wiki11110
11.09.13, 22:03
Witam. Potrzebuję konkretnej porady. Jestem mamą niespełna 5-cio letniej dziewczynki i 2,5 letniego chłopca (skąd inąd dość absorbującego). O ile ogarniam ataki histerii, złości i destruktywne zachowania syna o tyle zaczął się 'problem' z córką. Młoda od września poszła do szkoły a dokładnie jako 5-cio latka do oddziału przedszkolnego przy szkole. Ponieważ miała być objeta tą 'chorą' reformą woleliśmy aby oswoiła sie z nowym miejscem powoli (u nas te dzieci mają stanowczo lepszy 'dozór' opiekunek aniżeli te ktore idą do 1 klasy). Wcześniej rok chodziła do przedszkola, tu było bez zarzutu. Przedszkole na 5 godz, odprowadzona i przyprowadzona, przeze mnie, zero tęsknoty, płaczu, że nie chce (raczej płacz, ż może bo chora, bo sobota), zupełnie nic od pierwszego dnia. Ze szkołą już gorzej. Najpierw rozpłakała sie na rozpoczęciu bo na moment straciła mnie z oczu (dzieci siedziały na materacykach na przodzie bez mam). Wtorek ok, środa ok, w czwartek mówi, że płakała, że tęskniła, wiec zadaje pytanie co pani zrobiła 'nic', może nie wiedziała 'wiedziała' a skąd 'moje koleżanki jej powiedziały, że płaczę', i naprawdę niż nie zrobiła 'nic, ale wiesz mamo ja sama sie uspokoiłam a potem malowalam książeczke i już nie płakalam'. Ja mówie to jesteś super dzielna, jestem z Ciebie dumna bo sama od początku (tj. od środy) jeździsz gimbusem i się nie boisz (we wtorek miala jazdę autobusem kontrolowaną przeze mnie). Dalam jej do plecaka maskoteczke na wypadek gdyby tęskniła miala ją sobie przytulić, ale wkurzyłam sie na nauczycielkę. W piatek wraca mówi, ze było fajnie i nieplakała. W poniedzialek, że znowu teskniła i troszke jej łezka sie zkręciła, a we wtorek rano histeria i szloch, że ona nie chce iść do szkoły, że chce zostać ze mną w domu, ZGŁUPIAŁAM. Uspokiłam, wytłumaczyłam, że jak ona jest w szkole to brat śpi, ja gotuję, sprzątam, zmywam, piorę i jest straszna nuda, a w szkole ma koleżanki fajną panią, ciekawe zajecia. Pojechała bez łez, wrociła twierdząć, że szkola jest super. Na wieczór było zebranie więc pytam jej wychowawczynię, czy widziala jak moja corka placze. Pani zrobiła ogromne oczy i mowi, że nawet zaczerwienionych oczków ani smutnej miny u nie widziała. Że corka ma już pierwsze koleżanki z ktorymi bawi sie w grupie, ze szybko odnalazła sie w nowym miejscu, ze jest bardzo uważna, uczynna, sympatyczna, że każda jej wypowiedź jest przemyślana i wywarzona, że wogóle w wypowiedziach przebija swoich rówieśnikow. Mnie zatkało (każde jej słowo idealnie opisywało moje dziecko, nawet imiona koleżanek do wspólnej zabawy sie zgadzały). Nie mam podstaw do nie wierzenia wychowaczyni, bo skoro po tygodniu jest w stanie tak dokladnie opisach dziecko to jest świetną obserwatorką (ba przede mna pytały o swoje pociechy moje koleżanki i też były w szoku, ze ona tak dobrze poznała nasze dzieci w ciągu tygodnia) Dalsza rozmowa dotyczyła tego dlaczego córka mówi mi coś co nie ma związku z prawdą. Pani zasugerowała, że może w ten sposob chcieć zwrocić moją uwagę na siebie. Faktycznie jest tak, że corka baaardzo często słyszy: poczekaj, zaraz, za minutę, nie teraz, a i zdaża mi sie zapomnieć, ze coś jej obiecalam. Syn jeszcze nie mowi, żeby dowiedzieć sie co chce trzeba za nim iść i w ten sposob ona schodzi na drugi plan. Dzisiaj mi mowi że nie mogla znaleść swoich farb w szkole a napewno je schowala do swojej szufladki, drążę temat i widzę, że zmyśla, ze albo wogóle ich nie szukała, albo po prostu malowala koleżanki farbami, albo malowala ale stwierdziła, ze takie pokombinowanie w rozmowie z mamą da jej możliwość pobycia ze mną. Co mam robić?