reinadelafiesta
28.04.18, 09:02
Tuż przed ślubem narzeczona pechowo łamie ząb. Z opresji ratuje ją ( odpłatnie) daleka znajoma matki, pani stomatolog lat ok.50, którą dziewczyna zna, ale to absolutnie nikt bliski. Od słowa do słowa, wychodzi na jaw skąd taki pośpiech, że ślub za dwa dni, a gdzie, o której, jaka suknia, ot grzecznościowa rozmowa. I nagle tekst: "to ja oczywiście przyjdę". Skonfundowana panna młoda wydusza z siebie, że ślub bez pompy będzie, tylko najbliższa rodzina. Do pani doktor najwyraźniej
nie trafia sugestia i rzeczywiście przychodzi z kwiatami do kościoła, gdzie oprócz samych młodych, świadków, rodziców i dwójki rodzeństwa nikogo więcej nie zastaje ( ślub bez mszy). Podczas składania życzeń zmieszana dentystka dusi z siebie, że ona nie sądziła, że to rzeczywiście tak małe grono będzie, choć przecież uprzedzona była i ani jednym słowem nie została zachęcona do przyjścia. To co? Nie bawić się w uprzejmość? Jak dobitniej powiedzieć? Jeśli delikatnie nie dociera, do kościoła przecież każdy przyjść może, ale obcej kobiety na cichym ślubie się mieć nie chce? Wprost: proszę nie przychodzić?
Żeby dojść do źródła, trzeba iść pod prąď