Dodaj do ulubionych

mieszkaniaw PRL-u

18.11.06, 15:41
Pamietacie ile lat czekalo sie na mieszkanie ze spoldzielni w PRL-u? mlode
pary mialy w prespektywie albo 20 lat czekania, wiec ludzie gnizdzili sie jak
sie dalo. Moja kolezanka razem z rodzicami i bratem mieszkali w....biurze!
Mieli swoj pokoj, dosyc nawet duzy, do tego zaslonka przegrodzili czesc tego
pokoju i zaadoptowali jako kuchnie (zlewu nie bylo), do ubikacji chodzili
obok i caly czas narzekali, ze paniusie biurowe za dlugo przesiaduja w tym
kibleku, no ale wieczorem mieli cala ubikacje dla siebie. Jedyny feler: nie
bylo jak sie umyc, ale na takie potrzeby (kapanie sie) chodzili do szpitala
naprzeciwko ulicy :-)
Obserwuj wątek
    • babiana Re: mieszkaniaw PRL-u 19.11.06, 00:24
      Ja sama tak czekalam i to na wlasnosciowe. W tym czasie zdazylismy z mezem dom
      wybudowac i jak dostalismy przydzial na mieszkanie to nie moglismy przyjac
      poniewaz nie mozna bylo miec dwoch lokali mieszkalnych. Co roku zrzekalismy sie
      przydzalu i w 1989 roku spoldzielnia przestala istniec. Po 15 latach ( na
      wlasnosciowe czekalo sie krocej) zablokowania przez panstwo niemalej sumy
      pieniedzy nie bylo nic. W koncu moj po jakichs wielkich znajomosciach zalatwil
      jaks kawalerke na Oksywiu gdzie diabel mowil dobranoc a mialo byc M-5 w Sopocie
      na Brodwinowie. Mniej zaradni ludzie po prostu wszystko potracili z powodu
      szalejacej inflacji. Nie mieli mieszkania ani pieniedzy.
      • tamsin Re: mieszkaniaw PRL-u 19.11.06, 00:59
        tak, pamietam nawet zachety wladzy do wylapywania tzw. "pustostanow", czyli
        mieszkan przydzielonych osobom ktore zyly zazwyczaj w nieformalnym zwiazku w
        mieszkaniu partnera. No i te strachy, ze taki pustostant (zazwyczaj trzymany
        dla dziecka), nie utrzyma sie dluzej, bo sasiedzi doniosa ze nikt tam nie
        mieszka a tylko przychodzi od czasu do czasu zapalac swiatla.
    • babiana Re: mieszkaniaw PRL-u 19.11.06, 15:17
      Pamietam te pustostany. Podejrzenie wzbudzaly mieszkania gdzie przez dluzszy
      czas nie zapalalo sie swiatlo. Z nastaniem stanu wojennego ogloszono, ze moga
      dokwatrowywac lokatorow do osob posiadajcych za duzy metraz.taka sytuacja
      przydarzyla sie mojemu sasiadowi. Wybudowal dom kolos poniewaz i piwnice i
      strych byly wysokie jak normalne mieszkanie i na poczatku stycznia pojawila sie
      przed jego domem rodzina piecioosobowa z nakazem z wydzialu kwterunkowego. Kiedy
      zobczyli, ze to "domek jednorodzinny" przeprosili i powiedzieli, ze nie chca sie
      wprowadzac. Sasiad natychmiast ruszyl do notariusza i poprzepisywal czesci domu
      na dzieci.Poza tym on trudnil sie handlem waluta i zawsze opowiadal, ze ma
      wszystko zakopane w ogrodku. Pewnego ranka obudzil sie (byla to wiosenna pora)i
      caly jego ogrod byl dokladnie skopany. On cieszyl sie, ze nie bedzie musiaal juz
      tego robic i ktos mu przysluge zrobil za darmo. Zreszta on byl bardzo pozyteczny
      poniewaz wszystkim handlowal. Kupowalo sie u niego benzyne, mieso, wedliny,
      oczywiscie po wyzszej cenie. Po zmianie systemu zadomowil sie w kasynie.
