Dodaj do ulubionych

a w Quebecu

20.06.08, 13:49
12letnie dziewcze pozazlo sie z macocha. Tatus oswiadczyl, ze w
takim razie dziewcze nie pojedzie na wycieczke szkolna.
Na to dziewcze wystapilo do sadu, wygralo i wlasnie przebywa na
wycieczce, podczas gdy tatus sklada apelacje.
Obserwuj wątek
    • 13monique_n Re: a w Quebecu 20.06.08, 14:03
      A rzuciłabyś jakiś link? Znam trochę tamtejsze realia, ciekawa
      jestem, co im do głowy wpadło. Swoją drogą, sytuacja, kiedy dziewczę
      pożarłoby się z mamcią rodzoną, to w efekcie też miałoby karę - co
      oczywiste - na wyjazd na wycieczkę. I zapewne też by wystąpiło do
      sądu. Tylko to już zaczyna zakrawać na jakieś szaleństwo. Bo dzieci
      muszą mieć poczucie, że nie wszystko im wolno. Czy to wobec macochy,
      czy też ciotecznego wujka z Pcimia.
      Tak sądzę. I nie oznacza to totalnej opresyjności w domu. Ale
      czytelny system kar i nagród.
      • kicia031 Re: a w Quebecu 20.06.08, 14:34
        Chyba argument byl taki,ze wycieczka szkolna sie dziecku nalezy jak
        psu zupa, niezaleznie od relacji z rodzicami.

        news.yahoo.com/s/nm/20080620/od_uk_nm/oukoe_uk_court_girl;_ylt=Ahe7YEH.FsPPf1WrWdMGWUKs0NUE
        • konstancja16 Re: a w Quebecu 20.06.08, 15:01
          ostre przegiecie, IMHO.

          wynika z tego, ze to ze klotnia byla z macocha nie ma nic do rzeczy,
          bo wyjazdu zabronil tatus i pannica sie skarzyla na niego. i sad
          uznal, ze rodzice czy opiekunowie nie moga zabraniac niektorych
          rzeczy swoim dzieciom albo karac ich w okreslony sposob. ja
          rozumiem i popieram takie ograniczenie w odniesieniu do kar
          cielesnych, ale w tym przypadku to ostre przegiecie i ingerencja w
          zycie prywatne i rodzicielskie metody wychowania.

          w wieku lat 12 chyba mialam jeszcze mgliste pojecie o to czym jest
          sad, moze mi sie najwyzej kojarzyl z rozprawa karna z filmu. na
          pewno by mi nie przyszlo do glowy, zeby korzystac z pomocy adwokata
          w sprawie przeciwko moim rodzicom.

          'the girl's lawyer' ??? czy maloletni moze ustanowic pelnomocnika?
          czy robia to w jego imieniu rodzice, a w krytycznych sytuacjach
          sad?

          jestem staroswiecka w sprawach wychowania dzieci, uwazam ze maja byc
          posluszne i nie ma o czym spiewac. teraz ta gowniara ma opiekunow w
          lapie. nie moge isc na dyskoteke? mam prawo, poskarze sie do sadu.
          szlaban na komputer? nie macie prawa mi zabraniac... smutne.
          • kicia031 Re: a w Quebecu 20.06.08, 22:02
            jestem staroswiecka w sprawach wychowania dzieci, uwazam ze maja byc
            > posluszne

            A ja uwazam, ze z poslusznych dzieci wyrastaja posluszni dorosli. A posluszni
            dorosli prochu nie wymysla, wole wiec, by moje dzieci mialy swoje wlasne zdanie,
            bo wiem, ze w wychowanu nie liczy sie moja wygoda, tylko by wyrosli na
            tworczych, szczesliwych, odpowiedzialnych sami za siebie ludzi.

            Trudno mi ocenic te sytuacje, ale sadze, ze to bardzo dobrze - dla dzieci - ze
            widzimisie rodzicow nie jest ostateczna instancja. Splodzenie dziecka nie
            oznacza automatycznie ze stajemy sie ludzmi madrymi, spawiedliwymi, uczciwymi.
            Na szacunek rodzice musza zasluzyc, nie nalezy im sie z automatu, to zreszta
            odnosi sie takze do nauczycieli, szefow i tym podobnych okazow. Niestety, zbyt
            wiele przypadkow dzieci krzywdzonych przez rodzicow pojawia sie ostatnio, bym
            miala ochote popierac teze, ze rodzice powinni miec wylaczny glos w sprawach
            dotyczacych dziecka. I ze dziecko ma trzymac dziob na klodke i robic, co mu sie
            kaze.
            • magdmaz Re: a w Quebecu 21.06.08, 10:00
              Sru tu tu tu.
              Nie wnikam w ten szczególny przypadek, ale jeśli to JA płacę za wycieczkę
              szkolną i uznaję za uzasadnione i wychowawcze, żeby w wyniku swego konkretnego
              postępowania dziecko (dwunastoletnie!!!) na tę wycieczkę nie pojechało, to
              akurat mało mnie obchodzi, co sąd ma do powiedzenia w tej sprawie. Bo to nie sad
              bierze na siebie odpowiedzialność za wychowanie mojego dziecka.
              No bo idąc za ciosem co ja na miejscu tego rodzica zrobiłabym w następnej
              kolejności? Ano mianowicie spakowałabym dziecku plecak i walizkę i powiedziała:
              Oto dzieciątko zrzekam się wszelkich praw rodzicielskich i od dziś płacę ci
              alimenty aż do 18-go roku życia, chyba że będziesz się uczyć, w co wątpię w
              danej sytuacji. I teraz idź do sądu albo Państwa i niech ono teraz zadba o
              ciebie, skoro już i tak reprezentuje twoje interesy.
              Dobrze, że nie mieszkam w Qebecu.
            • konstancja16 Re: a w Quebecu 21.06.08, 10:06
              >> A ja uwazam, ze z poslusznych dzieci wyrastaja posluszni dorosli.
              a z roszczeniowo nastawionych rozwydrzonych bachorow wychowaja
              aroganccy dorosli.

              >> Niestety, zbyt wiele przypadkow dzieci krzywdzonych przez
              rodzicow pojawia sie ostatnio,
              ja z kolei obserwuje coraz wiecej rodzicow, ktorzy nie potrafia
              opanowac swoich dzieci i odmowic im niczego. w rezultacie dzieci
              rzadza i wszystko mi sie nalezy.

              oczywiscie jest milion odcieni posrodku i zawsze warto zachowac
              zdrowy rozsadek. z dziecmi to bywa trudne, ale z czasem
              procentuje.
              • konstancja16 jeszcze dorzuce 21.06.08, 10:18
                ze w takich delikatnych sprawach ingerencja panstwa powinna byc jak
                najmniej inwazyjna - mediacja, social worker, terapia. zakazy,
                nakazy i sad jest ostatecznoscie i moze sie wtracac tylko wtedy gry
                (a) komus dzieje sie nieodwracalna krzywda (zagrozenie zycia,
                zdrowia, nieodwracalny uraz psychiczny); (b) kiedy wszelkie inne
                sposoby rozwiazania dlugotrwalego konfliktu zawioda.

                jednorazowa klotnia o wycieczke szkolna nie podpada pod zadna z tych
                kategorii. chyba ze ta sprawa ma jakis szerszy kontekst (np.
                macocha permanentnie szykanuje pasierbice, a ojciec wszystkiego
                zabrania corce).

                jeszcze raz odwolam sie do poszanowania do zycia prywatnego -
                zgodnie ze standardami europejskimi wszelka panstwa w moje zycie
                prywatne (w tym rodzinne) moze nastapic tylko wtedy gdy jest
                przewidziana prawem i KONIECZNA w danej sytuacji (bo wlasnie na
                przyklad zagrozenia dla zdrowia). ta 'koniecznosc' implikuje tez
                proporcjonalnosc ingerencji do zagrozenia. czyli nie mozna od razu
                z grubiej rury mowiac obrazowo.

                tez sie ciesze, ze mieszkam jednak w Europie, a nie Quebecu.
                • kicia031 Re: jeszcze dorzuce 21.06.08, 22:43
                  Chyba nie wiesz, jak wielka krzywde potrafia wyrzadzic dziecku tzw "normalni"
                  rodzice, ktorzy przecie\z nie bija tak, by zabic, ani nie drecza psychicznie az
                  tak, by dziecko popelnilo samobojstwo.

