Gość: Anna
IP: 216.233.72.*
05.12.03, 03:41
Ostatnie decyzje Holandii, Danii i Szwecji - państw, które wykręciły się z
obietnicy otwarcia swych rynków pracy dla obywateli państw wstępujących do
UE, rozwiały kolejne złudzenia wielu do niedawna jeszcze euroentuzjastów.
Szczególnie tych, dla których koronnym argumentem "za" były miraże
atrakcyjnej i dobrze płatnej pracy na Zachodzie. Tymczasem bardzo szybko
okazało się, że zamiast gwiazdki z nieba dostajemy figę z makiem.
Druga sprawa to zakres prac, jakie są dla nas zarezerwowane w unijnym "raju".
Już od lat obowiązują umowy międzynarodowe, na mocy których Polacy jeżdżą do
pracy na Zachód. Wystarczy jednak rzucić okiem na statystyki, by przekonać
się, że Zachodowi chodzi nie o stworzenie warunków dla rozwoju polskich
talentów, ale przede wszystkim o eksploatowanie taniej siły roboczej, i to w
warunkach, które urągają ludzkiej godności. W 2002 r. na mocy tych umów
wyjechało do pracy w siedmiu krajach Europy Zachodniej ok. 306 tys. osób, aż
295 tys. (96 proc.) - do prac sezonowych. W Niemczech pracowało 291 tys.
osób, w tym prawie 283 tys. (98,6 proc.) to pracownicy sezonowi, a więc
zatrudniani do pracy w rolnictwie i na budowach.
Za chlebem
Pani Agnieszka w tym roku przepracowała miesiąc w Niemczech. Zdecydowała się
na wyjazd, bo od dwóch lat nie mogli wraz z mężem skończyć urządzania
łazienki. Wydawałoby się, że nie wymaga to jakichś olbrzymich nakładów
finansowych, ale nawet niewielki remont w domu przekracza ich budżet domowy. -
Można wziąć kredyt, ale jak go potem spłacić? - zastanawiają się
małżonkowie.
Mieszkają w 20-tysięcznym miasteczku na tzw. ścianie wschodniej, na krańcach
województwa lubelskiego. Po urlopie wychowawczym pani Agnieszka nie ma szans
na zatrudnienie. Mąż pracuje, ale zarabia miesięcznie 700 zł. - Pracodawcy w
naszym mieście nie wychylają się z wyższym wynagrodzeniem. Jeśli ktoś się o
nie upomina, odpowiadają: "Idź pan tam, gdzie ci dadzą więcej" - twierdzi
pani Agnieszka. Za 700 zł trudno utrzymać 5-osobową rodzinę, a co mówić o
jakichś remontach, nawet drobnych! Wiele rodzin w tej miejscowości i w
okolicznych wioskach jest w podobnej sytuacji, dlatego mieszkańcy masowo
wyjeżdżają za granicę, by dorobić. Jednym potrzebne są pieniądze na remont
czy dokończenie budowy domu, innym na studia dla dzieci lub urządzenie
wesela, a niektórzy jadą, by mieć na podstawowe potrzeby - kurtki i buty dla
dzieci oraz na wyżywienie rodziny.
Bolesne rozstania
Pani Agnieszka już wcześniej wyjeżdżała "za chlebem". Wówczas jednak trafiała
do niewielkich gospodarstw rolnych, gdzie zatrudnionych było od kilku do
kilkunastu pracowników sezonowych. Ówczesne warunki: praca 11 godzin na dobę
i mieszkanie w piwnicy domu gospodarzy, gdzie mogli korzystać z łazienki,
wspomina jako luksus. Był tylko jeden mankament: niezbyt wysokie zarobki.
Tym razem, dzięki kuzynowi, dostała pracę w dużym
gospodarstwie "popegeerowskim" na terenie byłych Niemiec Wschodnich.
Twierdzi, że wyjazd się opłacił i z dumą pokazuje wykończoną przed kilkoma
dniami, gustownie urządzoną łazienkę.
- Niestety, dom jest stary i wymaga bieżących remontów, być może będę musiała
jeszcze raz pojechać do pracy - mówi pani Agnieszka, krzątając się po kuchni.
Zapach świeżo upieczonego ciasta zwabił 2,5-letnią Magdę i 4-letniego
Pawełka. - Najgorsze jest oddalenie od rodziny - dodaje po chwili namysłu.
Wiedziała wprawdzie, że zostawiona w domu trójka dzieci jest pod opieką
dziadków i męża, ale i tak ciągle o nich myślała. Miała doświadczenie po
swoim pierwszym wyjeździe, gdy jej najstarsza, wówczas 2,5-letnia córka tak
silnie przeżyła rozstanie, że po latach pamięta, jak była ubrana mama, gdy
widziała ją ostatni raz przed podróżą.
Jak w obozie
- Gdy żona dojechała na miejsce, zadzwoniła do domu i z płaczem powiedziała,
że jest przerażona i chce natychmiast wracać, bo zastała tu nie miejsce
pracy, ale obóz koncentracyjny - wtrąca mąż znad talerza z parującą zupą.
- Rzeczywiście, pierwsze wrażenia były przerażające - kontynuuje wątek pani
Agnieszka. - Wokół błoto po kostki, brud, smród, cuchnące obory, na wysypisku
całe hałdy śmieci, które wywożone są po trzech miesiącach. Coś okropnego!
Gdyby się tam znalazł nasz polski sanepid, zaraz kazaliby to zamknąć.
Niektórzy Polacy, gdy zobaczyli przyszłe miejsce pracy, nawet nie wysiadali z
autobusu, tylko wracali do domu. Inni śmiali się: "Zobaczcie, jak wejdziemy
do Unii, to tak będą wyglądały nasze gospodarstwa" - opowiada pani Agnieszka.
Kuchnia, gdzie przygotowywano dwa posiłki dla pracowników, znajdowała się w
starej oborze, która nie miała okien, tylko dziury w ścianach i dachu.
Kartofle gotowały się w jednym parniku, mięso dusiło w drugim. Pracownicy
jadali przy rozstawionych wokół drewnianych stołach. Nocowali zaś w małych,
metalowych kontenerach o wymiarach 2,5x3 m, wyposażonych w dwa piętrowe łóżka
i niewielkie szafki.
- Najgorzej było w upał, gdy w kontenerze czułyśmy się jak w piekarniku -
opowiada pani Agnieszka.
Jeśli zaś chodzi o higienę, to było "aż" 10 pryszniców na 350 osób, podczas
gdy wcześniej tylko jeden.
Praca non stop
Gospodarstwo, w którym pracowała pani Agnieszka, liczy ok. 1300 ha. Niektóre
kawałki ziemi oddalone są od "bazy" nawet o ok. 200 km. Na tym areale są
uprawiane szparagi, sałata, truskawki. Od wczesnej wiosny do jesieni przy
sadzeniu, pieleniu, zbiorze zatrudnionych jest w nim ok. 350 pracowników
sezonowych. Dla lepszej organizacji pracy i łatwiejszego rozliczania
przepracowanych godzin podzieleni są na grupy.
Właściciel całego gospodarstwa rzadko bywa na swoich włościach. W biurze
pracuje kilka Niemek, przy pracach polowych zatrudnieni są z reguły sami
Polacy. - W ubiegłych latach pracowali tu pojedynczy Niemcy, w tym roku już
ich nie było. Prawdopodobnie im się nie opłaca, chociaż dostawali stawkę
ponad 2-krotnie wyższą niż my - mówi pani Agnieszka. - Zresztą, pewnie nie
chcą pracować tak jak Polacy - okrągły tydzień.
Pracując normalnie, można zarobić w przeliczeniu ok. 3000 zł miesięcznie.
Polacy przywożą ponad dwa razy tyle, ale za to pracują w morderczych wręcz
warunkach.
- Jeśli chce się zarobić, to śpi się 2-3 godziny, a praca przeciętnie trwa
17,5 godziny na dobę. Ludzie kładą się spać o godz. 1.00 w nocy, a o godz.
3.00 już wstają, piją herbatę przy świeczkach i rozjeżdżają się na pola.
Trzeba być cały czas w gotowości, w gumowcach, z ubraniem na pole i na
sortownię, gdzie potrzebne są rękawice, fartuchy, bo nie wiadomo, w którym
momencie, w jakim miejscu się znajdziemy. Grupowy zgarnia ludzi z podwórka i
wiezie tam, gdzie akurat zaistnieje potrzeba.
Przez pierwsze trzy dni, gdy pani Agnieszka już dostała przydział do pracy,
spała w sumie dwie godziny. Rozpoczęła od sortowni - tam dyżury trwały 12
godzin - od północy do południa. - Praca była bardzo ciężka. Trzeba było
dźwigać skrzynki, wybierać szparagi z zimnej wody, od której drętwiały ręce,
szczególnie w nocy. Miałyśmy przy tym tylko jedną półgodzinną przerwę na
wypicie herbaty i zjedzenie kanapki, bez opuszczania swego stanowiska -
opowiada.
Gdy przyjechała żona właściciela gospodarstwa i zobaczyła, w jakich warunkach
pracują Polki, zabroniła zmian 12-godzinnych. Od tej pory kobiety pracowały
na 6-godzinnych zmianach.
Na polu
Następny tydzień pani Agnieszka przepracowała na polu oddalonym od "bazy" o
ok. 200 km. O ile jeszcze pracując na miejscu, można liczyć na dwa ciepłe
posiłki i w miarę normalne miejsce do spania, o tyle "w terenie" takich
luksusów już nie ma.
Na miejsce pracy kobiety były zawożone w wozach kempingowych. Na polu
pracownicy koczują przez tydzień, żywią się we własnym zakresie, najczęściej
konserwami zabranymi z domu. Biorą wodę z najbliższej stacji benzynowej, myją
się w miseczkach. W przyczepach spało po 8 kobiet - 3 na jednym łóżku i 5 na
drugim - "na waleta", jak śledzie w beczce.
Praca trwa cał