zonka77
12.12.07, 17:58
umarła w niedzielę w nocy. Nagle. Jeszcze wieczorem rozmawiałyśmy a w nocy już
nie żyła.
Mój tata był przy jej śmierci - próbował ją ratować, przyjechało pogotowie,
długo ją reanimowali, bez żadnego skutku.
Kiedy w nocy zadzwonił telefon wiedziałam że stało się coś strasznego. Kiedy
brat w końcu powiedział te słowa "mama nie żyje" po prostu usiadłam i nie
mogłam mówić. Jestem dorosłą kobietą, sama jestem mamą a czułam się jak
malutka dziewczynka i byłam przerażona.
Jak to - moja mama? To nie jest możliwe, miała przyjechać w sobotę na występ
wnusi - to nie jest możliwe, 56 lat, trochę chorób ale nic bardzo poważnego...
Do rana nie do końca rozumiałam że to prawda. Zrozumiałam kiedy rano
przyjechaliśmy z mężem i córką do mojego rodzinnego miasta, do domu moich
rodziców, weszłam i zobaczyłam że dom jest pusty.
Moja siostra ma 14 lat. Znosi to dzielnie. Mój tatuś przygarbił się i
poszarzał ale też jest bardzo dzielny, mój brat również. Tylko co chwilę
któreś z nas oczywiście płacze.
Jutro pogrzeb. Ciężka chwila - tak bardzo chciałabym nie widzieć trumny. Tak
bardzo! Nie patrzeć jak ją zakopują...
Ale zniosę to i wszyscy to zniesiemy i właśnie dla tego tutaj piszę.
Chcemy stać i pokazać że to nie jest ropacz, bo nie musimy rozpaczać.
Jesteśmy wierzącymi ludźmi. Mama też była wierząca - Bóg dał nam i jej pewność
zbawienia i dla niej smierć nie jest końcem a początkiem.
Zawsze się bałam ze w obliczu tragedii wiara może mnie zawieść, tymczasem
dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek wiem że Bóg jest z nami i wszystko co robi
jest zaplanowane. Nie rozumiem tego ale akceptuję - kiedy zaczynam cierpieć,
modlę się i dostaję taki spokój że trudno uwierzyć, ba, nawet chwile radości
kiedy pomyślę że mama jest w niebie. Niepotrzebne są żadne leki nasenne ani
uspokajające.
Dla mnie cudem było kiedy moja mama - niepraktykująca i właściwie niewierząca
i dosyć wrogo nastawiona do wiary nawróciła się - razem z moim tatą. Najpierw
ja się nawróciłam a potem oni. Sądziłam że to niemożliwe że nawrócą i się i to
słysząc prośby i przekonania od wtedy kilkunastoletniej córki - a jednak.
Potem następnym cudem był mój przyszły mąż - niewierzący, drwiący z wiary,
ostatnia osoba o jakiej bym powiedziała że się nawróci.Nawet po ślubie nie
byłam pewna że jego nawrócenie się będzie prawdziwe. Dzisiaj codziennie słyszę
od niego o Bogu, w nocy kiedy dowiedziałam się że mama nie żyje modlił się ze
mną kilka godzin - on, który wczesniej nie bardzo potrafił wymówić słowo Bóg
czy imię Jezus.
I wiecie co - tak mocno czuję obecność Jezusa w naszym domu teraz że WIEM że
on JEST. To niemożliwe że tyle osób naraz dostaje wsparcie i siłę od kogoś
kogo nie ma - tego się nie da wytłumaczyć, trzeba poczuć tą falę spokoju
zalewającą serce.
I oczywiście jak pomyślę, spojrzę na coś przypominającego mamę to płaczę - ale
nie jest to bezdenna rozpacz tylko smutek i tęsknota. Jak przydługiej
nieobecności - np przez podróż.
To tyle, nie wiem czy moje świadectwo się komuś przyda jednak gorąco zachęcam
do powierzenia swoich smutków Bogu. Nie pytajcie DLA CZEGO. On to wie - i
tylko ON. Ja nie pytam, nie muszę tego wiedzieć. On wie a ja nie mam na to
wpływu i wiem ze jest dokładnie tak jak ma być i już.
pozdrawiam ciepło.
Aga