      • future_phd Re: mieszkaniaw PRL-u 21.11.06, 19:13
        Moje poczatki pracy.
        Szpital w malym miescie, "duma i chluba pracy socjalistycznej", pol szpitala
        nieczynne, a na laryngologii JA w jednym pokoiku. Lazienka rzecz jasna na korytarzu.
        PS - CALA LARYNGOLOGIA byla MOJA.
        • meduza7 Re: mieszkaniaw PRL-u 22.11.06, 09:30
          Mama mojej koleżanki opowiadała mi historię następującą:
          Jej znajoma znalazła sobie narzeczonego cudzoziemca, konkretnie Fina.
          Przyjeżdżał do Polski i przy pierwszych swoich pobytach dwóch rzeczy nie mogł
          zrozumieć:
          1. Co to jest "ścieżka" (wytłumaczyli mu w końcu pokazawszy palcem)
          2. I dlaczego w rodzinie jego narzeczonej wszyscy mieszkają na kupie w ciasnym
          mieszkaniu: rodzice, zamężna siostra z dziećmi i ona sama, i gdzieś się nie
          powyprowadzają.
          • tamsin Re: mieszkaniaw PRL-u 22.11.06, 18:18
            dla mlodych malzenstw po studiach, jedyna szansa na dostanie mieszkania bylo
            zatrudnienie na wsi lub w jakies pipidowce. No jeszcze bylo wstapienie w
            szeregi milicji/ZOMO ;-)
          • kasiakaz1 Re: mieszkaniaw PRL-u 22.11.06, 20:03
            meduza7 napisała:

            > Mama mojej koleżanki opowiadała mi historię następującą:
            > Jej znajoma znalazła sobie narzeczonego cudzoziemca, konkretnie Fina.
            > Przyjeżdżał do Polski i przy pierwszych swoich pobytach dwóch rzeczy nie mogł
            > zrozumieć:
            > 1. Co to jest "ścieżka" (wytłumaczyli mu w końcu pokazawszy palcem)
            > 2. I dlaczego w rodzinie jego narzeczonej wszyscy mieszkają na kupie w
            ciasnym
            > mieszkaniu: rodzice, zamężna siostra z dziećmi i ona sama, i gdzieś się nie
            > powyprowadzają.

            A później owa znajoma, już jako żona Fina, wzbudziła wielkie zdziwienie w
            momencie kiedy poszła składać papiery na paszport. Wszyscy się zlecieli ogladać
            taką, która dostała pozwolenie na wyjazd z Polski. A był wtedy stan wojenny.
            • meduza7 Re: mieszkaniaw PRL-u 23.11.06, 00:48
              I paszport był raczej tylko "wte", bez "wewte".
              • babiana Re: mieszkaniaw PRL-u 23.11.06, 11:45
                Na poczatku lat 90 przyjechalam do Polski i moj znajomy Kanadyjczyk chcial
                zwiedzic Polske przy okazji pobytu sluzbowego na Wegrzech. W Warszawie zaprosili
                nas moj wujek ze swoja zona. On byl wdowcem i ozenil sie po raz drugi, ale
                jeszcze mieszkali osobno poniewaz ona zajmowala sie bardzo leciwa juz matka.
                Otoz dzielila wspolne mieszkanie z jakas rodzina wieloosobowa, ktora na dodatek
                miala psa boksera, ktory rzucal sie na wchodzacych gosci. Istny cyrk. Co
                najsmieszniejsze przed wojna cala kamienica nalezala do ciotki ojca i jedno
                mieszkanie najwieksze i najladniejsze zajmowala ona z rodzicami. Ojciec jej byl
                wspolnikiem takiego znanego sklepu Bracia Pakulscy. Ten moj znajomy za nic nie
                mogl pojac dlaczego ona mieszka z tymi ludzmi na kupie. Tlumaczylam bez konca i
                w koncu pojal. Uwazal, ze to jest po prostu chora sytuacja i nie mogl sie
                nadziwic, ze mozna obywateli w taki sposob traktowac i wlasciwie lamac im zycie.
