Jak mam z tym żyć

22.10.06, 19:52
Moja mama żyje, ale tracę ją z każdym dniem od 6 tygodni. Różnie między nami
bywało, ale w tej chwili to nie ma żadnego znaczenia. Jest cierpiącym
człowiekiem zmagającym się z niespodziewaną chorobą, niknącym na moich
oczach, walczącym o życie.
Jestem z zawodu lekarzem i tym bardziej nie umiem sobie poradzić z sytuacją,
w której nie mogę w żaden sposób pomóc. Choroba jest przewlekła, ale niestety
nie została wcześniej rozpoznana (mama nie lubiła się leczyć i wyciągnięcie
jej do lekarza czy na badania to była wielotygodniowa walka, na ogół
zakończona niepowodzeniem). Nagłe i dramatyczne załamanie zdrowia
(niewydolność oddechowa) było dla nas szokiem.
Ale najgorsze jest podejście moich kolegów po fachu. Już w dniu przyjęcia
usłyszałam, że "nie ma leku na starość". Przy czym pan doktor nie zajrzał
nawet do karty i dodał mojej mamie kilkanaście lat (....). I komentarze na
temat ewentualnej jakości życia nawet gdyby mama powróciła do jakiego takiego
zdrowia. Nie jestem wierząca, ale uważam, że takie poglądy są bardzo
niebezpieczne. Zresztą z własnego doświadczenia znam przykłady osób,
które "darwiniści społeczni" mogliby uznać za niewarte tego, aby żyć (np.
dziecko z mnogimi wadami rozwojowymi), a które prowadzą - w swoim odczuciu -
zupełnie satysfakcjonujące życie, jak również osoby w pełni sprawne, zdrowe
fizycznie, społecznie i ekonomicznie wręcz uprzywilejowane, które nie są w
stanie zaznać jakiejkolwiek radości życia. Jestem głęboko przekonana, że nie
mamy żadnego prawa wydawać sądów o wartości czyjegokolwiek życia.
Niestety odnoszę wrażenie, że takie stawianie sprawy - przekreślanie z góry
szans pacjenta (m.in. dlatego, że jest stary - NB. moja mama na 72 lata... w
piśmiennictwie zachodnim granicę podeszłego wieku przesuwa się obecnie na >75
lat) działa jak samospełniająca się przepowiednia. Choćby w taki sposób, że
obniża motywację personelu do zajmowania się "z góry skazanym".
Popełniono sporo zaniedbań (za każdym razem zasięgałam opinii lekarzy danej
specjalności, ponieważ wiem, że jako rodzina nie jestem obiektywna i opinie
te potwierdziły moje spostrzeżenia). Myślę, że na pewnym etapie moja mama
miała szansę wygrania z chorobą, ale ta szansa została zaprzepaszczona przez
błędy i zaniedbania.
Teraz nie potrafię nawet ulżyć jej w cierpieniu. Nie wiem, czy walka jest już
definitywnie przegrana (pulmonolog mówi, że daje się szansę do końca). Gdybym
to wiedziała, pomyślałabym o opiece hospicyjnej.
Dzisiaj dowiedziałam się, że od tygodnia lekarz prowadzący odłączył mamie
wszystkie leki. Nikt z rodziny nie został o tym poinformowany ani zapytany o
zgodę. Od tego czasu nie były wykonywane żadne badania (nawet takie jak
morfologia krwi). Mama gorączkowała do 39 stopni i nie podano jej antybiotyku
i nie poszukiwano źródeł zakażenia.
Potraktowano ją jak "ciepłe zwłoki".
Nie jestem zwolenniczką uporczywej terapii, nie domagam się zastosowania
uciążliwych i nie niosących poprawy leków czy procedur. Ale takie rzeczy jak
antybiotyk czy leki objawowe w niewydolności krążenia czy leki
przeciwwrzodowe daje się nawet pacjentom w stanie terminalnym.
Znalazłam gdzieś taki fragment, który oddaje sens tego, czego mi brakuje w
podejściu do leczenia mojej mamy:
"(...) rzeczywistym życzeniem pacjenta - przekonałem się o tym przez lata
konfrotacji z losem i chorobą - nie jest wyłącznie wyleczenie. Coś w nim
samym mówi mu, że nie jest to możliwe. Rzeczywistym życzeniem jest otrzymanie
prawdziwej szansy. Chodzi o to, by być pewnym, że nic nie zostanie
zaniedbane, że będzie się czynić wszystko to, co po ludzku jest możliwe.
Życzeniem pacjenta jest spotkać zespół (leczący), który czynami okazuje, że
życie, które im powierzono, ma wartość świętości. Wtedy dopiero może osiągnąć
wyczucie względności, zaakceptować przegraną. Inaczej nie uczyni tego - i
będzie miał rację."
    • j2334 Re: Jak mam z tym żyć 22.10.06, 22:51
      Witaj.Moge sobie wyobrazic jak bardzo Ci ciezko zyc z taka swiadomoscia ,gdy
      zna sie leczenie z tej drugiej strony.Ja jestem pielegniarka,prawie 20 lat
      pracy w zawodziei niestety z przykroscia musze stwierdzic,ze zupelnie inaczej
      wyglada ta opieka nad chorym ,niz to sobie inni wyobrazaja.Obecnie nie pracuje
      juz w zawodzie.jestem na okresowej rencie z powodu choroby zawodowej.Nie wiem
      n.czy na chwile obecna chcialabym wrocic do zawodu w miejsce ,gdzie chorego
      czlowieka traktuje sie jak przedmiot,a jeszcze gorzej jego rodzine.Moja mama
      zmarla w malutkim szpitalu,zaledwie tydzien tam byla.maial wylew,ze wzgledu na
      zly stan ogolny nie przewieziono jej na tomografie do innego miasta,a moze to
      bylo tylko takie ich tlumaczenie,nie mialam wielkiego wplywu na decyzje
      lekarzy.Wydawalo mi sie wiedza co robia.Moze gdyby jednak miala mama zrobione
      to badanie ,to moze nie doszloby po paru dniach do nastepnego wylewu,niestety
      juz smiertelnego? Moze poprzez to badanie mozna bylo zapobiec dalszemu
      pogorszeniu? W koncu czemu one sluza? Mam zal do lekarzy o to ,ze jednak nie
      zdecydowali sie mamy przewiezc.No ale to juz za pozno na takie rozwazania.
      Ja sama tez swoje przeszlam ,jeden lekarz jedna diagnoza,drugi co
      innego.zabieg,zupelnie niepotrzebny.Po roku jednak diagnoza pierwszego lekarza
      sie potwierdziala.Nastepny zabieg,strasznie powiklany,zadnego slowa
      przepraszam.Wiem ,rozumiem lekarztez czlowiek ,tez moze popelnic blad.Tylko po
      co takie komentarze tego typu: gdybysmy wiedzieli ,ze tak bedzie to bysmy pani
      wcale nie operowali.Chodzilo glownie o alergie ,o ktorych wielokrotnie
      powtarzalam ,ze takie i takie mam ,zreszta ,mozna to bylo zastapic czyms
      innym .Zakladajac mi np.zwykly lateksowy cewnik ,wiedzac ,ze mam potworna
      alergie na lateks? Moglam kupic silikonowy,ale zapewniano mnie ,ze nie ma
      potrzeby ,ze maja takie,i rekawice tez.czy to moja wina ,ze przecieto mi inne
      narzady,to ,ze nic nie chcialo sie goic,robila sie wszedzie w miejscu szycia
      wewnatrz martwica,bo raczono mi zalozyc ten lateksowy cewnik.moja wina ,ze w
      wyniku tego wytworzyla sie olbrzymia przetoka,moja wina ,ze nie bylo mnie czym
      leczyc ,bo na wiele antybiotykow tez sie uczulilam.Przezylam,prawie rok sie
      meczylam,nawet wypisanie recepty na pampersy graniczylo z cudem.Winna bylam
      ja ,ze sie odpowiednio po zabiegu nie odzywialam ,ze nie mialam dobrych soczkow
      drogich witaminek i szyneczki.Szkoda tylko ,ze ow lekarz nie wpadl na genialny
      pomysl ,aby mi to zasponsorowac.Nie obchodzilo ,go ,ze mnie poprostu z mojej
      renty po oplaceniu tony pampersow niewiele zostawalo.A pic kazano bardzo duzo.
      dzisiaj na szczescie minelo juz troche czasu ,wszystko sie zagoilo ,cudowny
      lekarz z innego zupelnie szpitala otoczyl mnie wspaniala opieka.Jestem mu
      naprawde wdzieczna za to co dla mnie zrobil,ze pozbylam sie pampersow i
      cierpienia.Pozostal jedynie niesmak i zal do tamtych lekarzy .
      tak wiec sie przekonalam,ze jednak sa jeszcze lekarze-ludzie,a nie tylko
      ci ,ktorzy sie nimi nazywaja.
      Bardzo ci wspolczuje ,ze tak straszne maja podejscie do mamy ci lekarze ,ktorzy
      sie nia zajmuja.To ,ze mama jest powaznie chora nie znaczy ,ze juz nic nie da
      sie zrobic.Moze warto byloby rozwazyc przeniesienie mamay do innego szpitala?
      pommyslalas o tym?Albo moze to hospicjum byloby lepszym rozwiazaniem? Tam
      przynajmniej traktuja zupelnie normalnie,a przede wszystkim z sercem,kazdego
      chorego tak samo.Moze tak bedzie lepiej.
      zycze ci z calego serca duzo wytrwalosci ,a dla mamy zeby jak najdluzej mogla
      sie jeszcze cieszyc zyciem.Pozdrawiam serdecznie
      • liina Re: Jak mam z tym żyć 23.10.06, 12:53
        Współczuje.
        Moja mama tez odeszla, choc moglaby zyc dluzej, gdyby ktorys lekarz zauwazyl
        wodobrzusze od dwoch guzow wielkosci grejpfruta. Mama miala tak duzy brzuch jak
        w zaawansowanej ciazy, a ginekolog mowil jej jak sie skarzyla na bole, ze jest
        juz stara i tak juz bedzie.Miala 47 lat.
        I powiem wam jeszcze jedno. Najgorsze zlobie po bliskim jest to, ze tak
        szpitale i lekarze ludzi wlasnie traktuja, to jest koszmar! Szpitale dokldaja
        sie takimi zachowaniami do szybszej smierci pacjenta, dolujac go psychicznie!
        Mnie do tej pory stoja na zoladku komentarze i teksty lekarzy. Nie wszystkich,
        ale raczej wiekszosci.
        Do wspomnien o cierpieniu mojej mamy dochodza bolesne wspomnienia dot. zachowan
        lekarzy i takze cierpienien, które mama przez nich przechodzila.Byloby mi nieco
        lzej, gdybym widziala chec niesienia pomocy albo chociaz resztki kultury i
        przywoitosci w personelu medycznym, a tak jeszcze to mi ciązy dodatkowo.
    • bszalacha Re: Jak mam z tym żyć 27.10.06, 00:13
      Kochaj mamę i lecz ją sobą,swoją wiarą.Poproś,żeby Cię nie zostawiała,jednym
      słowem powiedz to,co nam piszesz bo może ona takich słów potrzebuje.Człowiek
      musi mieć motywację,żeby żyć/mieć dla kogo żyć/.
      • kelko Re: Jak mam z tym żyć 27.10.06, 19:02
        Mówiłam jej. Chodzę tam codziennie i mówię do niej. Personel patrzy na mnie jak
        na wariatkę, bo rozmawiam z osobą, która wg nich jest cały czas nieprzytomna
        (wiem, że nie cały czas, bo widzę jej reakcje). Ale nawet chorzy w śpiączce
        (może poza przypadkami bardzo ciężkiego uszkodzenia mózgu) coś tam słyszą, może
        tyle, co np. małe dziecko. Może rozpoznają znajomy głos. Dla mnie to wystarczy.
        Jest coraz gorzej dołączyły się nowe powikłania.
        Czasami zastanawiam się, czy nie przyczyniam się do przedłużenia jej cierpień.
    • Gość: ona Re: Jak mam z tym żyć IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.10.06, 19:50
      mam 41 lat 3 dni temu robiłam badanie mammograficzne dziś dzwonili z przychodni
      mam zgłosić się w poniedziałek o 8 do lekarza bardzo się boję moja mama zmarł
      na raka piersi 16 lat temu
      • kelko Re: Jak mam z tym żyć 27.10.06, 23:29
        Ona: nie wiem, czy Ci to pomoże, ale ja mam taką metodę, że dzielę sobie
        zmartwienie na "kawałki". Na razie musisz sprawdzić, co to jest. Pewnie wiesz,
        że jest wiele różnych zmian w piersiach, bardzo często są to zmiany łagodne. Na
        pewno trzeba to wyjaśnić. I na tym się na razie skoncentruj. Dużo zdrowia!
        • kelko Re: Jak mam z tym żyć 28.10.06, 12:25
          Moja mama nie żyje. Dzisiaj o 5 rano przegrała nierówną walkę z chorobą. Nie
          powiadomiono mnie - przyjechałam do szpitala i zastałam puste łóżko wystawione
          na korytarz...
          • j2334 Re: Jak mam z tym żyć 28.10.06, 17:08
            Przyjmij wyrazy szczerego wspolczucia.Wiem ,co czujesz,sama przez to
            przechodzilam.<Mam nadzieje,ze bedziesz miala pdpore w najblizszej rodzine,bo
            tego teraz Ci potrzeba.Trzymaj sie.
          • Gość: barbara Re: Jak mam z tym żyć IP: *.internetdsl.tpnet.pl 28.10.06, 20:36
            przyjmij wyrazy współczucia
          • bozena.winch Re: Jak mam z tym żyć 29.10.06, 09:31
            Ogromnei mi przykro,że w chwilach tak trudnych doznała Pani tego wszystkiego co
            najgorsze może się zdarzyć w służbie zdrowia.Wielekrotnei wysłuchiwałam takich
            opowieści od rodzin pacjentów i wiem,że ból spowodowany takim bezwględnym
            traktowaniem odchodzących bliskich jest równie wielki jak ból utraty.Uważam,że
            lekarze (jako profesja) kompletnie sobie nie radzą z poczuciem bezradności
            wobec nieuchronności odchodzenia, a aktualna struktura służby zdrowia wspomaga
            wszelkie zachowania dystansujące się wobec cierpienia i konieczności pomagania
            aż do końca.Odebrała Pani bardzo gorzką lekcję jako lekarz i jako rodzina..
            Bardzo dobrze,że była Pani przy mamie i mówiła do niej mimo,że wydawało się ,że
            ona tego nie odbiera. Nikt na pewno nie umie powiedzieć, co do chorego
            dociera , a co nie. Może Pani mamie głos córki niósł ukojenie? Tyle Pani mogła
            jej dać.Trudno jest przyjąć,że najważniejsza jest obecność i,że nie ma nic
            więcej do dania, do zrobienia, do zdziałania.Była Pani przy niej.
            Bożena Winch
      • bozena.winch Re: Jak mam z tym żyć 29.10.06, 09:47
        Rozumiem,że się Pani boi. Większość kobiet boi się wyników badań które to
        badania moga przynieść informacje o chorobie nowotworowej, nawet gdy nie miały
        chorych w rodzinie to wyobraźnia podsuwa różne historie czasami tak
        wystraszające,że nie sposób przełamać bariery lęku.
        Jedynym sensowynym wyjściem jest zgłość się do lekarza w poniedziałek na 8
        rano. Tak czy inaczej już ten lęk Pani w sobie ma i jeżeli Pani nie pójdzie to
        on nie zniknie.Będzie w Pani pracował. Nawet jeżeli dowie się Pani,że wynik
        badań jest niepokojący to może Pani sporo zrobić by się zdiagnozować dalej, a
        jeżeli będzie trzeba to się leczyć i wyleczyć.Nie idąc i nie wykonując dalszych
        kroków odbiera Pani sobie możliwość działania i zostaje Pani tylko z lękiem.
        Wspomnienie o chorobie Pani mamy straszy Panią, ale żadne dwie historie choroby
        nie są takie same. To,że Pani mamy nie udało się uratować,nie jest żadnym
        czynnikiem prognostycznym dla Pani.Nie wiem jak było z diagnozowaniem i
        leczeniem Pani mamy, ale przez te lata medycyna zrobiła wielkie postępy i coraz
        większej osób udaje się przejść przez chorobę i żyć dalej.
        Trzymam kciuki jutro rano
        Bożena Winch
    • kelko Re: Jak mam z tym żyć 05.12.07, 20:44
      Minął rok odkąd pisałam w tym wątku.
      Przynajmniej tak mówi kalendarz.
      Nie wiem, co się stało z tym czasem, gdzie się podziały dni,
      tygodnie, miesiące.
      Czas zlał się w jedną, nierozróżnialną magmę.
      Nie „przepracowałam” żałoby. Chyba nawet nie dopuszczam jej do
      świadomości.
      Gdybym miała sobie postawić rozpoznanie, to byłoby to coś z kręgu
      PTSD.
      Czuję, jakby zwaliła się na mnie jakaś wielka góra. I chyba mnie już
      nie ma, zostało tylko opakowanie po człowieku.
      Gdybym miała więcej siły, wyniosłabym się z tego miasta. Prawie nie
      ma tu miejsc, które by jakoś nie kojarzyły się z okresem choroby czy
      to mamy, czy wcześniej – ojca.
      Próbowałam korzystać z pomocy, ale nie toleruję antydepresantów
      (działania niepożądane), a pani psychoterapeutka słuchała mnie jakoś
      tak niedbale, jakby układała sobie w tym czasie listę zakupów.
      Wiem, że powinnam podjąć kolejną próbę, ale nie mam siły.
      Niechętnie jeżdżę na cmentarz. Nie czuję absolutnie nic w związku z
      tym miejscem.
      • kam.mar Re: Jak mam z tym żyć 06.12.07, 13:49
        Może spróbuj napisać to, co próbowałaś powiedzieć tej terapeutce,
        która nie bardzo umiała Cię słuchać... Wydaje mi się, że tutaj na
        pewno ktoś bedzie czuł, o czym piszesz...
        • kelko Re: Jak mam z tym żyć 06.12.07, 21:01
          Nie wiem.
          To jest bardzo trudne i nie wiem, czy uda mi się to zawrzeć w kilku
          słowach.
          A nie bardzo mogę pisać – z przyczyn fizycznych po prostu - bo
          choruję na stawy i w tej chwili mam zaostrzenie choroby. Boli
          koszmarnie, leki nie za bardzo skutkują.
          Po jednym zdaniu... trudno będzie
          • nico72 Re: Jak mam z tym żyć 10.12.07, 23:45
            Witaj, bardzo mi przykro z powodu Twojej straty, jak również z powodu
            traktowania z którym się spotkałaś. Jest to bardzo smutne. Sam jestem lekarzem,
            anestezjologiem i z racji pracy w OIT czy w pogotowiu wielokrotnie stykałem się
            ze śmiercią. Nie ma żadnego wytłumaczenia dla niegodnego zachowania i pogardy
            dla człowieka i cierpienia. Ale w tym wszystkim jest drugie dno. Lekarz
            stykający się na codzień z cierpieniem i śmiercią przyjmuje potworny bagaż
            obciążenia psychicznego. I musi sam sobie z tym radzić. Niektórzy dają radę,
            inni uciekają w używki, jeszcze inni w obojętność i rutynę. A lekarz nie ma
            żadnego wsparcia psychologicznego. Straż pożarna, policja mają na etatach
            psychologów. Pogotowie ratunkowe nie. A czy przeżywają mniejsze stresy? Nie
            sądzę. Nie chcę przez to powiedzieć że ci lekarze są usprawiedliwieni, bo nie
            są. Pragnę tylko żebyście państwo czasami i o tym pomyśleli. Ale lekceważyć
            cierpienia i śmierci nie wolno, nigdy.
            Rozumiem że na pójście do innego psychologa nie masz sił ani ochoty. A co z
            przyjaciółmi, rodziną? Może jest ktoś, z którym mogłabyś szczerze porozmawiać. W
            takiej sytuacji często ogromną ulgę przynosi gdy ktoś tylko życzliwie
            wysłucha... Bardzo mi przykro że Cię to spotkało. Życzę dużo sił.
            • kam.mar do nico72 11.12.07, 09:37
              Nie będę myśleć o cierpieniach psychicznyh lekarzy, bo nie od tego
              jestem!!! Decydując się na zawód lekarza, chyba każdy zdaje sobie
              sprawę z tego, że będzie miał częsty kontakt z umierającymi ludźmi.
              Jeżeli ktoś z lekarzy nie jest na to przygotowany i nie umie sobie z
              tym radzić, to niech idzie do firmy farmaceutycznej sprzedawać
              leki!!! Tam jest czysto, cicho, nie ma trudnych pacjentów i
              załamanych rodzin pacjentów, które potrzebują odrobiny zawodowego
              współczucia- czyli na przykład informacji podanej w zrozumiały
              sposób, nie okazywania, że pan doktor strasznie jest zmęczony
              patrzeniem na chorych ludzi i ich rodziny!!!
              • nico72 Re: do nico72 11.12.07, 19:04
                To nie myśl skoro nie od tego jesteś.
              • protozoa Re: do nico72 16.01.08, 15:25
                Lekarz też jest człowiekiem. Ma prawo byc zmęczony, zdenerwowany,
                mieć problemy z dzieckiem, kłopoty finansowe itd.
                A Ty usiłujesz sprowadzić nas do roli cyborgów. Współczujemy, ale po
                latach pracy większość z nas wpada w rutynę.
                Nie, nie będę płakała nad każdym pacjentem, którego nie uda mi sie
                uratować. Muszę mieć zdrowy, trzeźwy rozum bo szpital i chorzy nie
                są całym moim życiem. Po pracy idę do dzieci, męża ( i co więcej z
                mężem też chirugriem staramy się nie rozmawiac o medycynie w domu).
                Oczywiście, że kontakt z umierającym jest obciążeniem dla kazdego
                normalnego człowieka i dlatego musimy się bronić.
                Wymagacie od nas empatii a sami nie macie jej za grosz!
                Gdyby wszyscy lekarze zachowywali sie tak jak od nas wymagasz prawie
                100% odeszłaby od zawodu. A wtedy firmy farmaceutyczne sprzedawałyby
                leki chyba tylko pacjentom.
    • magdam456 Re: Jak mam z tym żyć 10.12.07, 16:21
      Mamy po prosty chory system i w wiekszosci leniwych lekarzy, którzy
      czekają tylko na kasę nawet za wypisanie recepty.
      Moja mama w październiku 2005r trafiła do ginekologa ze zmianą na
      piersi. "Lekarz" po pobieżnym obadaniu jej stwierdził ,że ma 49 lat
      jest w fazie przekwitania i do tego jeszcze zaziebiła sobie pierś,
      nic jej nie będzie. Zaaplikował mamie antybiotyk, hormony i wysłał
      do domu. Na jej pytanie, czy powinna sobie zrobiś USG lub
      mammografie stwierdił ,że chyba zwariowała. Po co jak to zwykłe
      zaziebienie piersi. Faktycznie po antybiotyku zmiana ustąpila.
      Pojawiła sie ponownie w lutym 2006r.Mama znów poszła do
      tego "lekarza" i w bardzo brzydki sposób powiedział jej, że to jej
      wina bo sobie zaniedbała.A wtedy okazało się juz że to nowotwór
      piersi.Od marca chemioterapia,w maju operacja, później znów chemia
      i radioterapia. Po zakończeniu tego leczenia zalecono manie
      herceptynę. Lekarz co trzy tyg zlecał tylko badanie krwi -
      morfologię, która wychodziła jak u najzdrowszego niemowlaka.W
      czerwcu 2007r chorujemy wszyscy w domu, proszę lekarza w przychodni
      żeby przyszedł na wizytę domową, a on mi mówi, ze mama ma 50 lat
      wiec moze sobie sama przyjśc.W lipcu 2007r mama dostaje jakby
      niedowałdu prawej strony ciała, okazało sie, że jest przerzut na
      lewy płat czołowy, ale to dopiero po wyproszonym TK i to tylko
      głowy, bo po co robić całego ciała, szkoda kasy.
      Pod koniec sierpnia trafia na oddział neurochirurgii na usuniecie
      tego jednego ogniska(to był piątek). Tam tragedia, żeby
      pielęgniarka przyniosła szklanke wody, bo mama uwielbiała herbatę,
      to trzeba jej dać czekoladę.W środę mama dostaje temperatury, w
      czwartek pielęgniarki każą jej iść SAMEJ żeby zrobili jej
      prześwietlenie płuc, (bo osłuchowo wychodzi im ze zapalenie płuc
      jest. Mama protestuje, mówi, że nie ma siły i znów czekoladki, żeby
      ją zawiozły na to prześwietlenie. Okazuje sie, że jest cień na
      prawym płucu (przerzut). W niedzielę mama już nie ma sił, żeby iść
      do toalety, prosi pielegniarki trzy razy przed moim przyjazdem,
      żadna nie przyszła. W poniedziałek 3 września mama umiera. Byłam u
      niej rano, to jeszcze normalnie rozmawiałyśmy o domu, o tym co
      bedzie robiła jak do niego wróci. O 12.25 zmarła. A najgorsze jest
      to że nikt do mnie nie zadzwonił, nie zawiadomił mnie o jej
      śmierci. Przyszłam po pracy i zastałam puste łóżko.
      Po tym wszystkim co przeszłam przez ten czas jak słyszę, że
      pielęgniarki i lekarze chca podwyzek to mnie trafia. I tak sie
      zastanawiam po co płacę te cholerne składki jak i tak muszę za
      wszystko płacić dodatkowo.
      Nie mogę poradzić sobie z moim bólem, bo może mogłam zrobić dla
      mamy wiecej niz zrobiłam, ale myślałam, że skoro ktos jest
      lekarzem, to wie co robi...... Jak bardzo sie myliłam:(
      Ps. Chciałam w listopadzie zrobić córce badania krwi i moczu.
      Lekarka powiedziała mi ze nie da mi skierowania bo już miała raz
      robione badania w lutym. Po co robić je dwa razy w roku.
      Cóż zrobie je prywatnie.


      • violag Re: Jak mam z tym żyć 11.12.07, 11:36
        Narodziny tak jak śmierć wpisane są w życie. Jak się człowiek rodzi, tyle
        wszystkich wokół, telefon dzwoni non stop itp.itd. Jak człowiek umiera - zapada
        zmowa milczenia... bo nikt nas nigdy do tego nie przygotował. Po śmierci mojego
        męża odsunęli się prawie wszyscy moi znajomi, moje cierpienie jest tak
        oczywiste, że chyba nie trzeba nawet pytać... Moja najlepsza przyjaciółka - tak
        mi się kiedyś wydawał - to że nie była na pogrzebie - daleko, ok. rozumiem -
        jednak do dziś dnia, nawet jeden jedyny raz nie zadzwoniła, nie zapytała czy
        radzę sobie... Więc czego możemy oczekiwać od obcych... Ksiądz widząc moje łzy
        powiedział, żebym przyszła innym razem, bo teraz nie ma dla mnie czasu...
        Psycholog, psychiatra - no tak żałoba, musi pani dać sobie czas - i proszę
        wizytówka do mojego prywatnego gabinetu /wylądowała w koszu, nie poszłam więcej/.
        Moja mama ostatnio mi powiedziała - zobacz Otylia - jak sobie świetnie
        poradziła, a ty! co robisz ze swoim życiem... - tyle że ona ma od pierwszej
        chwili sztab psychologów dzień i noc a my, my zostajemy z tym sami, dopiero na
        takich forach można dać upust emocjom, może uda się spotkać kogoś kto wskaże
        drogę nam...
    • kelko Re: Jak mam z tym żyć 30.12.07, 20:10
      Cieszę się, że ktoś tu zajrzał i napisał.
      Nico, ja też jestem lekarzem. Masz rację, że bardzo brakuje
      przygotowania do pracy z ludźmi zarówno na naszych studiach, jak i
      później w pracy. Radzenia sobie w trudnych sytuacjach i prawidłowego
      postępowania z ludźmi, którzy w takich sytuacjach się znaleźli
      (chorzy, rodziny).
      Tym „kolegom”, z którymi byłam zmuszona zetknąć się przy okazji
      pobytu w szpitalu mojej mamy brakowało nie tylko takich
      umiejętności. Poza tym wiedzy zawodowej i etyki w bardzo
      elementarnym wymiarze.
      I niestety mam wrażenie, że nie jest to wyjątek, jakaś pożałowania
      godna aberracja statystyczna. Ogólnie mam dosyć ciężko chorą rodzinę
      i sama choruję, więc mam częsty kontakt z kolegami i koleżankami po
      fachu. I zdecydowanie za często mam wrażenie, że trafiłam w sam
      środek felietonu „młodej lekarki”. Tylko że to się dzieje naprawdę i
      wcale, ale to wcale nie jest mi wtedy do śmiechu. Zresztą może
      czytałeś w Gazecie Lekarskiej z lutego tego roku artykuł pt. „Być
      zwykłym pacjentem”. Pisany przez anestezjologa, który po wypadku
      samochodowym trafił do szpitala. Polecam.
      Jasne, wiem, skąd się to bierze. Vide eksperyment Zimbardo… Między
      innymi.
      Kam.mar ma natomiast rację, że nie jest sprawą pacjenta, że lekarz
      nie wyrabia się psychicznie.
      Wracając do mojej obecnej sytuacji – rodzina, przyjaciele? Rodzina
      nigdy nie była wsparciem, wręcz przeciwnie. Przyjaciele? Od kiedy
      jest trudno, okazało się, że mam głównie znajomych… Tak jak pisze
      Violag – śmierć, żałoba to tabu, to się obchodzi szerokim łukiem,
      człowiek staje się jak zadżumiony.
      Może za jakiś czas spróbuję z terapią… Ale będzie ciężko. Tym
      bardziej, że to sporo kosztuje, a ja z racji choroby mniej zarabiam.
      • m-i-l-v-a Re: Jak mam z tym żyć 03.01.08, 23:49
        Przykre to, ze nie spotkałam na tym forum osoby, która by miała pozytywne
        spostrzeżenia związane z leczeniem szpitalnym, umieraniem. O swoich
        doświadczeniach nie będe sie tu szeroko rozpisywać, bo już o nich wspominałam na
        tym forum.
        Tylko kilka szczegółów, o których nie wspomniałam wcześniej- również
        bulwersujących i bolesnych. Maj 2006- strajki służby zdrowia i tak niefortunnie
        "wybrany "przez mojego tatę termin umierania. Wieś odcięta od świata i ostra
        niewydolność oddechowa, panika w oczach chorego i długie oczekiwanie na karetkę.
        Szpital, koncentrator tlenu, poprawa, ale stan nie dający nadziei, więc szkoda
        szpitalnego łozka. Powrót do domu i rzucona mimochodem przez lekarza
        uwaga:"Przydałby się w domu koncentrator tlenu". Dlaczego nie powiedziano nam
        tego, gdy tato leżał w szpitalu?. Przecież zorganizowanie koncentratora, gdy się
        mieszka na zapadłej wsi, to nie jest kwestia chwili..... a umierający cały czas
        w panice, ze udusi się zanim znowu przyjedzie karetka.Poinformowano nas, ze w
        ten sposób mozemy przedłuzyć pobyt taty w szpitalu, wzywając za kazdym razem
        karetkę. Nikt nie pomyslał jak wyglądało dwugodzinne duszenie sie umierającego,
        a potem dwugodzinna podróż... kilka razy. Przeciez to jest nieludzkie,
        umierający pacjent ma się czuć jak intruz, bo zajmuje szpitalne łóżko, gdy i tak
        już umiera?. Nigdy nie zapomnę przerazonego spojrzenia mojego taty, któremu
        mogłam odpowiedziec jedynie wzrokiem pełnym bezradności.
        Czerwiec 20007- strajki służby zdrowia..... i niefortunnie "wybrany" przez mamę
        termin umierania. Na informację lekarza, ze jest zwolennikiem komfortowego
        umierania w domu w otoczeniu bliskich, wybucham opowieścią o komforcie
        umierania taty, który mam na świezo w pamięci, ale to nie ja mam decydujący
        głos. Lekarze co prawda strajkują, ale chętnie przyjadą prywatnie na koniec
        swiata, zeby pocieszyć umierającego. Pocieszają recytujac dokładnie słowa, ktore
        przekazuje im w korytarzu. Pobliski osrodek zdrowia godzi się na przysyłanie
        pielęgniarki, ale gdy po tygodniu mama nie zrezygnowala z walki o zycie,
        wycofuje się stwierdzając, ze ma 6 tysięcy potencjalnych pacjentów. Szybkie
        przyuczenie do zawodu pielegniarki, przedłuzenie urlopu bezplatnego i opieka nad
        mama dzień i noc..... do ostatniego przytulenia w momencie śmierci.
        Przypominam sobie wielokrotny płacz z bezradności, gdzies na koncu swiata, bez
        telefonu, bez zasięgu. Zostawieni na pastwę losu.
        Gdy mama umierała, nie pozwoliłam pielęgniarce wezwać karetki, odprawiłam ja
        delikatnie (bo decyzja, o której wczesniej wspominałam nie była jej decyzją).
        Teraz,juz nie potrzebowałam nikogo, chciałam, zeby mama odeszła w spokoju- bez
        łaski. Tylko ona i ja... tylko ja

        Nie zgadzam się natomiast ze stwierdzeniem, ze nie mozna oczekiwać wsparcia od
        bliskich. Myslę, ze to zalezy tylko od nas, a oni tylko czekają na sygnał zeby
        nas przytulić... dosłownie, a czsem nawet na odległsc
    • kelko Re: Jak mam z tym żyć 06.01.08, 21:48
      M-i-l-v-a, chyba Cię rozumiem… Dobrze chociaż, że mogłaś być ze
      swoją mamą, kiedy umierała. Moja mama też „przeszkadzała” na
      oddziale, zajmowała niepotrzebnie łóżko. Nie rozumiem tylko,
      dlaczego w takim razie nie pozwolono mi załatwić hospicjum czy
      respiratora domowego… Chociaż prosiłam o to…
      Na OIOMie nie wolno było zostawać na noc. Przychodziłam rano i po
      południu, ale czym było tych parę godzin wobec całej reszty
      spędzonej wśród nieludzi. Nie wiem, jak umarła. Mogę tylko mieć
      nadzieję, że nie odzyskała przytomności…
      Zastanawiam się też, czy gdybym była inną osobą – gdybym umiała
      zrobić awanturę lub dać łapówkę – to czy byłoby inaczej. Kiedy sama
      leżałam w szpitalu po wypadku, nie podawano mi środków
      przeciwbólowych. Przyszedł kolega z roku, zrobił awanturę. Leki
      podano.
      Miałam takie pomysły chwilami, że jak trochę wrócę do pionu, to
      spróbuję zainteresować kogoś akcją typu „Umierać po ludzku” – w
      nawiązaniu do akcji „Rodzić po ludzku”. Chyba zresztą kiedyś
      czytałam o takim pomyśle, ale zdaje się, że nie było imponującego
      odzewu. Śmierć nie nadaje się do kolorowych pisemek…
      Co do reakcji bliskich – tak, powinniśmy oczekiwać wsparcia od nich.
      Tylko nie wszyscy to wsparcie dostają. W moim przypadku ludzie,
      których uważałam za bliskich, nie tyle czekali na sygnał, co
      panicznie się go bali…
      • m-i-l-v-a Re: Jak mam z tym żyć 10.01.08, 22:27
        Kelko, stawaj szybciutko do pionu (to nie polecenie, tylko serdeczne
        zyczenie).... a jak juz sie to stanie, wroc do swojego pomysłu, zeby nikomu już
        nie przytrafiło się takie umieranie, zeby nie trzeba było walczyć o prawo do
        godnej smierci, zeby przynajmniej wtedy nie czuć się niepotrzebnym intruzem, z
        którym nie wiadomo co zrobić..... bo eutanazja to przeciez nie po chrzescijansku
        (tylko nie pomysl, ze jestem zwolenniczka takiego umierania).
        A jak juz...... chetnie słuze pomocą - informacjami z Polski C.
        Tylko rzeczywiscie ja równiez powątpiewam, czy to bedzie medialny temat.

        Przykro mi, ze nie otrzymałaś wsparcia od bliskich. Przyznam Ci sie, ze po
        śmierci taty sama odizolowałam sie od wszystkich, przyjaciołom powiedziałam, ze
        nie tylko nie chcę z nimi rozmawiać na ten temat, ale nie chce rozmawiać w ogóle
        i proszę, żeby to uszanowali. Uszanowali- prawdziwi przyjaciele- a gdy już było
        można oczywiście mocno przytulili.
        W trakcie choroby mamy i po jej śmierci najbardziej pomógł mi wirtualny
        przyjaciel, przekonałam się, ze nie trzeba być fizycznie blisko, żeby "trzymać
        za ręke" w trudnych chwilach. Wiem, ze miałam dużo szczęścia.
        Jestem przekonana, ze zachowanie Twoich przyjaciół nie wynikało ze złej woli.
        Ludzie po prostu nie wiedzą jak zachowywać się w takich chwilach. Tym bardziej,
        ze nie ma jednego szablonu niesienia pomocy ludziom w żałobie. Każdy przezywa ją
        inaczej, czego innego oczekuje.To samo może dotyczyć wielu zachowań lekarzy w
        kontaktach z umierającym. Musimy się jeszcze wiele nauczyć.
      • kam.mar wsparcie bliskich 16.01.08, 11:28
        Kelko, napisałaś:
        "Co do reakcji bliskich – tak, powinniśmy oczekiwać wsparcia od
        nich. Tylko nie wszyscy to wsparcie dostają. W moim przypadku
        ludzie, których uważałam za bliskich, nie tyle czekali na sygnał, co
        panicznie się go bali…"
        Dla mnie strasznie przykre jest to, że ludzie, którzy są blisko mnie
        i którym zdarzało się przy mnie płakać, nie są w stanie znieść mojej
        żałoby i dostaję od nich taki mniej więcej komunikat:nie płacz przy
        mnie bo mnie to przeraża, nie opowiadaj mi o swoim bólu bo lepiej
        będzie jeśli wysłucha cię na przykład terapeuta...
        A ja mam ochotę zakończyć te wszystkie znajomości, bo nie mam siły
        się teraz uśmiechać i uczestniczyć w miłej rozmowie towarzyskiej...
        i jeżeli nie wolno mi przy kimś płakać kiedy jest mi trudno, to nie
        wiem czy będę chciała się z tym kimś śmiać kiedy będzie mi lepiej...
    • mskaiq Re: Jak mam z tym żyć 13.01.08, 09:10
      Mysle ze powinnas wybaczyc to co sie wydarzylo w szpitalu. Bez
      wybaczenia bedzie pojawial sie zal ktory przynosi bol i placz i
      depresje. Mysli o tym co sie wydarzylo w przeszlosci beda pojaialy
      sie nieustannie i zabieraly radosc i milosc. Beda Cie ranily
      zmieniajac zycie w wielki bol i depresje.
      Kiedy wracam myslami do moich Rodzicow to mysle o tym jak wiele
      dobrego zrobili dla mnie, przypominam sobie wiele dobrych chwil
      ktore przezylem z Nimi.
      Nigdy nie budze zalu po ich smierci bo zal przynosi bol i
      cierpienie. Zal nie jest miloscia bo milosc nigdy nie boli.
      Serdeczne pozdrowienia.
    • mskaiq Re: Jak mam z tym żyć 13.01.08, 10:52
      Mysle ze powinnas wybaczyc to co sie wydarzylo w szpitalu. Bez
      wybaczenia bedzie pojawial sie zal ktory przynosi bol i placz i
      depresje. Mysli o tym co sie wydarzylo w przeszlosci beda pojaialy
      sie nieustannie i zabieraly radosc i milosc. Beda Cie ranily
      zmieniajac zycie w wielki bol i depresje.
      Kiedy wracam myslami do moich Rodzicow to mysle o tym jak wiele
      dobrego zrobili dla mnie, przypominam sobie wiele dobrych chwil
      ktore przezylem z Nimi.
      Nigdy nie budze zalu po ich smierci bo zal przynosi bol i
      cierpienie. Zal nie jest miloscia bo milosc nigdy nie boli.
      Serdeczne pozdrowienia.
    • protozoa Re: Do Kelko 16.01.08, 12:17
      Droga Koleżanko ( po fachu),
      W życiu tak, niestety, jest, że cos sie kończy, cos się zaczyna. Na
      śmierć bliskiej i kochanej osoby zawsze jest za wczesnie. Gdy
      choruje/umiera ktos kogo bardzo kochamy nie jesteśmy wstanie
      spojrzeć obiektywnie i odłozyc na bok emocje. Nawet gdy wiedza i
      rozum podpowiadaja nam cos innego. Szukamy winnych.
      I ....znajdujemy. Sa nimi najczęściej lekarze, którzy NASZYM zdaniem
      byli niedość empatyczni, niedość delikatni, zbyt zabiegani itd.
      Prawda lezy po srodku.
      To my często w rozpaczy zachowujemy sie w sposób trudny do
      zaakceptowania przez innych. Wymagamy od nich CAŁKOWITEGO
      poswięcenia się NASZYM SPRAWOM, NASZEMU bliskiemu. A przeciez sa
      względy medyczne, okreslone procedury i... zdrowy rozsądek.
      Oczywiście są wśród nas osoby nietaktowne, i byc może na takie
      trafiłaś. Choc , z doświadczenia wiem, że w mniejszości i rzadko w
      stosunku do kolegow-lekarzy.
      Pamietaj, że koledzy mieli na oddziale takze innych chorych.
      Pamietaj, że przebywanie na OIOM-ie przez kilka dób z rzędu jest
      skrajnie wyczerpujące i psychicznie i fizycznie.
      Propzycja pójścia w nocy do domu jest jak najbardziej uzasadniona.
      Ja- nie czuwałam nad łózkiem mojego ojca -, który był w skrajnie
      cięzkim stanie i mógł w każdej chwili umrzec. A bardzo, bardzo go
      kocham. Starałam sie działac zdroworozsądkowo, uwierzyc kolegom, nie
      wtracać się, nie przeszkadzać.
      To samo było z moja teściową . Nie wtrącalismy sie - choc umierała
      na oddziale, w którym pracuje mąż.
      Mysle, że Twój probel wynika z faktu, że prócz Mamy nie masz innej
      rodziny ( męża, dzieci). Nie mylę sie, prawda?
      Gdy ma się także inne obowiązki, żal, żałoba schodzą na drugi plan.
      Rodzice mojej bratowej zginęli w wypadku samochodowym w dniu jej
      powrotu ze szpitala z noworodkiem. A mieli ok 50 lat. Szok, nerwy,
      ale.... dziecko było najważniejsze. Musiała jakoś wziąć się w garść,
      pozbierać. Pamietam jak w dniu pogrzebu zostałam w domu z
      noworodkiem.
      Kelko, dla własnego dobra - nie rozpamiętuj. Nie rozdrapuj ran.
      Życie toczy się dalej. I tak już jest. Niestety, a może
      i "stety".
Pełna wersja