aleksandra1357
11.04.11, 08:21
Moja rodzina żywi moje dzieci inaczej niż ja, a że często zostawiam 3-latka z babciami lub tatusiem, więc problem urasta w mojej głowie do poważnego.
Moje zarzuty: słodycze, lizaczki, ciasteczka, herbatniczki, monte (na szczęście syn nie rusza), lody, chemiczne truskawki i winogrona, żelki i cukiereczki bez ograniczeń.
Mówię, przekonuję, tłumaczę, ale jak wnusio się uśmiechnie, to lizaczka dostanie. "Jeden lizaczek nie zaszkodzi, one mają witaminy" - co zrobić z takim tekstem? A może ja jestem nienormalna? Bo mój mąż też kupuje synowi lizaki i uważa mnie za potwora.
No ale miało być o BLW: no więc starszakowi babcie czytają przy jedzeniu i karmią do dzioba, a jak nie je, to krzyczą, wzbudzają poczucie winy ("specjalnie dla ciebie ugotowałam! Będzie mi przykro jak nie zjesz! Brzydko się zachowujesz, bo wybrzydzasz"), karmią przed TV ("Bo taki chudziutki, a tak to przynajmniej cokolwiek zje"). Tłumaczę, ale to nic nie daje. Oczywiście najlepiej nie zostawiać wnuka babciom, ale to by zakrawało na wielki konflikt rodzinny, którego jednak nie chcę, bo problem zbyt błahy.
Niemowlak na szczęście na razie tylko ze mną, bo karmiony na żądanie, ale już słyszę krytykę BLW ("Zobaczysz, on nic nie będzie jadł, jak tak go będziesz karmić, niejadka wychowasz! Kto to słyszał, bawić się jedzeniem!")