Dodaj do ulubionych

przed PRL-em ...

21.02.07, 19:49
jestem ciekawy ile zwyczajow zostalo przetransportowanych sprzed II wojny
swiatowej na teren Polski Ludowej ? Takie budki z piwem np. ... od zawsze
czescia krajobrazu PRL-u ... ale czy PRL je stworzyl ? i wiele innych tzw.
zboczen prlowskich musialo miec swe korzenie 20, 30 czy wiecej lat
wczesniej ...
Obserwuj wątek
    • luccio1 Re: przed PRL-em ... 21.02.07, 21:46
      Zwyczaj, że matka, wychodząc "do miasta" na sprawunki, zabierała ze sobą
      wszystkie dzieci (najmłodsze w wózku, starsze "przy spódnicy") - nawet jeśli w
      domu, w sytuacji, gdy liczna rodzina gnieździła się razem, była babcia albo
      ciocia, która mogłaby z nimi zostać.
      W PRL dzieci były przepustką, przy pomocy której można było ominąć kolejkę. Pod
      okupacją niemiecką obecność dzieci przy matce pomagała wychodzić z łapanek
      (Niemiec też miał żonę i dzieci, które zostawił w domu...).
      • imagiro Re: przed PRL-em ... 21.02.07, 22:10
        ale co jeszcze ? czy np. listonosz albo kominiarz skladajacy zyczenia
        noworoczne ?
        • luccio1 Kominiarz tak, listonosz nie 25.02.07, 00:01
          Kominiarz mógł chodzić z życzeniami na Boże Narodzenie i Nowy Rok (oferując
          przy tym kalendarz) - był rzemieślnikiem zrzeszonym w korporacji (z limitowaną
          górną ilością członków, podziałem na okręgi...).
          Listonosz był w II RP urzędnikiem państwowym, korzystającym z ochrony
          przysługującej funkcjonariuszom państwowym podczas wykonywania obowiązków
          służbowych - mógł najwyżej przyjąć ofiarowaną sobie końcówkę przekazu
          rentowego; w żadnym razie nie mógł dopraszać się datku pod pretekstem np.
          sprzedaży kalendarza!
    • luccio1 Budki z piwem 21.02.07, 23:08
      Wywodzą się z wielobranżowych kiosków spożywczych, które istniały już w II RP.
      Już w tamtych czasach piło się piwo przed kioskiem - tyle, że piło się w miarę
      szybko, stojąc, aby móc natychmiast oddać butelkę, która była już
      wówczas "zwrotna", podobnie jak butelka po oranżadzie, i tak jak ona zamykana
      porcelanowym korkiem z gumową podkładką, umocowanym na drucianym kabłączku.
      Podobnie, jak przed kioskiem, wolno było także już wówczas wypić piwo w sklepie
      spożywczym...
      "Nowością" wprowadzoną przez PRL było urządzenie "rykowisk": kiosk, w którym
      jest samo tylko piwo i mało co innego, obok stoliki na przestrzeni otoczonej
      płotkiem albo siatką... Tu już można było siedzieć i pić piwo, czy to
      butelkowe, czy to lane z beczki, jedno po drugim, aż do oporu, i
      jeszcze "przegryzać" czymś mocniejszym (przepis o zakazie konsumpcji w lokalu
      gastronomicznym alkoholu przyniesionego ze sobą był przez cały PRL martwy).
      • luccio1 Alkohol przed sklepem w literaturze pięknej 21.02.07, 23:53
        Jest o tym wzmianka w "Domu pod Żelaznym Lwem" Witolda Szolgini (dwaj furmani
        kupują w sklepie spożywczym Kozaczewskiego na Łyczakowskiej po 200-gramowej
        flaszeczce każdy [we Lwowie produkował taką "galanterię" Baczewski] i popijają
        tym drugie śniadanie: chleb ze smalcem). Rzecz dzieje się w latach 30. XX w.
      • luccio1 Budki z piwem - c.d. 11.03.07, 16:34
        Pamiętam ogłoszenie na budce z piwem przed stacją w Bieżanowie (±1970):
        "Dozwolona konsumpcja najwyżej 2 piw przez jednego konsumenta - przy czym przy
        podaniu piwa drugiego obowiązuje konsumpcja bułki z szynką".
        Przykład normy prawnej najniższego rzędu - stworzonej przez panią "trzymającą"
        kiosk.
        (Jak ktoś nie chciał jeść tej bułki - mając np. wątpliwości co do świeżości
        szynki - mógł nie jeść, mógł ją zaraz wyrzucić - najważniejsze, żeby za nią
        zapłacił).
    • luccio1 Alkohol "pod chmurką" 21.02.07, 23:23
      Przed wojną było zwyczajem na wsi i na przedmieściach, że sąsiad z sąsiadem
      zasiadali w letnie niedzielne popołudnie na przyźbie, mając przed sobą widok na
      sad, albo przy stole ustawionym w tymże sadzie (przez wieki chałupy we wsiach
      podkrakowskich orientowano: frontem do sadu, gnojówką do drogi) - i
      niespiesznie obalali flaszkę.
      Wraz z ciągiem ze wsi do miast i w ślad za przebudowami w samym mieście,
      których ofiarą padały m.in. całe tradycyjnie zabudowane przedmieścia, rolę
      przyzby zaczęła dla przesiedleńców pełnić ławka przed blokiem.
      Już przed wojną było do pomyślenia wzięcie ze sobą flaszki, gdy szło się np.
      plażować nad Wisłę - choć wówczas nie w każde miejsce wypadało (w Krakowie nie
      bardzo uchodziło pod Wawelem - za Norbertankami powyżej ujścia Rudawy - jak
      najbardziej).
    • luccio1 Pranie wywieszone przed domem 21.02.07, 23:44
      Bardzo dawny zwyczaj wiejsko-przedmiejski. Przy czym im głębiej w wiek XX, tym
      bardziej wychodziło z sadu, ogrodu, podwórza, tym bardziej było wieszane tak,
      aby każdy mógł je zobaczyć z ulicy. Począwszy od mniej więcej lat 30. XX w.
      bielizna damska wisząca przed domem była komunikatem, że co najmniej jedna para
      rąk kobiecych dzierży ster spraw domowych (wywieszone obok bielizny czarne
      pończochy komunikowały dodatkowo, że w domu jest żałoba).
      "Dzięki" temu zwyczajowi było możliwe zaprojektowanie i zrealizowanie po wojnie
      bloków mieszkalnych bez strychów i w ogóle bez suszarń - ich rolę przejęły
      ustawione przez budowniczych w przestrzeni międzyblokowej słupki metalowe z
      haczykami, między którymi to słupkami można było rozciągnąć sznurki - tak jest
      do dziś np. na "osiedlu robotniczym" wzdłuż Alei Daszyńskiego w Krakowie
      (budynki z przełomu lat 40./50.).
      • luccio1 Re: Pranie wywieszone przed domem 09.02.08, 19:48
        Również według dawnego zwyczaju:
        od wiosny do schyłku jesieni, gdy tylko było ciepło i słonecznie, Matka Rodziny
        wychodziła do ogródka przy domu, a po wojnie także przed blok,
        z miednicą pełną rzeczy do rozwieszenia - rozebrana do halki, natomiast
        "obowiązkowo" w chustce na głowie (jeśli w domu była żałoba, sygnalizował to
        czarny kolor chustki). Jeśli wraz z teściową wychodziła wywieszać pranie synowa,
        również w halce i chustce na głowie, znaczyło to, że została uznana przez
        teściową za współgospodynię (poprzednio, gdy gościła w domu jako narzeczona
        syna, musiała być zawsze szczelnie zapięta na ostatni guzik - po samą szyję).
    • luccio1 Z dzieckiem pod krzaczek... 24.02.07, 21:48
      Kiedy dziecko podczas spaceru w parku meldowało, że chce siusiu, mama (babcia,
      ciocia, niania...) skręcała wraz z nim na trawnik i szła pod najbliższy
      krzaczek. Tak było za II RP, tak było i wcześniej, rzecz była na tyle
      oczywista, że milczały o niej wszelkie poradniki nt. wychowania; była to w
      końcu także jedna z rzeczy "brzydkich", o których po prostu nie wypadało mówić
      (jeszcze nikomu nie śnił się internet, tym bardziej fora dyskusyjne z wątkami w
      rodzaju: "Jak nauczyć dziecko siusiać na dworzu[!]"). Krótko: było to
      zachowanie mieszczące się w akceptowanych milcząco normach, zachowanie uznane
      za w pełni dopuszczalne.
      Czasy PRL dokonały istotnego poszerzenia zakresu zachowań uważanych za
      normalne: matka, idąc wraz z dzieckiem pod krzaczek, mogła po "załatwieniu"
      dziecka sama podnieść spódnicę...
      Ale też w czasach PRL matki z dziećmi nie chodziły do parku na spacer. Chodziły
      tam, gdy tylko pogoda pozwalała, spędzać całe popołudnie, aż do zmroku,
      nierzadko 4-5 godzin. W czasie takich "posiadów" dzieci bawiły się w
      piaskownicy, rysowały kijkiem po ziemi albo kredą po asfalcie, woziły autka
      ciągnięte na sznurkach, jeździły tam i z powrotem w kółko na rowerkach...
      mamy, jeśli nie rozmawiały z sąsiadkami, robiły coś na drutach, na szydełku,
      czytały książki...
      Oczywiście na takie posiedzenie mama brała dla siebie i dla dziecka
      podwieczorek z herbatą w termosie, kompotem w słoiku, sokiem we flaszce...
      Kiedy więc dzień był już chłodny, mama mogła spokojnie rozgrzewać się od
      wewnątrz herbatą, bez obawy o następstwa - zawsze można było, będąc w
      potrzebie, odwołać dziecko od zabawy i pójść wraz z nim za rękę wydeptaną
      ścieżką w stronę kępy drzew i krzaków. Zawsze wyglądało, że to dziecko
      potrzebuje.
      (Opisana przemiana obyczajów dotyczyła ludzi, którzy dopiero w PRL zaczęli się
      borykać z nasilającymi się wraz z postępem czasu skutkami stłoczenia wielu osób
      w ciasnym mieszkaniu; jedynym chwilowym ratunkiem była ucieczka na pewien czas.
      Uciekała matka z dziećmi - bo w tych rodzinach było w dalszym ciągu nie do
      pomyślenia puścić dzieci z domu, by ganiały samopas - jak to było normą w
      środowiskach, które przerabiały problem wielu ludzi na małej przestrzeni bez
      różnicy w PRL, w II RP, podczas zaborów; tam przez całe popołudnie dzieci były
      poza domem - rodzice mieli czas dla siebie).
      Kiedy Polska weszła już głębiej w PRL, matka mogła "załatwić" dzieci, a potem
      załatwić się sama, także na ulicy, np. w kącie za nieczynnym kioskiem... (no bo
      jak było wymagać od kobiety pchającej wózek z najmłodszą pociechą, obładowany
      dodatkowo siatami z zakupami, i jeszcze z 2-3 dziećmi starszymi u spódnicy,
      żeby szukała nieistniejącej toalety, i to jeszcze z dala od domu?).
      • luccio1 Re: Z dzieckiem pod krzaczek - c.d. 25.02.07, 00:24
        Ze "średniego" PRL-u (lata 1965-70±) pamiętam zupełną już patologię. Pod
        naszymi oknami rozciągał się obszerny, obficie zadrzewiony plac zabaw. W
        tamtych latach był "okupowany" od południa do wieczora przez wielodzietne matki
        z okolicy, w większości nie pracujące[!]. Plac był ogrodzony, więc dzieci
        ganiały po nim same; mamusie tkwiły - gęsto jedna przy drugiej - na ławkach,
        jedząc, pijąc, paląc, a głównie obrabiając bez końca bliźnich. Co jakiś czas
        któraś z mamuś dźwigała się z ławki i wędrowała - najczęściej z papierosem w
        ustach - "za krzaczki", czyli pod siatkę odgradzającą ów plac od działki, na
        której wzniesiono nasz blok (plombę); tam spódnica i halka w górę, "niewymowne"
        w dół, wypięcie pasa podwiązkowego na gołej d... w stronę naszych okien,
        przykucnięcie, podlanie krzaków (czasem też użyźnienie ziemi) - w końcu powrót
        na ławkę do przerwanej rozmowy.
        Siedząc na ławkach, wspomniane mamusie miały w zasięgu wzroku okna swoich
        mieszkań - no ale po co tracić czas?...
        • maglara Re: Z dzieckiem pod krzaczek - c.d. 25.02.07, 00:45
          eeee, no luccio, opowiesc barwna i ciekawa, nawet wierze w nia, ale...panowie
          do dzis sie potrafia odlewac na oczach wszystkich, nawet krzaczkow
          niespecjalnie szukajac, wystarczy wejsc do pierwszej lepszej bramy by ten cuch
          wyrzucil jak z katapulty.
          Babki raczej bardziej sie kryja ;)
          Ale Twoja opowiesc rozsmieszyla mnie ale tez i zazenowala...

          Pamietam jak jadac autem baaardzo musialam, wobec tego zatrzymalam sie przy
          przecince lesnej, weszlam troche w lasek, ale blisko drozki lesnej, a tu nagle
          jeden miejscowy wyjechal rowerem, jeszcze mnnie sklal. Wstyd, pani, wstyd...
          • luccio1 Re: Z dzieckiem pod krzaczek - c.d. 25.02.07, 00:59
            To było dość specyficzne miejsce: ulica w samym centrum Krakowa, podczas
            okupacji wysiedlona przez Niemców, po r. 1945 ponownie zasiedlona, ale nie
            przez poprzednich mieszkańców, lecz przez "element". Nasz blok plombowy był tam
            ciałem obcym i "zasiedzieli" mieszkańcy dawali to odczuć na każdym kroku. To
            już nie chodziło o wypinanie się pod oknami, nie o załatwianie się umyślnie na
            naszym podwórku - ale o to, że np. systematycznie okradano nam piwnice...
            Aby jeszcze dołożyć: po sąsiedzku, przy dwu ulicach równoległych, były dwie
            komendy MO.
      • luccio1 Re: Z dzieckiem pod krzaczek... 20.03.08, 23:01
        > Kiedy więc dzień był już chłodny, mama mogła spokojnie rozgrzewać
        > się od wewnątrz herbatą, bez obawy o następstwa - zawsze można
        > było,
        > będąc w potrzebie, odwołać dziecko od zabawy i pójść wraz z nim za
        > rękę wydeptaną ścieżką w stronę kępy drzew i krzaków. Zawsze
        > wyglądało, że to dziecko potrzebuje...
        > matka, idąc wraz z dzieckiem pod krzaczek, mogła po "załatwieniu"
        > dziecka sama podnieść spódnicę...

        Oczywiście, przed II wojną światową przypisywano takie zachowania - jakby
        inaczej - "Żydowskim Mamom", wysiadującym wraz ze swymi bachorami całymi
        godzinami ławki w parkach, na skwerach...

        po wojnie okazało się nagle, że Polki postępują dokładnie tak samo.

    • luccio1 Plażowanie w bieliźnie 27.02.07, 21:46
      Mam przed oczyma album fotografii rodzinnych z końcowych lat 30. XX w. (nie
      mój) - zdjęcia grupowe z "majówek" czyli wypadów poza miasto: panowie mimo
      gorąca w garniturach - panie rozebrane do halek.
      Halka czyli "koszula dzienna" nie była wynalazkiem złym: kiedy kobieta znalazła
      się już na tzw. "łonie przyrody", wystarczyło ściągnąć sukienkę (żakiet,
      spódnicę, bluzkę), odpiąć i zsunąć pończochy, pozbyć się pasa... - i już czuła
      się swobodnie - a równocześnie nazywało się, że wciąż jest ubrana. Na powrót do
      miasta wystarczyło ubrać się z powrotem - tak, jak wypadało chodzić po ulicy.
      W ten sposób za II RP panie mogły występować poza miastem - w przypadku Krakowa
      na plażach nad Wisłą, nad Rudawą wewnątrz wałów, na łąkach i miedzach przed i
      za Kopcem Kościuszki, na polankach w Lasku Wolskim...
      w czasach PRL zaczęło także "uchodzić", jeśli jedna czy druga ściągnęła
      sukienkę w parku i przewiesiła przez oparcie ławki - tak wolno było plażować
      np. w Parku Jordana (byle nie w kółku z pomnikami wielkich Polaków) czy na
      deptaku wzdłuż Błoń (na Plantach jednak nie!).
      Zagłębiając się w PRL i aż do teraz - można w Parku Jordana, np. na "łączce",
      wyłożyć się na kocu, mając na sobie tylko górę i dół, złożone z samej niemal
      białej koronki...
      (I przed, i długo po wojnie panie występowały w halkach także przy wywieszaniu
      prania na podwórku czy w ogrodzie - oczywiście w ciepłe dni wiosny, lata i
      jesieni).
      • tamsin Re: Plażowanie w bieliźnie 28.02.07, 00:20
        pamietam te halki, bo tak moja mama chodzila po domu i wszystkie moje ciotki. Z
        chwila przestapienia progu domu, zdejmowaly spodnice i od razu rzucaly sie do
        garow. POniewaz male, zasmarkane dzieci ciagnely do matki po calym dniu rozlaki
        tulac sie do niej, spodnica bylaby cala upackana od dzieci. Bluzke zdejmowaly
        jak juz szly do kuchni do gotowania, bo pryskajacy smalec z pateni tez by ja
        zapackal. Aha, w porze zimowej, spod halek wystawaly cieple gacie z nogawkami.
        Jedyne panie domu, ktore mialy non stop fartuchy na sobie, to byly dwie Niemki,
        ktore mieszkaly w moim bloku. One w tych fartuchach z kolei chodzily 24 godziny
        na dobe, bo nie pracowaly zawodowo.
        • horpyna4 Re: Plażowanie w bieliźnie 28.02.07, 09:57
          No, na temat tych negliżów na łonie natury, to napisał kiedyś w "Przekroju"
          Ludwik Jerzy Kern. Tytuł wiersza "Straszny widok", kto pamięta? Bo ja do tej
          pory taki fragment:
          "...w zwykłym biustniku zwykle ona,
          a on przeważnie w kalesonach.
          I straszny widok się panoszy
          od Karkonoszy aż po Kielce,
          cielska aż kipią z biustonoszy
          nieraz sfatygowanych wielce.
          A to, co kipi, nie jest wcale
          w gatunku Claudii Cardinale..."
    • luccio1 "Panie na lewo... 28.02.07, 19:57
      ...Panowie na prawo!" - czyli postój autokaru wycieczkowego w miejscu, w którym
      droga przecina las.
      Wyłączne "osiągnięcie" PRL - rzecz poprzednio nie znana. Przed II WŚ wszelkie
      wyjazdy krajoznawcze na dłuższe odległości odbywano pociągami, korzystając z
      transportu kołowego (samochodowego lub furmankowego) tylko tam, dokąd nie
      docierała kolej.
      (Wówczas i drogi były jeszcze nie takie, i stopień rozwoju motoryzacji nie ten -
      do samego września 1939 przejazd prywatnym samochodem osobowym np. z Krakowa
      do Zakopanego, mimo że droga o nawierzhcni częściowo kostkowej, częściowo
      betonowej już istniała, był traktowany jak wyczyn sportowy! - oczywiście wyczyn
      w dziedzinie "sportu automobilowego").
      Dopiero za PRL władza ludowa zaczęła wozić ludzi pracy (m.in. pod szyldem PTTK)
      na wycieczki - najpierw na pace ciężarówki (pod budą lub zgoła bez niej), potem
      autokarami.
    • luccio1 "Firmy rodzinne" 11.03.07, 00:33
      Tradycja dziedziczenia zatrudnienia w instytucjach państwowych, samorządowych
      (komunalnych) wg linii ojciec-syn, albo teść-zięć...
      Miała się dobrze już za II RP - wówczas funkcjonowały niepisane umowy pomiędzy
      dyrekcjami a "klasowymi" (zdominowanymi przez PPS) związkami zawodowymi:
      bez "tak" ze strony związku nikt nie mógł być przyjęty, a związki pilnowały
      tego, aby nie dostał się nikt "obcy", żaden "człowiek z ulicy". W Polsce między
      wojnami dla ludzi przychodzących "znikąd" były niedostępne takie np.
      przedsiębiorstwa komunalne jak MPK/MZK, wodociągi...
      Także już za II RP była dobrze przetarta jedna z "tradycyjnych" dróg awansu
      akademickiego: ożenek z córką profesora (a potem teść stawał na głowie, aby
      zapewnić poprzez nieformalne zabiegi zięciowi sukcesję na katedrze, pomijając
      wielu i zdolniejszych, i godniejszych...).
    • luccio1 Szyld państwowy na własnym domu 01.04.07, 20:06
      Kiedy w r. 1925 emerytowany dyrektor Państwowej Żupy Solnej w Wieliczce, inż.
      Erazm Barącz, przekazywał swoje zbiory sztuki Muzeum Narodowemu w Krakowie,
      zastrzegł sobie w umowie przekazania 1) trwałe wyodrębnienie przekazanych
      zbiorów od reszty zbiorów MN w formie oddziału; 2) dożywotnie płatne [z kasy
      Gminy m. Krakowa, której krakowskie Muzeum Narodowe podlegało - aż do lat 50.
      XX w., tj. do likwidacji samorządu miejsko-gminnego] stanowisko kustosza dla
      siebie - z obowiązkiem katalogowania niegdyś własnego zbioru; 3) prawo do
      dożywotniego mieszkania przy zbiorach - bez płacenia jakiegokolwiek czynszu i z
      pokryciem kosztu wszystkich mediów przez Muzeum Narodowe.
      Nie był pierwszym, który przekazywał zbiory wg takiej formuły.
      Do tej formuły sięgnął już za PRL prof. Karol Estreicher (jun.) podczas
      przejęcia pałacu Pusłowskich (w Krakowie, przy ul. Westerplatte) oraz
      istniejących tam jeszcze zbiorów rodzinnych przez Uniwersytet Jagielloński.
      Ostatni przedstawiciel rodziny, hr. Ksawery Pusłowski, zachował wówczas
      mieszkanie na najwyższym piętrze pałacu i otrzymał etat kustosza w Muzeum UJ -
      z przydziałem do niegdyś swoich zbiorów.
      Świadomość, że zawierano tego rodzaju transakcje już za II RP, umożliwił w PRL
      pójście na układ idący dalej: zaofiarowanie instytucji państwowej własnego domu
      na siedzibę - z zachowaniem dożywotniego bezpłatnego mieszkania w części domu i
      zatrudnieniem dla siebie i członków rodziny w tej instytucji. Tak postąpili
      Witold i Zofia Paryscy, ofiarując własną willę w Zakopanem Polskiej Akademii
      Nauk. Dom był bezpieczny pod szyldem państwowym, kłopoty z podatkami, remontami
      etc. - z głowy, zaś etaty PAN-owskie umożliwiły spokojne pisanie "Encyklopedii
      Tatrzańskiej".
      Oczywiście, takie rzeczy przechodziły tylko na początku, gdy władza ludowa
      zabiegała o przedwojennych fachowców - potem miała już wystarczająco ludzi
      własnego chowu...
    • czekolada72 Re: przed PRL-em ... 05.03.08, 09:36
      To moze tak nieco bardziej rozrywkowo:
      odpusty - byly przed wojna, byly po wojnie, sa i beda :)
      karuzela, cyrk - wiadomo jaka atrakcja, a co do miejsca w historii
      to jw
      spacery statkiem po Wisle, na Bielany - panie w swiatecznych
      sukniach, panowie - w garniturach, dzieci w stroju "akuratnie
      nadajacym sie do szalenstwa" ;).Do tego kocyk, piłka, kosz z
      jedzonkiem - było przed wojną, było po wojnie, pozostały wspomnienia
      • luccio1 Re: przed PRL-em ... 11.03.08, 20:02
        czekolada72 napisała:
        > odpusty - byly przed wojna, byly po wojnie, sa i beda :)

        W Krakowie był, jest i będzie Emaus w Poniedziałek Wielkanocny. Wciąż jeszcze są
        na nim niektóre rzeczy "jak przed wojną": węże z bibułki do nadmuchiwania,
        pudełka-"kury" (dźwięk "ko! ko! ko!" uzyskiwało się trąc kawałkiem tektury z
        zaschłą kroplą gumy arabskiej po sznurku zamocowanym jednym końcem wewnątrz
        pudełka) -
        no i postacie kiwających się Żydów w "sztrajmlach".
        • luccio1 Re: przed PRL-em ... 22.03.08, 01:33
          To samo było i jest na odpuście "Rękawka" we wtorek wielkanocny, koło kościółka
          św. Benedykta na Górze Lasoty (górującej nad Starym Podgórzem wraz z leżącymi
          nieco dalej na zachód Krzemionkami).

          Jako nowy element "Rękawki" doszedł dosłownie przed kilku laty "festyn wojów"
          pod Kopcem Krakusa
          (Góra Lasoty jest doskonale widoczna z Kopca Krakusa, i wzajemnie; oba
          wzniesienia rozdziela linia kolejowa z Płaszowa do Skawiny [i dalej do
          Oświęcimia lub Zakopanego], aby ją przeprowadzić, pogłębiono w latach 80. XIX w.
          naturalne obniżenie sztucznym wykopem).
    • czekolada72 Re: przed PRL-em ... 05.03.08, 10:24
      Wyjazdy na letnisko, za miasto, z posciela, garami i połowa chałupy,
      na kilka tygodni minimum
      • luccio1 Re: przed PRL-em ... 11.03.08, 19:57
        Aż tak dalece już nie pamiętam - ale pamiętam, że na wakacje i z wakacji
        wyruszało przed nami w drogę pocztą kilka paczek - każda na samej granicy
        dopuszczalnych 20 kg. Potem trzeba je było na drugi lub trzeci dzień po powrocie
        przywieźć z Poczty Głównej - a do tego najpierw "zorganizować" taksówkę...
    • luccio1 To już nie skrzywienie... 20.03.08, 23:10
      ale fakt, jeden z wielu, przeczący kliszy II RP jako kraju zacofanego:

      Światła hamulcowe na samochodach.
      Stały się obligatoryjne z dniem 1 stycznia 1939.

      Zatem już wówczas przewidywano, że w najbliższych latach ilość samochodów w
      ruchu wzrośnie, i coraz częściej będą musiały jechać w kolumnie.
      • a_weasley Re: To już nie skrzywienie... 18.07.09, 13:01
        luccio1 napisał:

        > ale fakt, jeden z wielu, przeczący kliszy II RP jako
        > kraju zacofanego:

        Nie wiem, co klisze, ale liczby mówią same za siebie.
        28 tysięcy samochodów osobowych na 35 milionów mieszkańców. Nawet
        nie 1 na 1000. Mniej, niż samych prywatnych w 1955 r. (plus drugie
        tyle państwowych).
        We Warszawie, owszem, 1:200 - tyle, co w 1960 r. średnio w kraju.
        Jeśli kto chce porównań, to w 1930 r. osobowych, ciężarowych i
        autobusów razem w USA 1:5, w Argentynie i Kanadzie 1:29, we Wielkiej
        Brytanii 1:32, w Niemczech 1:100, a w Polsce 1:750.

        > Światła hamulcowe na samochodach.
        > Stały się obligatoryjne z dniem 1 stycznia 1939.

        A kogo w ten sposób wyprzedziliśmy?
        Bo jeśli Rumunię i Albanię, to niewielki tytuł do chwały.

        > Zatem już wówczas przewidywano, że w najbliższych latach
        > ilość samochodów w ruchu wzrośnie, i coraz częściej będą
        > musiały jechać w kolumnie.

        Przewidywać to sobie każdy może co chce. Owszem, na Marszałkowskiej
        już wtedy czasem robił się korek, ale np. starosta powiatowy w
        Kamieniu Koszyrskim był szczęśliwym posiadaczem jedynego samochodu w
        powiecie...
    • luccio1 Lekarskie wizyty domowe 30.03.08, 00:06
      W toczącej się dyskusji nt. służby (czy, jak inni wolą: ochrony) zdrowia co i
      rusz pojawia się pogląd, że lekarskie wizyty domowe to relikt komunizmu, relikt PRL.

      Tymczasem nie zaczęły się bynajmniej od czasów PRL:
      już w czasach II RP tzw. "lekarze domowi" Ubezpieczalni Społecznej (wcześniej
      Kasy Chorych) byli obowiązani dotrzeć do domów wszystkich pacjentów "chorych
      obłożnie", tj. takich, dla których podjęcie wysiłku dotarcia do przychodni
      oznaczałoby ryzyko pogorszenia stanu zdrowia (zaczynało się to od wszystkich
      chorych gorączkujących).

      Praktyka w Ubezpieczalni Społecznej była uważana wówczas za niezbędny element
      składowy formacji zawodowej lekarza;
      chodzenie do chorych - za sposobność osobistego kontaktu z nędzą i wynikającymi
      z niej patologiami społecznymi.
    • luccio1 Uroczyste otwarcia 05.04.08, 17:38
      Celebrowano je i za II RP. Mam w oczach widziany sporo lat temu w Archiwum
      Państwowym w Krakowie (w b. Archiwum Aktów Dawnych m. Krakowa, przy ul. Siennej)
      ręcznie wykonany album ze zdjęciami z uruchomienia w r. 1934 linii tramwajowej w
      ulicy Rakowickiej - od ul. Lubicz do pętli koło cmentarza Rakowickiego.
      Dokument wartościowy - zdjęcia przedstawiają prace krok po kroku - no i samo
      uruchomienie nowej linii.
      Przy wystroju samego otwarcia nie brakło niczego - była brama triumfalna, którą
      tworzyła brama przejazdowa dawnej rogatki między Karmelitami Bosymi a Akademią
      Ekonomiczną (d. Zakład Lubomirskich [zakład wychowawczy dla chłopców-sierot]);
      brama oczywiście umajona zielenią, transparent: SZCZĘŚĆ BOŻE NA NOWYM TORZE,
      wstęga do przecinania...

      Teraz podobne uroczystości nadal mają się doskonale - w krakowskich autobusach
      leci w ramach "bus TV" reklamówka remontu linii tramwajowej od Dworca Towarowego
      na Krowodrzę-Górkę - z ceremonią poświęcenia nowej pętli tramwajowej (w miejscu
      poprzedniej, z r. 1984) i nowego dworca autobusów MPK w sąsiedztwie.

      Jedyne, co odróżnia czasy PRL od poprzedzających i następujących:
      za PRL nie było księdza z kropidłem...
      • luccio1 Re: Uroczyste otwarcia 05.04.08, 17:49
        > Jedyne, co odróżnia czasy PRL od poprzedzających i następujących:
        > za PRL nie było księdza z kropidłem...

        Trochę się pospieszyłem. Jest i druga różnica - osoba prezydenta miasta Krakowa
        wówczas - i teraz
        (wówczas był nim mjr Mieczysław Kaplicki, legionista - jak tu stawiać na jednym
        poziomie z nim Jacka Majchrowskiego [niechby był profesorem do kwadratu...]).
        • ewa9717 Re: Uroczyste otwarcia 05.04.08, 18:33
          W tzw. nowej rzeczywistości róznych poronionych imprez nie brakuje,
          wystarczy przypomnieć nie tak dawną kaczyńską szopkę z otwarciem
          kilku centymetrów autostrady.
    • luccio1 Czyny społeczne 05.04.08, 22:28
      Istniały już w II RP. Wówczas nazywały się "szarwarki".
      W ramach "szarwarku" gromada stawała całą hurmą np. do budowy czy przebudowy
      drogi, odrabiając w ten sposób zobowiązania podatkowe ciążące na poszczególnych
      gospodarzach.
      (Das Scharwerk = praca w tłumie, pospolitym ruszeniem -
      w Rzeczypospolitej przedrozbiorowej, w systemie gospodarki
      folwarczno-pańszczyźnianej, nazywano taką pracę "tłoką" [przy żniwach na polach
      dworskich tłoczył się jeden obok drugiego, kto żyw]).

      W komunie było o tyle inaczej, niż przed wojną, że i wyganiano na "szarwark", i
      kazano płacić podatki, i na dodatek oddawać kontyngenty ("dostawy obowiązkowe")
      - zanim Gierek nie odstąpił od ich wybierania ze wsi.
      • horpyna4 Re: Czyny społeczne 06.04.08, 10:29
        Wydaje mi się, że dostawy obowiązkowe zostały zniesione już za
        Gomułki.
    • luccio1 Re: przed PRL-em ... 06.04.08, 17:09
      Na pewno Gierek.
      Zaraz po Grudniu 1970 zrobił dla chłopów dwie rzeczy:
      - uwolnił od kontyngentów,
      - rozciągnął na nich powszechną opiekę zdrowotną (na równi z "luźmi pracy" w
      miastach).
    • luccio1 PSS "Społem" 12.04.08, 00:42
      Sieć sklepów spółdzielczych.
      Przeżywała rozkwit w czasach II Rzeczypospolitej.
      W PRL była już tylko cieniem samej siebie - była to spółdzielczość w pełni
      upaństwowiona, z zachowaniem tylko dawnej fasady ("logo": postacie ludzi
      poruszających zgodnym wysiłkiem "bryłę ziemi z posad świata").
    • luccio1 Abonament radiowy 12.04.08, 22:22
      Istniał jak najbardziej za II RP.
      Również wtedy, tak jak dziś, Poczta była jego inkasentem.

      Stawka wynosiła:
      3 zł miesięcznie za odbiornik lampowy zasilany z sieci
      (albo - gdy sieci elektrycznej nie było - kombinowanie z akumulatora i baterii
      [szło w takim przypadku o równoległe dostarczenie do odbiornika prądu o dwóch
      różnych napięciach]),
      1 zł miesięcznie za odbiornik "bezlampowy" (detektor z kryształkiem - nie
      wymagający żadnego zasilania prądem).

      Sposób płacenia był przed wojną o tyle łatwiejszy, że można było wpłacać
      listonoszowi, gdy przychodził do domu.

      ("Jak korzystać z poczty, telegrafu i telefonu", Warszawa 1937,
      s. 146-147).
      • woman-in-love cmok-nonsens 21.04.08, 13:18
        ...czyli całowanie w rękę, pochodzi z pewnością z dawnej, szrmanckiej epoki.
        Pamiętam, jak mój Tata kiedyś został (pomyłkowo) pocałowany w rękę przez
        jakiegoś młokosa, zaśmiewaliśmy się z jego konfuzji.
        • luccio1 Re: cmok-nonsens 21.04.08, 19:30
          Pochodzi wprost z monarchii austro-węgierskiej.
          • woman-in-love Re: cmok-nonsens 22.04.08, 10:47
            a ja bym podejrzewała bardziej dwór francuski, tak łaskawy dla dam :-)
    • luccio1 Wychodzenie z rzeczami przed mieszkanie 15.10.08, 00:16
      Zjawisko znane ze schyłku PRL:
      w bloku spółdzielczym dwie rodziny umawiają się i za zgodą spółdzielni
      wygradzają koniec korytarza przed drzwiami swoich mieszkań, zamykają go,
      wyprowadzają przyciski dzwonków na zewnątrz -
      a za zamknięciem ustawiają pewne swoje rzeczy: jakieś szafki na przedmioty
      rzadziej używane, które w kuchni na co dzień zawadzają, jakieś regały na buty...

      Rzecz ma swoją prehistorię sięgającą w czasy II RP, ba, nawet w zabory.
      Wtedy również rozmaite szafki, paczki i skrzynie wyjeżdżały poza mieszkania: w
      kamienicach bliżej centrum na ganki kuchenne i wspólne korytarzyki do nich
      prowadzące;
      w domach przedmiejskich i wszędzie tam, gdzie standard był niższy - wprost na
      klatki schodowe.
      Pamiętam jeszcze dom rodzinny Ojca, znajdujący się na krakowskich Grzegórzkach -
      zasiedlony tuż po r. 1910, istniał do schyłku lat 80.
      Tam balia, w której niegdyś Babcia prała, wisiała na klatce schodowej na wielkim
      haku obok drzwi wejściowych do mieszkania; koło tychże drzwi stałą, zawężając
      częściowo podest klatki schodowej, szafka z częścią "półkową" za drzwiami
      dwuskrzydłowymi (tam były m.in. formy do ciasta, używane tylko na Boże
      Narodzenie i Wielkanoc) i częścią szufladową (szuflada najwyższa była podręcznym
      pojemnikiem na jabłka; NB: szuflady nie miały w ogóle zamków!).
    • luccio1 Legitymacja służbowa 17.10.08, 21:24
      Legitymacja służbowa dla urzędników i pracowników państwowych w formie
      książeczki w czarnej okładce, z wytłoczonym Orłem...
      Do końca r. 1992 dawała prawo do 50% zniżki na przejazd dowolnym pociągiem w
      każdej klasie - wewnątrz Kraju.

      Funkcjonowała w II RP począwszy od r. 1928.

      Sięga wstecz w czasy monarchii austro-węgierskiej - wówczas była to książeczka w
      czarnej oprawie skórkowej, z wytłoczonym orłem dwugłowym z berłem, mieczem i
      jabłkiem w szponach;
      pod orłem napis:
      "Ausweis für die K.u.k. Hof- und Staatsbedienstete".
      (Tyle, że w tamtych czasach prawo do 50% ulgi było uzależnione od rangi:
      urzędnicy najniższych szczebli i tzw. "słudzy" [np. woźny, który palił w piecach
      w starostwie powiatowym] mogli jeździć ze zniżką tylko w klasie 3.; rangi nieco
      wyższe - również w klasie 2.;
      panowie radcowie na najwyższych półkach tabeli rang - także
      klasą 1.).
    • luccio1 Spis lokatorów 16.07.09, 02:46
      Wisiał w sieni/bramie, albo na najniższym podeście klatki schodowej, oprawiony w
      ramkę, za szkłem.
      Wymieniał wszystkich ludzi zameldowanych w danym mieszkaniu - od "głównego
      lokatora" poczynając.
      Pamiętam jeszcze w różnych kamienicach krakowskich takie spisy w formie ramy
      ozdobionej robotą stolarsko-tokarską - prawie że renesansowe obramowanie tablicy
      epitafijnej z kościoła;
      rama miała przy każdym mieszkaniu okienka do wsuwania karteczek (nowa karteczka,
      gdy tylko "stan osobowy" się zmienił).
      W takim spisie było miejsce na dozorcę, administratora...
      Czasem jeszcze w latach 60./70. tkwiły tam informacje odnoszące się do dawno
      minionej rzeczywistości II RP końcowych lat 30. - np. nazwisko i adres miejsca
      ordynacji "lekarza domowego" Ubezpieczalni Społecznej (przykład z Krakowa, ul.
      Biskupia 4 - r. 1973!).

      Dopiero w latach 80./90., zatem na wyjściu z PRL, miejsce spisów zajęły nazwiska
      przy przyciskach domofonów - w myśl obowiązującej Ustawy o Ochronie Danych
      Osobowych nazwisk tych "ma prawo" wcale nie być! (wystarczy bezimienny numer
      mieszkania).
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka