Dodaj do ulubionych

Oblicza Mr. Carcinoma

26.09.07, 12:14
Tekst ten, będący nieco długim lecz syntetycznym opisem moich osobistych
doświadczeń w walce z nowotworami, dedykuję dwóm najważniejszym kobietom w
moim życiu:
mojej żonie, dzięki której w ogóle wziąłem pod uwagę możliwość przygotowania i
opublikowania tych informacji, aby ułatwić innym osobom, które tak jak ona
niestrudzenie przeszukują fora internetowe w celu dowiedzenia się jak
najwięcej o przebiegu choroby i sposobach jej leczenia. Druga osoba to moja
mama, nieodzowny towarzysz podróży, dla której moja obecna choroba to już
niestety trzecie tego typu doświadczenie w naszej najbliższej rodzinie.

1. Wrocław

Wątpliwą przyjemność swojego pierwszego kontaktu z chorobą nowotworową miałem
okazję doświadczyć w 1996 roku, na początku 5. roku studiów. Gdzieś w
okolicach listopada czy grudnia pojawił się ból jednego jądra, które po
bliższej samokontroli okazało się być nieco większe niż to drugie. Oczywiście
pierwszą moją reakcją było zlekceważenie – że niby na pewno przejdzie i nie ma
się czym martwić. Niestety, jądro rosło dalej i ból (bardzo nieprzyjemny) się
nasilał. W końcu moja dziewczyna, z którą mieszkałem już od ponad roku,
„wykopała” mnie do urologa. Jak się szybko miało okazać urażona męska duma
była moim najmniejszym problemem. Diagnoza: rak jądra (ca testis embrionale).

Na stole operacyjnym wylądowałem gdzieś w okolicach lutego 1997 roku. W
znieczuleniu około lędźwiowym usunięto mi nacieknięte już jądro z jakimiś tam
akcesoriami towarzyszącymi. Zgodnie z wchodzącymi w owym czasie standardami
nie zdecydowano się na poddanie mnie dodatkowemu zabiegowi limfaktomi
(usunięciu węzłów chłonnych) i zostałem zakwalifikowany do leczenia metodą
chemioterapii w Klinice Onkologii na Placu Hirszfelda we Wrocławiu. Każdy z
trzech zaaplikowanych mi kursów BEP trwał 5 dni, w czasie których przyjmowałem
kroplówki jakiegoś świństwa, którego zadaniem było wytłuc we mnie wszystko co
wydawało się być choć trochę podobne do komórek nowotworowych. Na podstawie
działań ubocznych, z którymi przyszło mi się borykać mogę stwierdzić, że
zastosowana skala podobieństwa określiłaby, że wszystko żywe co ma
przynajmniej 2 nogi jest podobne do człowieka. Przerwa pomiędzy kursami trwała
o ile dobrze pamiętam ok. 3 tygodni.

Po pomyślnym zakończeniu chemioterapii pozostawałem pod kontrolą onkologiczną
przez 5 lat, stawiając się na początku co 3 miesiące a następnie już co 6
miesięcy na badania, w ramach których wypytywano o mój stan ogólny, sprawdzano
morfologię krwi, markery (AFP i B-HCG), zlecano RTG klatki piersiowej i USG
dolnej części brzucha.

Po pięciu latach, pomimo sprzeciwów mojej mamy, przestałem już jeździć do
Wrocławia i korzystając z nabytego doświadczenia we własnym zakresie okresowo
kontrolowałem sobie krew i markery. Może głupio zrobiłem ale każda wizyta na
Hirszfelda była dla mnie powracającym koszmarem pobytu na oddziale, o którym
chciałem jak najszybciej zapomnieć.

Od czasu chemioterapii ukończyłem studia (w terminie !!!) broniąc pracy
magisterskiej, pisanej w przerwach pomiędzy kursami chemioterapii i po jej
zakończeniu a następnie podjąłem pierwszą pracę. Z dziewczyną, która śmiała
„wykopać” mnie do urologa jesteśmy nadal razem - to moja żona, która w 2000
roku urodziła nasze dziecko – naturalnie poczętego i zdrowego syna.

