Dodaj do ulubionych

Autostopem przez galaktykę

28.02.05, 00:57
Douglas Adams - Autostopem przez galaktykę
Tłumaczenie - A. Banaszak

Daleko, daleko, na nie objętych mapami peryferiach niemodnego krańca
Zachodniego Ramienia Spiralnego Galaktyki, znajduje się małe, niepozorne,
żółte słońce. W odległości jakichś dziewięćdziesięciu dwóch milionów mil
okrąża je kompletnie nic nie znacząca, maleńka, zielono-błękitna planeta, na
której pochodzące od małpy formy życia są tak niewiarygodnie prymitywne, że
wciąż jeszcze uważają zegarki elektroniczne za całkiem sprytny pomysł.
Planeta ta ma - a raczej miała - pewien problem polegający na tym, że
większość mieszkających na niej ludzi była przez większość czasu
nieszczęśliwa. Proponowano wiele rozwiązań tego problemu, lecz prawie każde z
nich opierało się głównie na ruchach małych, zielonych papierków, co jest
dosyć dziwne, bo w końcu to nie małe, zielone papierki były nieszczęśliwe.

I tak problem pozostał; mnóstwo ludzi było wrednych, ale większość
przygnębionych. Nawet ci z zegarkami elektronicznymi.
Wielu żywiło coraz mocniejsze przekonanie, że wszyscy popełnili wielki błąd,
schodząc z drzew. Niektórzy twierdzili, że nawet drzewa byty złym posunięciem
i że nigdy nie należało opuszczać w ogóle oceanów.
I oto nagle pewnego czwartku prawie dwa tysiące lat po tym, jak pewien
człowiek został przybity gwoździami do drzewa za to, że mówił, jak to byłoby
świetnie być dla odmiany miłymi dla siebie nawzajem, pewna dziewczyna siedząca
samotnie w małej kawiarni w Hickmansworth nagle zrozumiała, co przez cały czas
szło źle i wiedziała już, jak można sprawić, aby świat stał się dobrym i
szczęśliwym miejscem. Tym razem wszystko by się zgadzało, wszystko by
zadziałało i nikt nie zostałby do niczego przybity.
Jednakże, niestety, zanim zdążyła dotrzeć do telefonu i powiedzieć o tym
komukolwiek, zdarzyła się kompletnie idiotyczna katastrofa i idea została
stracona na zawsze.
Nie jest to historia tej dziewczyny.
Ale jest to historia owej komplefiie idiotycznej katastrofy i niektórych jej
konsekwencji.
Jest to również historia pewnej książki: przewodnika "Autostopem przez
Galaktykę". Nie była to jednak ziemska książka; nigdy nie wydano jej na Ziemi
i do czasu owej strasznej katastrofy nie słyszał o niej żaden Ziemianin.
Niemniej jednak jest to książka ze wszech miar godna uwagi.
W rzeczywistości była ona prawdopodobnie najbardziej godna uwagi ze wszystkich
książek, jakie kiedykolwiek wydały wielkie korporacje wydawnicze w Ursa Minor
- o których także nigdy nie słyszał żaden Ziemianin.
Jest to nie tylko ze wszech miar godna uwagi książka, ale również wielki
bestseller - bardziej popularny niż "Gwiezdny poradnik domowy", lepiej
sprzedający się niż "Następne pięćdziesiąt trzy rzeczy, jakie możecie robić w
zerowej grawitacji" i bardziej kontrowersyjny niż słynna trylogia filozoficzna
Odona Colluphida: "Gdzie Bóg popełnił błąd?", "Kilka innych największych
błędów Boga" i "Kim jest właściwie ten cały Bóg?"
W wielu bardziej zrelaksowanych cywilizacjach Zewnętrznej Wschodniej Krawędzi
Galaktyki przewodnik "Autostopem przez Galaktykę" zastąpił już wielka
"Encyklopedię Galactica" jako standardowa skarbnica wszelakiej wiedzy i
mądrości. Bo chociaż zawiera on wiele przeoczeń i fragmentów apokryficznych
lub co najmniej zawrotnie nieścisłych, ma jednak przewagę nad starszymi i
bardziej prozaicznymi dziełami pod dwoma ważnymi względami: po pierwsze, jest
trochę tańszy; po drugie, ma na okładce napis "Bez paniki", wydrukowany
dużymi, sympatycznymi literami.
Lecz historia owego okropnego i głupiego czwartku, historia jego niezwykłych
następstw oraz tego, jak konsekwencje te są nierozerwalnie związane z owi ze
wszech miar godną uwagi książką, zaczyna się bardzo prosto.
Zaczyna się od domu.

ROZDZIAŁ 1

Dom stał na niewielkim wzniesieniu, na samym skraju wsi. Byt to samotny
budynek górujący ponad szerokim pasem ziem uprawnych West Country. Nie było w
nim nic szczególnego. Około trzydziestoletni, zbudowany z cegły, kwadratowy i
przysadzisty. Od frontu miał cztery okna, których rozmiary i proporcje były
raczej niezbyt przyjemne dla oka.
Jedyną osobą, dla której dom ten mimo wszystko miał w sobie coś szczególnego,
był Artur Dent, ale tylko dlatego, iż przypadkiem był jego właścicielem.
Mieszkał w nim od trzech lat, odkąd wyprowadził się z Londynu, który źle
wpływał na stan jego nerwów. Artur Dent również miał około trzydziestki, był
wysoki, ciemnowłosy i nigdy nie czuł się naprawdę swobodnie. Najbardziej
denerwowało go to, że ludzie zawsze pytali, dlaczego jest taki zdenerwowany.
Pracował w miejscowej rozgłośni radiowej i ciągle powtarzał swoim znajomym, że
jest to znacznie bardziej interesujące niż mogłoby im się wydawać. I
rzeczywiście tak było. Większość jego znajomych pracowała w reklamie.
Całą noc ze środy na czwartek lał deszcz i droga zmieniła się w jedno wielkie
bajoro. Teraz słońce czysto i jasno świeciło na dom Artura Denta, świeciło -
jak się miało okazać - po raz ostatni.
Do Artura nie dotarło jeszcze całkowicie, że miejscowa rada zamierzała zburzyć
jego dom i zbudować w tym miejscu autostradę.
W czwartek o ósmej rano Artur nie czuł się zbyt dobrze. Obudził się z
wysiłkiem, wstał i niemrawo przespacerował się po pokoju. Otworzył okno,
zobaczył buldożer i powlókł się do łazienki.
- Pasta na szczotkę... dobrze. A teraz umyć zęby. Lusterko do golenia
wycelowane w sufit przez chwilę pokazywało odbicie drugiego buldożera za oknem
łazienki. Potem - gdy ustawił je właściwie zarost Artura. Zgolił go, opłukał
twarz, wytarł i poczłapał do kuchni, żeby znaleźć coś do zjedzenia. Czajnik,
gwizdek, lodówka, mleko, kawa. Ziewnął. Słowo "buldożer" błądziło po jego
głowie, szukając jakiegoś skojarzenia. Maszyna za oknem kuchni należała do
całkiem sporych. Gapił się na nią.
Żółty, pomyślał i powlókł się z powrotem do sypialni.
Przechodząc obok łazienki przystanął. Wypił szklankę wody, a po chwili jeszcze
jedną. Zaczął podejrzewać, że ma kaca. Dlaczego ma kaca? Czyżby poprzedniego
dnia pił? Przypuszczał, że pewnie tak. W lusterku mignął mu jakiś obraz.
Żółty, pomyślał znowu i ruszył do sypialni. Stanął i zastanawiał się. Pub,
pomyślał. O cholera, Pub!
Przypomniał sobie niejasno, że był zły. Zły z powodu czegoś, co wydawało mu
się ważne. Mówił o tym innym ludziom. Przypuszczał nawet, że dosyć
drobiazgowo. Jedyne wyraźne wspomnienie z tego wieczoru to dziwny wyraz ich
twarzy. Coś na temat nowej autostrady - o czym właśnie się dowiedział, a co
było w planach od miesięcy, tylko że nikt jakoś o tym nie mówił. Idiotyczne.
Wypił łyk wody.
Samo się jakoś załatwi, doszedł do wniosku. Komu potrzebna jest autostrada?
Rada nie ma nic do gadania. Samo się załatwi.
Niemniej jednak przyprawiło go to o potwornego kaca. Spojrzał na siebie w
lusterku szafy. Wystawił język.
Żółty, pomyślał. Słowo "żółty" błądziło po jego głowie, szukając jakiegoś
skojarzenia.
Piętnaście sekund później był na zewnątrz i leżał przed dużym, żółtym
buldożerem, który posuwał się w jego stronę po ogrodowej ścieżce.
Pan L. Prosser był, jak to mówią, tylko człowiekiem. Innymi słowy, był opartą
na węglu dwunożną formą życia pochodzącą od małpy. Dokładniej - miał około
czterdziestki, był gruby, wredny i pracował dla miejscowej rady. Chociaż może
to wydawać się osobliwe, był także w linii prostej męskim potomkiem
Dżyngis-chana, z czego nie zdawał sobie sprawy. Niemniej jednak pośrednie
pokolenia i wymieszanie ras tak poprzestawiały jego geny, że nie posiadał
żadnych dostrzegalnych cech mongoloidalnych. Jedyną pozostałością po wielkich
przodkach była u pana L. Prossera jego wyraźna otyłość oraz słabość do małych,
futrzanych kapelusików. Nie było w nim nic z wielkiego wojownika; w gruncie
rzeczy był małym, nerwowym i zaniepokojonym człowieczkiem.
Tego dnia był szczególnie zaniepokojony, ponieważ wyraźnie coś było nie w
porządku z jego zadaniem polegającym na dopilnowaniu, aby dom Artura Denta
został usunięty z drogi przed zachodem słońca.
- Niec
Obserwuj wątek
    • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:00
      Artura Denta został usunięty z drogi przed zachodem słońca.
      - Niech pan da spokój, panie Dent - powiedział. - Przecież pan wie, że z nami
      pan nie wygra. Nie będzie pan leżał przed buldożerem bez końca.
      Spróbował zmusić swoje oczy do miotania błyskawic, ale nic z tego nie wyszło.
      Artur ułożył się w błocie i chlapnął na niego.
      - To taka gra - powiedział. - Zobaczymy, kto pierwszy zardzewieje.
      - Sądzę, że musi się pan z tym pogodzić - podjął pan Prosser, chwytając swój
      futrzany kapelusik i obracając go na głowie. - Ta autostrada ma być zbudowana i
      będzie zbudowana!
      - Pierwsze słyszę - odparł Artur. - Dlaczego ma być zbudowana?
      Prosser pogroził mu palcem raz i drugi.
      - Co chce pan przez to powiedzieć, dlaczego ma być zbudowana? - zapytał. - To
      autostrada, a autostrady trzeba budować.
      Autostrady to takie urządzenia, które pozwalają ludziom przemieszczać się bardzo
      szybko z punktu A do punktu B, podczas gdy inni ludzie przemieszczają się bardzo
      szybko z punktu B do punktu A. Natomiast ludzie mieszkający w punkcie C, który
      jest dokładnie pośrodku, mają skłonność do zastanawiania się: co takiego
      wspaniałego jest w punkcie A, że tylu ludzi z punktu B chce się tam jak
      najprędzej dostać i co jest takiego wspaniałego w punkcie B, że tylu ludzi z
      punktu A chce się jak najszybciej dostać do punktu B? Ci z punktu C chcieliby,
      żeby ludzie zdecydowali się raz na zawsze, gdzie, do cholery, chcą być.
      Pan Prosser tymczasem chciał być w punkcie D. Punkt D nie leżał w żadnym
      szczególnym miejscu. Był to po prostu jakikolwiek dogodny punkt leżący bardzo
      daleko od punktów A, B i C. Miałby tam ładny domek z toporami nad drzwiami i
      spędzałby dowolną ilość czasu w punkcie E, który byłby najbliższym pubem. Jego
      żona chciała oczywiście pnące róże, ale on wolał topory. Nie wiedział dlaczego;
      po prostu je lubił.
      Prosser poczuł na twarzy palące wypieki pod wpływem szyderczych uśmieszków
      operatorów buldożerów. Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą, ale na obu
      było mu równie niewygodnie. Najwyraźniej ktoś tu był przerażająco niekompetentny
      i pan Prosser pokładał w Bogu nadzieję, że to nie on.
      - Wie pan, w odpowiednim czasie miał pan pełne prawo odwołać się od tej decyzji
      - odezwał się.
      - W odpowiednim czasie?! - wrzasnął Artur. W odpowiednim czasie?! Po raz
      pierwszy dowiedziałem się o tym wczoraj, kiedy do mojego domu przyszedł
      robotnik! Zapytałem go, czy przyszedł umyć okna, a on odpowiedział, że nie, że
      przyszedł zburzyć mój dom. Oczywiście nie powiedział mi tego od razu. O nie!
      Najpierw przetarł parę okien i zażądał piątaka. Dopiero wtedy mi o tym powiedział.
      - Ależ panie Dent, plany były do wglądu w miejscowym biurze planowania przez
      ostatnie dziewięć miesięcy.
      - O tak, wczoraj po południu, jak tylko się o tym dowiedziałem, natychmiast
      poszedłem je obejrzeć. Nie zadał pan sobie szczególnie wiele trudu, żeby zwrócić
      na nie czyjąś uwagę, prawda? Na przykład żeby komuś o nich powiedzieć.
      - Ależ plany były na wystawie...
      - Na wystawie? Aby je znaleźć, musiałem ostatecznie zejść do piwnicy!
      - To właśnie dział wystaw. - Z latarką!
      - Cóż, pewnie zabrakło prądu. - Schodów też.
      - Ale w końcu znalazł pan te plany, prawda? - O tak! - warknął Artur. - W końcu
      je znalazłem. Były na wystawie, na dnie zamkniętej na klucz szafki, którą
      wepchnięto do nieczynnej ubikacji z napisem na drzwiach: Uwaga, zły lampart!
      Nad ich głowami przepłynęła chmura. Rzuciła cień na Artura Denta leżącego w
      zimnym błocie i podpierającego się łokciem. Chmura rzuciła cień na dom Artura
      Denta. Pan Prosser zmarszczył na ten widok brwi.
      - Nie powiem, żeby to był szczególnie ładny dom - zauważył.
      - Trudno. Tak się składa, że mnie się podoba. - Autostrada też się panu spodoba.
      - Niech się pan zamknie - powiedział Artur Dent. - Niech się pan zamknie i
      zabiera stąd!

