pollyanna38
29.12.12, 17:10
Nie wiem, od czego zacząć...
Może od przedstawienia sie-mam na imie marta, mam 38 lat, za sobą 13 lat małzeństwa, w którym nie czuję sie bezpeicznie, ba, nie czuję nawet kobietąMam tez dwoje cudownych dzieci, męża, rodziców, których nie interesuje specjalnie moje życie(a moze za bardzo interesuje) i jedyną przyjaciółkę oraz jej rodziców,którzy sa dla mnie teraz bardzo wazni, ale którzy też zaczynają tracic cierpliwośc.
Nie wiem, co we mnie jest takiego, co zrobiłam w życiu złego, czym zasłużyłam sobie na takie traktowanie. A moze po prostu miałam (mam) pecha?
Zacznę od życia za czasów panieńskich, od lat dziecinnych, młodzieńczych.
Zawsze byłam bardzo uzależniona od matki. Spałam z nią do 6 roku życia. Nie wyobrażałam sobie, że może gdzieś wyjść, wyjechać. Bardzo mi pomogła, kiedy chodziłam do szkoły, pilnowała z odrabianiem lekcji, planowała życie, nie pozwalając mi nigdy samej przejąc nad nim kontroli. Nie widziałam tego. Dopiero wtedy, gdy naturalną koleją rzeczy, zaczęłam rozglądać sie za koleżankami i chciałam spedzać z nimi czas, zorientowałąm sie, zę coś jest nie tak. Rodzice nie pozwalali mi nigdy na "legalne" posiadanie koleżanek, o jednej przyjaciółce, do której miałabym większe zaufanie, niż do nich, nawet nie wspomne. Nieważne, czy miałąm lat 10, 15 czy 24, czy też teraz, gdy mam 38, zawsze byłam zboczoną lesbiją, kiedy tylko orientowali sie, ze "mam" kogoś, komu ufam, ze z kimś sie zaprzyjaźniłam. Rodzice uważali, ze jako jedyni mają prawo do zapewnienia mi szczęścia, są jedynymi, którym mam prawo ufać i jedynymi, którzy są mi niezbedni do zycia.
Kiedy zaczęłam sie buntować przeciwko takiemu stanowi rzeczy i zawierać przyjaźnie i znajomosci bez wiedzy rodziców, zaczęli działąć "czynnie".Opowiem wam tylko dwie z historii, które budziły moje przerażenie i nie tylko moje, ale i osób, które to dotknęło bezposrednio.
Miałam 22 lata, pracowałąm w małej wiosce w szkole (jestem nauczycielką, moi rodzice również byli n-lami), studiowałam zaocznie na jednym kierunku z inną nauczycielka ode mnie ze szkoły. Co tydzień, tak jak odbywały sie zjazdy na uczelnię, przez dwa lata, wspomniana koleżanka (osoba 20 lat starsza ode mnie, wtedy - mężatka, matka trójki dzieci) zabierała mnie swoim samochodem na uczelnię i odwoziła z powrotem do domu. Dodam, ze ona mieszkała 10 km ode mnie i mogła jeździć po głownej trasie na uczelnię, ale po to, aby mi pomóc i abym nie musiała tłuc sie autobusami, podjeżdżała te 10 km. do mojej miejscowości. Odkąd rodzice dowiedzieli sie,z ę razem dojeżdżamy (dodam, że była to przyjacielska przysługa i koleżanka nie chciała za to ani grosza), surowo zakazali mi tych "konszachtów" - bo "co to, autobusów nie ma? a poza tym, co stara baba ma wspólnego z młodą dziewczyną? czego od ciebie chce? chyba ze obie jesteście zboczone!"". Ponieważ nie zrezygnowałąm ze wspomnianych dojazdow, któregoś zimowego wieczoru, kiedy koleżanka przywiozła mnie pod dom, ojciec (mój) wypadł do niej z awanturą, żeby zajęła sie sobą i swoim zyciem a nie omamianiem młodych dziewczyn, że powinna wreszcie zostawić mnie w spokoju i nie zatruwać mi życia. Koleżanka była w tak ogromnym szoku, ze ledwo dojachała do domu z powrotem. Przecież ona mi tylko pomagała, nie robiła nic złego. Niestety, po tym incydencie, stosunki miedzy nami sie popsuły, mimo że prosiłam, błagalam, przepraszalam za zachowanie ojca. Powiedziała "tak będzie lepiej dla Ciebie".
Do dzisiejszego dnia pracujemy razem, odzywamy sie do siebie, jest przesympatyczna starszą juz osobą wspaniała nauczycielka i bardzo dobrym człwoiekiem. Niestety, ojciec na zawsze popsuł układy między nami i nigdy już nie było jak dawniej.
Rodzice uważali, ze w życiu liczy sie wyłącznie rodzina - mąż ma żyć dla żony, żona dla męża, dzieci dla rodziców, rodzice dla dzieci. Wyłacznie. Rodzina to kokon. Żona (matka), mąż(ojciec) ani dzieci nie maja prawa mieć swoich przyjaciół, znajomych, a czas poza pracą i szkołą maja spędzać w domu. Jeśli miałam koleżanki - byłam lesbijką, jeśli mój brat miał kolegów - był pedałem albo narkomanem (tylko mój brat był odporniejszy psychicznie i olewał to, co rodzice mówili, bawiąc sie ich podejrzeniami poprzez np. podrzucanie wciaż węszącej w jego rzeczach matce, torebki z proszkiem do pieczenia, z którym to "towarem" mama latała do sanepidu i usiłowała znaleźć tam ślady marihuany).
Brat uwolnił sie opuszczajac dom w wieku 18 lat i idąc na studia, ja zostałam, bo uczelnia na która dojeżdżałam znjdowała sie zbyt blisko, aby mieszkać w akademiku. Zresztą mieszkając w akademiku, bylabym narazona na bezpośredni kontakt z innymi koleżankami/kolegami.
Po wspomnianym incydencie z koleżanką z pracy, rodzice dostali szału, abym wyszła za mąż. Miałam 23 lata - ich zdaniem, byłam już "starą panną". Nie prowadziłam zbytnio ożywionego życia towarzyskiego, nie chodziłam na imprezy (i to już nie z powodu zakazów rodzicow, po prostu nie miałam imprezowej natury - wolałam ksiażki, spokój i jedyne czego pragnęłam to jedna przyjaciółka, której mogłabym sie zwierzyc, wyjść na spacer, porozmawiać... albo chłopak - ale taki, którego pokochałabym i który by mnie nie ograniczał). Bałam się związku z facetem, bo wiedziałam, ze to jedyny ukłąd jaki zaakceptują rodzice, jednocześnie wzmagając zakaz spotykania sie z kimkolwiek innym. Poza tym, zyłam w przeświadczeniu, ze jestem lesbijką (co słyszałam od 5tego roku życia, dopiero potem dowiadujac się, co to za słowo i co ono oznacza) i bałam się, ze mężczyzna nie ma mieksca w moim życiu. Jednocześnie jak każda młoda dziewczyna, marzyłam o wielkim uczuciu, ale dobrowolnym, nie wymuszonym. W końcu w lokalnej gazecie pojawiło sie ogłoszenie chłopaka, który szukał dziewczyny. Odpwoiedziałam, mając dość ustyskiwań ze strony rodziców i chcąc wreszcie żyć "normalnie" (jak to mawiała moja mama). Kolega był ode mnie 2 lata młodszy, był maminsynkiem, próbującym zdobyc względy bardziej chyba moich rodziców niz moje. Udało mu się. Moi rodzice byli nim zachwyceni - ja mniej. Byłam przerażona, że może faktycznie nie umiem pokochac faceta. Chodzilismy ze sobą jakiś czas, ale ja naprawdę im bardziej on podlizywał sie moim rodzicom, tym większy wstręt do neigo czułam. Był maniakiem seksu, chciał ode mnie jednego, a ja broniłam sie rękami i nogami, bo nie chciałam robić tego z przypadkowym facetem, a miałamw rażenie że z tego naprawdę nic nie będzie. Zachowanie moich rodziców w czasie, gdy pojawił sie "chłopak" było już nie do zniesienia. Nie tylko nie mogłam sie z nikim spotykać, ale nawet kontakt telefoniczny z koleżankami miałam zabroniony (bo moze akurat kolega będzie dzwonił). W tym czasie w pracy pojawiła sie dziewczyna, z którą udało mi sie zaprzyjaźnić. Wiedziała o moich problemach, powiedziała, ze nie boi sie moich rodziców, uświadomiła mi, że mam prawo mieć koleżanki, ze nie muszę na siłę być z facetem, który nie jest w moim typie, bo zrobie sobie krzywdę. Ona miała chłopaka, wspaniała rodzinę i dopiero zobaczyłam jak moze wyglądac normalne życie. Z biegiem czasu rodzice poznali Anete i odtąd zaczął sie horror!!! Ubzdurali sobie, zę ona przeszkadza mi w kontaktach z nowym chłopakiem i przez nią nam sie nie układa. Zerwałam z ówczesnym chłopakiem, ale nie ze wzglądu na koleżankę, a po prostu dlatego, ze nie chciałam sobie robić krzywdy, wiążąc sie z człowiekiem, którego nie kochałam.Moja matka w akcie desperacji napisała list do Anety, w którym ostro opierniczyła ją o to, ze zajmowała mi czas, ze przez nia rozpadło sie moje życie, że ma dac mi spokój, ze mnie wykorzystuje, że oni - jako rodzice piszą to w dobrej wierze, ufając, zę odczepi sie ode mnie i da mi spokój. Wiedziałąm o tym liście, Aneta dała mi go do przeczytania... Przeraziłam sie. Przecież ja miałam 23 lata!!!!! Co prawda koleżanka nie przeraziła sie treścia listu i odpisaa moim rodzicom, żeby zaczęli sie leczyć, bo taka ingerencja w życie dorosłej córki jest nienormalna i mnie krzywdzi (cd. w następnym poście, przepraszam, boję się, ze sie nie zmieści)