Muszę przyznać, że przebyte doświadczenie tego typu zmienia sposób patrzenia
na świat, wzmaga wolę walki z przeciwnościami losu i zmienia skalę pojmowania
sytuacji lub zdarzeń w kategoriach problemów czy niepowodzeń. Wzmacnia też
odczucia pozytywne powodując, że łatwiej przychodzi nam być szczęśliwym.

Jak się miało niestety okazać moja choroba była pierwszym udokumentowanym ale
nie ostatnim przypadkiem nowotworu w rodzinie…

2. Nowe oblicza Mr. Carcinoma

W 2004 roku przyszło nam zmierzyć się ze śmiercią mojego ojca, który stoczył
długą i nierówną walkę z nowotworem. Zaczęło się od płuc - trochę jakby na
własne życzenie bo bardzo dużo palił a był lekarzem więc doskonale zdawał
sobie sprawę z zagrożenia. Kiedyś w ramach profilaktyki (jeszcze zanim
zachorował) przesiadł się z papierosów na fajkę tłumacząc, że fajką się nie
zaciąga. Akurat!!! Kogo chciał tym oszukać? Rak dopadł go i pomimo szeregu
leczeń i operacji szybko wyniszczał jego organizm kolejnymi przerzutami.
Jednakże był taki moment w ciemnym tunelu przebiegu całej tej choroby, że
pojawił się błysk światełka nadziei na powrót do zdrowia. Ojciec zaczął nawet
umawiać termin powrotu do zajęć służbowych i spotkań zawodowych. Niestety, był
to tylko okrutny przejaw bezduszności i bezwzględności nowotworu, który
ostatecznie dopiął swego.

Po dwóch latach, któregoś dnia w październiku czy listopadzie, a był to okres
kiedy pracowałem w Czechach, podczas rutynowej czynności jaką jest golenie się
odkryłem po lewej stronie szyi niewielki wzgórek – jakby kulkę umieszczoną pod
skórą. Taka mała, nieboląca. Co zrobiłem? Będąc nieodrodnym synem swojego
ojca, po przejściach, oczywiście… zbagatelizowałem sprawę odrzucając w
najgłębszy kąt myśl o ewentualności… wiadomo czego. Przez następne miesiące
chodziłem z tym, kontrolując to „coś” samodzielnie i upewniając się, że nic
się z tym dalej nie dzieje. I rzeczywiście, nie rosło i nie bolało ale też nie
malało.

Na koniec kwietnia 2007 roku podjąłem ważną (wtedy nawet nie wiedziałem jak
bardzo) decyzję o powrocie do kraju. Złożyłem wypowiedzenie i przystąpiłem do
ograniczania swojej aktywności zawodowej u dotychczasowego pracodawcy,
skupiając się na doprowadzeniu do końca otwartych spraw i unikając
podejmowania nowych tematów.

Mając trochę więcej swobody, zaliczonych 40 godzin lekcji języka czeskiego, tę
samą kulkę na szyi i kartę czeskiego ubezpieczenia zdrowotnego w ręku ruszyłem
zmierzyć się z czeską służbą zdrowia. W pierwszej kolejności znalazłem
poradnię onkologiczną aby zrobić sobie krew, markery i zapytać lekarza o jego
zdanie. Wyniki badań były pomyślne – nic się nie działo, nawet OB wynosiło 2.
W ramach badań poradził abym udał się do laryngologa, co uczyniłem, a ten
skierował mnie na USG. Obraz USG potwierdził obecność kulki (eureka !!!) i 2
innych, mniejszych ułożonych gdzieś głębiej. Po analizie materiałów dowodowych
pani laryngolog w przychodni publicznej, od początku dosyć niechętnie
odnosząca się do mnie jako Polaka, stwierdziła żebym skontaktował się z
lekarzem w Polsce bo ona tu już nie bardzo wie co to jest i co ma ze mną
zrobić. Był to już koniec maja – czas mojej wyprowadzki z Pragi bo od 1
czerwca zaczynałem nową pracę w Polsce.