                  jak dla mnie, twoje wypowiedzi sa wypowiedziami teoretyczki, mimo ze bardzo
                  podziwiam twoj stosunek do synka twojego meza. Widzisz, kiedy wychowujesz wlasne
                  dziecko, do glosu dochodzi jeszcze jeden czynnik - o ktorym teraz nie masz
                  pojecia - milosc do wlasnego dziecka. Uczucie tak silne, potezne i niezwalczone,
                  ze pod jego wplywem wszelkie teorie biora w leb i chce sie tylko jednego - za
                  wszelka cene dac mu to, co najlepsze. Sadze, ze tylko ludzie o osobowosci
                  autorytarnej nie sa w takiej chwili w stanie postawic innych wartosci ponad
                  posluszenstwem.
                  • kicia031 a ja dodam ;-)) 21.06.08, 23:09
                    IMHO celem wychowania nie jest tresura, a wpojenie dziecku roznicy miedzy
                    dobrem, a zlem, miedzy slusznym a nieslusznym. Tak by doroslwszy nie zagubiloi
                    sie nie najac sie kogo sluchac, tylko samo potragilo ocenic, jak nalezy postepowac.

                    A na tej drodze rodzice pownni wzorem - wiem, ze to cholernie trudne, ilez razy
                    na pytanie dlaczego chcialam odpowiedziec: bo ja ci tak kaze - ale na ogol
                    udawalo mi sie uniknac pojcia po najmniejszej lini oporu. I wiesz, oplaca sie
                    to, bo widze, ze juz moj 3 latek zaczyna rozumiec, kiedy zrobil zle, a co
                    najwazniejsze - dlaczego to bylo zle...

                    Nie twierdsze, ze jestem idealem, ale jestem zdeterminowana, by dac z siebie jak
                    najwiecej wychowujac moje dzieci na dobrych ludzi. Nie na poslusznych.
                    • adela38 Re: a ja dodam ;-)) 22.06.08, 08:48
                      Wszystko zalezy od sytuacji... Chce zwrocic uwage, ze w tym przypadku to
                      postanowienie sadu- wiec napewno na rozprawie byly wysluchane argumenty obu
                      stron.Najwyrazniej sad przyznal racje nastolatce i napewno byly po temu powody.W
                      sadzie orzekaja tez ludzie i czesto sa takze rodzicami...
                      Dzieci maja rozne charaktery... niektore potrzebuja nauki posluszenstwa, bo bez
                      tego bylyby niezdolne do funkcjonowania w spoleczenstwie.Moj syn jest taka
                      jednostka- nizalezny do wrecz absurdalnych granic...typowy rewolucjonista-typ
                      przywodcy...Czesto zaluje, ze nie probowalam go "spacyfikowac" w
                      dziecinstwie...napewno byloby mu latwiej jak bylby bardziej spolegliwy i nie
                      "stawialby sie" w sytuacjach malo waznych...
                  • 13monique_n Kicia 23.06.08, 08:50
                    Ja jestem PRAKTYKIEM. I moje dzieci potrafią zrozumieć, dlaczego
                    mają coś zrobić. Zawsze, także w małżeństwie, hołdowałam tym
                    zasadom. I dzieci nie mam dręczonych. Ufają mi i oprócz normalnych
                    trudności wieku dorastanie, nie sprawiają kłopotów.
                    Wyrazem ich zaufania jest na przykład rozmowa - dokładnie sprzed
                    dwóch lat, z synem. Zapytał mnie "czym jest erekcja, mamusiu?" Lekko
                    mnie zatchnęło, ale odpowiedziałam i dodałam, że więcej może mu
                    zapewne wyjasnić jego ojciec przy najbliższym spotkaniu. Usłyszałam,
                    że z tatą się nie da o niczym rozmawiać, bo on tylko wydaje rozkazy.

                    Zatem, wracając do tematu - Konstancja pisze BARDZO rozsądnie, mimo
                    że z pozycji teoretyka. Ale osoby mądrej i kierującej się zdrowym
                    rozsądkiem. Który jest postrzegany jako główny kierunkowskaz w
                    wychowywaniu dzieci. A dzieci - potrzebują jasnych zasad, także
                    ograniczeń.
                    • e_r_i_n Re: Kicia 23.06.08, 09:20
                      Tez jestem teoretykiem i tez sie zgodze z Konstancja.
                      Posluszenstwo - w sensie grzecznosc i stosowanie sie do pewnych
                      zasad - nie jest rownoznaczne z odbieraniem indywidualnosci czy
                      mozliwosci wyrazenia swojego zdania. Ostatnio w rozmowie z moja mama
                      uslyszalam, ze gdybysmy byli 'miekszymi' rodzicami, to nasz syn z
                      charakterkiem by wszystkim dawno na glowe wszedl. Bo syn, po
                      rodzicach wink, charakterek ma. A mama moja niejedno widziala - jako
                      psycholog dzieciecy.
                      I jednoczesnie ten nasz syn, ktory wie, ze jak rodzice cos mowia, to
                      lepiej sie do tego stosowac, jest jednoczesnie fajnym, kreatywnym
                      dzieciakie, ktory umie np. negocjowac z opiekunem (my, panie w
                      przedszkolu), umie przekonac do swojego zdania, wie, ze jego
                      argumenty sa brane pod uwage. Jednoczesnie robi to z glowa, nie z
                      jekiem i oczekiwaniem 'mi sie nalezy, bo jestem dzieckiem i rodzice
                      padaja przede mna na twarz'.
                      Konstancja ma racje, hołduje tej samej zasadzie, co ja - umiar we
                      wszystkim. I w 'tresurze', i w dawaniu 'wolnej reki' we wszystkim.
                      Nie wiemy o co byla klotnia z macocha w przypadku kanadyjskiej 12-
                      latki. Wiem jedno - gdyby ktos zawetował moj zakaz (bo dziecko
                      zrobiloby cos, czego mu nie wolno, uprzedzone o konsekwencjach),
                      byloby srednio ciekawie.
                      • e_r_i_n Re: Kicia 23.06.08, 09:20
                        e_r_i_n napisała:

                        > Tez jestem teoretykiem i tez sie zgodze z Konstancja.

                        Praktykiem miało byc, oczywiscie.
                    • kicia031 odpowiem zbiorczo 23.06.08, 10:21
                      A dzieci - potrzebują jasnych zasad, także
                      > ograniczeń.

                      Oczywiscie. Jasne zasady przedstawila marusia - jesli nie poprawisz
                      ocen, nie pojedziesz na zielona szkole - jest pewna umowa, obie
                      strony sie do niej dostosowuja, dziecku nie stawia sie nierealnych
                      wymagan, sa za to jasne konsekwencje. Tutaj dziecko uczy sie nie
                      posluszenstwa, tylko tego, ze samo ma wybor. Takim metodom ja
                      przyklaskuje i takie stosuje wobez swoich dzieci. Zauwaz, ze to
                      zupelnie cos innego, niz mnozenie nierealnych zakazow.

                      Co do praw dzieci - tak, zawsze bede po stronie dziecka, dlatego
                      wlasnie, ze nie stawiam ich na rowni z doroslymi. Od doroslych mozna
                      wymagac odpowiedzialnosci, dojrzalosci, przewidywania konsekwencji
                      wlasnych dzialan (przynajmniej teoretycznie wink). Od dziecka nie.
                      Dziecko jest zalezne od doroslych i to sklada na nich wielka
                      odpowiedzialnosc. Dziecko nie mialo wplywu na to, czy sie urodzi -
                      taka decyzje podjeli za nie rodzice i to naklada na nich
                      odpowiedzialnosc dzialania dla dobra dziecka.

                      Zauwazcie, ze to dobrop moze sie roznic. ja np jestem matka
                      pracujaca, ktora spedza z dziecmi duzo mniej czasu, niz by chciala.
                      Z mojego punktu widzenia, wakacje z dziecmi to jedyny czas, ktory
                      moge im poswiecic w calosci, bez chodzenia do pracy. Ale np SAHM
                      ktora dostaje kota siedzac w domu z 2 maluchow codziennie potrzebuje
                      odpoczynkiu i dzieci na pewno bardziej skorzystaja, gdy spedzi ona
                      urlop odpoczywajac od codziennych obowiazkow.

                      Natomiast odnosnie rodzicow weekendowych: spedzaja oni ze swoimi
                      dziecmi na ogol naprawde malo czasu. Smutne jest wiec, gdy ten czas
                      staraja sie jedszcze skrocic.
                      A co do macoch: o ile urodzenie dziecka moze byc wpadka (a pelno
                      tu na forum takich wielokrotnych wpadek) o tyle trudno "wpasc z
                      pasierbami. To swiadomy wybor, i jako taki naklada pewne obowiazki.
                      Co nie znaczy, ze nalezy wszystko podporzadkowac dzieciom -
                      pamietacie balladynke i jej faceta, i jego chore zachowania?

