kicuch
09.11.09, 11:45
Ja walczę, staram się, próbuję, czasem mi wychodzi bardziej, czasem mniej. Czytam forum i często mi pomaga. Ale na ogół wpędzam się w wyrzuty sumienia i rozgoryczenie. Że może nie staram się wystarczająco, że nie jestem wspaniałą macochą. Że w oczach pasierba widzę jej twarz i miłość do Niego nie wypełnia mnie po brzegi. Że z zaciśniętymi ustami i bólem słucham o jego mamie i tacie i dlaczego tata nie z nim nie mieszka i że tata go nie kocha, i to ja jestem winna. Że patrzy na mnie jak na wroga, ignoruje, nie chce rozmawiać, unika, że muszę uważać na każde słowo, bo wszystko może go zdaniem MN obrazić, urazić, wywołać negatywne emocje. Że czuję się jak ostatni bastion racjonalizmu, bo Mamanieradzęsobiezżyciem, Ojciectomojawina i w wyniku tego konglomeratu Dzieckojestemtakibiedny. I gdzie do tego ja i moje dziecko?
Ja jako psychoterapeutka, opiekunka, doradczyni, pomoc domowa (z pracą na pełny etat i dzieckiem własnym). A i tak okazuje się, że nie mam w sobie empatii, że brak mi zrozumienia, że nie pojmuję, jak mu, NM, ciężko, że go nie wspieram, że nie potrafię słuchać, że jestem zazdrosna o Małego, że histeryzuję...
Sam zwraca się po radę, a kiedy mówię co by pomogło, mówi, że przesadzam. Raz pyta, co robić, innym razem mówi, że to jego dziecko i on będzie ustalał kiedy co i jak. Bo to mnie nie dotyczy. Jakby mnie nie było, jakbym była sublokatorką.
Nie jest tak źle zawsze, czasem jest fajnie, wiem że MN się stara, bardzo się zmienił i bardzo zmienił się też jego stosunek do Ex i wychowania Młodego. Ale takie codzienne potyczki, ból, jego obojętny stosunek do mojego dziecka, ciągłe, zaślepiające wyrzuty sumienia wobec Młodego. To ciężar, który dźwigam i który przygniata coraz bardziej.
Do tego brak możliwości zaplanowania dnia tygodnia, rocznic świąt, ważnych wydarzeń, bo nigdy nie wiadomo, na co zgodzi się Ex.
MN ciągle przeżywa katusze rozstania i tęsknoty, a kiedy Młody do nas przychodzi, nie ma pomysłu albo siły, by się nim zająć. Dzieciak do niego mówi, a on słucha go mimochodem oglądając telewizję. A kiedy dzieciaki bawią się razem, ten woła go, bo może chce się przytulić… Absurdy, niekonsekwencje, wariackie papiery, brak słów.
I nie jest łatwo, jest coraz trudniej. Bo nie wszystko da się wypracować, nie wszystko zmienić, nie wszystko przegadać. Bo każdy jest inny. Bo on nigdy nie będzie ojcem mojego dziecka, ja nigdy matką dla jego. Bo zawsze będzie Ex, z jej problemami, potrzebami, telefonami. Czasem mam wrażenie, że jest ciągle obecna nie tylko w życiu swojego syna, ale też MN i wszechogarniająco w moim. A moje stosunki z nią nigdy nie były łatwe, bardzo dużo przez nią wycierpiałam. Na dźwięk jej imienia serce bije mi szybciej, gdy przypadkiem widzę ją na ulicy, uginają się nogi wrastają mi w ziemię i zamiera serce.
Chciałabym, żeby było pięknie. Wspaniale byłoby rozumieć się bez słów, zawsze dawać dzieciom po równo, nie dawać im odczuć, że dzieje się coś złego. A dzieci rozumiałyby, że rodzice rozstali się, ale nadal je kochają, że nic i nikt nie jest w stanie odebrać im rodziców i ich miłości. Byli partnerzy byliby sensowni i sympatyczni w tym idealnym świecie patchworkowych rodzin. Zależałoby im na dobru i bezpieczeństwie dzieci, a nie własnych ambicjach i pielęgnowaniu urazy.
Ale tak nie jest. I chyba rzadko tak bywa.
I nie wiem, czy starczy mi sił, żeby budować twierdzę na fundamencie z piasku.