Dzisiaj niosę swojej terapeutce ten zeszłotygodniowy dodatek do
Rzepy, żeby się douczyła. Jak zaczęłam szukać terapii, to chciałam
koniecznie trafić do kogoś wyspecjalizowanego w problemie
niepłodności. Chodziło mi dokładnie o to, żeby ktoś rozumiał, co do
niego mówię, jak mówię hsg albo progesteron. Ale potem to już byłam
w takim stanie i we wszystko wplótł sie bardzo mnie poruszający
problem relacji z przyjaciółką, że machnęłam na to ręką i poszłam do
kogokolwiek. Tzn. nie tak zupełnie do kogokolwiek, bo moja pani
Marzenka specjalizuje się w psychosomatyce, w psychospołecznych
konsekwencjach chorób somatycznych itp. Ale niepłodność odpuściłam
(zresztą wiem już, że nigdy nie pracowała z tym problemem).
No i w sumie to mam takie poczucie braku zrozumienia na tym odcinku.
Po pierwszym spotkaniu ze mną pani Marzenka zasięgnęła języka u
jakiegos ginekologa (jakże miło, że sie przejęła

)) i on jej
powiedział, że niepłodność jest po 24 miesiącach. I wyszłam na
histeryczkę, ktora sama sobie robi krzywdę... I co ja mogę? Mogę
tylko ze stoickim spokojej odpowiadać: ja sie z taką definicją nie
spotkałam...
Albo zanieść jej gazetę

))