zuza1506
11.07.11, 22:22
Właśnie niedawno dowiedzielismy się że mama choruje na raka niedrobnokomorkowego pluc i ma rozległe przerzuty na kości, węzły chlonne oraz śródpiersie. Historia zaczęła sie od roku 2009 kiedy mama z powodu krwioplucia trafila do szpitala, gdzie przez okres pol roku miala robione liczne bronchoskopie prześwietlenia pluc itp. Nic niczego nie wykazywało. Po badaniu pet trafiła do specjalistycznego szpitala z podejrzeniem procesu nowotworowego i podejrzeniem przerzutow. Również miala robione badania jak wyżej i nic nie wykazywało obecności komórek nowotworowych. Wypisana do domu w stanie dobrym z zaleceniem kontroli w poradni pulmonologicznej. Przez okres dwóch lat robione naprezmian bronchoskopie z rtg klatki tomografami itp itd. W tym roku pod koniec lutego dostala okropnych boli krzyża gdzie po wizycie w szpitalu polozono ja na oddzial neurologiczny ze stwierdzeniem dyskopati lędźwiowej. po wyjściu ze szpitala non stop na przeciwbolowych lekarstwach znowu trafia tym razem do innego neurologa ktory mowi że ten bol to przerzuty na kości raka pluć - a my na to jakiego raka???? przecież żaden lekarz nic takiego nawet nie stwierdzil ani nie zasugerował. No to znowu do szpitala na pulmonologie rezonansy magnetyczne badania pet. no i liczne patologiczne złamania kręgoslupa oraz przerzuty jak cholera. Po badaniu pet lekarze którzy ją leczyli od 2009 - pulmonolodzy odsylają z kwitkiem mówiąc że to juz koniec że za poxno na wszystko że jej nie pomogą żeby jechać do innego szpitala. Jadę do tego ktory wskazali a następni żebysmy się cieszyli że mama żyła 2 lata że jej nie przyjmą bo oni też nie moga nic zrobić. żeby iść do neurologa i dzialac z tym kręgosłupem. Neurolog odsyla do neurochirurga. Neurochirurg do pulmonologa i kolko sie zamyka. Jestem bezradna i juz nie mam sił nie wiem gdzie iść. Szukam w internecie onkologa - idę prywatnie (zreszta polowa było prywatnie żeby szybko coś zacząć dzialać) wkońcu ten bierze dokumentację że załatwi w swoim szpitalu z pulmonologiem. Termin wyznaczony i po póltora tygodnia pobytu po wykonanej biopsji jest wynik - zły bo zły ale jest - możemy podjąc leczenie. i tak po czterech miesiącach zażywania leków przeciwbólowych możemy podjąć leczenie. Najpierw jedna duża dawka naświetlań na kręgosłup aby zlagodzic ból, potem chemioterapia. Którą mama dość dobrze znosila do dziś - zabrało ją pogotowie - silne skurcze żołądka biegunka z krwią i wymioty. Nie wiem czy to normalne czy nie ale wolalam żeby ja lekarz zobaczył i troche ulzył w bólu i cierpieniu. Nie mam jak jechać żeby z nią być. Mąż w pracy, dzieci śpią w domu. A tak bym chciała być z nią cały czas.Czasami nie mam siły i prawie się poddaję (dom, praca, dzieci, drugi dom -u mamy) - ale jak na nia patrzę i widzę że ma humor i dobrze się czuję to zapominam o wszystkim - staram sie ją wspierać a ona chyba mnie. Mama jest bardzo dzielna, dzielnie znosi ból i chyba wierzy w wyleczenie tego raka. Lekarze tez jej nie mówią że leczenie ma charakter paliatywny. Nic jej nie mowimy że to kwestia tygodni , miesięcy... Jest ciężko... Jutro z samego rana wsadzam dzieci do auta i pędze na szpital.