                      Pozdrawiam wszystkichh, ktorym dobro dzieci lezy na sercu.
                      • marusia1 Re: odpowiem zbiorczo 23.06.08, 10:28
                        kicia031 napisała:
                        Pozdrawiam wszystkichh, ktorym dobro dzieci lezy na sercu.

                        Jak wysmarowałam podanie do NFZ-tu z prośbą o przyznanie Młodemu
                        sanatorium jeszcze w te wakacje (skierowanie dostał pod koniec maja
                        br.) argumentując dobrem Dziecka, to nawet on się ugiął. smile No i
                        Młody prostuje kręgosłup w doborowym towarzystie. I jak powiedział
                        fajnie jest i generalnie nie ma czasu na telefony, czy smsy do
                        nas. smile))
                      • 13monique_n Re: odpowiem zbiorczo 23.06.08, 11:38
                        kicia031 napisała:

                        > Oczywiscie. Jasne zasady przedstawila marusia - jesli nie
                        >poprawisz ocen, nie pojedziesz na zielona szkole
                        A przepraszam, pewne zasady zachowania wobec domowników nawzajem, to
                        nie sa jasne? Czy nie jest jasnym uczenie przez przykład, o którym
                        pisze powyżej erin? Czy nie jest jasne, że awanturowanie się
                        dowolnego domownika pociąga za sobą konsekwencje? Jak ja bym
                        nawrzeszczała i naubliżała mojemu dziecku (powiedzmy właśnie owen 12-
                        latce quebeckiej), to jestem chamidło i taka ocena mi się słusznie
                        należy. Pluskonieczność przeproszenia. Kiedy moje dziecko (owa
                        12latka) naubliżała by mi, dokładnie tak, jak nie toleruje się wobec
                        ŻADNEGO domownika, to też zasadą jest, że spotkałyby ją za to jasne
                        sankcje. Znane dziecku, bo jasno komunikowane.

                        >Zauwaz, ze to
                        > zupelnie cos innego, niz mnozenie nierealnych zakazow.
                        Uprzejmość jest nierealnym zakazem??????

                        >
                        > Co do praw dzieci - tak, zawsze bede po stronie dziecka, dlatego
                        > wlasnie, ze nie stawiam ich na rowni z doroslymi. Od doroslych
                        >mozna wymagac odpowiedzialnosci, dojrzalosci, przewidywania
                        >konsekwencji wlasnych dzialan (przynajmniej teoretycznie wink). Od
                        >dziecka nie.
                        Dziecko należy w trakcie procesu wychowawczego tego wszystkiego
                        powoli naczyć. Bo jeśli na miarę dziecka odpowiednio do wieku nie
                        będziemy uczyć odpowiedzialności, dojrzałości i przewidywania
                        konsekwencji, to dorosły JUŻ NIGDY się tego nie nauczy. Temu służy
                        życzliwa opieka, stawianie granic, wspólpraca, wspieranie. Wszystko,
                        co jest potrzebne, aby dziecko metodą prób i błędów na własnej
                        skórze poznawało, jakie zachowania wiążą się z jakimi konsekwencjami.

                        Mogę zapytać, dlaczego uważasz - tak rozumiem Twoje wypowiedzi - że
                        fakt, iż dziecko spotkała sankcja za niestosowne zupełnie zachowanie
                        (jestem pewna, że sankcja to efekt kilkakrotnego złamania określonej
                        zasady i inne środki nie przyniosły pożadanego skutku) miałaby
                        oznaczać, że osobie, ktora ją zastsowała, dobro dziecka nie leży na
                        sercu?
                        dzieci trzeba kochac mądrze. Kochać i uczyć życia. I tych wszystkich
                        cech/umiejętności, które Ty sama wymieniłaś. Jeśli tego nie zrobimy,
                        kiedy dziecko jest elastyczne, to jako starszy osobnik nie nauczy
                        się tak łatwo, o ile w o ogóle.
              • 13monique_n Re: a w Quebecu 23.06.08, 08:42
                POdpiuję się po raz kolejny pod KOnstancją. W artykule podany jest
                wążny argument, który padł tutaj też wyżej - to JA, a nie sąd,
                odpowiadam za całość wychowania mojego dziecka. Ja również je
                utrzymuję i sąd mnie w tym nie wyręcza. Wobec tego oczekuję, że sąd
                (państwo) wezmą pod uwagę, że to ja we WŁASNYM systemie wartości
                wychowuję dziecko. I to nie ma nic wspólnego z nadmiarem pokory,
                który odbiera dziecku inwencję. Ma za to szalenie wiele wspólnego z
                PRZESTRZEGANIEM zasad (takie staromodne słowo), które obowiązują
                ludzi żyjących w społeczeństwie.
            • liz-beauty Re: a w Quebecu 22.06.08, 14:16
              Wlasnie, nalezaloby zapytac kim jest "grzeczne dziecko". W Polsce wiekszosc
              doroslych (rodzice, nauczyciele) oczekuje, od "grzecznego" dziecka, ze bedzie
              karne, posluszne, pokorne. W Ameryce np docenia sie dziecko za to, ze jest
              ciekawe swiata, tworcze, niekonwencjonalnie mysli. Ja tez wolalabym, by moje
              dziecko nie bylo takie znowu grzeczne (jak np jawinki potrafilo byc np asertywne.
              Ale watek o wycieczce szkolnej jest poruszajacy, nie ma co... Niedlugo nie
              bedzie mozna odmowic pociechom ogladania TV za kare, albo komputera, jesli sad
              uzna to za ich niezbywalne prawo... wink
            • natasza39 Re: a w Quebecu 24.06.08, 00:19

              kicia031 napisała:
              > A ja uwazam, ze z poslusznych dzieci wyrastaja posluszni dorosli. A posluszni
              > dorosli prochu nie wymysla, wole wiec, by moje dzieci mialy swoje wlasne zdanie
              > ,
              > bo wiem, ze w wychowanu nie liczy sie moja wygoda, tylko by wyrosli na
              > tworczych, szczesliwych, odpowiedzialnych sami za siebie ludzi.


              To zależy od tego w jakim sensie dziecko moze mieć "swoje zdanie"
              Gdyby np. 12 - letnia córka miała "swoje zdanie" na temat tego kiedy może
              uprawiać seks, to jako 20-latka raczej prochu nie wymyśli. Co najwyżej może
              zostać kurwą.

              Tak mi się przypomniała teraz, znana starym forumowiczkom, historia z koniem.
              Gdyby mój M żył w Kanadzie, zapewne sad zmusiłby go do zakupu owego konia dla
              "biednego" dziecka, które się wszak na świat nie prosiło.

              Być może kicia, los obdarzył cię dziećmi, które maja łatwe charaktery.
              Spróbuj wychować bez zakazów dziecko, które jest zawsze na "nie".
              Takie dziecko bez wyraźnych zakazów i powtarzania co wolno, a czego nie wolno
              bardzo łatwo wychować na bandziora.
              W układzie dzieci-rodzice, to ci ostatni są szefami.
              Na partnerstwo można sobie pozwolić jak dziecko ma około dwudziestki.
              ---------------------------------------------------------------------
              Szarańcza jest plagą, chociaż jeden owad nie stanowi plagi. Podobnie jest z
              głupcami.
        • marusia1 Re: a w Quebecu 22.06.08, 21:56
          Nasz Młdy miał jechac na pierwszą w życiu zieloną szkołe. Był
          warunek, że pojedzie jak wyciągnie oceny i nie będzie zagrozony (po
          powrocie od matki, z ferii zaczął zbierać tylko jedynki). Po
          dwumiesięcznej walce zaczął poprawiać oceny, ale jak się okazało ku
          naszemu zaskoczeniu nałapał kolejnych jedynek. Nie wiem co mu matka
          nagadała, ale zapytał nas, czy jak przestanie się dobrze uczyć, to
          czy przestaniemy go kochać. Kolejne długie rozmowy... W efekcie nie
          pojechał na zielona szkołe, choć była już wpłacona połowa kwoty.
          Zdecydowaliśmy, że będziemy konsekwentni i nie pojedzie. Przyznam
          się, że było mi go bardzo szkoda, ale nie odpuściliśmy. Młody tylko
          raz powiedział, że jada na zielona gorsi uczniowie od niego, ale nie
          dyskutował, bo wiedział, że nas zawiódł i nie spełnił warunku.
          Efekt - wziął się za robotę, powyciągał wszystkie oceny (średnia
          5,0) i mam nadzieję, że dostanie sie do wymarzonego gimnazjum. Teraz
          bawi się w sanatorium. Wiemy tylko tyle, że jest fajnie. Pewnie
          mamuśka jeszcze do niego nie zadzwoniła, albo już coś zrozumiał (dwa
          lata temu było fajnie na koloni do telefonu mamuśki, później jeden
          wielki płacz i musieliśmy po niego jechać). W perspektywie jeszcze
          żagle. Wiem już jedno - konsekwencja i dystans do pasierba bardzo
          pomaga w budowaniu relacji. smile
          • konstancja16 Kiciu, 22.06.08, 22:05
            nie chcialabym przeksztalcac watku w wycieczki osobiste, ale nie
            moge sie powstrzymac i musze odpowiedziec. jasne ze teoretyzuje i
            milosc do dziecka jest mi znana tylko z literatury i z filmu. i
            odrobine rowniez z przemyslen i obserwacji. tak samo jak mnostwo
            innych uczuc, ktorych nie doswiadczylam: cierpienie osoby
            niepelnosprawnej, skok na spadochronie, uratowanie albo zabicie
            kogos. wszystko to znam tylko 'teoretycznie'. co nie
            dyskwalifikuje mojej opinii i nie odbiera mi prawa zabierania glosu
            na temat polityki, zywnosci modyfikowanej genetycznie, globalnego
            ocieplenia i wychowania dzieci. to forum 'macochy', a nie 'matki',
            prawda?

            Kiciu, Twoje wypowiedzi nieodparcie wywoluja we mnie wrazenie, ze
            wypowiada je osoba nawiedzona, ktora dzieci stawia na piedestale za
            sam fakt bycia dziecmi i ktora poza nimi nie chce widziec nic. no,
            najwyzej jeszcze dostrzega stado glupich doroslych, ktorzy dzieci
            krzywdza, bo nie poswiecaja im dosc uwagi albo - o zgrozo - maja
            swoje plany (na zycie, na wakacje), gdzie te swiete dzieci nie sa w
            centrum zainteresowania. oczywiscie, ze dzieci sa cholernie wazne,
            ich odpowiednie wychowanie (nie tresura) b. istotne, ale nie oznacza
            to, ze rodzice i opiekunowie maja sikac ze strachu na kazdym kroku
            zeby tylko nie urazic malego czlowieka. i podporzadkowac wszystko
            wymaganiom i zyczeniom gowniarza.

            to co piszesz o krzywdzie dzieci to oczywiscie prawda, ale tutaj
            byla mowa o karze w postaci zakazu wyjazdu na wycieczke. karze za
            cos, a nie widzimisie rodzica. ciekawa jestem czy bylabys tak samo
            wyrozumiala dla ingerencji w zycie rodzinne gdyby nagle sad, RODK,
            psychologowie i kuratorzy wkroczyli w Twoje zycie, pouczajac Cie, ze
            Twoj sposob na wychowanie dzieci robi im krzywde. bo przeciez
            kazdemu rodzicowi wydaje sie, ze robi to co trzeba, a jego dziecko
            jest aniolkiem. a jesli dopuszczasz takie interwencje u innych to
            automatycznie i w Twoim domu, prawda? chcialabys, zeby na kazdym
            kroku Wielki Brat kontrolowal Twoje metody wychowawcze, bez potrzeby
            wiekszego uzasadnienia tej kontroli? bo to przeciez sad ma ocenic
            czy Twoj system kar, nagrod i motywacji jest wlasciwy, zero zaufania
            dla rodzicow, tak?

            jesli dyskusja ma byc na temat: widzimisie dziecka v. widzimisie
            opiekuna to jest to jakas pomylka. moja wypowiedz dotyczyla granic
            zycia prywatnego i, przede wszystkim tego, ze ingerencja sadu w
            decyzje o wycieczce szkolnej to jest poracha zupelna. bo taka
            decyzja powinna byc podjeta na zupelnie innym poziomie. w rodzinie,
            z psychologiem szkolnym, z psychologiem rodzinnym w jakims quebeckim
            RODKu czy z mediatorem. a sad to naprawde ostatecznosc. i to, ze
            do tego musialo dojsc, to jest porazka rodziny, opiekunow, szkoly i
            wszystkich blizszych instancji.

            tak na marginesie, ta nadmierna aktywnosc sluzb nadzorujacych
            kontakty rodzinne to nie tylko Stany i Kanada. o ile Polska jest
            jednym ekstremum (totalna ospalosc i niewydolnosc tych sluzb, vide
            swieza sprawa zakatowanego Bartka, gdzie byly bardzo niepokojace
            sygnaly i NIC sie nie wydarzylo, pare papierkow w szufladzie
            zostalo) to w Europie Szwecja, Norwegia czy Finlandia przeginaja w
            druga strone. kilka glosnych spraw o zbyt szybkie pozbawianie praw
            rodzicielskich i umieszczenie w rodzinach zastepczych. dzialania
            panstwa w takich sprawach powinny edukowac i zblizac do porozumienia
            porypane rodzinki z pogranicza patologii, a nie dolewac oliwy do
            ognia.

            fakt faktem, nie kazda matka jest Kicia. moze sie zdarzyc, ze taka
            magnolda, coccolona czy konstancja albo inna patologia tez wpadnie i
            bedzie miec dzieci. to co, odebrac im od razu i do domu dziecka?
            bo przeciez moga skrzywdzic, egoistki jedne. albo, nie daj Boze,
            posluszenstwa i grzecznosci wymagac, konstancja przynajmniej na
            pewno niezle przeczolga swoje ewentualne potomstwo. czy wymagajac
            posluszenstwa krzywdzimy dzieci? ja nie mowie o musztrze wojskowej
            tylko o zwyklej grzecznosci i szacunku do starszych. mysle, ze
            krzywdza dzieci rodzice, ktorzy pozwalaja im na wszystko i traktuja
            jak udzielne ksiazatka. takich tez jest od metra, rownie duzo jak
            rodzin patologicznych, ktore krzywdza dzieci zakazami, krzykiem i
            przemoca psychiczna. statystyk nie mam na podoredziu, ale akurat
            wsrod moich znajomych czesciej spotykam rozpaskudzone i
            rozkapryszone niz zastraszone dzieci. nie twierdze, ze to
            reprezentatywna grupa.
            • konstancja16 i jeszcze o dzieciach krzywdzonych i ich prawach 22.06.08, 22:18
              pare lat temu spedzilam troche czasu w sierocincu w ameryce
              poludniowej. mialam tam do czynienia z dzieciakami po przejsciach.
              naprawde po przejsciach: nie mowie tu o traumach typu szlaban na
              komputer czy zakaz wyjazdu na wycieczke tylko o dziewieciolatkach
              gwalconych przez tatusiow i wujkow czy maluchach, ktore widzialy jak
              mamusia poderznela gardlo swojemu klientowi. te dzieci przymilaly
              sie do obcych, a kradly i klamaly jak najete. nie prawa im byly
              potrzebne i stawanie na jednym poziomie z doroslymi tylko jasne i
              przejrzyste reguly co wolno, czego nie. i poczucie bezpieczenstwa,
              cieply posilek, swoje lozko do ktorego nikt nie wtargnie, nawet ta
              codzienna modlitwa do matki boskiej nie wiem ktorej. one i tak za
              wczesnie weszly w swiat doroslych. dziecko to dziecko. maly
              czlowiek, a raczej material na czlowieka. ma swoje prawa, ale na
              ich egzekwowanie powinno poczekac. z poszanowaniem jego godnosci i
              integralnosci, ale nie stawianiem go na piedestale ani na tej samej
              linii co doroslego.


              znow mi przydlugo wyszlo, ale sie rozpisalam i nie dalo sie
              skrocic. ciekawe czy ktos da rade przeczytac. jesli tak to zycze
              znalezienia kwiatu paproci w noc swietojanska i szczescia
              wszelakiego na nadchodzacy tydzien.

    • coccolona Re: a w Quebecu 22.06.08, 23:43
      Co z tego, ze wygrala z ojcem, jak teraz bedzie miala u niego przesr.ane (sorry
      za zwrot). Czy odniosla realne zwyciestwo? Sad na pewno nie przyczynil sie do
      zacisnienia rodzinnych wiezow.

      Mangolda ma racje - dzieci z rozbitych rodzin wyrastaja na degeneratow.
      • coccolona Re: a w Quebecu 22.06.08, 23:45
        Na miejscu ojca bym wydziedziczyla ta dziewuche

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka