Dodaj do ulubionych

Pomidory w PRL

21.05.10, 09:55
Cały rok czekało się na pomidorowy sezon, jak one wtedy smakowały
cudownie.
23.
Obserwuj wątek
    • matylda1001 Re: Pomidory w PRL 21.05.10, 13:23
      www.youtube.com/watch?v=BlxelewpCY4
      • oryginal23 Re: Pomidory w PRL 21.05.10, 23:55
        Tak właśnie było.
        23.
        • ewa9717 Re: Pomidory w PRL 22.05.10, 10:55
          Dzieliły się na bułgarskie i krajowe. Krajowe były droższe i
          trudniejsze do osiągnięcia, przynajmniej w moim pipidówku ;)
          • asdaa Re: Pomidory w PRL 22.05.10, 13:53
            mama uprawiała w ogródku, więc jedliśmy własne
            • tymoteusz.a Re: Pomidory w PRL 22.05.10, 14:26
              W szkole podstawowej (1954 - 1960) jeden z kolegów na II śniadanie przyniósł kanapki z pomidorem. Było to w okresie niewegetacyjnym dla tychże. Wychowawczyni od razu mu wypomniała, że rodzice są zapewne bogaci, że stać ich na takie luksusy! A to były pomidory z własnej hodowli szklarniowej.
              • ewa9717 Re: Pomidory w PRL 22.05.10, 16:29
                No to miała rację: zapewne byli bogaci, skoro mieli hektary pod
                szkłem ;)
                • tymoteusz.a Re: Pomidory w PRL 22.05.10, 16:45
                  Niestety, nie mieli hektarów. Mieszkali na obrzeżach miasta i mieli niewielką działeczkę a na niej małą szklarnię. Nie pamiętam dokładnie, w który to było roku ale podałem w przybliżeniu przedział czasowy. Chłopak niczym nie wyróżniał się spośród rówieśników.
                  • ewa9717 Re: Pomidory w PRL 22.05.10, 16:53
                    Nie znałam szkoły w tym czasie, zapewne jakaś aktywistka po kursach
                    ta nauczycielka ;)
    • matylda1001 Re: Pomidory w PRL 23.05.10, 12:43
      Pamiętam sposób, w jaki chociaż na trochę można był przedłużyć
      pomidorowy sezon. Mama kupowała zielone pomidory, ostatnie, jakie
      wyrosły na krzaku. Każdy owijała w ligninę, i układała w pudełku.
      Pomidory sobie dojrzewały i w czasie Bożego Narodzenia stanowiły nie
      byle jaką atrakcję na świątecznym stole. Ich kolorek był raczej
      mizerny, a i zapach miał niewiele wspólnego z tym letnim, ale zawsze co
      świeży pomidor, to świeży:)
      • horpyna4 Re: Pomidory w PRL 23.05.10, 15:27

        W Warszawie można było kupić pomidory poza sezonem (np. na Wielkanoc)
        na Polnej (słynny bazar, gdzie za siermiężnego, czyli gomułkowskiego
        socjalizmu, zaopatrywały się ambasady). Ceny oczywiście były
        astronomiczne - przynajmniej dziesięciokrotnie wyższe od cen
        pierwszych pomidorów sezonowych.
        • horpyna4 Re: Pomidory w PRL 23.05.10, 15:28

          Konkretnie chodziło mi o ceny pomidorów na Wielkanoc, bo normalnie
          ceny tam nie bywały aż tak wysokie.
        • kusama Re: Pomidory w PRL 24.05.10, 21:12
          Nooo, bazar na Polnej! To była miejscówka! Do dziś zachodzę w głowę, jak to było
          możliwe w tamtych siermiężnych czasach,że można tam było kupić owoce i jarzyny
          ogólnie niedostępne. Tak jak napisała horpyna4, kupowały ambasady, ok, lecz nie
          tylko. Kupowali też zwykli ludzie, o ile mieli kasę :)

          Władza uprawiała pewien rodzaj flirtu, niby nie zauważała przedsiębiorczych
          handlowców (pardon, wtedy byli to po prostu handlarze) a z drugiej strony tępiła
          drobny handel i rzemiosło.

          Ale poza tym pamiętam, że takich owoców jakie wtedy tam sprzedawano dziś chętnie
          bym pojadła. Smaki dzieciństwa, co?
          • matylda1001 Re: Pomidory w PRL 24.05.10, 23:43
            kusama napisała:

            > Władza uprawiała pewien rodzaj flirtu, niby nie zauważała
            przedsiębiorczych handlowców (pardon, wtedy byli to po prostu
            handlarze) a z drugiej strony tępiła drobny handel i rzemiosło.<

            Władza też musiała jeść, a że pieniądze miała, to chciała jeść
            dobrze. Poza tym każdy handlarz płacił haracz. Przeważnie nie były to
            pieniądze, ale to, czym handlował. W latach 70-80 mama kupowała
            cielęcinę u jednego takiego faceta na Racławickiej. Wszyscy wokół
            wiedzieli o tym jego "sklepie mięsnym" w bloku na bodajże drugim
            piętrze. Dzielnicowy też wiedział, i mimo to, a może właśnie dlatego
            na jego cielęcinie wychowały się dwa pokolenia.


            • horpyna4 Re: Pomidory w PRL 25.05.10, 08:13

              Cielęcina to osbny rozdział... wszyscy miastowi chyba pamiętają tzw.
              baby z cielęciną. U nas bywał chłop, przychodził przez wiele lat.
              Pamiętam trochę jego perypetie z władzą, młodzież może to traktować
              jak bajkę o żelaznym wilku.

              Chłop dojeżdżał z towarem do Warszawy zza Siedlec. Nie jeździł
              pociągiem, bo na dworcu milicja robiła naloty na cielęcinę. Jeździł
              autobusem; nie wiem, czy był to PKS, czy pracowniczy. W każdym razie
              o tej godzinie jechali do Warszawy sami chłoporobotnicy do pracy i
              za drobną opłatą pomagali mu przewieźć towar: każdy wiózł trochę.
              Po pewnym czasie interes tak się rozkręcił, że autobus zaczął
              podwozić go na nasze osiedle - kierowca też człowiek i zarobkiem nie
              gardził.
              Meta była w pobliskim sklepie spożywczym - panie ekspedientki też
              lubiły cielęcinę, a w sklepie były duże lodówki. No i stamtąd chłop
              roznosił już cielęcinę do znajomych mieszkań.

              Oczywiście zdarzały się wpadki. Kiedyś Kazio (bo takie było imię
              tegoż dostawcy) przyszedł bardzo markotny, bo dostał wezwanie do
              prokuratury. Ale następnym razem zjawił się wesolutki i pokazał
              mojej mamie dokument stwierdzający brak dowodów przestępstwa -
              kosztowało go to 10000 zł i 320 kg cielęciny...
              • topola78 Re: Pomidory w PRL 25.05.10, 14:08
                Pamiętam... do nas przychodził facet zwany Krzywoustym, bo faktycznie miał
                zdeformowane usta... przynosił cielęcinę.
                Ale nie tylko z cielęciną były cuda różne... mięso kupowało się u faceta na
                końcu ulicy - wieprzowinę, po sąsiedzku była wołowina, po okolicznych wsiach
                wędlinka...
                Nie mieszkałam w W-wie, tylko w małym miasteczku... więcej było chyba możliwości
                kombinowania...
                • ewa9717 Re: Pomidory w PRL 25.05.10, 14:57
                  Po prostu w pipidówku znało się wiecej ciekawych adresów ;)
                • horpyna4 Re: Pomidory w PRL 25.05.10, 16:34

                  Właśnie, w małym miasteczku było więcej możliwości. A dostawy do
                  Warszawy były trudne, wymagały strategii.

                  Pół biedy, jeżeli ktoś miał rodzinę na wsi, bo mógł coś sobie
                  organizować we własnym zakresie. Nasza była całkiem miejska i
                  dlatego bez Kazia byłoby kiepsko.

                  Kazio zresztą nie był zdziercą. Pamiętam, jak kiedyś nastąpiła
                  drastyczna podwyżka cen mięsa i Kazio sprzedawał wtedy taniej, niż
                  wynosiła cena sklepowa (oczywiście teoretyczna) - uznał wysokość tej
                  podwyżki za wręcz nieprzyzwoitą.
                  Pamiętam, jak skomentował ową podwyżkę (zwracając się do mojej mamy):
                  - Proszę pani, k*rwa ich mać, j*bał ich pies, a my Polaki się jem
                  nie damy i handlować będziem...
    • kkokos Re: Pomidory w PRL 25.05.10, 19:55
      moja mama wspomina taki sezon pomidorowy - myślę, że to jakieś lata 60. były -
      kiedy wszyscy sobie powtarzali, że pomidory są rakotwórcze (coś w stylu czarnej
      wołgi). moja mama, która pomidory pożera w strasznych ilościach (mam to po
      niej), w tamtym roku obżerała się na zapas, bo nikt nie chciał kupować tego
      rakotwórczego świństwa i było śmiesznie tanie.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka