27.04.09, 09:25
Cytat

grypa
bywa ptasia
świńska
i hiszpańska
bywa grypa
pańska
i chuligańska

gdzieś w Meksyku
na tą świńską grypę
zdychają
a w Wietamie
na ptasią
ze świata zjeżdżają

pandemia
i epidmia
czarna śmierć
nadchodzi
może ktoś
mi powie
komu o co
chodzi?

Obserwuj wątek
    • skoonk Re: zmutowana tektonicznie 27.04.09, 20:25
      www.tvpw.pl/videos/159/Cztery_odslony_biotechnologii
      Biotechnologia jest bardzo dynamicznie rozwijającą się nauką. Badania,
      prowadzone we wszystkich jej dziedzinach, są motorem napędowym dla działań wielu
      korporacji np. z branży kosmetycznej czy browarniczej.(!!!!!!!!!!!!!)
      W prezentowanym materiale studenci Politechniki Warszawskiej, w przystępny
      sposób, pokażą czym jest biotechnologia i jakie badania przeprowadza się w jej
      zakresie. Dodatkowo można będzie się przekonać jak powstaje żywność modyfikowana
      genetycznie i jaki ma ona wpływ na nasze życie.
      • chlorofil1 Re: zmutowana tektonicznie 28.04.09, 13:56

        Prawdziwy wągliktrądpi
        • skoonk Troska o czystość świata 29.04.09, 15:55
          "Jak zakomunikowało ministerstwo zdrowia, likwidacja 300 tys. sztuk rozpocznie
          się w trybie natychmiastowym - jak to określono - począwszy "od dzisiaj".
          Resort kilkakrotnie zapewniał, że w Egipcie nie zanotowano żadnego przypadku
          zainfekowania świńską grypą u ludzi. W sąsiednim Izraelu zarejestrowano dwa
          takie przypadki."
          Niemozliwe, w Izraelu nie mówi się 'świńska', bo to grzech, lecz 'meksykańska'.
          Rosną nadzieje na pokój w tym rejonie.
          • kolejar Re: Troska o czystość świata 29.04.09, 21:37
            skoonk napisała:
            W sąsiednim Izraelu zarejestrowano dwa takie przypadki."
            > Niemozliwe, w Izraelu nie mówi się 'świńska', bo to grzech, lecz 'meksykańska'.

            Bez sensu rozważania. W Izraelu istnieją obory, w których hoduje się... trzodę
            chlewną! Albo nierogaciznę - jak kto woli. Produkty z tych obór nie posiadają
            Certyfikatu Koszerności, ale są dostępne w niekoszernych działach supermarketów
            spożywczych. Jadłem kiedyś przepyszny boczek w ziołach, zakupiony w
            supermarkecie w Tel-Aviv Jaffa. Reżym judaistyczny nie jest aż tak okrutny jak
            islamski. Reżym chrześcijański to w ogóle luz...
            • chlorofil1 Rekonwalescencja 01.05.09, 13:11
              Już nie taka straszna ta grypa
              • najglupszy-nick Re: Rekonwalescencja 01.05.09, 14:35
                Kill all pigs!
                • skoonk Re: święta wojna 01.05.09, 18:53
                  najglupszy-nick napisał:

                  > Kill all pigs!

                  muzułmanie nie jedzą wieprzowiny, hoduje je chrześcijańska mniejszość w Egipcie,
                  czyli Koptowie.
            • skoonk Re: Koszer Mexican 01.05.09, 19:10
              kolejar napisał:
              > Bez sensu rozważania. W Izraelu istnieją obory, w których hoduje się...trzodę
              chlewną

              To obory chrześcijan. Wymyslili sposób na sojusz.
              Jerozolimscy rabini zgodzili się na umieszczenie toreb ze świńskim tłuszczem w
              autobusach, na przystankach i w centrach handlowych. Zdaniem policji ma to
              powstrzymać palestyńskich terrorystów przed dokonywaniem tam samobójczych zamachów.
              Kontakt z zakazaną dla muzułmanów wieprzowiną i brak czasu na religijne
              oczyszczenie przed śmiercią może bowiem - zdaniem radykalnych islamistów -
              zamknąć męczennikowi drogę do raju.

              Tłuszcz będzie zapewne pochodzić ze świń hodowanych w Izraelu. Choć również
              judaizm uznaje je za nieczyste, to w 2004 sąd rabinacki Samarii, Judei i Gazy
              zezwolił na ich hodowlę ze względu na "stan wyższej konieczności". Ze względu na
              świetny węch świnie zatrudniono do wykrywana bomb podkładanych w kilku osiedlach
              żydowskich na Terytoriach Okupowanych.
    • kolejar Mam wirusa!!! 07.05.09, 16:50
      Załapałem się na A-H1-N1 - poważnie... Import z RF Niemiec - konkretnie z
      Frankfurtu/Oder. Wszystko się zgadza. W sobotę 2.05. obsmarkało mnie jakieś
      Szwabisko przy obiedzie na imprezie kolejowej. Większość przypadków
      "niemieckich" jest we Frankfurcie/Oder! Od wczoraj mam gorączkę, bóle mięśni,
      kości, zawroty głowy, bardzo spuchnięte gardło... Nie wybieram się do lekarzy,
      bo na 100% natychmiast by mnie zamknęli w zakaźnym i prasa, tv... - drugi
      w Polsce!!! Może już nie drugi? Ale ja tam byłem niewyspany, trochę zmęczony, to
      mnie trafiło, a nikogo innego nie musiało...
      • tw.ubek Re: Mam wirusa!!! 08.05.09, 08:39
        kolejar napisał:

        > Załapałem się na A-H1-N1 - poważnie...

        Statystycznie groźniejsza jest zwykła grypa.
        Ale czego sie nie robi dla ŻONY.
        Rozkaz to rozkaz, służba nie drużba.
        Dziekujemy towarzyszu za ofiarne uczestnictwo w ćwiczeniach bojowych pod
        kryptonimem "Armagedon". Zgłosimy Was do odznaczenia i nagrody za obywatelską
        postawę oraz utratę zdrowia. Cześć bohaterom!
        • skoonk Re: Mam wirusa!!! 08.05.09, 10:25
          tw.ubek napisał:

          Zgłosimy Was do odznaczenia i nagrody za obywatelską
          > postawę oraz utratę zdrowia. Cześć bohaterom!

          Wy tw.ubek, do odznaczenia to sie przedstawia albo wyróżnia, a nie zgłasza.
          A przede wszystkim doniose na Was do Sanepidu, że konspirujecie siedlisko
          zarazy!!! To świństwo.
    • napoj.chmielowy Re: Grypa 30.06.09, 19:39
      Minęło już trochę czasu, grypa z świńskiej ewoluowała i znalazła sobie o wiele bardziej naukawą nazwę (AH1N1). Wiedza o niej jest dawkowana. To tu, to tam, możemy napodkać przypadek zachorowania lub przypadek śmiertelnego "zejścia na". Zwykle nie jako news najważniejszy, jest to news drugoplanowy. Taki saczący się news tła. Na paskach programów informacyjnych pokazywane sa (zwykle na czerwonym tle) coraz to większe liczby. Jesienią nadejdzie czas obowiązkowych szczepień. A to co ta szczepionka bedzie zawierać i co uczyni z Twoim mózgiem wiedzą tylko Iluminaci.

      WąglikTrądPi!

      Heil Eris!
      • napoj.chmielowy Klasyka 30.06.09, 19:49
        Maska śmierci szkarłatnej

        Edgar Allan Poe

        tłumaczenie: Bolesław Leśmian

        Ś m i e r ć S z k a r ł a t n a od dawna pustoszyła ową krainę. Nigdy dżuma nie bywała tak nieodparta, tak straszliwa. Jej oznaką widomą była - krew - czerwień i szkarada krwi. Towarzyszyły jej bóle ostre, nagły zawrót głowy, a potem - obfity przez wszystkie pory wyciek potów i rozłąka z życiem.
        Purpurowa plamistość ciała, a szczególniej twarzy - usuwała ofiarę poza koło żyjących, pozbawiając jej wszelkiej pomocy i wszelkiego współczucia. Napad, rozwój i skutek tej choroby były sprawą półgodzinnych zabiegów.
        Atoli książę Prospero - szczęśliwą miał gwiazdę, nieustraszone serce i umysł przenikliwy. Gdy dżuma na wpół wyludniła jego obszary, zwołał tysiąc dzielnych, chwackiego przyrodzenia druchów płci obojej, wybranych spośród rycerzy i dwórek z jego świty, i wraz z nimi usunął się od świata w ustronną samotnię jednego ze swych warownych opactw. Był to obszerny i wspaniały budynek, twór iście książęcy, w stylu cudacznym, a wszakże godnym podziwu. Tęgi a wysoki mur spiżową miał bramę. Świta, zaledwo przedostawszy się do wnętrza, z pomocą pieców i krzepkich młotów zalutowała rygle. Postanowiono zawarować się przeciw nagłym zakusom rozpaczy od zewnątrz i zamknąć wszelki odwrót weselnym szałom od wewnątrz. Opactwo było suto zaopatrzone w żywność. Dzięki tym środkom ochronnym dwór księcia mógł drwić z zarazy. Ludność po tamtej stronie muru wedle sił i możności krzątała się dokoła swego zbawienia. Cokolwiek miało się zdarzyć, wszelka zaduma była obecnie - szaleństwem. Książę wszystkim dostarczył źródeł uciechy. Byli tam wesołkowie, byli żonglerzy, tancerze, grajkowie, był czar pod wszelką postacią, było - wino. Wewnątrz - zbiór wszelakich cudów i bezpieczeństwo. Zewnątrz - Ś m i e r ć S z k a r ł a t n a. Na schyłku piątego czy szóstego miesiąca swego pobytu w warownych zaciszach, a w chwili najzapalczywszego po tamtej stronie murów srożenia się klęski - stało się, że książę Prospero uraczył tysiąc swych druhów płci obojej balem maskowym niesłychanego przepychu.
        Co za rozkoszna to była maskarada! Lecz niechże mi wprzód dane będzie opisać komnaty, w których się spełniła. Było ich siedem - w głównym przestrzale pałacu.
        W wielu zamkach ten szereg komnat tworzy długą, w prostej linii perspektywę, gdy skrzydła drzwi są na oścież, aż do zetknięcia się z obojgiem ścian rozwarte, tak że wzrok biegnie bez przeszkód do końca. W danym razie było zgoła inaczej, jak można się tego było spodziewać po księciu i po jego pochopnym do dziwów umyśle. Komnaty miały rozkład tak nieprawidłowy, iż oko nie mogło naraz ogarnąć więcej nad jedną. W odstępie dwudziestu lub trzydziestu jardów zjawiał się nagły zakręt - i przy każdym zakręcie - widok nowy. Po prawej i lewej stronie - w pośrodku każdej ściany wysokie a wąskie okno gotyckie wychodziło na ślepy korytarz, żłobiący się zgodnie z zawiłym rozkładem komnat. W każdym oknie tkwiły szyby o barwach, zastosowanych do głównego tonu w ozdobach komnaty należącej do okna. Na przykład - komnata we wschodnim skrzydle zamku miała obicie błękitne i okna z ciemnego błękitu. Drugą z kolei zdobiła i oblekała purpura, tedy szyby były purpurowe. Trzecia - do cna zielona z zielonymi oknami. Czwartą w stroju pomarańczowym - pomarańczowe rozwidniały okna. Piąta - biała. Szósta - fioletowa.
        Siódmą komnatę sztywnie oblekał czarny aksamit, przesłaniając całe sklepienie i mury, i ciężkimi zwojami opadając na dywan z tejże tkaniny i tej samej barwy. Atoli w tej wyjątkowej komnacie barwa okien nie odpowiadała wnętrzu. Szyby były szkarłatne, o skrzącej się barwie krwi.
        Tedy - w żadnej z siedmiu komnat - wśród gęstwy obficie rozrzuconych lub przypiętych do lamperii ozdób ze złota - nie bylo ani lampy, ani kandelabrów. Ani lamp, ani świec. Ani śladu jakichkolwiek w tym rodzaju rozwidleń w całym długim szeregu tych komnat. Wszakże w okalających je korytarzach, tuż pod każdym oknem tkwił olbrzymi trójnóg z płonącym zarzewiem, którego promienie przenikały poprzez barwne szyby, rzęsistym blaskiem olśniewając komnatę. Stąd był dostatek mieniących się barwą i fantastycznych widoków.
        Wszakże oświetlenie komnaty zachodniej, owej czarnej komnaty, kędy brzask zarzewia przez krwawe szyby strumienił się po czarnych aksamitach, było złowieszczo-straszliwe i przydawało twarzom zabłąkanych do wnętrza śmiałkom wyraz tak dziwny, że szczupła jeno garstka tancerzy zdobywała się na odwagę postawienia swej stopy w magicznym przybytku tej komnaty.
        W tej samej właśnie komnacie - u zachodniej ściany - stał olbrzymi zegar hebanowy. Wahadło jego kołysało się z głuchym, ciężkim, jednostajnym tykaniem i gdy wskazówka minutowa dokonała swego wokół tarczy obiegu, a godzina miała zadzwonić, z mosiężnych płuc olbrzyma dobywał się dźwięk czysty, donośny, głęboki i nad wyraz melodyjny, lecz o tonie tak swoistym i tak napiętym, że grajkowie kapeli co godzina musieli zaprzestawać na mgnienie swych akordów, aby słuchać gry godzin - tancerze wbrew woli poniechiwali swych wirowań. Chwilowy popłoch ogarniał wesołą gromadę - i widziano, jak przez cały czas brzmienia kurantów najzuchwalsi - bledli, a najstarsi wiekiem i najdojrzalsi umysłem prowadzili dłonią po czole niby w zadumie lub w gorączkowym majaczeniu. Lecz gdy ostatnie echo zamarło, skrzydlaty śmieszek przelatał po całym zgromadzeniu. Grajkowie spoglądali po sobie i, uśmiechając się na myśl o własnej wrażliwości i nierozsądku, ciszkiem przyrzekali sobie nawzajem, że następny śpiew kurantów nie wywrze na nich podobnego wrażenia, a później - po upływie sześćdziesięciu minut, brzemiennych trojgiem tysiąców i sześciorgiem secin sekund dopełnionej godziny, następował nowy śpiew nieodpartych kurantów i powtarzał się ten sam popłoch, ten sam dreszcz, te same majaczenia.
        Wszakże na przekór tym przerwom, orgia odznaczała się wesołością i przepychem. Upodobania księcia byly zgoła osobliwe. Miał oko wprawne w dziedzinie barw i efektów. Pogardzał wszelkim decorum mody. Jego zamiary były zuchwałe i dzikie, a pomysły olśniewały przepychem barbarzyńskim. Byli tacy, którzy go posądzali o szaleństwo. Jego dworzanie czuli dobrze, iż tak nie jest.
        Ze względu na tak wielką uroczystość, sam przeważnie zarządzał doborem ruchomych sprzętów w siedmiu komnatach i nakaz jego upodobań osobistych narzucił styl przebraniom. Doprawdy, były to pomysły dziwolążne. Było to wprost - wspaniałe, olśniewające! Była w tym - pokusa i fantazja - wiele z tego, co potem ujrzano w Hernanim. Były postacie calkiem arabeskowe, postrojone niedorzecznie, ukształtowane na przekór wszelkim prawidłom - dziwy potworne jak majaki. Było tam pod dostatkiem czaru, rozpusty i wybryków - źdźbło zgrozy i obfitość szkarady. Słowem, była to ciżba zmór, które kroczyly napuszyście - po siedmiu komnatach. I zmory owe wyprawiały wszelkiego rodzaju łamańce, brocząc barwami komnat - i rzekłbyś, iż spod ich stóp wysnuwały się dźwięki muzyki i że dziwaczne akordy kapeli były echem ich kroków.
        • napoj.chmielowy Klasyka cd. 30.06.09, 19:52
          A od czasu do czasu z komnaty aksamitnej dolatał rozdzwoniony śpiew hebanowego
          zegara. I wówczas - na okamgnienie wszystko nieruchomiało - wszystko milkło
          prócz głosu zegara. Zmory stygły, drętwiały w swych ruchach.
          Lecz oto - echa kurantów zamierały - ich śpiew trwał jeno przez chwilę
          - i zaledwo pierzchły, a już skrzydlaty i nie dotłumiony śmieszek trzepotał się
          wszędy. I znowu grzmiała kapela, i ożywiały się zmory - i kurczyły się w tak
          wesołych podrygach, jak nigdy, przyswajając sobie barwy okien, poprzez które
          strumienił się pożar trójnogów.
          Lecz żadna z masek nie śmiała już zabłąkać się się do komnaty, która
          tkwiła tam - na samym zachodzie - noc się bowiem zbliżała, i wzmożone w swej
          czerwieni światło napływało od przekrwionych szyb, a kruchość żałobnych draperii
          nabrała grozy. I dla śmiałka, który dotknął stopą żałobnych dywanów, zegar
          hebanowy rozbrzmiewał cięższym i uroczyściej potężnym śpiewem kurantów, niźli
          dla uszu masek wirujących w beztroskiej oddali pozostałych komnat.
          Komnaty owe roiły się od ludzi i życie tętniło w nich gorączkowym
          wrzeniem. Wir wesela trwał nieustannie, aż wreszcie północ wybiła na zegarze.
          Wówczas, jak już rzekłem, kapela zamarła. Kołowrotny rozpęd tancerzy - ustał i,
          jako dawniej, wszystko zaprawiło się trwożnym znieruchomieniem. Jeno tym razem
          krtań zegara miała dwanaście do wydzwonienia uderzeń - tedy łacno stać się
          mogło, iż więcej myśli wkradło się do zadumy tych, którzy wśród ciżby
          ucztujących podejmowali się - myślenia. I zapewne dla tej samej przyczyny
          niektóre z ciżby osoby, zanim jeszcze ostatnie echa ostatniego uderzenia
          roztajały w ciszy, zdążyły wypatrzeć obecność maski, która dotąd zgoła nie
          ściągnęła na siebie uwagi. I gdy szeptem podano sobie dokoła wieść o tym
          najściu, powstał wśród ciżby porozumiewawczy zgiełk i pomruk zdziwienia i
          niezadowolenia - a po nim nastąpił w końcu dreszcz strachu, zgrozy i wstrętu.
          Trzeba było niewątpliwie aż nazbyt niezwykłego zjawiska aby wywrzeć
          takie wrażenie na ciżbie takich, jak je opisałem, widziadeł. Swoboda zapustna
          tej nocy była wprawdzie bez mała nieograniczona, lecz osobistość, o ktorej mowa,
          prześcignęła pomysły Herodowe i przekroczyła względne skądinąd granice
          zakazanych przez księcia pozorów. W sercu ludzi najbardziej nieczułych są
          struny, które lada dotyk porusza.
          Nawet w duszy najbezpowrotniejszych zatraceńców - tych, dla których
          śmierć i życie jest zarówno igraszką, tkwi coś, z czym igrać nie można. Całe
          zatem zgromadzenie zdawało się do głębi wyczuwać niesmaczność i niewłaściwość
          zachowania się oraz ubioru nieznanego gościa. Osobistość była smukła i chuda, od
          stóp do głów opatulona w całun. Maska tająca oblicze tak trafnie wyobrażała
          twarz zasztywniałego trupa, że najszczegółowsze badanie z trudem wykryłoby
          fortel. Mimo to - wszyscy rozbawieni hulajdusze mogliby, jeśli nie pochwalić, w
          każdym razie ścierpieć ów żart potworny. Wszakże maska posunęła się aż do
          przyswojenia godeł Ś m i e r c i S z k a r ł a t n e j. Jej ubiór był
          pokalany krwią, a jej wysokie czoło oraz wszystkie zarysy twarzy były zbryzgane
          straszliwym szkarłatem.
          Gdy oczy księcia Prospero padły na tę postać widmową, która ruchem
          powolnym, uroczystym i napuszystym, jakby dla utrzymania się w roli, kroczyła tu
          i tam wpośród tancerzy, zauważono w pierwszej chwili, że pokurczył go gwałtowny
          dreszcz strachu czy też wstrętu, lecz w mgnienie potem - czoło jego
          spurpurowiało od gniewu.
          - Kto śmie - zapytał głosem ochrypłym stojących w pobliżu dworzan - kto
          śmie nam urągać tymi bluźnierczymi drwinami? Pochwyćcie go i pozbawcie maski,
          abyśmy poznali, kogo - skoro świt - mamy na murach stryczkiem pokarać?
          A gdy to mówił, znajdował się książę Prospero w komnacie wschodniej,
          czyli błękitnej. Słowa jego donośnie i wyraźnie zabrzmiały po wszystkich
          siedmiiu komnatach, gdyż książę był nieugięty i krzepki w sobie, zaś kapela
          zamarła na jego skinienie.
          A stało się, że w komnacie błękitnej przebywał książę mając po bokach
          świtę pobladłych dworzan.
          Początkowo, gdy mówił, świta nieznacznym ruchem pokwapiła się ku
          natrętowi, który przez chwilę był dostępny, a który obecnie krokiem śmiałym i
          majestatycznym zbliżał się coraz do księcia. Atoli pod wpływem jakiejś
          nieokreślonej trwogi, która ogarnęła całe zgromadzenie na widok niedorzecznego
          zuchwalstwa maski, nie było nikogo, co by dłoń na niej położył, tak, że nie
          znajdując żadnych przeszkód zjawiony przeszedł tuż o dwa kroki od księcia i
          podczas gdy niezliczone tłumy, jakby jednakiemu posłuszne odruchowi, odpłynęły
          od środka komnaty ku murom, szedł dalej - bez przerwy - tym samym uroczystym i
          miarowym krokiem, który go przed chwilą cechował, z komnaty błękitnej do komnaty
          purpurowej - z komnaty purpurowej - do komnaty zielonej - z zielonej do
          pomarańczowej - z owej do białej - z tej zaś do fioletowej, zanim poruszono się,
          aby go stanowczo zatrzymać.
          Wówczas jednak stało się, że książę Prospero, rozjątrzony gniewem i
          wstydem chwilowego tchórzostwa, rzucił się na oślep poprzez sześć komnat, dokąd
          nikt za nim nie pośpieszył, gdyż strach śmiertelny owładnął całym tłumem.
          Potrząsając obnażonym mieczem, zbliżył się na odległość trzech czy czterech
          kroków do uchodzącego zjawu, gdy nagle ów ostatni, dotarłszy do krańca komnaty
          aksamitnej, odwrócił się znienacka, stawiając czoło swemu prześladowcy. Rozległ
          się krzyk przenikliwy - i miecz, błysnąwszy, ześliznął się na żałobne dywany,
          gdzie książę Prospero padł martwy w chwilę potem.
          Wówczas, zdobywając się na ślepą odwagę rozpaczy, tłumy masek rzuciły
          się społem do czarnej komnaty - i schwyciwszy nieznajomego, który na kształt
          wyniosłego posągu trwał wyprostowany i nieruchomy w cieniu hebanowego zegara,
          doznały strachu bez nazwy stwierdzając naocznie, że pod całunem i pod trupią
          larwą, których pochwycenie kosztowało je tylu nadludzkich wysiłków żaden kształt
          namacalny nie ma swego pobytu.
          Rozpoznano wówczas obecność Ś m i e r c i S z k a r ł a t n e j.
          Przyszła jako złodziej nocny. I wszyscy biesiadnicy - jeden po drugim - padli w
          komnatach hulaszczych, skropionych rosą krwawego chrztu, i każdy skonał w
          rozpaczliwych odruchach swego upadku.
          I życie w zegarze hebanowym zamarło wraz z życiem ostatniego z tych
          wesołych chwatów. I żary trójnogów wygasły. I Ciemność, i Ruina, i Ś m i e r ć
          S z k a r ł a t n a rozpostarły wszędy swą władzę nieograniczoną.
          • napoj.chmielowy Wierzyć lekarzom? 21.02.10, 18:41
            Podsumowanie
            • kolejar Re: Wierzyć lekarzom? 22.02.10, 02:55
              Lek. med. Ewie Kopacz tak - nie wypierdoliła kasy budżetowej na szczepionki. A
              niech ją teraz dr Kochanowski pod Trybunał Stanu ciąga - ha, ha, hi, hi...
              A ja tymczasem znów na coś zapadłem - znaczy wycieka mi z nosa syf jakiś z krwią
              - to znów to cholerne od dziecka ostre zapalenie zatok + nosa + gardła
              wreszcie... Antybiotyków nie biorę, nie szczepiłem się. Alio pomoże i znów
              przejdzie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka