Mama

23.11.06, 13:54
Moja Mama zmarła 31 lipca 2006 roku. W październiku skończyłaby 70 lat. Latem
zeszłego roku była zdrowa, pełna życia i wraz z moim Ojcem i córką spędzała
spokojnie wakacje w górach. We wrześniu zaszczepiła się przeciw grypie,
trzeci rok z kolei. Pojawiły sie stany podgorączkowe, bóle stawów i kości. Od
listopada do grudnia korowód lekarzy różnej maści: reumatolog, hematolog,
kardiolog etc. Podejrzewane choroby: białaczka, rzs, toczeń i kupa innych.
Efekt: żaden było coraz gorzej. W końcu 22 grudnia, przy pobieraniu szpiku do
badania, ciśnienie Mamy jest tak wielkie, że kierują ją od razu do szpitala,
gdzie spędza święta i sylwester. Nikt nigdy osobie z wysokim ciśnieniem nie
zlecił badań na kreatyniną i mocznik, więc nie wiadomo jak długo poziom był
wysoki. W tym czasie jest na oddziale wewnętrznym, robią jej wszystkie
badania i jedyne co wiadomo to że nerki są niewydolne. Zaczynają się dializy,
które Mamie będą towarzyszyć do końca...
Po świętach przenoszą ją na nefrologię, gdzie leży miesiąc i bardzo się
zmienia. Przestaje sobie ufać, choroba podkopała w niej wiarę w siebie, a i
tak miała jej zawsze niewiele. Jestem w szpitalu codziennie, brat i ojciec
także. Wszystkim nam wydaje się że będzie dobrze. W końcu wychodzi do domu,
ale widać że wolałaby zostać w szpitalu, bo tam czuje się bezpieczne.
Zaczynają się dializy ambulatoryjne, nagle nie wiadomo dlaczego aż 3 w
tygodniu, mimo że w szpitalu starczały dwie. Podejrzewam że po prostu tak im
pasowało do grafika. Mama chudnie strasznie, z 70 kg spada w krótkim czasie
do 58. Za tym idą zmiany skórne, wypadanie włosów no i to postępujące szybko
takie jakieś zniedołężnienie. A Mama? Stara się być uśmiechnięta i miła. Jak
zawsze... Uśmiech mimo niepowodzeń... A ja cierpię patrząc na moją kochaną
Mamę jak cierpi. Na dializy zabierają ją z domu transportem, ale wieczorem
jestem zawsze ja albo brat, żeby szybko mogła znaleźć się w domu.
Staram się jakoś ją mobilizować, kupuję książki o motywacji, rozmawiamy. Wożę
ją po różnych lekarzach, żeby wyjaśnić sprawę nerek do końca. Niestety nie
jest to możliwe, a kolejni lekarze posiłkują sie wyłącznie opinią szpitala
jakby to była ostateczna diagnoza. A dolegliwości Mamy nie są oczywiste dla
żadnej z chorób o którą ją podejrzewano. Białaczka została wykluczona, rzs
też, mimo że lekarz chciał sobie rękę dać uciąć że to jest to.
Mama traci z jakiegoś niewyjaśnionego powodu przewodzenie nerwowe w stopach i
dłoniach - chodzimy prywatnie do neurologa. Lekarz podejrzewa polineuropatię
poszczepienną i uszkodzenie nerek pewnie też z tego powodu.
Oprócz tego borykamy się z kamieniami żółciowymi, które pojawiają się
zupełnie nagle. Pojawił się tez ból w plecach, więc oczywiście ortopeda...
Pierwszy rezonans wyszedł kiepsko, podejrzenie jakiegoś guza, albo innego
stanu zapalnego w okolicy śródpiersia, ponadto poglębiła się prawdopodobnie
na skutek dializ osteoporoza. Mama dostała jeszcze gorset.
To wszystko od grudnia do lipca bo pod koniec lipca zrobiliśmy kolejny
rezonans który wykazał poprawę, tylko że kilka dni później - w piątek 28
lipca, Mama straciła kontakt z rzeczywistością doznając udaru
niedokrwiennego. Przeżyła do poniedziałku i nie odzyskawszy przytomności
zmarła. To co wtedy czułam jest nie do opisania, chodziłam do szpitala dwa
razy dziennie, trzymałam ją za rękę, ale to nic nie dało. Była taka ciepła,
ale blada, biedna, nie mogłam jej pomóc w żaden sposób. Rozmawiałam z
lekarzami, widzieli moją rozpacz, ale podobno już nic nie dało się zrobić. W
ten poniedziałek byłam rano i wydawało się że może jakoś to się obróci na
dobre, ale koło 14 zadzwoniła komórka i ja już wiedziałam...
Mineło trochę czasu i na pozór jakoś to się toczy, ale w głębi duszy jestem
tak strasznie samotna, opuszczona i jest mi tak źle. Nie wierzę w Boga, więc
pociechy z modlitwy nie mam żadnej. Właściwie z nikąd nie mam pociechy,
dopiero czas może jakoś to uleczy. Chyba wydoroślałam przymusowo, dopóki była
Mama, czułam się jak dziecko, mimo że mam 9 letnią córkę. Wiem, że mam dla
kogo żyć, ale nie mam z kim porozmawiać. Straciłam Najlepszą Przyjaciółką,
jaką miałam w mojej Mamie. Odkąd mam dziecko, nie mieszkałam już z Mamą, ale
na tyle blisko, że jak córka była mała, widywałyśmy się codziennie, a
wieczorem jeszcze gadałyśmy przez telefon. Później minimum 3-4 razy w
tygodniu, a dzwoniłyśmy kilka razy dziennie. Jak jechałam z córką do szkoły i
przejeżdżałam pod Mamy oknami, to zaraz piknął SMS: Widziałam Was! I tego mi
brakuje, tego zainteresowania, tej troski, której już nikt i nigdy mi nie
zapewni. Na pozór jestem jak dawniej, nawet czasem się śmieję, ale już nie
będzie tak samo. Chyba przestałam być beztroska. Zagłuszam się czynnościami
codziennymi, sprzatam, robię zakupy, piorę, prasuję. Zapełniam czas. A potem
spać, spać dużo. I nie myśleć.
    • pdragun Re: Mama 24.11.06, 09:04
      Witaj

      Bardzo dobrze a nawet lepiej rozumiem co czujesz. Mam na imię Patrycja mam 25
      lat 27 kwietnia 2006 r moja mamusia odeszła po rocznej chorobie. Pierwsze pół
      roku wlaczyła z niewyjasnionym bólem barku al nasilającym się z dnia na dzień.
      Wszelkie badania rtg itd nie dawały odpowiedzi. Lekarze faszerowali ją leksami
      przeciwzapalnymi i przeciwbólowymi, rehabilitacją i nic. Ból narastał do takiej
      aż formy że musiała brać temal w dużej dawce potem to już morfinę. Zrobilismy
      tomograf i rezonans kręgosłupa wyszły jakieś lekkie zwyrodnienia w szyjneym
      odcinku lekarze mówili ze może to jest przyczyna że te wyrostki kostne uciskają
      na splot i stąd te bóle. Termin operacji pamiętam na kregosłup 25 pazdzirenik
      2005 rok w bydgoszczy u najlepszego neurochirurga. Tak apropo to też dzień slubu
      moich rodziców dokłądnie 30 rocznica ich slubu. Mama już nie wytrzymywała z bólu
      pojechała na operację i tuż przed nią kiedy mamusia była juz przygotowywana
      wczesniej zrobli jeszcze kontrolnie rtg płuc nikt na to wczesniej nie wpadł a
      tam na prawym płucu guż duzy juz naciekający splot nerwowy w braku tetnice
      podobojczykową, zebra. Diagnoza nowotwór zaawanswoany płuc. Koszmar ból rozpacz
      bezsilnośc. Tam zaczeła radioterpię palitywną w celu zniwelowania bólu. Lekarze
      powiedzieli że jest to bardzo złośliwa odmiana raka, bardzo wysokie
      zaawnasowanie i praktycznie nie ma mozliwosci leczenia radyklanego tylko tzw
      paliatywne przedłużające komfort zycia ale na wyleczenie nie liczą wogóle. To
      były słowa które na zawsze zapadły mi w głowie. Mamusia tego nie wiedziała bo
      musiała mieć silę do walki. Po radioterpaii chwila przerwy grudzień święta
      bożego narodzenia najpiękniejsze mamusia uśmiechnięta nie boli tak bardzo
      radioterpia pomogła + leki silne morfina. mamusia jest pełnia życia
      organizaujemy takie swieta że na zawsze zostaną w pamięci. Mama jest przec
      chemią. Od stycznia 4 serie chemii. Ból ból, bezsilnośc wyniszczenie organizmu
      ale światełko w tunelu po 2 chemiach guz rozpadł się w płucach huraa. Niestety
      zaczynają się bóle kregosłupa lezdzwiowego rezonans nie wykazuje jednoznacznie
      że to przerzuty ale chyba tak mama ginie w oczach, zaczynają sie omdlenia, traci
      wogole siły, ma ostre napady padaczkowe, traci swiadomość. Od początku kwietnia
      już koszmar mama nie ma siły na wychodzenie, nie chce jeść , zaczyna się dziwnie
      zachowywać, itd itd. Do niedzieli 23.04.06 jeszcze pomalutku chodzi troszkę ale
      mdleje co chwila, ma napady padaczki, nie może jeśc bo wymiotujewszystko, nie ma
      siły chodzić do toalety, nie moze spać wogóle. W poniedziałek już nie wstaje
      przyjeza lekarz z hospicjum i mówi że to stan krytyczny i to sa przerzuty do
      mózgu a smierć to kwestia czasu. Mysmy do tegodnia mysleli że mama się zmęczyła
      leczeniem że ma dosc i ma chwilową depresję dopiero ten lekarz nazwał rzeczy po
      imieniu. Mamusia w środę lepiej się poczuwa spi nawet bardzo smacznie do 22 po
      czym zaczyna się trwająca 19 godzin agonia umierania. Najgorsze chwile mojego
      zycia, umiera w domu na moich rekach trzymając mnie za rekę. To był koszmar
      umierania tak nie powinni umierać ludzie. Bardzo się meczyła, napady padaczkowe
      non stop, duszenia, wybroczyny an skórze, jeki krzyki lekarze mowili że ona się
      nie meczy bo straciła świadomosć ale ja myslę że nie do końca. Na chwilę przez
      zamknięciem oczków jakby sie przebudziła popatrzyła na mnie na mojego tatę
      złapała nas za ręce i umarła. To był koszmar to koszmar mojego zycia. Zmarła
      najblizsza mi osoba, moja przyjaciołka, powierniczka, mysmy spędzały ze sobą
      cały wolny czas. Wszedzie razem zawsze razem moja mamusia jak zmarła miała 56
      lat. Mineło od tego czasu a własciwie minie w poniedziałek 27 listopada 7
      miesiecy a ja cierpię nadal bardzo mocno, codziennie jestem na grobie mamusi,
      rozmawiam z nią siedzę najdłużej jak się da, nie umiem do niej nie pojsc, przez
      te 7 miesięcy nie opusciłam żadnego dnia aby uniej nie być. Bardzo za nią
      tęsknie i bardzo mi jej brakuje. Też staram się zaprzatac sobie głowę pracami
      domowymi, mam teraz na głwoie dom tatę i uposledzonego w rozwoju brata musze się
      nimi zając. Stałam się poniekąd panią domu mammusia dla brata, momentami czuję
      sie jakbym miała rodzinę meża i dziecko. Cięzko mi bardzo nie umiem tych uczuc
      nazwać. Po śmierci mamusi miałam okres kiedy chciałam do niej odejsć naprawdę
      nigdy nie podejrzewałam siebie o takie mysli a jednak moja miłośc i rozpacz po
      jej stracie pchneły mnie do tego. Ale i o na sama we snie nie dała mitego zrobić
      kazała zostać iz zjać się domem tatą bratem że nie mogę i ja ich zostawić.
      Powiedziała mi wtedy że jest zawsze przy mnie jak upadnę podniesie mnie i że
      zawsze mnie bedzie kochała.
      Nigdy już nie bedzie tak samo. Wprawdzie są chwile kiedy człowiek nie myśli o
      tym w natłoku obowiązków ale itak mysli powracają. Ja mieszkałam z rodzicami
      niestety mojej mamie nie dane było doczekać wnuków i byc np na moim slubie i
      doczekać az zrobię doktorat. Czuję się tak jakbym straciła młodzieńczy okres
      swojego zycia choć tak naprawdę to ja nie miałam tego okresu ani dzieciństwa
      bardzo szybko ze wzgledu na brata musiałam stać się dorosłą. Też mam konflikt z
      Bogiem mam do niego tyle pytań ale nie dostaję odpowiedzi. Kochałam kocham i
      bedę kochać moją mimi jak stąd na koniec swiata i z powrotem. Była moim całym
      swiatem nie umiem bez niej zyć bo jak mozna nauczyć się zyć bez osoby z którą
      było się tak mocno związanym, z którą spędzało się tak wiele czasu, chyba nigdy.
      Ale wiesz nauczyłam się a własciwie nauczyła mnie pewna osobka z innego forum
      taka Ania która straciła narzevczonego 21 lat na białaczkę 2 miesiące temu, że
      może troszkę rzadziej płaczę przy mamusi grobie żeby nie robic jej przykrości,
      nauczyłam się mysleć że ona jest tam na górze i zawsze bedzie przy mnie wiem że
      to trudne ale pomaga. Pozdrawiam ciepło i trzymaj się pisz to pomaga
      Patrycja
    • bozena.winch Re: Mama 25.11.06, 23:32
      Bardzo trafnie opisałaś stratę, którą poniosłaś po śmierci mamy- "nic nie jest
      już takie jak dawniej, nikt się nie będzie już o mniem tak troszczył". Któraś z
      autorek postów już kiedyś tutaj napisała,że wraz z upływem czasu przemijają
      gwałtowane uczucia, maleje rozpacz,ale tęskonta z osobą, która odeszła i za
      niepowtarzalną relacją, jaka z nią była pozostaje.Tak naprawdę nie ma to
      wielkiego znaczenia czy określimy ten stan jako żałobę, czy znajdziemy inne
      słowo.Nieprawdziwe jest obiegowe stwierdzenia,że nie ma ludzi niezastąpionych,
      są.Często zdarza się tak,że po stracie ważnej osoby w naszym życiu pojawiają
      się inne, z którymi w relacjach dostajemy to co nam jest potrzebne, ale to nie
      jest to samo.Zapewne ktoś w Twoim życiu będzie się o Ciebie troszczył, dla
      kogoś będzie ważny kontakt z Tobą.Ale to będzie inna troska i innym kontak.Nie
      gorszy, nie lepszy- inny.
      Zapewne mama nauczyła Cię także być mamą i to jest to na czym możesz się
      oprzeć, ale także to jak ona istnieje w Tobie i wokół Ciebie.Nie całkiem
      odeszła.
      Bożena Winch
      • yesss Re: Mama 02.12.06, 16:35
        Dziękuję za słowa otuchy. To bardzo wiele znaczy dla mnie.
        Patrycja - doskonale Cię rozumiem. Moje życie już nigdy nie będzie takie samo.
        Twoje również. Bardzo Ci współczuję.
        Jeszcze raz wielkie dziękuję, przynajmniej choć na chwilę ktoś być może o mnie
        ciepło pomyślał....
    • emila200612 Re: Mama 18.10.07, 15:10
      jesli moge ci cos doradzic podpowiedziec w twojej sprawie to uwierz
      w Boga tam u niego podczas codziennej modlitwy znajdziesz ukojenie w
      swoim bolu i stracie mamy pozdrawiam
Pełna wersja