Jak już zacząłem drążyć temat w Czechach tak chciałem doprowadzić go do końca
w Polsce. Zgłosiłem się do znajomego chirurga onkologa z całą zebraną dotąd
dokumentacją w języku naturalnym czyli czeskim a ten zaproponował krótki
zabieg w znieczuleniu miejscowym w celu wykonania niewielkiego nacięcia,
usunięcia tego czegoś i ewentualnego poddania go analizie histopatologicznej.
Niestety, to co miało być proste zaskoczyło nawet mojego doświadczonego
chirurga: po otwarciu mnie nie mógł przez blisko godzinę trwania zabiegu
znaleźć oczywistej kulki ani niczego innego co nadawałoby się do wycięcia i
zbadania. Pamiętam, że nawet półżartem zaproponowałem że usiądę na stole tak
aby zmiana pozycji umożliwiła ujawnienie się tego czegoś. O dziwo doktor
przystał na propozycję i… nadal niczego nie znalazł. Totalna konsternacja.
Doktor zaszył mnie i nakazał kontrolne USG po zagojeniu się rany (ok. 2 tygodnie).

Na kontrolne USG udałem się prywatnie do swojej lokalnej przychodni,
wyposażonej w bardzo przyzwoitej klasy USG gdzie przyjął mnie lekarz, którego
dociekliwość i doświadczenie zaważyły na dalszym przebiegu mojej diagnostyki.
Obejrzał mnie bardzo dokładnie, wykonał w sumie ze 2 metry zdjęć i pomiarów na
których zlokalizował i uwiecznił nie tylko moje kulki (węzły chłonne) ale też
drobną zmianę na
Obserwuj wątek
    • izotop_131 Oblicza Mr. Carcinoma - ciąg dalszy (1) 26.09.07, 12:26
      (...) Obejrzał mnie bardzo dokładnie, wykonał w sumie ze 2 metry zdjęć i
      pomiarów na których zlokalizował i uwiecznił nie tylko moje kulki (węzły
      chłonne) ale też drobną zmianę na granicy środka i lewego płata tarczycy.
      Wszystko co zobaczył określił w opisie jako podejrzane i wymagające dalszej
      diagnostyki – czytaj biopsji.

      Z tą informacją wróciłem do swojego chirurga a ten bez dłuższego namysłu
      zaproponował wykonanie biopsji w prywatnym gabinecie profesora dr hab. Michała
      Jelenia we Wrocławiu. Od tej chwili sprawy nabrały tempa – na koniec czerwca
      udałem się na USG u profesora, który pobrał próbkę dokładnie ze wskazanego
      ogniska w tarczycy oraz z węzłów (tych moich kulek). W węzłach nie znalazł
      niczego oprócz krwi ale w tarczycy… Diagnoza: carcinoma papillare (rak
      brodawkowaty). Pamiętam, że siedząc w samochodzie z wynikiem w ręku (na zewnątrz
      chyba nawet mocno padał deszcz) rozmyślałem jak tę informację przekazać żonie i
      mamie, które czekały na telefon ode mnie. Przyszło mi wtedy do głowy zdanie
      wypowiedziane przez głównego bohatera „Szklanej Pułapki 2”: jak jednemu facetowi
      może się przydarzyć 2 razy to samo gówno?

      2. Gliwice

      Za radą chirurga poprosiłem w swojej przychodni rodzinnej o skierowanie do
      Zakładu Medycyny Nuklearnej i Endokrynologii Onkologicznej (ZMNiEO) w Gliwicach,
      gdzie trafiłem pod opiekę chirurgiczną dr Jana Włocha, chyba jednego z
      najlepszych specjalistów w dziedzinie chirurgii onkologicznej tarczycy.
      Pierwszą wizytę diagnostyczną wyznaczono mi na początek lipca. Muszę przyznać,
      że po doświadczeniach sprzed 10 lat we Wrocławiu ten wielki moloch w Gliwicach
      przy ul. Armii Krajowej zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Z zewnątrz
      pomieszanie starych ale dobrze utrzymanych oraz nowych budynków, wewnątrz
      wszystko przerobione na proste, nowoczesne wnętrza w ładnej żywej kolorystyce.
      Określenia „proste” nie dotyczy labiryntów niekończących się korytarzy łączących
      ze sobą poszczególne budynki, które później zupełnie niechcący miały być
      wielokrotnie zwiedzone przy okazji poszukiwania wyjścia przez moją mamę,
      towarzyszącą mi w każdym wyjeździe do Gliwic.

