moopsinka
27.02.12, 15:03
Mój synek ma 3 tyg, z czego pierwszy tydzień życia spędził w szpitalu karmiony butelką. Po tym czasie odnieśliśmy wielki (moim zdaniem) sukces i zaczeliśmy jeść z piersi. Moja radość nie trwała długo, bo mam wrażenie, że dziecko się z piersi nie najada. Młody je aktywnie przez jakieś 10 min, potem tylko ciamka, chociaż próbuję wszystkich metod doradcy laktacyjnego. W efekcie wisi na cycu kilkadziesiąt minut i po tym czasie albo zasypia albo po prostu przestaje ssać i tylko trzyma sutek w buzi. Uznaję więc, że karmienie zakończone i "odbijam" Małego, przewijam, a potem odkładam do łóżeczka. Mija 10 minut względnego spokoju i jest płacz, jedzenie rączek, pieluchy, kocyka i co popadnie lub w najlepszym wypadku dziecko przez godzine jest niespokojne, kręci się, kwili itp. Więc znów przystawiam do piersi i znów kilkadziesiąt minut karmię i tak w kółko. Trwa to już 2 tygodnie, więc wg.mnie na kryzys laktacyjny za długo. Wczoraj w akcie ostatecznej desperacji po opróżnieniu obu piersi i godzinnym wyciu podaliśmy Młodemu mm z butli. Dziecko zjadło i zasnęło snem niezmąconym na 3,5 godziny, co mu się wcześniej rzadko zdarzało. Dziś również po 3-godzinnym koncercie (przerwanym 2 krótkimi karmieniami z piersi) podałam butelkę i jest spokój. Dziecko nie wierci się, nie zawodzi, nie płacze. Czy jest sens męczyć siebie i dziecko karmieniem piersią? Nie wiem, czy mam za mało pokarmu, czy karmię za krotko? Doradzcie cokolwiek...