Dzięki po raz kolejny (mrs_ka,ddanna) za poruszenie kilku ważnych
wątków.
Od ogółu do szczegółu spróbuję

))
To co dla mnie z tego najważniejsz, a dotyczy pytania, jakie
pojawiło się na początku: co ja narobiłam?
Na szczęście nic złego, a nawet dobrego. Tak to intuicyjnie czułam.
I tak w rzeczywistości jest. Chodzi o dzieci. To jest dla mnie
najważniejsze. Może gdzieś w między czasie "zgubiłam siebie",
zafundowałam trochę krzywdy i "męczeństwa" - z tym sobie poradzę, i
w miarę łatwo "naprawię sobie krzywdę". To wniosek główny.
"ALE zdanie formułowane z pozycji kobiety dorosłej oraz byłej żony,
a nie matki. Myślę, że rozróżnienie jest na tyle jasne, że nie ma co
rozszerzać."
Rozróżnienie jest jasne i oczywiste... napisane. W realu jak widać
nie jest to wcale łatwe. I nie trudno pomylić "matczyną intuicję"
z "dumą urażonej eks". Dla mnie - dzięki Waszym postom - sprawa jest
dosć jasna. Moje dylematy wzięły się w dużej mierze z "krzywdy byłej
żony" wywołane niespodziewaną konforntacją z drugą stroną. I to jest
w sumie dobra informacja. Dlatego, że uspokaja moje sumienie co do
dotychczasowego postępowania wobec eksa z całym dobrobytem; ale też
daje informację nad czym dalej pracować, gdzie i jak mogę sobie
pomóc. Trochę przykre jest dla mnie to, że po paru latach pracy nad
sobą, ze swoimi emocjami itp. te "złe, rozwodowe" emocje są we mnie
nadal tak silne; szczerze myślałam że to już poza mną. (mimo
wszystko łatwiej jest chyba osobom, które weszły w następny, udany
związek; tylko czy trzeba czekać aż do tego momentu? - to temat na
zupełnie inny wątek, tu przekornie postawiony

)
Absolutnie nie oceniam swojej postawy jako "przesadnie
hojnej", "wspaniałomyślnej", oczekującej "docenienia"
czy "wdzięczności" czy "wykonywanej ponad obowiązek". Nie. Działałam
kierując się takimi a nie innymi potrzebami dzieci, rzadziej, ale
też - swoimi. Robiłam to, co uznałam i czułam za słuszne. Teraz
naszła mnie refleksja, żeby to ocenić i zrobić rachunek zysków i
strat.
"Być może na tym właśnie polegał Twój błąd, którego skutki teraz
boleśnie odczuwasz: zrobiłaś więcej, niż w istocie byłaś gotowa
zrobić. I przeliczyłaś się z własnymi siłami." Dokładnie tak się
stało, dlatego że "kierując się zasadą, gdzie dzieci i ich dobro
mają priorytet" wyprowadziłam samą siebie na manowce. W którymś
momencie skręciłam nie w te uliczkę, w którą chciałam i znalazłam
się w ślepym zaułku. Teraz próbuję wykręcić na główną.
Co do spotkania neksi - może i by mi dało spokój na czas kiedy
sprawuje opiekę nad dziećmi. Niestety nie jestem na to spotkanie
gotowa; na szczęscie zdaję sobie z tego sprawę. Mogłoby się zdarzyć,
że "kierując się zasadą, gdzie dzieci i ich dobro maja priorytet"
zgodziłabym sie na takie spotkanie i skończyłoby się np. ciężkim
załamaniem, skrajnie: narażeniem czyjegoś zdrowia lub życia. Dlatego
na takie spotkania konsekwetnie się nie zgadzam - nie mam woli, ani
ochoty na razie. "Zmuszenie się" dla dobra dzieci, mogłoby się
okazać wcale niedobre dla nich.
"Tak jak oczywisty jest kontakt ojca z dziećmi w pełnej rodzinie,
tak oczywisty jest kontakt ojca z dziećmi w rodzinie rozbitej."
Oczywisty.
"Dbanie o kontakty z drugim rodzicem, robienie mu dobrej prasy,
pozytywne wyrażanie się i tak dalej, widzę raczej jako obowiązek
matki/ojca, aniżeli łaskawość."
Tu się też zgadzam z ddanna. Bez przesady. To właśnie po trochu
robiłam - bardziej zabiegałam, żeby te kontakty były, żeby pamietał,
uczestniczył itd. Budowanie wizerunku "dobrego taty". Nie, niech
sobie tata wizerunek sam wyrabia u dzieci. Ja dbam o to, żeby nie
wkładać im mojego wizerunku "złego męża", bo to ich nie dotyczy, to
są relacje dorosłych. To jak go ocenią jako człowieka, ojca,
mężczyznę - moze nastąpi za parę lat. Ale to jest po ich stronie.
Co do komentarzy na temat neksi - nie ma takowych z mojej strony.
"Kierowanie się tym, czy eks mąż nas szanuje czy nie jest kompletnie
pozbawione sensu, bo nie jest to osoba, od ktorej czynów i postaw
powinno się uzalezniać własne samopoczucie czy opinię na temat
swojej wartości"
Sama prawda (jak trudna do zrozumienia - tak przy okazji). Stawianie
granic jest po mojej stronie - uszanowania własnych potrzeb,
stanowczo i jednoznacznie. Jesli to mi się uda - ten szacunek "z
zewnątrz" sam się "wyegzekwuje". Ja mogę z tym coś zrobić; inych nie
zmienię, mogę zmienic swoją ocenę sytuacji.
"Działanie się bowiem podejmuje nie celem wychowania tatusia i
nauczenia go wdzięczności czy szacunku do eks żony, ale celem
zrobienia dobrze dzieciom." Takie miałam intencje i motywację do
tej pory.
"Co oczywiście nie znaczy, że nalezy podporządkowywac własne plany
kaprysom ojca." Ponieważ jednak to się zdarzało - na moment
zwątpiłam.
"Raz zdarzyło się, że Mały powiedział do mamy moim imieniem. Chyba
powinna sobie rozdrapać twarz, a ona przyjęła to z humorem."
Przerobiliśmy

)). Po powrocie z wakacji imieniem neksi po kolei
uszczęśliwiane były różne osoby. No problem, to "zaburzenia
techniczne"

)))
Generalnie mam jeszcze jedną refleksję, wspomnianią gdzieś tam na
początku. Łatwiej jest przejść nad rolą matki-kobiety-żony - gdy
realizuje się je równorzędnie. Po "rozwodach nagłych", w sensie
porzuconych kobiet - ta rónowaga mocno jest zachwiana. Na długo.
Poczucie własnej wartości - jego utrata, mocno rzutuję na inne
aspekty i role społeczne i życiowe. Niełatwo jest oddzielić emocje
matczyno-kobiece. Wierzecie mi, długą drogę przebyłam od
tamtej "przed", "zaraz po rozwodzie" do tej "teraz". A mimo to
musiałam odrobić lekcję neksi. Zaliczyłam na 3 (bo ostatecznie jej
nie przywaliłam

)). Sadziłam jednak, że jestem do tego lepiej
przygotowana.
Wam dziękuję za darmowe korepetycje