b00g13
28.02.05, 00:57
Douglas Adams - Autostopem przez galaktykę
Tłumaczenie - A. Banaszak
Daleko, daleko, na nie objętych mapami peryferiach niemodnego krańca
Zachodniego Ramienia Spiralnego Galaktyki, znajduje się małe, niepozorne,
żółte słońce. W odległości jakichś dziewięćdziesięciu dwóch milionów mil
okrąża je kompletnie nic nie znacząca, maleńka, zielono-błękitna planeta, na
której pochodzące od małpy formy życia są tak niewiarygodnie prymitywne, że
wciąż jeszcze uważają zegarki elektroniczne za całkiem sprytny pomysł.
Planeta ta ma - a raczej miała - pewien problem polegający na tym, że
większość mieszkających na niej ludzi była przez większość czasu
nieszczęśliwa. Proponowano wiele rozwiązań tego problemu, lecz prawie każde z
nich opierało się głównie na ruchach małych, zielonych papierków, co jest
dosyć dziwne, bo w końcu to nie małe, zielone papierki były nieszczęśliwe.
I tak problem pozostał; mnóstwo ludzi było wrednych, ale większość
przygnębionych. Nawet ci z zegarkami elektronicznymi.
Wielu żywiło coraz mocniejsze przekonanie, że wszyscy popełnili wielki błąd,
schodząc z drzew. Niektórzy twierdzili, że nawet drzewa byty złym posunięciem
i że nigdy nie należało opuszczać w ogóle oceanów.
I oto nagle pewnego czwartku prawie dwa tysiące lat po tym, jak pewien
człowiek został przybity gwoździami do drzewa za to, że mówił, jak to byłoby
świetnie być dla odmiany miłymi dla siebie nawzajem, pewna dziewczyna siedząca
samotnie w małej kawiarni w Hickmansworth nagle zrozumiała, co przez cały czas
szło źle i wiedziała już, jak można sprawić, aby świat stał się dobrym i
szczęśliwym miejscem. Tym razem wszystko by się zgadzało, wszystko by
zadziałało i nikt nie zostałby do niczego przybity.
Jednakże, niestety, zanim zdążyła dotrzeć do telefonu i powiedzieć o tym
komukolwiek, zdarzyła się kompletnie idiotyczna katastrofa i idea została
stracona na zawsze.
Nie jest to historia tej dziewczyny.
Ale jest to historia owej komplefiie idiotycznej katastrofy i niektórych jej
konsekwencji.
Jest to również historia pewnej książki: przewodnika "Autostopem przez
Galaktykę". Nie była to jednak ziemska książka; nigdy nie wydano jej na Ziemi
i do czasu owej strasznej katastrofy nie słyszał o niej żaden Ziemianin.
Niemniej jednak jest to książka ze wszech miar godna uwagi.
W rzeczywistości była ona prawdopodobnie najbardziej godna uwagi ze wszystkich
książek, jakie kiedykolwiek wydały wielkie korporacje wydawnicze w Ursa Minor
- o których także nigdy nie słyszał żaden Ziemianin.
Jest to nie tylko ze wszech miar godna uwagi książka, ale również wielki
bestseller - bardziej popularny niż "Gwiezdny poradnik domowy", lepiej
sprzedający się niż "Następne pięćdziesiąt trzy rzeczy, jakie możecie robić w
zerowej grawitacji" i bardziej kontrowersyjny niż słynna trylogia filozoficzna
Odona Colluphida: "Gdzie Bóg popełnił błąd?", "Kilka innych największych
błędów Boga" i "Kim jest właściwie ten cały Bóg?"
W wielu bardziej zrelaksowanych cywilizacjach Zewnętrznej Wschodniej Krawędzi
Galaktyki przewodnik "Autostopem przez Galaktykę" zastąpił już wielka
"Encyklopedię Galactica" jako standardowa skarbnica wszelakiej wiedzy i
mądrości. Bo chociaż zawiera on wiele przeoczeń i fragmentów apokryficznych
lub co najmniej zawrotnie nieścisłych, ma jednak przewagę nad starszymi i
bardziej prozaicznymi dziełami pod dwoma ważnymi względami: po pierwsze, jest
trochę tańszy; po drugie, ma na okładce napis "Bez paniki", wydrukowany
dużymi, sympatycznymi literami.
Lecz historia owego okropnego i głupiego czwartku, historia jego niezwykłych
następstw oraz tego, jak konsekwencje te są nierozerwalnie związane z owi ze
wszech miar godną uwagi książką, zaczyna się bardzo prosto.
Zaczyna się od domu.
ROZDZIAŁ 1
Dom stał na niewielkim wzniesieniu, na samym skraju wsi. Byt to samotny
budynek górujący ponad szerokim pasem ziem uprawnych West Country. Nie było w
nim nic szczególnego. Około trzydziestoletni, zbudowany z cegły, kwadratowy i
przysadzisty. Od frontu miał cztery okna, których rozmiary i proporcje były
raczej niezbyt przyjemne dla oka.
Jedyną osobą, dla której dom ten mimo wszystko miał w sobie coś szczególnego,
był Artur Dent, ale tylko dlatego, iż przypadkiem był jego właścicielem.
Mieszkał w nim od trzech lat, odkąd wyprowadził się z Londynu, który źle
wpływał na stan jego nerwów. Artur Dent również miał około trzydziestki, był
wysoki, ciemnowłosy i nigdy nie czuł się naprawdę swobodnie. Najbardziej
denerwowało go to, że ludzie zawsze pytali, dlaczego jest taki zdenerwowany.
Pracował w miejscowej rozgłośni radiowej i ciągle powtarzał swoim znajomym, że
jest to znacznie bardziej interesujące niż mogłoby im się wydawać. I
rzeczywiście tak było. Większość jego znajomych pracowała w reklamie.
Całą noc ze środy na czwartek lał deszcz i droga zmieniła się w jedno wielkie
bajoro. Teraz słońce czysto i jasno świeciło na dom Artura Denta, świeciło -
jak się miało okazać - po raz ostatni.
Do Artura nie dotarło jeszcze całkowicie, że miejscowa rada zamierzała zburzyć
jego dom i zbudować w tym miejscu autostradę.
W czwartek o ósmej rano Artur nie czuł się zbyt dobrze. Obudził się z
wysiłkiem, wstał i niemrawo przespacerował się po pokoju. Otworzył okno,
zobaczył buldożer i powlókł się do łazienki.
- Pasta na szczotkę... dobrze. A teraz umyć zęby. Lusterko do golenia
wycelowane w sufit przez chwilę pokazywało odbicie drugiego buldożera za oknem
łazienki. Potem - gdy ustawił je właściwie zarost Artura. Zgolił go, opłukał
twarz, wytarł i poczłapał do kuchni, żeby znaleźć coś do zjedzenia. Czajnik,
gwizdek, lodówka, mleko, kawa. Ziewnął. Słowo "buldożer" błądziło po jego
głowie, szukając jakiegoś skojarzenia. Maszyna za oknem kuchni należała do
całkiem sporych. Gapił się na nią.
Żółty, pomyślał i powlókł się z powrotem do sypialni.
Przechodząc obok łazienki przystanął. Wypił szklankę wody, a po chwili jeszcze
jedną. Zaczął podejrzewać, że ma kaca. Dlaczego ma kaca? Czyżby poprzedniego
dnia pił? Przypuszczał, że pewnie tak. W lusterku mignął mu jakiś obraz.
Żółty, pomyślał znowu i ruszył do sypialni. Stanął i zastanawiał się. Pub,
pomyślał. O cholera, Pub!
Przypomniał sobie niejasno, że był zły. Zły z powodu czegoś, co wydawało mu
się ważne. Mówił o tym innym ludziom. Przypuszczał nawet, że dosyć
drobiazgowo. Jedyne wyraźne wspomnienie z tego wieczoru to dziwny wyraz ich
twarzy. Coś na temat nowej autostrady - o czym właśnie się dowiedział, a co
było w planach od miesięcy, tylko że nikt jakoś o tym nie mówił. Idiotyczne.
Wypił łyk wody.
Samo się jakoś załatwi, doszedł do wniosku. Komu potrzebna jest autostrada?
Rada nie ma nic do gadania. Samo się załatwi.
Niemniej jednak przyprawiło go to o potwornego kaca. Spojrzał na siebie w
lusterku szafy. Wystawił język.
Żółty, pomyślał. Słowo "żółty" błądziło po jego głowie, szukając jakiegoś
skojarzenia.
Piętnaście sekund później był na zewnątrz i leżał przed dużym, żółtym
buldożerem, który posuwał się w jego stronę po ogrodowej ścieżce.
Pan L. Prosser był, jak to mówią, tylko człowiekiem. Innymi słowy, był opartą
na węglu dwunożną formą życia pochodzącą od małpy. Dokładniej - miał około
czterdziestki, był gruby, wredny i pracował dla miejscowej rady. Chociaż może
to wydawać się osobliwe, był także w linii prostej męskim potomkiem
Dżyngis-chana, z czego nie zdawał sobie sprawy. Niemniej jednak pośrednie
pokolenia i wymieszanie ras tak poprzestawiały jego geny, że nie posiadał
żadnych dostrzegalnych cech mongoloidalnych. Jedyną pozostałością po wielkich
przodkach była u pana L. Prossera jego wyraźna otyłość oraz słabość do małych,
futrzanych kapelusików. Nie było w nim nic z wielkiego wojownika; w gruncie
rzeczy był małym, nerwowym i zaniepokojonym człowieczkiem.
Tego dnia był szczególnie zaniepokojony, ponieważ wyraźnie coś było nie w
porządku z jego zadaniem polegającym na dopilnowaniu, aby dom Artura Denta
został usunięty z drogi przed zachodem słońca.
- Niec