      W czasie wizyty wykonano mi m.in. USG szyi i pobrano krew. Ponieważ
      wylegitymowałem się wynikiem biopsji wykonanej przez samego profesora Jelenia z
      Wrocławia, który w ocenie onkologów w Gliwicach ma bardzo wysokie notowania, nie
      wymagano ode mnie ani szkiełek ani dodatkowej biopsji weryfikacyjnej. Od razu
      zostałem zakwalifikowany do zabiegu chirurgicznego usunięcia całości tarczycy.
      Na oddział szpitalny miałem zgłosić się na początku sierpnia, 3 dni wcześniej
      miałem się stawić na 1 dzień w celu wykonania tomografii komputerowej.

      W tym miejscu muszę nadmienić, że nic co dzieje się w ZMNiEO nie jest dziełem
      przypadku tylko wynika z przestrzegania ustalonych reguł i harmonogramów
      postępowania. Każdy zabieg wraz z towarzyszącymi badaniami diagnostycznymi
      zaplanowany jest z wielotygodniowym wyprzedzeniem. Mimo, że czasem można się
      poczuć jak trybik w wielkiej maszynie uważam, że najlepszym sposobem jest
      poddanie się temu. Próba ingerencji i wywierania nacisku na zmianę czegokolwiek,
      w moim przypadku było to przyspieszenie terminu zabiegu, może przynieść
      nieprzewidywalne skutki. Jeżeli tam trafiłeś, nie ważne w jaki sposób, to już
      powinieneś czuć się wybrańcem losu bo masz największą szansę wyjścia z tego o
      własnych siłach, otoczony życzliwą i co najważniejsze profesjonalną opieką
      medyczną. To czego się od Ciebie wymaga to cierpliwość i to w ilości dużo
      mniejszej niż ta, w którą musisz się uzbroić w innych zakładach państwowej
      opieki medycznej w naszym kraju. Pamiętaj, że nie jesteś tutaj z powodu grypy.

      Po tej krótkiej dyscyplinującej dygresji wracam do tematu. Zabieg chirurgiczny w
      znieczuleniu ogólnym, wykonany w 4. dniu mojego pobytu na oddziale, polegał na
      usunięciu tarczycy w całości wraz z układem chłonnym środkowym szyi. W trakcie
      zabiegu wykonano biopsję moich „kulek” i zdiagnozowano obecność komórek
      nowotworowych (przerzutów) więc je usunięto. Wykonano również biopsję węzłów po
      stronie prawej ale tu na szczęście nie znaleziono niczego podejrzanego.
      Poskładano mnie, poklejono i przypięto dren, który miał odprowadzać nadmiar tego
      co zwykle przerabiane jest przez nieobecny już w tym miejscu układ limfatyczny.
      Po 3 dniach dren został zdjęty i zostałem odprawiony do domu z kilkudniowym
      zapasem Euthyroxu 150 ug i zaproszeniem na kontrolę za prawie 4 tygodnie w
      kieszeni. O receptę na dalsze dawki Euthyroxu miałem się zwrócić do lekarza
      rodzinnego.

      Przez cały okres pobytu na oddziale oraz po wyjściu aż do kontroli pozostawałem
      na zwolnieniu L4. Tu słowa mojej wdzięczności należą się mojemu nowemu
      pracodawcy, którego postawiłem w bardzo kiepskiej sytuacji a on wykazał się
      sporą wyrozumiałością. Ja ze swojej strony robiłem i nadal robię co mogę aby
      moja nieobecność fizyczna nie przekładała się na oczekiwane wyniki mojej pracy.
      Na szczęście charakter wykonywanej przeze mnie pracy w połączeniu z
      dobrodziejstwami Internetu i telefonii komórkowej pozwala mi minimalizować
      potencjalne straty.

      Na kontrolę stawiłem się w ustalonym terminie. Chirurg obejrzał mnie i z
      wynikiem pozytywnym przekazał do dalszego leczenia uzupełniającego jakim jest
      krótka kuracja radioaktywnym izotopem Jodu 131. Kuracja ta ma na celu
      zwiększenie szans całkowitego wyleczenia do poziomu 95% ogółu przypadków
      brodawkowatego raka tarczycy.

      Termin przyjęcia wyznaczono na 5 tygodni po kontroli. Warunkiem koniecznym do
      pozytywnego przeprowadzenia kuracji jest m.in. wprowadzenie pacjenta w stan
      głębokiej niedoczynności tarczycy. Oznacza to całkowite odstawienie preparatu
      lewotyroksyny (Euthyroxu) i w celu minimalizacji objawów zastąpienia jej czymś
      podobnym w okresie pierwszych 3 tygodni. To coś podobnego nazywa się Cynomel,
      dostaje się to od razu w Gliwicach w wyliczonej ilości tabletek i połyka się 2 x
      dziennie. Po upływie 3 tygodni tabletki się kończą i przez następne 2 tygodnie
      nie przyjmuje się już niczego. W tym czasie można się spodziewać wszelkich
      efektów niedoczynności tarczycy (tycie, senność, itp.) z zależności jak kto
      reaguje. Osobiście nie odczułem większych zmian u siebie, poza tym że przytyłem
      jakieś 2-3 kilo i czasami miałem wrażenie, że koledzy w pracy nie rozumieją
      moich maili lub tego co do nich mówię. Nie odnotowałem problemów z prowadzeniem
      samochodu (brak koncentracji czy coś takiego). Byłem świadomy, że może się to
      zdarzyć więc czekałem na najmniejsze objawy. (...)
    • izotop_131 Oblicza Mr. Carcinoma - ciąg dalszy (2) 26.09.07, 12:31
      (...) W wyznaczonym mi terminie stawiliśmy się karnie (z moją mamuśką
      oczywiście) w starym budynku, gdzie mieści się Oddział Terapii Izotopowej.
      Wymagana jest obecność na czczo ponieważ po rejestracji na parterze budynku
      skierowano mnie najpierw do gabinetu lekarskiego, gdzie lekarz prowadzący
      zapoznał się z moją dokumentacją a mnie z planem działania, a następnie na I p.
      pobrano mi krew. Potem pozostało tylko zejść do szatni i przywdziać służbową
      piżamkę w kolorze granatowym (panie dostają bordową).

      Ok. godziny 14. wreszcie zostaliśmy (już bez mamuśki ale zebrała się nas silna
      grupa nowych do przyjęcia, stąd liczba mnoga) przydzieleni do konkretnych łóżek.
      Ja trafiłem na II p. gdzie znajduje się oddział diagnostyczny o złagodzonym
      rygorze, tzn. można korzystać jeszcze ze swoich sztućców, mieć laptopa, brać
      codziennie prysznic, itp. Ponieważ następnego dnia zaplanowane mieliśmy badanie
      scyntygraficzne ok. godziny 15. udaliśmy się na połknięcie dawki diagnostycznej
      radiojodu 131, która zwykle wynosi ok. 0,05 mCi w przypadku scyntygrafii
      przeprowadzanej następnego dnia. Jeżeli ktoś zostaje przyjęty w piątek i
      scyntygrafię ma zaplanowaną na poniedziałek dostanie prawdopodobnie dawkę ok.
      0,36 mCi aby uzyskać odpowiedni poziom w dniu badania. Ogólnie dawka
      diagnostyczna zamknięta jest w 2 kapsułkach z wyglądu przypominających te z np.
      antybiotykiem. Połyka się je popijając niewielką ilością wody.

      Następnego dnia po śniadaniu byliśmy kierowani kolejno na USG i scyntygrafię
      szyi. Warunkiem koniecznym aby zostać dopuszczonym do jodoterapii oprócz
      wspomnianego wcześniej stanu głębokiej niedoczynności tarczycy (TSH > 50, ja
      miałem ponad 100) jest pozytywny obraz krwi i wynik obu badań.