    • luccio1 mieszkania-kołchozy 30.11.06, 20:59
      5-6 pokoi z kuchnią, na tej powierzchni upchani ludzie z 3-4 lub więcej różnych
      przydziałów kwaterunkowych - ze wspólną używalnością kuchni, łazienki, WC,
      przedpokoju (i hallu - jeśli był, np. w mieszkaniu z końcowych lat 30.). W
      Krakowie lat 40., 50. i 60. "normalka". Nie miałem co prawda przyjemności
      mieszkać w czymś takim, ale widziałem tego pełno jako małe dziecko - tak
      mieszkały prawie wszystkie koleżanki Mamy z pracy. W każdej takiej części, a na
      pewno w pokoju używanym osobno przez osobę samotną obowiązkowo maszynka
      elektryczna ze spiralą - do gotowania wody na herbatę, kawę etc., mocy ok.
      1000 W - a cała instalacja elektryczna po staremu na jednym liczniku i jednych
      bezpiecznikach; jeden licznik to zarazem nieustający spór, kto w jakiej części
      ma się dokładać do prądu. W łazience terma dawno nie działa, bo nie dało się
      dojść do ładu, kto w jakiej części miałby płacić za naprawę. W hallu,
      przedpokoju w żadnej lampie nie ma żarówki, bo nie dało się nijak dojść do
      ładu, kto kiedy miałby dawać nową, gdy stara się spali (a zresztą, gdyby jeden
      włożył, ten drugi natychmiast by wykręcił - nawet świecącą się, przez szmatę).
      Doskonale pamiętam, jak jedna czy druga "Ciocia" wyprowadzała nas poprzez
      przedpokój wieczorem - z latarką w ręku. Do tego dodać jeszcze inny widok wciąż
      przed oczyma: zatrzymane pomiędzy piętrami kabiny wind, obrastające coraz to
      bardziej kurzem (jeszcze w r. 1945 rozporządzenie Ministerstwa Gospodarki
      Komunalnej zatrzymało windy w budynkach do 5 kondygnacji czyli 4 pięter
      włącznie - jako powód podano wówczas oficjalnie oszczędność prądu).
      • meduza7 Re: mieszkania-kołchozy 30.11.06, 23:30
        Znalazłam kiedyś starą książkę do rosyjskiego do podstawówki, a w niej czytankę
        o tym, jak to rodzinka wybiera się na nowowybudowane blokowisko, obejrzeć
        przydzielone im mieszkanie. Dialog po powrocie: - Czy to mieszkanie jest duże? -
        Bardzo duże! Dwa pokoje i kuchnia!
        Zdaje się, że mieszkania - kołchozy były w ZSRR standardem przez długie,
        długie, długie lata, a kto wie, czy nie przetrwały i po dziś dzień.
        • tamsin Re: mieszkania-kołchozy 06.12.06, 21:32
          spotkalam taka rodzine z bylego Leningradu, ktora wyrwala sie z takiego
          mieszkania kolchozu. Mieszkali w dosyc duzym mieszkaniu, chyba z piec pokoi,
          kazdy zajmowany przez inna wieloosobowa rodzine. Jeden kibel i lazienka do
          wspolnego uzytku, oraz kuchnia, w ktorej absoltnie nie zostawialo sie ani cukru
          ani inny cennych rzeczy bo ktos podwedzi. W Polsce czesto ludzie, ktorzy
          dopiero co resztka sil pobudowali domki jednorodzinne, zmuszeni byli z powodow
          finansowych mieszkac przez kilka pierwszych lat w swojej wlasnej piwnicy, a
          reszte pokoi wynajmowali, tworzac wlasnie takie mini kolchozy. Nie wiem czy
          ktos z takiego mieszkania wychodzil nie uszczerbiony na zdrowiu psychicznym..
          • meduza7 Re: mieszkania-kołchozy 07.12.06, 09:26
            Był taki film Fidyka, nie pamiętam tytułu, ale podejmował temat seksu w ZSRR.
