kelko
22.10.06, 19:52
Moja mama żyje, ale tracę ją z każdym dniem od 6 tygodni. Różnie między nami
bywało, ale w tej chwili to nie ma żadnego znaczenia. Jest cierpiącym
człowiekiem zmagającym się z niespodziewaną chorobą, niknącym na moich
oczach, walczącym o życie.
Jestem z zawodu lekarzem i tym bardziej nie umiem sobie poradzić z sytuacją,
w której nie mogę w żaden sposób pomóc. Choroba jest przewlekła, ale niestety
nie została wcześniej rozpoznana (mama nie lubiła się leczyć i wyciągnięcie
jej do lekarza czy na badania to była wielotygodniowa walka, na ogół
zakończona niepowodzeniem). Nagłe i dramatyczne załamanie zdrowia
(niewydolność oddechowa) było dla nas szokiem.
Ale najgorsze jest podejście moich kolegów po fachu. Już w dniu przyjęcia
usłyszałam, że "nie ma leku na starość". Przy czym pan doktor nie zajrzał
nawet do karty i dodał mojej mamie kilkanaście lat (....). I komentarze na
temat ewentualnej jakości życia nawet gdyby mama powróciła do jakiego takiego
zdrowia. Nie jestem wierząca, ale uważam, że takie poglądy są bardzo
niebezpieczne. Zresztą z własnego doświadczenia znam przykłady osób,
które "darwiniści społeczni" mogliby uznać za niewarte tego, aby żyć (np.
dziecko z mnogimi wadami rozwojowymi), a które prowadzą - w swoim odczuciu -
zupełnie satysfakcjonujące życie, jak również osoby w pełni sprawne, zdrowe
fizycznie, społecznie i ekonomicznie wręcz uprzywilejowane, które nie są w
stanie zaznać jakiejkolwiek radości życia. Jestem głęboko przekonana, że nie
mamy żadnego prawa wydawać sądów o wartości czyjegokolwiek życia.
Niestety odnoszę wrażenie, że takie stawianie sprawy - przekreślanie z góry
szans pacjenta (m.in. dlatego, że jest stary - NB. moja mama na 72 lata... w
piśmiennictwie zachodnim granicę podeszłego wieku przesuwa się obecnie na >75
lat) działa jak samospełniająca się przepowiednia. Choćby w taki sposób, że
obniża motywację personelu do zajmowania się "z góry skazanym".
Popełniono sporo zaniedbań (za każdym razem zasięgałam opinii lekarzy danej
specjalności, ponieważ wiem, że jako rodzina nie jestem obiektywna i opinie
te potwierdziły moje spostrzeżenia). Myślę, że na pewnym etapie moja mama
miała szansę wygrania z chorobą, ale ta szansa została zaprzepaszczona przez
błędy i zaniedbania.
Teraz nie potrafię nawet ulżyć jej w cierpieniu. Nie wiem, czy walka jest już
definitywnie przegrana (pulmonolog mówi, że daje się szansę do końca). Gdybym
to wiedziała, pomyślałabym o opiece hospicyjnej.
Dzisiaj dowiedziałam się, że od tygodnia lekarz prowadzący odłączył mamie
wszystkie leki. Nikt z rodziny nie został o tym poinformowany ani zapytany o
zgodę. Od tego czasu nie były wykonywane żadne badania (nawet takie jak
morfologia krwi). Mama gorączkowała do 39 stopni i nie podano jej antybiotyku
i nie poszukiwano źródeł zakażenia.
Potraktowano ją jak "ciepłe zwłoki".
Nie jestem zwolenniczką uporczywej terapii, nie domagam się zastosowania
uciążliwych i nie niosących poprawy leków czy procedur. Ale takie rzeczy jak
antybiotyk czy leki objawowe w niewydolności krążenia czy leki
przeciwwrzodowe daje się nawet pacjentom w stanie terminalnym.
Znalazłam gdzieś taki fragment, który oddaje sens tego, czego mi brakuje w
podejściu do leczenia mojej mamy:
"(...) rzeczywistym życzeniem pacjenta - przekonałem się o tym przez lata
konfrotacji z losem i chorobą - nie jest wyłącznie wyleczenie. Coś w nim
samym mówi mu, że nie jest to możliwe. Rzeczywistym życzeniem jest otrzymanie
prawdziwej szansy. Chodzi o to, by być pewnym, że nic nie zostanie
zaniedbane, że będzie się czynić wszystko to, co po ludzku jest możliwe.
Życzeniem pacjenta jest spotkać zespół (leczący), który czynami okazuje, że
życie, które im powierzono, ma wartość świętości. Wtedy dopiero może osiągnąć
wyczucie względności, zaakceptować przegraną. Inaczej nie uczyni tego - i
będzie miał rację."