jankolodziej
13.08.10, 15:40
Dawno, dawno temu, porządku w miastach i zamkach
strzegli halabardnicy. Pełnili częściowo nawet rolę dzisiejszej Policji. Zło
pleniło się jednak w tempie adekwatnym do rozwoju miast i społeczeństw, zatem
stopniowo służby porządkowe zaczęły się dzielić na jednostki wyspecjalizowane.
W czasach PRL-u, spadkobiercą tych formacji stała się milicja. Poziom
wykształcenia i fachowości milicjantów wysokim nie był, rychło więc poczęły
krążyć w społeczeństwie sławetne kawały o milicjantach. Mały przykład: według
autora kawału jednostka inteligencji to „cjant”. Jak zatem nazywała się
najmniejsza jednostka inteligencji?
Milicjanci dość wcześnie przechodzili na emerytury, pracujący po służbie też
nie miewali zbytniego nawału zajęć. Należało im jakieś zorganizować. Wymyślono
ORMO. Rekrutowano do tej formacji nawet tzw. element, oczywiście poza ludźmi
ideologicznie nabuzowanymi zasadami socjalistycznego porządku. Na
ogłoszeniowych słupach pojawiły się plakaty „ORMO czuwa”. Ktoś pod osłoną nocy
dopisywał na nich „a milicja kradnie”.
Ten epizod z naszych dziejów mamy już za sobą. Policja odzyskała należny jej
służbie szacunek, wszystko jest już na swoim miejscu. Czy na pewno?
Kilku gospodarzom miast zamarzyła się rola dawnych Panów na włościach,
zechcieli mieć własnych halabardników. Oczywista nie do głoszenia miejskich
rozporządzeń, czy głośnego informowania ludności o aktualnej godzinie. Ustawa
o utrzymaniu porządku i czystości w gminach postawiła przed nimi inne
powinności. Ktoś powinien pilnować przestrzegania jej przepisów, oraz
uchwalanych na tej podstawie przez rady miast przepisów prawa miejscowego.
Wiadomo: żeby psy po chodnikach nie srały, żeby przed knajpami awantury nie
wybuchały, żeby pijaczkowie po nocach nie oznajmiali głośno wszem i wobec
swoich problemów. Powstała Straż Miejska, którą rajcowie ładnie umundurowali,
jęli wyposażać też w samochody, konie, skuterki, rowerki i pały. Przyznać
trzeba, że ogrom społecznego bezeceństwa nawet to usprawiedliwiał. W Straży
znaleźli zatrudnienie byli policjanci, gromady rosłych osobników ganiających
dotąd po lasach z pistoletami na farbę, żądnych tylko Władzy. A mundur Władzę
daje. Szybko też okazało się, że taka mała władza ich nie zadowala. Zechcieli
uszczknąć nieco z uprawnień Policji, by w pełni cieszyć się urokami bycia
Panem. Mogłoby się zdawać, że mamy teraz jak w Ameryce. Tam policja federalna
ma niewiele do powiedzenia w miastach. Ale porządek i owszem, jest. A u nas?
Psy jak srały tak srają, pijaczkowie kradną a nawet zabijają się wzajemnie,
młodzieńcy bazgrzą po murach, po skwerach, parkach i lasach walają się tony
śmieci. W szeregach zadbanych, przydomowych ogródków zdarzają się też
zapuszczone i zaniedbane, ogrodzone walącymi się płotami. Niedawno
informowałem Strażników o przestępczych poczynaniach firmy budującej
kanalizację, która za nic ma zakaz wjazdu na walący się wiadukt, co grozi
nawet katastrofą budowlaną. Firma ta działa na zlecenie miasta, ale Strażnik
zawyrokował: to sprawa nie nasza, ale Policji. Czyżby porządek i
bezpieczeństwo mieszkańców nie były już priorytetami?
Mylę się, a udowodniły to ostatnie dni. Wykazując troskę właśnie o
bezpieczeństwo, Straż Miejska ustawiła swój fotoradar na samym końcu DTŚ-ki.
Drogowe znaki, jak to na końcach dróg bywa, wymuszają tam na kierowcach dość
ostre hamowanie. Biada jednak każdemu, kto wyhamuje na odcinku o kilka metrów
dłuższym, od znakami wyznaczonego. Takie miejsca w Rudzie Śląskiej są dla
Strażników tworzone nawet specjalnie. Obok kopalni „Pokój”, opuszczające ją
ciężarówki wywlekają na jezdnię w okresach dżdżystych tony błota. Ustawiono
tam znak ograniczenia prędkości z towarzyszącą mu tabliczką „śliska jezdnia”.
Oczywiście w czasie śliskości Strażnika tam się nie uświadczy, błoto mogłoby
radar ochlapać. Za to w „porze suchej”, kiedy ślisko nie jest … A
wystarczyłoby wyegzekwować od kopalni przestrzeganie Uchwały naszych rajców, w
której zakazali wywlekania błota z terenów nieruchomości. Powstałyby nawet
miejsca pracy dla myjących podwozia przed wyjazdem na drogę, byłoby jak na
zachodzie… Niestety, to zadanie nasze Władze i ich zbrojne ramię
najwidoczniej przerasta. Chyba lepiej kopalni nie podskakiwać, jeszcze gotowa
przykręcić kranik z gotówką.
Miejscy fachowcy od dróg też gruszek w popiele nie zasypują. Przy ulicy
Kochłowickiej domy pękają od górniczych szkód. Ot, taki teren. Prewencyjnie, w
głębokiej trosce o bezpieczeństwo ustawiono tam znaki, ograniczające prędkość
do … 30km/h! Wystarczy radarek ustawić, by stał się kopalnią pieniędzy. Bo
nikt przy zdrowych zmysłach do owych 30-tu hamował nie będzie. Jak na
odcinkach, przy których prowadzono (na chodniku) roboty. Prace zakończono,
znaki pozostały. Niektóre znaki są chytrze ukryte w gąszczu drzew. Jak wjazd
od Kochłowickiej w Skośną. W dodatku ów znak zakazu ruchu ma tam wymiary
mikroskopijne, absolutnie nie przydające mu jakiejkolwiek zgodności z prawem.
To jednak nie stanowi przeszkody w karaniu mandatami kobiety, zmuszonej
zamknięciem wiaduktu do skorzystania z tej drogi, a zaskoczonej przez
pracowników Straży leśnej, wyskakujących w ciemnościach z krzaków. Dziwne
tylko, że nikt nie niepokoi tych, którzy wjeżdżają tam samochodami w celu
pozbycia się śmieci. Strażnicy miejscy też cierpią na wyraźną awersję do tej
drogi – kiedy spacerujących tam po lesie mieszkańców, w niedzielne popołudnie
rozgania banda młodzieniaszków, szalejąca na quadach i motocyklach, Strażnika
się nie uświadczy …
Niestety, wiele takich przykładów można opisać, ale byłoby to wręcz nudne. Bo
to nasza rudzka normalność. Oczywiście nie można postawy Strażników
generalizować. Mam nadzieję, że ideały ORMO są im obce. Wielu z nich (może
nawet wszyscy) sumiennie zrobi bowiem to, co im przełożeni nakażą. Jak zwykło
się mówić, właśnie w tym jest pies pogrzebany. Trudno więc oprzeć się
wrażeniu, że po drodze coś nam umknęło, gdzieś zatraciła się idea, dzięki
której Straż Miejska istnieje.