            Między innymi pewne młode małżeństwo opisywało problemy wynikające z mieszkania
            w "komunałce" w jednym pokoju z matką. Z tego, co pamiętam, finalizowali sprawę
            w ekspresowym tempie w momencie, gdy za oknami przejeżdżały tramwaje, głusząc
            swym brzękiem wszelkie inne odgłosy. Było to jednocześnie śmieszne i straszne...
            W tymże filmie przytaczana byla też słynna anegdota o tym, że "w Sawietskam
            Sajuzie seksa niet!".
            • horpyna4 Re: mieszkania-kołchozy 07.12.06, 10:05
              Ta kwestia "seksu u nas niet" to była też w "Deja vu".
              • maglara Re: sutenery ... 07.12.06, 13:19
                ... ale wracajac do Prl-u ;)... mieszkania znajdowaly sie tez w piwnicach
                tzw "suterynie" gdzie myszy i slimaki to byli domownicy, wilgoc na scianach i
                chlod, to tez byla codziennosc mieszkaniowa PRL ...
                • tamsin Re: sutenery ... 07.12.06, 17:42
                  co ja sie naczytalam w dziecinstwie ksiazek o przedwojennej Polsce, gdzie
                  bohaterowie nagminnie umierali na gruzlice z powodu wilgoci i warunkow
                  mieszkaniowych w suterynach. Mieszkalam na nowym osiedlu, wiec nauczyciele
                  wciskali nam kit, jak fantastycznie teraz mamy w blokowiskach, gdyby nie komuna
                  to pewnie tez umieralibysmy lezac na zgnilym lozku, pod wilgotnymi zgrzebnymi
                  kocami.....
                  • maglara Re: sutereny...poprawka 08.12.06, 03:46
                    a to wcale nie bylo przedwojenne ...PRL-owskie czasy po wojnie i w latach 60/70
                    tak kupa ludzi mieszkala w starych zawilgoconych piwnicach, bo sie nie zapisali
                    do pzpr.
                    • horpyna4 Re: sutereny...poprawka 08.12.06, 09:28
                      Na warszawskim MDM-ie wybudowano jedno mieszkanie bez okien, bo tak, a nie
                      inaczej miała wyglądać elewacja. Sprawa była opisana w prasie chyba już po
                      upadku komuny, mieszkańcy starali się o zezwolenie na okna i były z tym jakieś
                      problemy. Czy ktoś pamięta tę sprawę i wie, jak się to skończyło?
                    • luccio1 Re: sutereny...poprawka 10.12.06, 22:31
                      W Krakowie były sutereny zamieszkałe bez przerwy od czasów przed I wojną
                      światową - gdy jedną czy drugą kamienicę wybudowano - aż po końcowe lata 80.
                      Miałem też kolegę w szkole podstawowej, w sam raz połowa lat 60., którego
                      rodzinie zabrali dom na Półwsiu Zwierzynieckim (prawda, chałupa już ledwo
                      trzymała się kupy, ale z tyłu był sad) - i rodziców z kilkorgiem dzieci, z
                      których najstarsze wchodziły już w dorosłość, wtłoczono do jednej izby w
                      suterenie. Co z tego, że było to centrum wewnątrz II obwodnicy?
                      • luccio1 Re: sutereny...poprawka 10.12.06, 22:33
                        No i: zamieszkałe sutereny widziałem we Lwowie, tuż pod Wysokim Zamkiem, w
                        połowie lat 90. Też były zamieszkiwane ciągiem od czasów zaboru austriackiego -
                        a władza sowiecka nie potrafiła się z nimi uporać.
          • luccio1 Re: mieszkania-kołchozy 16.12.06, 00:57
            tamsin napisała:
            > Nie wiem czy
            > ktos z takiego mieszkania wychodzil nie uszczerbiony na zdrowiu psychicznym..
            Nawet, jeśli to nie był wprost uszczerbek na zdrowiu psychicznym, to na pewno
            skrzywienie całego sposobu życia, wyrażające się postępowaniem według zasady: z
            domu wychodzi się rano i wraca dopiero wieczorem - na spanie.
            Tu można by przywołać szereg powtarzających się wspomnień o tym, jak to się w
            dzieciństwie uganiało samopas wespół z rówieśnikami po podwórkach bądź wokół
            bloku; odpowiednio wspomnienia "grzecznych dzieci", których samopas nie
            puszczano - w tym moje, zachowują z czasów przed szkołą obraz długich godzin od
            południa do wieczora, spędzanych z Mamą bądź Babcią w parku w kółku wokół
            piaskownicy, w gronie innych Mam i Babć z dziećmi i wnukami - łącznie z obrazem
            podwieczorku celebrowanego na serwecie, którą Mama albo Babcia rozkładała na
            kolanach (i zapamiętanym obrazem podwiązek na tle zielonych bądź żółkniejących
            liści - kiedy Mama albo Babcia szły ze mną "za krzaczek").
            Jeszcze połowę własnych przygotowań do matury, a potem do egzaminu na studia,
            spędziłem z książkami i zeszytami na Skałkach Twardowskiego - przy czym w tamtą
            stronę podwoziłem się autobusem, z powrotem wracałem na nogach.
            Przekonanie, że w domu się tylko śpi, napędzało po części frekwencję w kinach,
            a także w przybytkach "kultury wyższej": teatrach, filharmonii (dla moich
            Rodziców koncert w filharmonii, przedstawienie w teatrze - to były w okresie
            Ich narzeczeństwa miejsca, gdzie jedynie mogli czuć się razem, sami ze sobą).
            To też napędzało frekwencję w kółkach zainteresowań organizowanych w szkołach
            po lekcjach, w różnych instytucjach typu Pałac Młodzieży - ale też frekwencję w
            różnego rodzaju ogródkach piwnych i podobnych "rykowiskach" (o melinach nie
            wspominając).
            Dopiero od 5 lat mam dla siebie pokój, w którym kiedy zamknę drzwi, jestem sam -
            nikt mi nie wisi nad głową - a z drugiej strony wystarczy, że otworzę drzwi do
            sąsiedniego pokoju - i już jestem obok Żony...
            Dopiero od tej przeprowadzki przestałem czuć pęd do ucieczki na zewnątrz, na
            ulicę i dalej - natomiast, kiedy muszę wyjść, długo się zastanawiam, czy
            naprawdę koniecznie właśnie teraz...?
        • luccio1 Re: mieszkania-kołchozy 10.12.06, 22:49
          > Czy to mieszkanie jest duże?
          > Bardzo duże! Dwa pokoje i kuchnia!
          Mój drugi z kolei dom rodzicielski, 2 pokoje, kuchnia (widna), łazienka z WC
          oraz mikroskopijny przedpokoik z pięciorgiem drzwi, o łącznej powierzchni
          48 m2 - było to w chwili zasiedlania w 1965 r. M-4. Na szczęście było nas
          wystarczająco (Tato, Mama, ja i Siostra). Dopiero Gierek przekwalifikował
          2 pokoje z kuchnią na M-3.
          • horpyna4 Re: mieszkania-kołchozy 11.12.06, 08:21
            Dwa pokoje z kuchnią jako M-3 były już za późnego Gomułki, ale miały znacznie
            mniejszy metraż (moje dzieciństwo też upłynęło w cztery osoby w identycznym
            mieszkaniu, jak opisane przez Ciebie). Te dwupokojowe ok. 50 m2 nie
            kwalifikowały się później ani do M-3 (za duży metraż), ani do M-4 (tylko 2
            pokoje). W latach sześćdziesiątych M-3 potrafiło mieć 38 m2, a M-4 (trzy
            pokoje!) 46 m2, zdarzały się też jeszcze mniejsze. Chodzą mi po głowie "normy
            zasiedlenia": 7 m2 powierzchni mieszkalnej na osobę, a w innym okresie 10 m2
            powierzchni użytkowej. Normy te dotyczyły mieszkań kwaterunkowych i
            spółdzielczych lokatorskich, mieszkanie spółdzielcze własnościowe mogło mieć o
            jedno "M" więcej w stosunku do ilości mieszkańców, za Gierka początkowo o dwa,
            potem zniesiono w mieszkaniach własnościowych normy zasiedleń (późny Gierek).
            Istniało też pojęcie "małżeństwa rozwojowego". Młodemu, bezdzietnemu małżeństwu
            przysługiwało M-3, małżeństwo z jednym dzieckiem uznawano za nierozwojowe i też
            dostawało M-3.
            Rozluźnienie tych cholernych norm przyniosły, tak bardzo zresztą później
            krytykowane, fabryki domów. Podobno, a przynajmniej tak wtedy twierdzili
            projektanci, nie dało się z wielkiej płyty uzyskiwać tak ciasnych klitek. Na
            szczęście członkowie KC z Gierkiem na czele byli kompletnymi ignorantami i dali
            sobie to wmówić. No i za Gierka M-4 początkowo doszło do ok. 54 m2, potem
            przekroczyło 60 m2. Po wprowadzeniu się do takiego mieszkania człowiek
            rzeczywiście czuł się, jak po sprzedaniu kozy.
            • tamsin Re: mieszkania-kołchozy 11.12.06, 16:39
              dwa pokoje z kuchnia wystarczyly w latach 60tych wielu rodzinom z dwojka
              dzieci. Jeden pokoj dla rodzicow, jeden dla dzieci. Problem zaczynal sie z
              nadejsciem lat osiemdziesiatych gdy te dzieci zaczely miec swoje dzieci ale
              doskwieral im brak swojego mieszkania i jak tu ten jeden "dziecinny" pokoj
              podzielic na nastepne dwie rodziny?
              • horpyna4 Re: mieszkania-kołchozy 11.12.06, 18:46
                Słyszałam o takim przypadku, że dobrzy rodzice przygarnęli współmałżonków
                dwojga dzieci, a sami spali w kuchni. Nie wiem tylko, jak to się potoczyło
                dalej, ale rozmnażanie się trwało. Rodzice byli bliscy obłędu (poniekąd na
                własne życzenie), a dzieci uważały, że wszystko w porządku.
              • luccio1 Re: mieszkania-kołchozy 11.12.06, 21:30
                tamsin napisała:
                > Problem zaczynal sie z
                > nadejsciem lat osiemdziesiatych gdy te dzieci zaczely miec swoje dzieci ale
                > doskwieral im brak swojego mieszkania i jak tu ten jeden "dziecinny" pokoj
                > podzielic na nastepne dwie rodziny?
                Nie było potrzeba aż tego. Wystarczało, że dwoje rodzeństwa powoli dojrzewało -
                przeciwne płcie, rozbieżne zainteresowania, naturalne różnice w usposobieniu...

          • meduza7 Re: mieszkania-kołchozy 11.12.06, 22:44
            Luccio, ja mam 48m, a wychodzą z tego 3 pokoje, kuchnia, łazienka, kibelek i
            przedpokój nie taki mikroskopijny. Chyba, że większe masz te pokoje, bo z moich
            jeden ma 6m.
            • horpyna4 Re: mieszkania-kołchozy 12.12.06, 18:36
              Kiedyś dowcipkowano o takich mieszkaniach, że całkiem ładne, tylko kuchnia
              trochę uwiera w biodrach...
              • babiana Re: mieszkania-kołchozy 14.12.06, 12:56
                Ja wlasnie widzialam takie mieszkanie kolchoz w Sopocie, niedaleko mola. Moja
                znajoma otrzymala w spadku po babci. Mieszkanie zostalo podzielone na dwa.
                jednej rodzinie przypadla kuchnia i jeden pokoj. babci kolezanki lazienka a
                kuchnie musiala sobie zrobic w korytarzu. Tamta rodzina mieszkala w tym jednym
                pokoju z dwoma synami. Teraz synowie sie wyprowadzili i babcia umarla. Kolezanka
                w sumie ma fajne mieszkanie po dokonaniu generalnych remontow.Prawie nad samym
                morzem.
            • luccio1 Re: mieszkania-kołchozy 16.12.06, 00:22
              meduza7 napisała:

              > Luccio, ja mam 48m, a wychodzą z tego 3 pokoje, kuchnia, łazienka, kibelek i
              > przedpokój nie taki mikroskopijny. Chyba, że większe masz te pokoje, bo z
              > moich jeden ma 6m.
              U nas pokoje były względnie duże: 16 i 14 m. Ale "dzięki" maleńkiemu
              przedpokojowi całość funkcjonowała właściwie omal jak jedna izba - drzwi do
              pokojów nie zamykaliśmy nigdy (zwłaszcza Tato, póki żył, nastawał na to, abym
              nie zamykał). Dopiero przy otwartych drzwiach, gdy całe mieszkanie było
              widoczne na przestrzał, znikało uczucie klaustrofobiczne, że ściany następują
              na nas, a sufit uciska głowę.
              Inna rzecz: w tym mieszkaniu wystarczyło wejść do przedpokoju, a było widać
              wszystko - nikt by się tam nie ukrył.
              • robin153 Re: mieszkania-kołchozy 16.12.06, 04:54
                ja sie wychowalam w takiej kamienicy pozydowskiej w Krakowie, gdzie mieszkania ,
                ktore zajmowaly kiedys jedno pietro zostaly podzielone na 3-4. Tak wiec u nas na
                pietrze dwa mieszkania mialy kibelki na zewnatrz, wiec czasem wychodzac rano do
                szkoly widzialo sie sasiada ubranego w pizame i sunacego do kibla na korytarzu.
                Nasze mieszkanie bylo olbrzymie - 140 m, prawie 4 metry wysokosci ogrzewane
                piecem, wiec lodowate w zimie. Wszystkie pokoje przechodnie, wiec ja z bratem
                zajmowalam jeden pokoj, a rodzice mieli swoja sypialnie. Jeden pokoj w ogole nie
                mial okna, kuchnia byla wazitku ale za top d;uga, lazienka malenka, bo zrobiona
                z miejsce jakies bylej spizarni. Nawet sobie nie wyobrazacie jak marzylo mi sie
                takie male mieszkanie w blokach - zeby byly kaloryfery, i normalny przedpokoj, i
                osbne wejscia do pokojow. To wielkie mieszkanie bylo potwornie niefunkcjonalne.
                • tamsin Re: mieszkania-kołchozy 16.12.06, 16:22
                  te mieszkania w starych kamienicach i we Wroclawiu wymagaly powaznej inwestycji
                  aby przywrocic do miare normalnego stanu. Miescily sie one zazwyczaj w
                  nieciekawych okolicach, gdzie mieszkali cyganie, alkoholicy i wszystkie
                  okoliczne meliny. Pamietam ze wiele z nich mialo w/g stylu niemieckiego kibel
                  nie w mieszkaniu a na zewnatrz, czyli na polpietrze, po obu stronach okna.
                  Wlasciciel mieszkania mial klucz do tego i tam sobie chadzal. Z takim
                  urzadzeniem spotkalam sie jedynie w Lipsku, gdzie piekne mieszkanie mialo
                  lazienke, ale ubikacja byla osobna, mieszczaca sie poza mieszkaniem. Wygladalo
                  to komicznie, bo wychodzilo sie z mieszkania i wchodzilo do jakby mniejszego,
                  podzielonego na "pokoiki" w ktorych znajdowaly sie osobne ubikacje wlascicieli
                  mieszkan tej kamienicy.
                  • robin153 Re: mieszkania-kołchozy 17.12.06, 02:30
                    Nasze mieszkanie bylo w samym centrum Krakowa tuz pod Wawelem, ale z kolei takie
                    mieszkania-rudery byly na pieknym krakowskim Kazimierzu, na brzegi ktorego
                    przeprowadzilam sie majac lat 23. Piekne kamienice, ale nikt o nie nie dbal i
                    faktycznie bylo tam strasznie duzo melin. Obecnie wiele kamienic na krakowskim
                    Kazimierzu wrocilo do potomkow przedwojennych wlascicieli , ktorzy inwestuja w
                    te domy i Kazimierz pomalu staje sie stylowa czescia Krakowa.

    • szpulotek ratuje watek ! 11.12.07, 20:54

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka