nisar
09.07.12, 13:19
Tak sobie czytam różne wątki i problemy i coraz bardziej dziwi mnie, jak wiele piszących tu osób uważa popychanie dziecka za oczywiste i słuszne.
Bynajmniej nie chodzi mi o rękoczyny. Mam na myśli popychanie dziecka do bycia starszym niż jest. W sensie: dojrzalszym. Boi się ciemności? Nie chce rozstawać się z rodzicami na dwa tygodnie? Nie lubi nocować poza domem? Nie dajboziu ulegać, wychowamy maminsynka, rozmemłanego, mazgajowatego i z nadwagą. Pomysł, że to samo dziecko z rozkoszą spakuje plecaczek na cały weekend u dziadków, ale za pół roku a nie w tej chwili, więc może by tak spokojnie poczekać, aż do tego dojrzeje, jakoś nie świta w głowach. Teraz, zaraz, wysłać, odwieźć do dziadków, niech nie histeryzuje, bo co będzie później? Ano będzie co będzie, może w wieku 8 lat nadal nie będzie chciało jechać na dwudniową wycieczkę z klasą i trzeba będzie zacząć interweniować, ale podejrzewam że znakomita większość dzieci spokojnie swoim tempem sobie do różnych rzeczy dojrzewa. Po co im dowalać dźganiem do robienia czegoś, na co nie mają chęci? Jaka idea temu ma przyświecać?
Jako żywo przypomina mi to plombowanie mojego zęba jakieś dwadzieścia lat temu - pani doktór nie dała mi znieczulenia, chociaż jak najbardziej miałam świadomość, że trzeba będzie za to zapłacić i nie wzdragałam się przed tym. Bolało tak, że łzy ciekły mi po policzkach, a koronnym argumentem pani doktór było: a jak pani nie będzie stać na znieczulenie, to co pani zrobi? Jak dotąd mnie stać, borowania na żywca nie polubiłam i goowno mnie obchodzi że nie jestem dzielna. Cierpienie dla idei mnie nie interesuje.
Po cóż zatem fundować kilkulatkowi takowe?