carmela_soprano
07.10.05, 14:40
Nie cierpię swojego macocha. No, nie znoszę dziada. Nie ja jedna zresztą -
wszyscy, którzy mieli z nim do czynienia, mają o nim dokładnie to samo zdanie,
więc raczej nie jest tak, że się uprzedziłam, bo jestem zazdrosna o matkę,
zaborcza, córeczka mamusi itd.
Niedługo stuknie mi trzydziestka. Bywam u mamy średnio trzy razy do roku,
dzwonię niewiele częściej - a mieszkamy kilka ulic od siebie. W każde
tragicznie nieudane i graniczące z żenadą święta spędzane u nich obiecuję
sobie, że to już ostatni raz - ale i tak wracam. W końcu to matka. Kocham ją
wciąż tak samo mocno jak dawniej, gdy byłyśmy same (mój ojciec, nawet gdy był,
to jakby go nie było). Ale nie umiem tam chodzić, rozmawiać z nią, tolerować
jej życia z nim.
Nie podoba mi się ani to, że facet jest praktycznie na jej utrzymaniu - ale
stać ją na to. Nie podoba mi się, że "podlewa" ją alkoholem i że pierwszą
rzeczą, którą robi mama po powrocie z pracy, to sięgnięcie po piwo. Ale znowu,
dorosła jest i, mam nadzieję, wie co robi - zwłaszcza że jej matka zmarła
wskutek długotrwałej choroby alkoholowej, a tego się raczej nie zapomina.
Oni są ze sobą już z 10 lat, mieszkają razem, choć ślubu nie biorą, bo im to
do niczego nie jest potrzebne. Już dawno przyjęłam do wiadomości, że może być
tak, że będzie to właśnie TEN związek w życiu mojej matki - i ani mi w głowie
było próbować jej to wybić z głowy. W końcu, jej życie, jej szczęście.
Nie poruszam z nią tego tematu. Nie umiem. Szanujemy się nawzajem - w to
wchodzi również szanowanie swojej prywatności, podejmowanych decyzji. Tym
niemniej ostatnio coraz częściej przechodzi mi przez głowę - a jeśli coś się
stanie, czy swoją biernością będę współodpowiedzialna?
Nie szukam rozgrzeszenia ani nawet rad. Chciałam się podzielić tym, co mi
leży. Przecież i tak nic nie zmienię...
Pozdrawiam
Carmela