolę walki z przeciwnościami losu i zmienia skalę pojmowania
sytuacji lub zdarzeń w kategoriach problemów czy niepowodzeń. Wzmacnia też
odczucia pozytywne powodując, że łatwiej przychodzi nam być szczęśliwym.
Jak się miało niestety okazać moja choroba była pierwszym udokumentowanym ale
nie ostatnim przypadkiem nowotworu w rodzinie…
2. Nowe oblicza Mr. Carcinoma
W 2004 roku przyszło nam zmierzyć się ze śmiercią mojego ojca, który stoczył
długą i nierówną walkę z nowotworem. Zaczęło się od płuc - trochę jakby na
własne życzenie bo bardzo dużo palił a był lekarzem więc doskonale zdawał
sobie sprawę z zagrożenia. Kiedyś w ramach profilaktyki (jeszcze zanim
zachorował) przesiadł się z papierosów na fajkę tłumacząc, że fajką się nie
zaciąga. Akurat!!! Kogo chciał tym oszukać? Rak dopadł go i pomimo szeregu
leczeń i operacji szybko wyniszczał jego organizm kolejnymi przerzutami.
Jednakże był taki moment w ciemnym tunelu przebiegu całej tej choroby, że
pojawił się błysk światełka nadziei na powrót do zdrowia. Ojciec zaczął nawet
umawiać termin powrotu do zajęć służbowych i spotkań zawodowych. Niestety, był
to tylko okrutny przejaw bezduszności i bezwzględności nowotworu, który
ostatecznie dopiął swego.
Po dwóch latach, któregoś dnia w październiku czy listopadzie, a był to okres
kiedy pracowałem w Czechach, podczas rutynowej czynności jaką jest golenie się
odkryłem po lewej stronie szyi niewielki wzgórek – jakby kulkę umieszczoną pod
skórą. Taka mała, nieboląca. Co zrobiłem? Będąc nieodrodnym synem swojego
ojca, po przejściach, oczywiście… zbagatelizowałem sprawę odrzucając w
najgłębszy kąt myśl o ewentualności… wiadomo czego. Przez następne miesiące
chodziłem z tym, kontrolując to „coś” samodzielnie i upewniając się, że nic
się z tym dalej nie dzieje. I rzeczywiście, nie rosło i nie bolało ale też nie
malało.
Na koniec kwietnia 2007 roku podjąłem ważną (wtedy nawet nie wiedziałem jak
bardzo) decyzję o powrocie do kraju. Złożyłem wypowiedzenie i przystąpiłem do
ograniczania swojej aktywności zawodowej u dotychczasowego pracodawcy,
skupiając się na doprowadzeniu do końca otwartych spraw i unikając
podejmowania nowych tematów.
Mając trochę więcej swobody, zaliczonych 40 godzin lekcji języka czeskiego, tę
samą kulkę na szyi i kartę czeskiego ubezpieczenia zdrowotnego w ręku ruszyłem
zmierzyć się z czeską służbą zdrowia. W pierwszej kolejności znalazłem
poradnię onkologiczną aby zrobić sobie krew, markery i zapytać lekarza o jego
zdanie. Wyniki badań były pomyślne – nic się nie działo, nawet OB wynosiło 2.
W ramach badań poradził abym udał się do laryngologa, co uczyniłem, a ten
skierował mnie na USG. Obraz USG potwierdził obecność kulki (eureka !!!) i 2
innych, mniejszych ułożonych gdzieś głębiej. Po analizie materiałów dowodowych
pani laryngolog w przychodni publicznej, od początku dosyć niechętnie
odnosząca się do mnie jako Polaka, stwierdziła żebym skontaktował się z
lekarzem w Polsce bo ona tu już nie bardzo wie co to jest i co ma ze mną
zrobić. Był to już koniec maja – czas mojej wyprowadzki z Pragi bo od 1
czerwca zaczynałem nową pracę w Polsce.
Jak już zacząłem drążyć temat w Czechach tak chciałem doprowadzić go do końca
w Polsce. Zgłosiłem się do znajomego chirurga onkologa z całą zebraną dotąd
dokumentacją w języku naturalnym czyli czeskim a ten zaproponował krótki
zabieg w znieczuleniu miejscowym w celu wykonania niewielkiego nacięcia,
usunięcia tego czegoś i ewentualnego poddania go analizie histopatologicznej.
Niestety, to co miało być proste zaskoczyło nawet mojego doświadczonego
chirurga: po otwarciu mnie nie mógł przez blisko godzinę trwania zabiegu
znaleźć oczywistej kulki ani niczego innego co nadawałoby się do wycięcia i
zbadania. Pamiętam, że nawet półżartem zaproponowałem że usiądę na stole tak
aby zmiana pozycji umożliwiła ujawnienie się tego czegoś. O dziwo doktor
przystał na propozycję i… nadal niczego nie znalazł. Totalna konsternacja.
Doktor zaszył mnie i nakazał kontrolne USG po zagojeniu się rany (ok. 2 tygodnie).
Na kontrolne USG udałem się prywatnie do swojej lokalnej przychodni,
wyposażonej w bardzo przyzwoitej klasy USG gdzie przyjął mnie lekarz, którego
dociekliwość i doświadczenie zaważyły na dalszym przebiegu mojej diagnostyki.
Obejrzał mnie bardzo dokładnie, wykonał w sumie ze 2 metry zdjęć i pomiarów na
których zlokalizował i uwiecznił nie tylko moje kulki (węzły chłonne) ale też
drobną zmianę na