      3. Jodowy survival

      Na zamknięty oddział terapii jodem 131, znajdujący się na I p. tego samego
      budynku przeniesiono nas następnego dnia (piątek) około południa. Nie warto tam
      zabierać niczego czego nie chce się zostawić przy jego opuszczeniu po
      zakończeniu terapii, a więc żadnych sztućców, talerzy, urządzeń elektronicznych,
      elektrycznych golarek itd. Warto i trzeba wyposażyć się w ręcznik, środki
      higieny osobistej, bieliznę oraz wodę mineralną (1,5 litra na dzień), parę sztuk
      cytryn i mnóstwa czegoś do zabicia czasu, np. czytania. Rano warto jeszcze
      zafundować sobie prysznic i umyć włosy. Obiadu nie ma się co spodziewać ponieważ
      jod leczniczy wymaga przynajmniej godzinnej przerwy w jedzeniu tak więc lepiej
      nie potrzebnie nie podjadać.

      Standardową dawką w terapii jodem 131 jest 100 mCi czyli 2000 razy więcej niż
      dawka diagnostyczna (0,05 mCi). Przyjmowana jest w postaci kapsułki, której nie
      warto się specjalnie przyglądać tylko po prostu ją połknąć i udać się od razu do
      swojego pokoju. Od tego momentu obowiązuje bezwzględny rygor. Pierwszym objawem,
      że coś się zmieniło jest wzbudzenie alarmu w detektorze promieniowania
      umieszczonym obok drzwi wejściowych na oddział. To daje do myślenia i
      uzmysławia, że dzieje się w nas coś czego nie można ogarnąć zmysłami. Dlatego
      kontakt z innymi osobami, w tym szczególnie z personelem należy ograniczyć do
      niezbędnego minimum. Nie ma co niepotrzebnie narażać tych ludzi na nasze
      promieniowanie. Pokoje oprócz tego, że znajdują się w wydzielonym skrzydle
      budynku nie różnią się niczym specjalnie. Przeznaczone są dla 1 lub 2 osób,
      wyposażone w umywalkę, kabinę prysznicową i muszlę klozetową. Niektóre pokoje
      mają telewizory, niektóre z tych telewizorów działają.

      Posiłki na tacach dostarczają pielęgniarki. Zwyczajowo zostawiają je na
      taboretach, które powinny być stawiane tuż przy wejściu do naszego pokoju.
      Napoje, w tym woda z sokiem z cytrynowym nalewane są do wcześniej przez nas
      przygotowanych kubków będących na wyposażeniu oddziału. My w tym czasie
      powinniśmy zachować odpowiedni dystans.

      Posiłki są małe ale całkiem dobre (budżet oddziałowy na wyżywienie 1 pacjenta to
      5 zł/os/dzień). Można zaprowiantować się dodatkowo we własnym zakresie
      korzystając z ogólno oddziałowej lodówki. W tym celu należy zaopatrzyć się w
      podpisany swoim imieniem i nazwiskiem plastikowy hermetyczny pojemnik, w którym
      przechowywać będziemy poporcjowaną i popakowaną już żywność (wędliny, sery,
      itp.). Porcjowanie żywności ma na celu uniknięcie konieczności dłuższego
      kontaktu pojemnika z nami i jego potencjalnego skażenia. W przypadku chęci
      sięgnięcia do naszych zapasów prosimy pielęgniarkę, która przynosi szpitalny
      posiłek o dostarczenie naszego pojemnika. Z pojemnika wyciągamy tylko tę porcję,
      która nas interesuje i niezwłocznie oddajemy go. To co wzięliśmy już do niego
      nie wróci.

      Jod, który przyjęliśmy zaczyna się natychmiast uwalniać i z tego co wiem, po ok.
      2-3 godzinach daje najwyższe natężenie promieniowania z naszych ciał. Tu
      ciekawostka: blisko 80% całkowitej pochłoniętej przez nas dawki (100 mCi)
      zostaje wydalona w ciągu pierwszej doby. Najczęściej wspominane możliwe
      działania uboczne to obrzęk ślinianek i nudności. Ale nie ma co na to czekać
      tylko zacząć przeciwdziałać jak najszybciej. Przede wszystkim pić dużo wody,
      znacznie więcej niż ma to się w zwyczaju. Woda może być z cytryną bo cytryna
      wzmaga pracę ślinianek pozwalając lepiej wypłukiwać gromadzący się w nich jod.
      Ja osobiście wolałem pochłaniać całe cytryny zjadając je jak zwykle zjada się
      pomarańcze. Niektórzy zabierają ze sobą cukierki do ssania (np. Zozole). Ja
      miałem ich ze 3 paczki z czego zjadłem może 5 sztuk i mam ich dosyć do końca życia.

      Oprócz ślinianek jod wydala się całym naszym ciałem ze szczególnym
      uwzględnieniem płynów fizjologicznych jakimi są pot i przede wszystkim mocz.
      Pierwszy prysznic, o którym więcej za chwilę, odbywa się dopiero w 3. dobie po
      podaniu jodu. Do tego czasu do dyspozycji pozostaje tylko umywalka, wyposażona w
      czasowy zawór otwarcia (taki, jak w toaletach niektórych hipermarketów) –
      trzeba nacisnąć głowicę, żeby przez chwilę z kranu popłynęła woda. Woda owszem
      płynie ale małym rozproszonym strumieniem pod dużym ciśnieniem więc mocno
      chlapie dookoła.

      Muszla klozetowa zaopatrzona jest w próżniowy system usuwania zawartości -
      wynalazek, jaki pierwszy raz widziałem w życiu. Nie zdradzę więcej szczegółów,
      osoby zainteresowane będą miały sposobność zapoznania się z instrukcją obsługi,
      podobnie jak umywalki i prysznica. Dodam tylko, że pierwsze użycie spłuczki może
      przestraszyć.

      W takich warunkach trzeba próbować normalnie funkcjonować przez najbliższe 60-72
      godziny, przy czym normalność ogranicza się tu do picia, jedzenia, picia,
      spania, picia, załatwiania się i chyba czytania. Czy wspomnialem o piciu? (...)
    • izotop_131 Oblicza Mr. Carcinoma - ciąg dalszy (3) 26.09.07, 12:35
      (...) Aby rozwiązać problem ograniczonego dostępu do bieżącej wody trzeba się
      uciekać do różnych sposobów. Oprócz podstawowych części ciała jak ręce, twarz
      czy zęby można próbować umyć się korzystając ze zdjętej właśnie podkoszulki,
      którą można wypłukać i wilgotną wytrzeć swoje ciało. Po tej czynności należy ją
      po prostu wyrzucić i założyć sobie świeżą. Słyszałem też o sposobie „na butelkę”
      czyli napełnienia pod kranem jednej lub dwóch 1,5-litrowych butelek wody i
      zrobienia sobie coś w rodzaju prysznica, korzystając z kabiny prysznicowej.

      Sposób „na butelkę” na pewno można potraktować jako uzupełnienie prysznica,
      przewidzianego w 3. dobie. Prysznic ten polega na wieczornym udostępnieniu wody
      w kabinie prysznicowej na łączny czas lania wody wynoszący 3 (słownie: trzy)
      minuty, może być z przerwami. Tu woda też leje się rozproszonym ale silnym
      strumieniem więc zanim ją odkręcisz przemyśl dobrze co i w jakiej kolejności
      chcesz umyć. Po wyczerpaniu limitu 3 minut możesz skorzystać ze wspomnianych
      butelek lub zadzwonić i poprosić o jeszcze jedną 3-minutową porcję. Po takim
      prysznicu należy założyć świeżą bieliznę a starą tradycyjnie wyrzucić do kosza.
      Dopełnieniem prysznica jest przydział świeżutkich piżamek służbowych.

      Następnego dnia (poniedziałek) rano, po 64 godzinach od przyjęcia jodu wykonano
      nam pomiar kontrolny emitowanego przez nas promieniowania. Wartością
      kwalifikującą danego delikwenta do wyjścia jest odnotowanie wyniku < 20 uSv/h,
      co nie jest wartością wygórowaną. Spośród naszej grupy uzyskane wyniki zamykały
      w przedziale pomiędzy 4 a 15 uSv/h (ja miałem 5).

      Tego samego dnia przed południem, korzystając z resztkowego promieniowania jakie
      emitowaliśmy, wykonano nam scyntygrafię całego ciała oraz szyi. Na podstawie
      tego badania kierowano nas do wypisu i określano termin pierwszej kontroli.

      EPILOG

      Wypisy zwykle wydawane są pomiędzy godz. 14 a 16. Jeszcze na oddziałach przed
      podaniem jodu otrzymaliśmy ogólne wskazówki czego i jak długo nie wolno robić po
      zakończeniu terapii. Minimalna kwarantanna to 7 dni w kontaktach z dziećmi i
      kobietami w ciąży.

      Z innych ciekawostek to powiem, że jak się można doczytać w instrukcjach
      stanowiskowych urządzeń łazienkowych reglamentacja wody wynika z faktu, że
      zużyta woda trafia do specjalnych pojemników a nie do zwykłej kanalizacji.
      Służbowa piżama szpitalna nie jest jednorazowa. Po użyciu leżakowana jest przez
      2-3 miesiące zanim trafi do pralni.

      Liczę, że informacje zawarte w tym „eseju” okażą się być przydatne dla osób
      poszukujących tego typu wiedzy w Internecie, takich jak np. moja żona. Jutro
      obchodzimy 10. rocznicę ślubu. Spędzimy ją osobno ze względu na moją
      kwarantannę, którą przechodzę poza domem (u rodziny w innym mieście).

      Dla mnie pobyt w ZMNiEO w Gliwicach w porównaniu ze wspomnieniami z Wrocławia
      sprzed 10 lat to jak wakacje nad morzem. Zastanawiam się, co by było gdybym
      pozostał dłużej w Pradze? Jak wtedy potoczyła by się moja diagnostyka i
      leczenie? Z perspektywy czasu podejrzewam, że pani laryngolog w Pradze mogła coś
      podejrzewać ale nie była ze mną do końca szczera. Dla niej byłem obcokrajowcem,
      Polakiem. A Polacy - bądźmy szczerzy - nie mają najlepszych notowań u Czechów.
      Czasem warto brać nawet takie rzeczy podejmując decyzję o wyjeździe za granicę.

      Przez następne 20 lat pozostawać będę pod opieką Gliwic. Pierwszą kontrolę
      wyznaczoną mam już na koniec listopada.

      Biorąc pod uwagę przebyte doświadczenia, byłbym chyba niepoprawnym optymistą
      gdybym nie podejrzewał, że z Mr. Carcinoma to ja już się nie spotkam osobiście w
      moim życiu. Ze swojej strony muszę dołożyć wszelkich starań aby zminimalizować
      wpływ być może genetycznej skłonności do zapadania na tego typu choroby, którą
      prawdopodobnie przekazałem swojemu synowi. Obym się mylił…
      • tara34 Re: Oblicza Mr. Carcinoma - ciąg dalszy (3) 26.09.07, 14:36
        obyś się mylił,co do syna .Cenna wiedza ,nie ma to jak osobiste
        doswiadczenia sucha ksiązkowa teoria to jedno a życie to drugie.
        Mam w rodzinie osobę chorą na raka tarczycy -dopiero co
        zdiagnozowaną ,nie wiemy co dalej .JZOTOPIE trzymaj się
        dzielnie,sama jestem po scyntygrafi tarczycy izotopem 131 to tak na
        marginesie czeka mnie biopsja i operacja.Zyję ,to znaczy ,że żle nie
        jest.Prawda?pozdrawiam i odzywaj się czasem
      • dak33 Re: Oblicza Mr. Carcinoma - ciąg dalszy (3) 26.09.07, 17:38
        Witam. Przeczytałam Twoją historię i szczerze mówiąc zaczęłam
        zastanawiać się nad swoim hispatem po resekcji totalnej tarczycy,
        który dopiero mogę odebrać pod koniec przyszłego tygodnia. Też już
        miałam jedno widzenie z MR Carcinoma - rak odbytnicy ( operacja
        lipiec 07), skończyłam chemię w kwietniu tego roku i tegoż miesiąca
        drugi raz wylądowałam na stole operacyjnym z uwagi na guzy lewego
        jajnika, na szczęście zmiany te okazały się łagodne. Teraz zrobiłam
        porządek z tarczycą.... Zastanawiam się czy Mr Carcinoma wrócił w
        innej postaci... Pozdrawiam... Ola

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka