czesc witam wszytkie panie!
nic innego dzisiaj nie robilam w pracy tylko przeglądałam Wasze forum. To dla
mnie zbawienie niemal i chcialabym, żebybyło tez "moim" forum, bo problem
podobny. Do tej pory moglam sie tylko wyzalić przyjaciółce, samotnej pannie,
która co prawda od serca, ale tylko pokiwała głową i powiedziała: masz ciężko.
jestem z moim M już trzy lata; i prawie tyle samo trwał rozwod; że jest
prawomocny dowiedizeliśmy się niemal przypadkiem, gdyż jego EKS nie wiedziec
czemu nagle wycofała apelację; rozpraw było kilkanaście; w ogóle wszystko
postawione na głowie i załatwiane nie po koleji.
z tamtego niby-małżenistwa jest dziecko, córeczka. to dziecko było przyczyną
małżeństwa. początkowo byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tego, nie
widziałam problemu, zeby się z córka widywał, jeździł do niej itp.(eks trzyma
ją u swoich rodziców, bo nie jej się nie chce wychowywać malego dziecka, i
przez to tracic na atrakcyjności wobec potencjalnych kandydatów);
interesowałam sie szczerze jakie jest to dziecko,itd. Do czasu. Przez tę całą
udręke w ciąganiu sie posądach, pozwach, podchodach, oszustwach, i wielu
innych, nabrałam takiej niechęci, że nawet nie mam ochoty jej poznać. Dodam,
że z moim - nie wiem jak go nazwać, zawsze mam problem... narzeczonym? -
jestesmy przkonani do stalego związku, planujemy wspólne życie, mieszkanie,
rodzinę. I bardzo się kochamy. I co wy na to? Jak pokonac tę niechęc, bo wiem
że mojego narzeczonego to boli. Może powinnam bliżej przybliżyc, dlaczego mi
sie tak porobiło. Mowię Wam: istna brazyliana! Nikt mi nie chciał
uwierzyć.

Pozdrawiam serdecznie i czekam na jakiś odzew, pa!