polimeraska
30.01.09, 22:37
Kochani,
odwiedzam i czuję się członkiem wspólnoty tego forum od ponad pół
roku...24 stycznia, rok temu odszedł mój Najukochańszy Tatuą, zmagał
się z nowotworem trzustki, w sumie nie zmagał się, walczył, walczył
do końca, najdzielniej jak tylko można sobie wyobrazić...Walczył
tak,byśmy my - ja, oje dwie młodsze siostry,moja mamka - nie czuły
jego bólu, jego cierpienie, jego smutku, tej najgorszej
świadmości,że opuszcza się najdroższe osoby, opuszcza na zawsze...i
tak sobie myślę, że to najbardziej boli, bolało mojego Tatę, boli
mnie do tej pory...tak okropna świadomość, świadomość, że pomału
nadchodzi czas pożegnania, czas odejścia...ból mi serce ściska, jak
wspominam całą historię choroby Taty...od początku czuł, wiedział,
że stoi na przegranej pozycji,a jednak do końca nie pozwolił nam
tego odczuć, do końca dzielnie walczył o każdą chwile z nami, byśmy
nie odczuły nigdy tego zalu, że nadchodzi koniec...to największy
heroizm ze strony człowieka,ojca,męża, który wie, że lada dzień
umrze...ostatni tydzień, kiedy lekarz z hospicjum domowego
powiedział mi i mamie na osobnośći, że musimy się przygotować na
najgorsze, tata była chyba najpogodniejszy w całym okresie swojej
choroby...nie mógł spać(nie wiem czyz bólu, czy po prostu chciał
wykorzystac każdą chwilę z nami), z mamą nie spałyśmy oststni
tydzień prawie w ogóle, a tato śmiał się i był taki pogodny...i tak
go pamiętam, i takiego nigdy nie zapomnę...takiego kochanego,
radosnego, takiego ciepłego i kochajacego nas ponad
wszytsko...cierpiał okropnie, ból był nieludzki,ostatnie trzy
miesiace były dla niego piekłem fizycznym...a jednak, w ostatnich
godzianch życia, kiedy juz prawie nie mógł mówić, jedyne co
wypowiadał, to"porozmawiać, porozmawiać", tak bardzo pragnął być z
nami jak najdłuzej, tak bardzo chciał żyć...skończył zaledwie 50
lat, zostawił trzy córki, uczące się, nie poznał swoich wnucząt, nie
poprowadzi nas do ołtarza, ale pozostanie w naszych sercah na
zawsze...mija rok, dzis rocznica pogrzebu...bół w sercu jest taki
sam jak rok temu, może nawet wiekszy bo dochodzxi tęsknota, ta
okropna tęsknota za tata, za jego głosem, uśmiechem, radą,
pomocą...za świadomością, że jest, że zjawi sie w środku nocy, kiedy
zajdzie potrzeba, że zostawi wszystko by byc przy nas, by nas
wspierać, zawsze i za wszelką cenę...
Mówią, że czas leczy rany, nie leczy, wcale nie jest lepiej, czuje
taki sam ból, jeszcze wiekszą tęsknotę, jeszcze większe poczucie
żalu, bezsilności i smutku...nie ma dnia, nie ma godziny, bym nie
pomyślała o Tacie...i jest mi z tym dobrze, czuję go w sobie, nie
umiem inaczej funkcjonować...
Chcę Wam wszytskim pożyczyć przede wszystkim sukcesów w leczeniu,w
walce z chorobą, w walce z bezsilnością, z zalem i goryczą...modlę
się o Was wszystkich razem i każdego z osobna, o siłę do walki i
siłę by przetrwać przegraną...nie poddawajcie się nigdy,wierzcie i
walczcie do końca, i bądźcie przy Waszych bliskich, bardziej i
mocniej niż kiedykolwiek w życiu...
najcieplejsze promyki ślę, czytwam Was codzień,jestem z Wami całym
sercem,
M.