Lekka historia (ale autentyczna), w sam raz na upały:
W moim mieszkaniu (na parterze) jest trochę tych nocnych motylków. Kocio z upodobaniem je łowi, ale potem wymiotuje nimi, o czym długo nie wiedziałam, bo to mąż wstaje pierwszy, więc on sprzątał. Ja byłam dumna, że Kocio taki łowny, taki myśliwy, jeszcze Kocia zachęcałam i chwaliłam - aż się dowiedziałam smutnej prawdy o Kociowej nietolerancji na "zwierzynę".
No ale trudno kotu zabronić, żeby nie łapał, jak fruwa. To znaczy, ja tak uważam. Mąż uznał, że trzeba to zmienić.
I mam teraz w domu dwóch myśliwych. jak to wygląda? Wczoraj na przykład Kocio zaczął wydawać "łowcze" dźwięki, skakać po szafkach - jednym słowem, polowanie. To nas zaktywizowało, ale nie ukrywam, że strasznie mi żal psuć Kociowi zabawę. No i co zrobić... I tu do akcji wkroczył mąż i obaj zaczęli łowy. Pawłowi udało się ćmę złapać szybciej. Nie pożarł, tylko wyrzucił do śmieci. Pochwaliłam, nakarmiłam.
Ale ten zawiedzony Kociowy pyszczek i smutne oczka mnie prześladują... Cóż jednak robić, do męskiej rywalizacji się nie wtrącam.