      I weźmie ze sobą tg cholerną autostradę. Nie ma pan prawa podnieść na mnie palca
      i dobrze pan o tym wie!
      Usta Prossera otworzyły się i zamknęły kilka razy, podczas gdy jego umysł
      wypełniony był przez chwilę niewytłumaczalną, aczkolwiek niezwykle pociągającą
      wizją domu Artura Denta ogarniętego przez płomienie, a samego Artura
      wybiegającego z krzykiem z płonącej ruiny, z co najmniej trzema solidnymi
      włóczniami sterczącymi w plecach. Pana Prossera często nawiedzały podobne wizje,
      wprawiając go w takich chwilach w silne zdenerwowanie. Również teraz jąkał się
      przez moment, zanim wreszcie doszedł do siebie.
      - Panie Dent - powiedział - czy wie pan, jakiego uszczerbku doznałby ten
      buldożer, gdybym na przykład wpadł na pomysł, aby pozwolić mu przejechać po panu?
      - Jakiego?
      - Dokładnie żadnego - poinformował go pan Prosser, zastanawiając się, skąd się
      wzięło w jego głowie tysiąc włochatych, wrzeszczących na niego jeźdźców.
      Dziwnym zbiegiem okoliczności stwierdzenie "dokładnie żadnego" doskonale
      określało przekonanie Artura Denta, że jeden z jego najbliższych przyjaciół nie
      urodził się, jak twierdził, w Guildford, ale na małej planecie w okolicach
      Betelgeuzy. Arturowi coś takiego nigdy w życiu nie przyszłoby do głowy.
      Jego przyjaciel przybył na Ziemię jakieś piętnaście lat temu i włożył wiele
      wysiłku w to, aby wtopić się w ziemskie społeczeństwo, z pewnym - trzeba mu
      to przyznać - sukcesem. Na przykład spędził owe piętnaście lat, udając
      bezrobotnego aktora, co było wystarczająco wiarygodne. Jednak przez swoją
      niedbałość popełnił pewien błąd. Ponieważ chciał zaoszczędzić na badaniach
      przygotowawczych, w świetle informacji, które zebrał, uznał że nazwisko "Ford
      Prefect" będzie wystarczająco pospolite i nie będzie się zbytnio rzucało w oczy.
      Ford nie był wysoki, a rysy jego twarzy, choć uderzające, nie były specjalnie
      przystojne. Miał sztywne, rudawe włosy, na skroniach zaczesane do tyłu. Skóra na
      jego nosie wydawała się trochę napięta. Było w nim coś dziwacznego, chociaż
      trudno było określić co. Może to, że jego oczy nie mrugały wystarczająco często,
      a komuś kto rozmawiał z nim przez dłuższy czas, oczy zaczynały mimowolnie
      łzawić... Może to, że uśmiechał się zbyt szeroko i wywierał na ludziach
      obezwładniające wrażenie, że szykuje się, aby skoczyć im do gardła.
      Większość jego znajomych na Ziemi uważała go za osobnika ekscentrycznego -
      niesfornego pijaczka o pewnych osobliwych nawykach. Miał na przykład w zwyczaju
      pojawiać się bez zaproszenia na przyjęciach uniwersyteckich, gdzie upijał się, a
      potem wyśmiewał z każdego napotkanego tam astrofizyka tak długo, aż go
      wyrzucano. Czasami nachodził go dziwny, oderwany nastrój. Wpatrywał się wtedy w
      niebo jak zahipnotyzowany, aż wreszcie ktoś go pytał, po co to robi. Czuł się w
      takich momentach jak przyłapany na czymś niewłaściwym, jednak po chwili
      rozluźniał się i uśmiechał szeroko:

      - Szukam po prostu latających talerzy - odpowiadał żartem, a wszyscy wybuchali
      śmiechem i pytali, jakich. - Zielonych - mówił z szyderczym wyrazem twarzy i
      wybuchał dzikim śmiechem. Potem pędził nagle do najbliższego baru i wypijał
      niesamowite ilości alkoholu.
      Wieczory tego rodzaju zwykle kończyły się źle. Zalany w trupa Ford zaciągał w
      kąt jakąś dziewczynę i tłumaczył jej bełkotliwie, że tak naprawdę kolor
      latających talerzy nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Zaś późną nocą, zataczając
      się po ulicach w kompletnym zamroczeniu, pytał mijających go policjantów, czy
      nie znają drogi do Betelgeuzy. Policjanci zwykle odpowiadali coś w rodzaju:
      - Czy nie uważa pan, że powinien już pan iść do domu, sir?
      - Właśnie próbuję, chłopcze, właśnie próbuję stwierdzał Ford nieodmiennie przy
      takich okazjach. Lecz tak naprawdę, gdy wpatrywał się nocą w nie
      bo, szukał jakiegokolwiek latającego talerza. Mówił, że zielonego, ponieważ
      zielony był tradycyjnym kolorem kombinezonów kosmicznych agentów handlowych
      Betelgeuzy.
      Ford Prefect czekał z desperacją, aż pojawi się wreszcie jakikolwiek latający
      talerz - piętnaście lat to zbyt długi czas na utknięcie gdziekolwiek, a
      szczególnie w miejscu tak niesamowicie nudnym jak Ziemia. Pragnął, żeby szybko
      pojawił s
      • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:07
        Ford Prefect czekał z desperacją, aż pojawi się wreszcie jakikolwiek latający
        talerz - piętnaście lat to zbyt długi czas na utknięcie gdziekolwiek, a
        szczególnie w miejscu tak niesamowicie nudnym jak Ziemia. Pragnął, żeby szybko
        pojawił się jakiś latający talerz, ponieważ wiedział, jak je zatrzymywać i
        zabierać się na ich pokład. Wiedział też, jak można zobaczyć cuda wszechświata
        za mniej niż trzydzieści altairiańskich dolarów dziennie.
        W rzeczywistości Ford Prefect pracował jako wędrowny badacz dla owego ze wszech
        miar godnego uwagi przewodnika ",Autostopem przez Galaktykę".
        Istoty ludzkie mają wielką zdolność adaptacji, toteż zanim nadszedł czas lunchu,
        życie w okolicy domu Artura Denta popadło w ustaloną rutynę. Każdy grał swoją
        rolę. Rola Artura polegała na leżeniu i chlupotaniu w błocie, i domaganiu się od
        czasu do czasu spotkania z prawnikiem, z matką lub z dobrą książką. Do roli pana
        Prossera należało sporadyczne apelowanie do Artura nowymi pogadankami z cyklu:
        "Dla dobra publicznego", "Marsz postępu" czy też "Wie pan, mój dom też pewnego
        dnia został zburzony, ale nigdy do tego nie wracam", jak i rozmaitymi
        pochlebstwami i pogróżkami. Natomiast rolą operatorów było siedzenie, picie kawy
        i zastanawianie się, czy dałoby się za pomocą przepisów związkowych skorzystać
        finansowo na całej tej sytuacji.
        Ziemia poruszała się powoli swoim dziennym kursem. Słońce zaczynało wysuszać
        błoto, w którym leżał Artur. Znowu przesunął się po nim cień.
        - Cześć Artur - powiedział cień.
        Artur spojrzał w górę i mrużąc oczy od słońca, ze zdumieniem zobaczył nad sobą
        Forda Prefecta.
        - Cześć Ford. Jak leci?
        - Świetnie - odpowiedział Ford. - Słuchaj, czy jesteś zajęty?
        - Czy jestem zajęty?! - wykrzyknął Artur. - No... mam co prawda wszystkie te
        buldożery i inne rzeczy,

        przed którymi muszę tu leżeć, bo chcą zburzyć mój dom, ale poza tym... Nie, nie
        robię nic specjalnego, a co?
        Na Betelgeuzie nie istnieje sarkazm, toteż Ford Prefect często go nie zauważał,
        jeżeli nie był dostatecznie skoncentrowany. Powiedział więc:
        - Dobra, gdzie moglibyśmy porozmawiać? - Co? - zapytał Artur.
        Na kilka sekund Ford najwyraźniej go zignorował, wpatrując się uparcie w niebo
        jak królik, który usiłuje zostać przejechany przez samochód, a potem
        niespodziewanie przykucnął obok Artura.
        - Musimy porozmawiać - rzekł ponaglająco. - Świetnie - odparł Artur. -
        Rozmawiajmy. - I napić się - dodał Ford. - Musimy koniecznie porozmawiać i napić
        się. Natychmiast. Pójdziemy do pubu we wsi.
        Znów popatrzył na niebo, niespokojny i wyczekujący.
        - Słuchaj, czy to do ciebie nie dociera?! - wrzasnął Artur i wskazał Prossera. -
        Ten facet chce zburzyć mój dom!
        Ford z lekkim zaciekawieniem rzucił na niego okiem.
        - No tak, ale może to przecież zrobić, kiedy ciebie tu nie będzie, prawda?
        - Ale ja nie chcę! - Aha.
        - Co się z tobą dzieje, Ford? - spytał Artur.
        - Nic się ze mną nie dzieje. Posłuchaj, muszę ci powiedzieć najważniejszą rzecz,
        jaką kiedykolwiek
        usłyszałeś. Muszę powiedzieć ci to natychmiast i muszę to zrobić w barze "Pod
        Koniem i Stajennym". - A dlaczego tam?
        - Bo będzie ci potrzebny bardzo solidny drink. Ford wpatrywał się uparcie w
        Artura i Artur stwierdził ze zdumieniem, że jego siła woli zaczyna słabnąć. Nie
        wiedział, że to z powodu starej gry, której Ford nauczył się w
        hiperprzestrzennych portach obsługujących pas kopalni mandranity w systemie
        gwiezdnym Orion Beta.
        Gra podobna była do ziemskiej gry nazywanej "Indiańskimi zapasami". Jej zasady
        były bardzo proste: Dwóch zawodników siadało po dwóch stronach stołu, a przed
        każdym z nich stała szklanka. Pomiędzy nimi ustawiano butelkę Old Janx Spirit.
        Następnie każdy z zawodników koncentrował swą siłę woli na butelce, próbując
        przechylić ją i nalać alkoholu do szklanki przeciwnika, który musiał ją wtedy
        wypić. Butelkę napełniano ponownie i rozgrywano kolejną rundę. A po niej
        kolejną. Jeżeli któryś z zawodników zaczął przegrywać, najprawdopodobniej
        przegrywał potem cały czas, ponieważ jednym z efektów Old Janx Spirit było
        osłabienie sił telepsychicznych. Gdy tylko ustalona ilość alkoholu została
        skonsumowana, przegrywający musiał wykonać jakieś zadanie, które najczęściej
        bywało nieprzyzwoite biologicznie.
        Ford Prefect zazwyczaj grał, aby przegrać.
        Teraz wpatrywał się uparcie w Artura, który zaczynał dochodzić do wniosku, że
        być może mimo wszystko chce pójść do baru "Pod Koniem i Stajennym".

        - Ale co z moim domem? - zapytał płaczliwie. Ford spojrzał na pana Prossera i
        nagle wpadł mu do głowy perfidny pomysł.
        - On chce zburzyć twój dom? - Tak. Chce zbudować...
        - I nie może, bo ty leżysz przed jego buldożerami?
        - Tak, i...
        - Jestem pewien, że możemy dojść do porozumienia - stwierdził Ford. -
        Przepraszam na chwilę! Pan Prosser właśnie dyskutował z przedstawicielem
        operatorów buldożerów o tym, czy Artur Dent stanowi zagrożenie dla ich zdrowia
        psychicznego, a jeżeli tak, to ile im się za to należy. Przerwał, zaniepokojony
        tym, że Artur ma towarzysza.
        - Czy pan Dent namyślił się już? - spytał.
        - A czy możemy na chwilę założyć - odpowiedział Ford - że nie?
        - Więc? - westchnął pan Prosser.
        - Czy możemy także założyć - ciągnął Ford że zamierza zostać tu przez cały dzień?
        - A więc?
        - Więc pańscy ludzie będą tu stać przez cały dzień nic nie robiąc?
        - Być może, być może...
        - A zatem, skoro pan i tak zrezygnował z burzenia domu, w gruncie rzeczy nie
        potrzebuje pan, by Artur leżał tu przez cały czas, prawda?
        - Hm?
        - W gruncie rzeczy - wyjaśnił Ford cierpliwie nie potrzebuje go pan tutaj.
        Pan Prosser zastanawiał się nad tym.
        - No, niezupełnie... - odpowiedział. - Niezupełnie potrzebuję...
        Pan Prosser był trochę zdezorientowany. Obawiał się, że jeden z nich mówi nie
        całkiem do rzeczy.
        - Jeżeli więc zgodziłby się pan przyjąć, że jest on tu cały czas, to on i ja
        moglibyśmy na pół godziny wyskoczyć do pubu. Co pan na to? - rzekł Ford.
        Pan Prosser był zdania, że myśl ta jest zupełnie obłąkana.
        - Myśl ta jest zupełnie rozsądna - powiedział uspokajającym tonem, zastanawiając
        się jednocześnie, kogo próbuje uspokoić.
        - A jeżeli potem pan będzie miał ochotę wybrać się na jednego - dodał Ford -
        zawsze możemy się panu zrewanżować.
        - Bardzo dziękuję - odpowiedział Prosser, nie mając zielonego pojęcia, jak to
        dalej rozegrać. Dziękuję bardzo, tak, to niezwykle uprzejmie...
        Zmarszczył bawi, uśmiechnął się i spróbował zrobić obie te rzeczy naraz. Nie
        wyszło mu. Nerwowo chwycił swój futrzany kapelusik i obrócił go na czubku głowy.
        Mógł tylko przypuszczać, że właśnie odniósł zwycięstwo.
        - A zatem - kontynuował Ford Prefect - czy mógłby pan podejść tu i położyć się?
        - Co takiego? - spytał pan Prosser.
        - O, przepraszam - rzekł Ford. - Może nie wyraziłem się dostatecznie jasno. Ktoś
        musi leżeć przed buldożerami, prawda? W przeciwnym razie nic ich nie powstrzyma
        przed zburzeniem domu pana Denta, nieprawdaż?

        - Co takiego? - powtórzył pan Prosser.
        - To bardzo proste - wyjaśnił Ford. - Mój klient, pan Dent, mówi, iż przestanie
        leżeć w błocie tylko i wyłącznie pod warunkiem, że pan przyjdzie tu i go zastąpi.
        - O czym ty mówisz? - zapytał Artur, ale Ford trącił go butem, żeby był cicho.
        - Chce pan - mówił Prosser, powoli oswajając się z nową myślą - abym przyszedł i
        położył się...?
        - Tak.
        - Przed buldożerem? - Tak.
        - Zamiast pana Denta? - Tak.
        - W błocie?
        - W, jak pan to ujął, błocie.
        Gdy tylko pan Prosser zdał sobie sprawę, że pomimo wszystko to właśnie on
        poniósł porażkę, poczuł się tak, jakby wielki ciężar spadł mu z ramion. To
        wszystko przekraczało jego pojęcie o świecie. Westchnął.
        - W zamian za co pan pójdzie z panem Dentem do pubu?
        - Dokładnie - potwierdził Ford. - Dokładnie tak.
        Pan Prosser zrobił kilka nerwowych kroków w przód i przystanął.
        - Słowo? - zapytał.
        - Słowo - odpowiedział Ford i odwrócił się do Artura. - Wstawaj - rzekł. -
        Wstawaj i zrób miejsce panu Prosserowi.
        Artur podniósł się, mając wrażenie, że śni. Ford skinął na Prossera, który
        usiadł niez
        • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:10
          Artur podniósł się, mając wrażenie, że śni. Ford skinął na Prossera, który
          usiadł niezgrabnie w błocie. Miał uczucie, że całe jego życie jest czymś w
          rodzaju snu i zastanawiał się, kto go śni i czy jest to sen przyjemny. &oto
          otoczyło go aż po pas i natychmiast dostało się do butów.
          Ford spojrzał na niego surowo.
          - I żadnego podstępnego burzenia domu pana Denta pod jego nieobecność, dobrze?
          - Samo przypuszczenie - warknął Prosser - że coś takiego przyszłoby mi na myśl -
          ciągnął dalej, sadowiąc się w błocie - nie postało mi nawet w głowie.
          Ujrzał nadchodzącego przedstawiciela związków zawodowych i zamykając oczy,
          odchylił głowę do tyłu. Usiłował uporządkować sobie argumenty dowodzące, że jego
          osoba nie stanowi teraz zagrożenia dla zdrowia psychicznego operatorów
          buldożerów. Sam był daleki od pewności w tej kwestii - jego umysł był
          najwyraźniej pełen zgiełku, koni, dymu i zapachu krwi. Zdarzało mu się to za
          każdym razem, gdy czuł się nieszczęśliwy czy wystrychnięty na dudka i nigdy nie
          był w stanie sobie tego wytłumaczyć. W innym wymiarze, o którym nie mamy
          pojęcia, potężny chan ryczał z wściekłości, ale pan Prosser jedynie trząsł się
          lekko i popiskiwał. Poczuł słabe ukłucia wody pod powiekami. Biurokratyczny
          chaos, rozzłoszczeni faceci leżący w błocie, niepojęci nieznajomi zadający
          niewytłumaczalne upokorzenia i nie zidentyfikowana armia jeźdźców wyśmiewających
          się z niego w jego własnej głowie - co za dzień!
          Co za dzień! Ford Prefect wiedział, że nie dałby nawet funta kłaków, aby ocalić
          dom Artura Denta. Teraz nie miało to jednak żadnego znaczenia.
          Niepokój Artura nie zmalał.
          - Ale czy możemy mu ufać? - zapytał.
          - Ja osobiście ufałbym mu do końca świata odparł Ford.
          - Aha - powiedział Artur - to znaczy jak długo?
          - Jakieś dwanaście minut. Idziemy, muszę się napić.

          ROZDZIAŁ 2

          Oto, co "Encyklopedia Galactica" mówi na temat alkoholu. Twierdzi, że alkohol to
          bezbarwna, lotna ciecz otrzymywana w procesie fermentacji cukrów. Odnotowuje
          również odurzający efekt, jaki wywiera on na pewne formy życia. Przewodnik
          ",Autostopem przez Galaktykę" również wspomina o alkoholu. Mówi, że najlepszy
          drink, jaki kiedykolwiek istniał, to Pangalaktyczny Dynamit Pitny.
          Informuje, że efekt wypicia tego trunku można opisać jako zmiażdżenie mózgu
          plasterkiem cytryny owiniętym wokół wielkiej cegły ze złota. Podaje też, na
          jakich planetach można dostać najlepiej zmiksowany Pangalaktyczny Dynamit Pitny,
          jakiej ceny należy się spodziewać i jakie organizacje charytatywne zajmują się
          pomocą przy późniejszej rehabilitacji.
          Przewodnik podaje nawet przepis na ów koktajl: porcję Old daru Spirit wlać do
          jednej porcji wody z mórz Santraginusa V, dodać trzy kostki mega-ginu i
          wymieszać, aby roztopiły się w roztworze. Kostki , muszą być odpowiednio
          zamrożone, by nie ulotniła się z nich benzyna. Roztwór połączyć z czterema

          litrami falliańskiego gazu błotnego o właściwościach musujących (ku pamięci tych
          szczęśliwców, którzy umarli z rozkoszy na bagnach Fallii). Na grzbiecie srebrnej
          łyżki odmierzyć miarkę qualactińskiego ekstraktu hipermięty, zawierającego
          wszystkie oszałamiające zapachy ciemnej strefy Qualactiny o subtelnej,
          mistycznej słodyczy. Dodać ząb algoliańskiego tygrysa słonecznego. Patrzeć jak
          się rozpuszcza, rozpalając głęboko w sercu koktajlu płomienie algoliańskich
          Słońc. Spryskać Zamphuorem. Dodać oliwkę. Wypić... ale... bardzo ostrożnie.
          - Sześć dużych piw - powiedział Ford do barmana "Pod Koniem i Stajennym". - I
          proszę się pośpieszyć. Nadchodzi koniec świata.
          Barman "Pod Koniem i Stajennym" nie zasługiwał na tego rodzaju traktowanie. Był
          pełnym godności starszym panem. Poprawił okulary na nosie i spojrzał ze
          zdziwieniem na Forda Prefecta. Ford zignorował go i zapatrzył się w okno, barman
          spojrzał więc na Artura, który nic nie mówiąc, bezradnie wzruszył ramionami.
          - Naprawdę? Pogoda w sam raz - powiedział barman i zaczął napełniać kufle. Po
          chwili spróbował jeszcze raz: - Zamierza pan oglądać dzisiejszy mecz?
          Ford zmierzył go wzrokiem.
          - Nie. Nie ma sensu - odparł i ponownie przeniósł wzrok na okno.
          - Dlaczego? Czyżby uważał pan, że wynik jest przesądzony? - zapytał. - Arsenal
          bez szans?
          - Nie, nie - odpowiedział Ford. - Po prostu nadchodzi koniec świata.
          - Tak, już pan to mówił - rzekł barman, patrząc sponad okularów tym razem na
          Artura. - Upiecze się Arsenalowi, jeśli to prawda.
          Ford spojrzał na niego szczerze zaskoczony.
          - No, niezupełnie - mruknął i zmarszczyt bawi. Barman głośno wciągnął powietrze.
          - Proszę, oto pańskie sześć dużych piw - powiedział.
          Artur uśmiechnął się do niego blado i znowu wzruszył ramionami. Odwrócił się z
          tym samym uśmiechem do reszty gości, na wszelki wypadek, gdyby ktoś słyszał
          rozmowę przy barze. Nikt nic nie słyszał, nie mogli więc zrozumieć, dlaczego
          Artur się do nich uśmiecha.
          Facet siedzący obok Forda przy barze spojrzał na dwóch mężczyzn, potem na sześć
          dużych piw, przeprowadził w myśli obliczenia, otrzymał wynik, który mu się
          spodobał, i wyszczerzył do nich zęby w głupawym, pełnym nadziei uśmiechu.
          - Odczep się, to nasze! - powiedział Ford i rzucił mu spojrzenie, które
          sprawiłoby, że algoliański tygrys słoneczny bez zwłoki powróciłby do przerwanej
          czynności. Położył na ladę banknot pięciofuntowy. - Proszę
          • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:13
            - Odczep się, to nasze! - powiedział Ford i rzucił mu spojrzenie, które
            sprawiłoby, że algoliański tygrys słoneczny bez zwłoki powróciłby do przerwanej
            czynności. Położył na ladę banknot pięciofuntowy. - Proszę zatrzymać resztę - rzekł.
            - Z pięciu funtów? Dziękuję.
            - Zostało panu dziesięć minut, żeby to wydać. Barman zdecydował się trochę odsunąć.
            - Ford - spytał Artur - czy mógłbyś mi powiedzieć, co tu się, do cholery, dzieje?
            - Napij się - powiedział Ford. - Musisz wypić te trzy piwa.

            - Trzy piwa? - zapytał Artur. - W porze lunchu?
            Facet obok Forda wyszczerzył zęby i z satysfakcją pokiwał głową. Ford zignorował go.
            - Czas to złudzenie - rzekł do Artura. - Niech będzie podwójna pora lunchu.
            - Bardzo głębokie - odparł Artur. - Powinieneś wysłać to do "Readers Digest".
            Mają tam stronę dla takich jak ty.
            - Napij się.
            - Czemu akurat trzy duże piwa?
            - Piwo powoduje rozluźnienie mięśni. - Rozluźnienie mięśni?
            - Rozluźnienie mięśni. Artur spojrzał na swoje piwo.
            - Czy zrobiłem dzisiaj coś złego? - zapytał. Czy też świat zawsze był taki, a ja
            byłem zbyt zajęty sobą, żeby to zauważyć?
            - W porządku - odpowiedział Ford. - Spróbuję ci to wytłumaczyć. Jak długo się znamy?
            - Jak długo? - zastanowił się Artur. - No, jakieś pięć lat. Może sześć, i przez
            większość tego czasu wydawało mi się, że ma to trochę sensu.
            - W porządku - rzekł Ford. - Jak byś zareagował, gdybym ci powiedział, że nie
            jestem jednak z Guildford, ale z małej planety gdzieś w pobliżu Betelgeuzy?
            Artur wzruszył ramionami.
            - Nie wiem - odparł, pociągając łyk piwa. Dlaczego wydaje ci się, że mógłbyś coś
            takiego powiedzieć?
            Ford poddał sig. Naprawdę nie warto było przejmować się tym w obliczu
            nadchodzącego końca świata. Powiedział więc tylko:
            - Napij sig. - I dodał absolutnie zgodnie z prawdą,: - Nadchodzi koniec świata.
            Artur znów uśmiechnął się słabo do reszty gości. Reszta gości zmarszczyła na to
            brwi. Jakiś facet zamachał do niego, żeby przestał się do nich uśmiechać i zajął
            własnymi sprawami.
            - Dziś musi być czwartek - powiedział do siebie Artur, pochylając się nad piwem.
            - Nigdy nie mogłem się połapać, o co chodzi w czwartki.

            ROZDZIAŁ 3

            Tego właśnie czwartku jakiś obiekt przemieszczał się cicho przez jonosferę wiele
            mil ponad powierzchnią planety; kilka obiektów - dokładnie mówiąc, kilka tuzinów
            olbrzymich, żółtych, klockowatych obiektów - wielkich jak biurowce i
            bezszelestnych jak ptaki. Poruszały się z łatwością rozgrzane
            elektromagnetycznymi promieniami gwiazdy Sol, zabijając czas przegrupowaniami i
            przygotowaniami.
            Planeta pod nimi była prawie absolutnie nieświadoma ich obecności, dokładnie tak
            jak sobie tego życzyli. Olbrzymie, żółte obiekty przesunęły się nie zauważone
            nad Goonhill, minęły Przylądek Canaveral, nie wywołując żadnej reakcji radarów.
            Woomera i Jodrell Bank patrzyły dokładnie na wskroś nich trochę szkoda, bo było
            to właśnie to, czego szukały przez wszystkie te lata. Tylko jedno urządzenie na
            Ziemi zarejestrowało ich obecność. Był to mały, czarny przedmiot, nazwany
            sub-etha sens-o-manc, który zamrugał sam do siebie. Znajdował się w czeluści
            skórzanej torby, którą Ford Prefect nosił zawsze na szyi. Zawartość owej torby
            była dość ciekawa
            i sprawiłaby, że oczy każdego fizyka na Ziemi wyszłyby na wierzch. Dlatego Ford
            Prefect ukrywał ją zawsze pod kilkoma wyświechtanymi egzemplarzami sztuk, w
            których rzekomo ubiegał się o rolę. Oprócz sub-etha sens-o-manca i upchanych na
            wierzchu sztuk Ford miał też elektroniczny kciuk - krótki, gruby, czarny pręt
            gładki i matowy, z kilkoma płaskimi przełącznikami i tarczami na jednym końcu.
            Miał także urządzenie, które wyglądało na coś w rodzaju sporego elektronicznego
            kalkulatora. Miało ono około stu małych, płaskich przycisków i dwuipółcalowy
            ekran, na którym w mgnieniu oka można było wyświetlić którąkolwiek z miliona
            "stronic". Całe urządzenie sprawiało wrażenie obłędnie skomplikowanego i to był
            jeden z powodów, dla którego na jego plastikowej obudowie znajdował się
            wydrukowany dużymi literami napis "Bez paniki!" Inna sprawa, że urządzenie to
            było najbardziej godną uwagi książką, jaka kiedykolwiek została wydana przez
            wielkie korporacje wydawnicze w Ursa Minor. Był to przewodnik "Autostopem przez
            Galaktykę", a został wydany w postaci mikrosubmezonowego komponentu
            elektronicznego dlatego, że gdyby wydrukowano go jako tradycyjną książkę,
            międzyplanetarny autostopowicz, który chciałby wozić ją ze sobą, potrzebowałby
            na to kilku nieporęcznie wielkich budynków.
            Oprócz tego Ford Prefect miał w swojej torbie kilka długopisów, notatnik i duży
            ręcznik kąpielowy od Marksa i Spencera.
            Przewodnik "Autostopem przez Galaktykę" ma do powiedzenia kilka rzeczy na temat
            ręczników.

            Ręcznik, mówi, to najbardziej nieprawdopodobnie użyteczna rzecz, jaką może
            posiadać międzyplanetarny autostopowicz. Częściowo dlatego, że ma olbrzymie
            zastosowanie praktyczne. Można owinąć się nim dla ochrony przed chłodem,
            przemierzając zimne księżyce Jaglana Beta; można położyć się na nim na
            roziskrzonych, marmurowych piaskach plaż Santraginusa V, wdychając odurzające
            morskie powietrze; można przykryć się nim, śpiąc pod czerwonymi gwiazdami na
            opuszczonym świecie Kalffafoonu; można posłużyć się nim jak żaglem, płynąc małą
            tratwą w dół powolnej rzeki Moth; zmoczyć go i używać jako broni w walce wręcz;
            zawinąć na głowie dla ochrony przed szkodliwymi wyziewami lub wzrokiem
            żarłocznego Bugblattera, bestii z Traala (nieprawdopodobnie tępe zwierzę, które
            uważa, że jeżeli ty go nie widzisz, ono też cię nie widzi. Głupie jak szczotka,
            ale naprawdę niezwykle żarłoczne); w razie niebezpieczeństwa wymachując
            ręcznikiem, można dawać sygnały alarmowe - no i oczywiście można wycierać się
            nim, jeżeli ciągle jeszcze jest dostatecznie czysty.
            Co więcej, ręcznik ma ogromne znaczenie psychologiczne. Tak się składa, że
            jeżeli jakiś strag (strag: nie-autostopowicz) stwierdzi, że autostopowicz ma
            przy sobie ręcznik, automatycznie dochodzi do wniosku, że posiada on także
            szczotkę do zębów, ręczniczek do twarzy, mydło, puszkę sucharów, termos, kompas,
            mapy, kłębek sznurka, spray przeciw komarom, płaszcz przeciwdeszczowy,
            kombinezon próżniowy i tak dalej. Ponadto strag pożyczy chętnie autostopowiczowi
            któryś z tych czy jakikolwiek inny przedmiot, który autostopowicz mógłby
            przypadkowo "zgubić". Pomyśli sobie też, że ktoś, kto przemierzył autostopem
            Galaktykę wzdłuż i wszerz, znosił niewygody, walczył na przekór wszystkim
            przeciwnościom, zwyciężał i ciągle wiedział, gdzie ma ręcznik - jest bez
            wątpienia człowiekiem, z którym należy się liczyć.
            Stąd wzięło się powiedzenie, które weszło do slangu autostopowiczów: Hej, czy
            wihasz tego zażytnego froda, Forda Prefecta? Ten to wie, gdzie ma ręcznik.
            (Wihać - znać, wiedzieć, spotkać, uprawiać seks; zażytny - zadziwiająco
            przytomny facet; frod - naprawdę zadziwiająco przytomny facet. )
            Spoczywając wygodnie na ręczniku w torbie Forda Prefecta, sub-etha sens-o-manc
            zaczął mrugać szybciej. Wiele mil ponad powierzchnią planety olbrzymie, żółte
            obiekty zaczęły ustawiać się w szyku. W Jodrell Bank ktoś doszedł do wniosku, że
            najwyższy czas na filiżankę herbaty.
            - Masz przy sobie ręcznik? - zapytał znienacka Ford.
            Artur, z trudem wlewając w siebie trzecie piwo, rozejrzał się wokoło.
            - Dlaczego? Ą co, powinienem? - Dał sobie spokój z okazywaniem zdziwienia. Nie
            miało to żadnego sensu.
            Ford cmoknął z irytacją. - Pij szybciej - ponaglił.
            • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:15
              Ford cmoknął z irytacją. - Pij szybciej - ponaglił.

              W tej chwili dotarł do nich głuchy, dudniący łoskot z zewnątrz, przefiltrowany
              przez szmer rozmów w pubie, dźwięk grającej szafy i czkawkę faceta przy barze,
              któremu Ford postawił w końcu whisky.
              Artur zakrztusił się piwem i zerwał na równe nogi. - Co to? - krzyknął.
              - Nie przejmuj się - powiedział Ford. - Jeszcze nie zaczęli.
              - Dzięki Bogu - westchnął Artur i usiadł.
              - Pewnie tylko burzą twój dom - dodał Ford, kończąc ostatnie piwo.
              - Co? - wrzasnął Artur. Rozejrzał się dziko i podbiegł do okna. - O Boże,
              naprawdę! Burzą mój dom! Co ja, do cholery, robię w tym pubie, Ford?
              - Na tym etapie nie robi to specjalnej różnicy - odpowiedział Ford. - Niech mają
              trochę zabawy.
              - Zabawy?! - ryknął Artur. - Zabawy! - Jeszcze raz rzucił okiem na widok za
              oknem, żeby sprawdzić, czy na pewno mówią o tym samym. - Do cholery z ich
              zabawą! - krzyknął i wybiegł z pubu, wymachując z furią prawie pustym kuflem.
              Tego dnia jakoś nie zyskał sobie w pubie nowych przyjaciół. Przestańcie,
              wandale! Przeklęci burzyciele! Obłąkani Wizygoci, przestaniecie czy nie?!
              Ford wiedział, że musi pójść za nim. Odwrócił się szybko do barmana i poprosił o
              cztery paczki fistaszków.
              - Proszę, sir - powiedział barman, rzucając fistaszki na bar. - Dwadzieścia
              osiem pensów, jeśli pan pozwoli.
              Ford był niezwykle uprzejmy, wręczył barmanowi następny banknot pięciofuntowy i
              powiedział, aby zatrzymał dla siebie resztę. Barman spojrzał na banknot, a potem
              na Forda. Nagle zadrżał - odebrał bowiem przelotne i zupełnie niezrozumiałe
              wrażenie. Coś, czego nie doświadczył jeszcze żaden mieszkaniec Ziemi. W chwilach
              wielkiego napięcia każda forma życia wysyła bowiem delikatny, podświadomy
              sygnał, który w sposób dokładny, prawie patetyczny przekazuje odczucie
              odległości, jaka dzieli ową formę życia od miejsca jej narodzin. Na Ziemi nigdy
              nie można być dalej niż szesnaście tysięcy mil od miejsca urodzenia, co wcale
              nie jest taką dużą odległością, więc sygnały są zbyt słabe, aby można je
              odebrać. Ford Prefect był w tej chwili pod upływem wielkiego napięcia, a urodził
              się na planecie odległej o sześćset lat świetlnych od Ziemi.
              Barman zachwiał się uderzony porażającym odczuciem niepojętej odległości. Nie
              wiedział, co to znaczy, ale spojrzał na Forda Prefecta z nowym uczuciem
              respektu, a nawet lęku.
              - Naprawdę, sir? - odezwał się cichym szeptem, który sprawił, że w pubie
              momentalnie zapadła cisza. Naprawdę uważa pan, że nadchodzi koniec świata?
              - Tak - odpowiedział Ford. - Dziś po południu?
              . Ford poczuł, że wraca jego dobre samopoczucie. - Tak - rzekł pogodnie. -
              Według moich obliczeń za niecałe dwie minuty.
              Barman nie mógł uwierzyć w rozmowę, którą prowadził, ale nie mógł także
              zapomnieć wrażenia, takiego doświadczył przed chwilą.


              - Czy nie można niczego zrobić? - zapytał.
              - Nie, nie można - odpowiedział Ford, wpychając fistaszki do kieszeni.
              Ktoś zaśmiał się ochryple w zupełnie cichym pubie. Facet przy barze był już
              trochę wstawiony. Podniósł przymglone oczy na Forda.
              - Wydawało mi się - powiedział - że gdy nadchodzi koniec świata, trzeba się
              położyć albo nałożyć na głowę papierową torbę czy coś w tym rodzaju.
              - Owszem, jeśli ma pan ochotę - odrzekł Ford.
              - Tak mówili w wojsku - dodał facet, z trudem przenosząc wzrok z powrotem na
              swoją whisky.
              - Czy to coś pomoże? - zapytał barman.
              - Nie - odpowiedział Ford i posłał mu przyjacielski uśmiech. - Przepraszam
              bardzo, muszę już iść. Skinął ręką na pożegnanie i wyszedł.
              W pubie jeszcze przez chwilę panowała cisza, a potem, ku zakłopotaniu
              wszystkich, facet o ochrypłym głosie zaśmiał się znowu. Dziewczyna, którą
              przywlókł tu ze sobą, poczuła do niego w ciągu ostatniej godziny taką odrazę, że
              sprawiłoby jej dziką satysfakcję, gdyby wiedziała, że za mniej więcej półtorej
              minuty facet nagle wyparuje, zamieniając się w chmurę wodoru, ozonu i tlenku
              węgla. Jednakże gdy chwila ta nadeszła, dziewczyna była zbyt zajęta swoim
              własnym parowaniem, by to zauważyć.
              Barman przełknął ślinę i usłyszał swój głos: - Przyjmuję ostatnie zamówienia.
              Olbrzymie, żółte obiekty zaczęły się zniżać.
              Ford wiedział, że tam są. Ale nie tak to sobie Wyobrażał.
              Biegnąc drogą, Artur prawie dotarł do domu. Nie zauważył, że zrobiło się nagle
              zimno, nie zauważył wiatru ani gwałtownego, niewytłumaczalnego deszczu. Nie
              zauważył niczego poza buldożerami pełzającymi po rumowisku, które jeszcze
              niedawno było jego domem.
              - Barbarzyńcy! - darł się. - Podam radę do sądu! Będę was wieszać, ćwiartować i
              rozdzierać na sztuki! Będę was chłostać i gotować aż... aż... będziecie mieć dość!
              Ford biegł za nim bardzo szybko. Bardzo, bardzo szybko.
              - I zrobię to jeszcze raz! - wrzeszczał Artur. A kiedy skończę, pozbieram
              wszystkie kawałki i będę po nich skakał!
              Artur nie zauważył, że operatorzy uciekali z buldożerów; nie zauważył, że pan
              Prosser wpatrywał się nieprzytomnie w niebo, w jakieś olbrzymie, żółte obiekty,
              które z rykiem przedzierały się przez chmury. Nieprawdopodobnie wielkie, żółte
              obiekty.
              - I będę tak skakał - krzyczał Artur, ciągle biegnąc - aż dostanę odcisków albo
              wymyślę coś jeszcze gorszego i wtedy... - Potknął się, upadł twarzą w przód,
              przekoziołkował i wylądował na plecach. W końcu zauważył, że coś się dzieje i
              wycelował palec w niebo. - Co to, do cholery, jest!? - wrzasnął przeraźliwie.
              Cokolwiek to było, pędziło w swej monstrualnej żółtości po niebie, rozdzierając
              je na strzępy hałasem

              ponad ludzką wytrzymałość. Powietrze zamykało się za tym czymś z hukiem, który
              wciskał uszy w czaszkę. Po chwili pojawiło się następne coś, co robiło dokładnie
              to samo, tylko głośniej.
              Trudno powiedzieć dokładnie, co działo się z ludźmi na powierzchni planety, bo
              sami nie bardzo zdawali sobie z tego sprawę. Nic, co robili, nie miało zbyt
              wiele sensu - wybiegali z domów, wbiegali do domów, krzyczeli bezgłośnie w
              powodzi hałasu. Na całym świecie ulice miast eksplodowały tłumami ludzi, a
              samochody wpadały jeden na drugi, gdy niewytłumaczalny grzmot spadł na nie i
              przetoczył się jak przypływ ponad wzgórzami i dolinami, pustyniami i oceanami,
              jak gdyby rozgniatając wszystko, co napotkał na drodze.
              Tylko jeden człowiek stał i obserwował niebo. Stał z wielkim smutkiem w oczach i
              gumowymi zatyczkami w uszach. Wiedział dokładnie, co się dzieje, odkąd jego
              sub-etha sens-o-matic obudził go mruganiem w środku nocy. Właśnie na to czekał
              przez wszystkie te lata, ale gdy rozszyfrował otrzymane sygnały, siedząc
              samotnie w swym niedużym, ciemnym pokoju, chłód ścisnął jego serce. Dlaczego ze
              wszystkich ras w Galaktyce, pomyślał, które mogły przelecieć i powiedzieć Ziemi
              "Cześć", musieli to być właśnie Vogonowie? Niemniej jednak wiedział, co ma do
              zrobienia. Gdy statki Vogonów z rykiem przedzierały się przez atmosferę ponad
              jego głową, Ford otworzył swoją torbę. Wyrzucił egzemplarz "Józefa i
              zadziwiającego technikolorowego płaszcza snów", wyrzucił egzemplarz Ewangelii -
              nie potrzebował ich tam, dokąd się
              wybierał. Wszystko było na swoim miejscu, wszystko było gotowe.
              Ford wiedział, gdzie ma ręcznik.
              Nagła cisza ogarnęła Ziemię i jeśli mogło być coś gorszego od tamtego hałasu,
              było to właśnie to. Przez chwilę nic się nie działo.
              Ogromne statki zawisły bez ruchu nad każdym krajem na Ziemi. Tkwiły na niebie
              nieruchome, olbrzymie i ciężkie jak bluźnierstwo przeciwko Naturze. Wielu ludzi
              doznało szoku, gdy próbowali pojąć to, na co patrzą.
              I ciągle nic się nie działo.
              Wtem rozległ się lekki szmer, nagły, dochodzący ze wszystkich stron odgłos.
              Każde radio na świecie, każdy telewizor, każdy magnetofon, każdy megafon, każdy
              nadajnik średniego zasięgu cicho się włączył. Każda puszka, każdy kosz na
              śmieci, każde okno, każdy samochód, każdy kieliszek wina, każdy kawałek
              zardzewiałego metalu - wszystko zostało uaktywnione jako doskonałe akustycznie
              pudło rezonansowe. Gdyby ktoś się nad tym zastanawiał, zanim Ziemia przestała
              istnieć, uznano by to za szczytowe osiągnię
              • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:18
                zanim Ziemia przestała istnieć, uznano by to za szczytowe osiągnięcie w technice
                przekazywania dźwięku; największy system masowego przekazu, jaki kiedykolwiek
                stworzono. Nie było jednak koncertu, muzyki ani fanfar - był po prostu komunikat.
                - Ludzie na Ziemi, proszę o uwagę - powiedział głos i było to cudowne.
                Absolutnie doskonały kwadrofoniczny dźwięk o poziomie zniekształceń tak niskim,
                że wycisnąłby łzy człowiekowi o najtwardszym sercu. - Mówi Prostetnic Vogon
                Jeltz z Galaktycznej

                Rady Planowania Hiperprzesńzennego - ciągnął głos. - Jak bez wątpienia wiecie,
                plany rozwoju odległych regionów Galaktyki wymagają zbudowania
                hiperprzestrzennej trasy szybkiego ruchu przebiegającej przez wasz system
                słoneczny i niestety wasza planeta została przeznaczona do zniszczenia. Proces
                potrwa niecałe dwie ziemskie minuty. Dziękuję za uwagę.
                Głos zamilkł.
                Przerażenie ogarnęło nic nie rozumiejących ludzi na Ziemi. Strach przesuwał się
                powoli po zebranych tłumach, jak gdyby ludzie byli opiłkami żelaza, nad którymi
                przesuwa się magnes. Znowu wybuchła rozpaczliwa panika, lecz nie było dokąd uciekać.
                Widząc to, Vogonowie znów włączyli swój nadajnik. Głos przemówił:
                - Nie ma sensu okazywać teraz aż takiego zdziwienia. Wszystkie plany i rozkazy
                zniszczenia były wystawione w waszym miejscowym departamencie planowania na Alfa
                Centauri, przez pięćdziesiąt waszych ziemskich lat, więc mieliście mnóstwo
                czasu, żeby wnieść jakąś formalną skargę. Teraz jest o wiele za późno, żeby
                robić z tego powodu zamieszanie.
                Głos umilkł, a jego echo rozlegało się przez chwilę ponad ziemią. Ogromne statki
                bez wysiłku obróciły się na niebie. Na spodzie każdego z nich otworzył się luk -
                pusty, czarny, kwadratowy.
                W tym czasie ktoś gdzieś zmontował nadajnik radiowy, zlokalizował długość fal i
                nadał wiadomość do statków Vogonów, aby błagać ich w imieniu planety. Nikt nigdy
                nie usłyszał, co im powiedział,
                usłyszano tylko odpowiedź. Nadajnik Vogonów włączył się z trzaskiem, głos był
                zirytowany:
                - Co to znaczy, że nigdy nie byliście na Alfa Centauri? Na przestrzeń! Ludzie,
                to tylko cztery lata świetlne stąd! Przykro mi, ale jeżeli obchodzi was
                działalność lokalna, to już wasza sprawa. Wysłać promienie niszczące. - Światło
                wystrzeliło z luków. Nie wiem - powiedział jeszcze głos - cholerna, apatyczna
                planeta, wcale mi ich nie żal - i wyłączył się.
                Zapadła okropna, upiorna cisza. Zapanował okropny, upiorny hałas. Zapadła
                okropna, upiorna cisza.
                Vogońska Flota Budowlana odleciała w atramentowo czarną, gwiaździstą próżnię.

                ROZDZIAŁ 4

                Daleko na przeciwnym Spiralnym Ramieniu Galaktyki, pięćset tysięcy lat
                świetlnych od gwiazdy Sol, Zaphod Beeblebrox, prezydent rządu Imperium
                Galaktycznego, docisnął pedał gazu. Pędził po morzach Damograna swoim ślizgaczem
                o napędzie jonowym" błyszczącym w promieniach damograńskiego słońca.
                Damogran gorący; Damogran daleki; Damogran prawie nikomu nie znany. Damogran,
                ukryty dom "Złotego Serca".
                Ślizgacz przyspieszył. Upłynie trochę czasu, zanim dotrze do miejsca
                przeznaczenia, bowiem Damogran jest niezwykle niepraktycznie rozplanowaną
                planetą. Nie składa się z niczego poza średnimi i dużymi bezludnymi wyspami,
                oddzielonymi od siebie pięknymi, lecz denerwująco rozległymi połaciami oceanu.
                Ślizgacz przyspieszył.
                Z powodu swoich niedogodności topograficznych Damogran nigdy nie był
                zamieszkany. Właśnie dlatego rząd Imperium Galaktycznego wybrał go na siedzibę
                projektu "Złote Serce" - ponieważ projekt "Złote
                Serce" był tak kompletnie tajny, a Damogran tak kompletnie nie zamieszkany.
                Ślizgacz mknął ze świstem po morzu rozciągającym się pomiędzy głównymi wyspami
                jedynego archipelagu na całej planecie, który miał rozsądne rozmiary. Zaphod
                Beeblebrox przemierzał drogę z malutkiego portu kosmicznego na Wyspie
                Wielkanocnej (nazwa ta była całkowicie przypadkowym zbiegiem okoliczności - w
                języku galaktycznym wielkanocny znaczy mały, płaski i jasnobrązowy) do wyspy
                "Złotego Serca", która - dzięki kolejnemu całkowicie przypadkowemu zbiegowi
                okoliczności - nazywała się Francja.
                Jednym z efektów ubocznych pracy nad "Złotym Sercem" była seria całkowicie
                przypadkowych zbiegów okoliczności.
                Ale w żadnym razie nie był zbiegiem okoliczności fakt, że dzień ten,
                kulminacyjny punkt projektu, wielki dzień odsłonięcia, dzień, w którym "Złote
                Serce" miało być ostatecznie pokazane oczom zadziwionej Galaktyki - miał być
                również wielkim punktem kulminacyjnym dla Zaphoda Beeblebroxa. Właśnie dla tego
                dnia zdecydował się ubiegać o urząd prezydenta. Decyzja ta spowodowała, że fale
                zdumienia obiegły całe Imperium Galaktyczne - Zaphod Beeblebrox? Prezydentem?
                Nie t e n Zaphod Beeblebrox? Nie tym prezydentem? Wielu uznało to za ostateczny
                dowód, że cały znany wszechświat dostał w końcu kota.
                Zaphod uśmiechnął się szeroko i dodał gazu.
                Zaphod Beeblebrox, poszukiwacz przygód, były hipis, wielbiciel przyjemności
                życia (kanciarz? całkiem możliwe), maniak autoreklamy, beznadziejny w stosunkach
                międzyludzkich, często uważany za kompletnie stukniętego.
                Prezydentem?
                Nikt nie dostał kota; przynajmniej nie pod tym; względem.
                Tylko sześciu ludzi w całej Galaktyce rozumiało zasadę rządzenia Galaktyką i
                wiedziało, że gdy Zaphod Beeblebrox raz zgłosił swoją kandydaturę n urząd
                prezydenta, rzecz była mniej więcej załatwiona: stanowił on idealną zasłonę dymną.
                ------------------------
                Prezydent - pełny tytuł: prezydent Rządu Imperium Galaktycznego. Określenie
                "Imperium" zostało zachowane, chociaż teraz jest anachronizmem. Dziedziczny
                cesarz jest na granicy śmierci znajduje się w tym stanie od wielu wieków. W
                ostatnich chwilach przedśmiertnej śpiączki umieszczono go w polu Stasis, które
                utrzymuje go w stanie wiecznej niezmienności. Wszyscy jego spadkobiercy dawno
                wymarli; oznacza to, że bez żadnego drastycznego przewrotu politycznego władza
                została przeniesiona w sposób prosty i skuteczny o szczebel lub dwa w dół
                drabiny. Obecnie uważa się, że władza spoczywa w rękach ciała, które za czasów
                cesarza posiadało jedynie funkcję doradcza-wybieralnego Zgromadzenia Rządowego,
                któremu przewodniczy prezydent wybrany przez to Zgromadzenie. W rzeczywistości
                władza nie znajduje się w tych i rękach. W szczególności prezydent jest głównie
                figurantem - nie posiada zupełnie żadnej realnej władzy. Istotnie wybiera go
                rząd, lecz na podstawie cech, które charakteryzują nie przywódcę, ale
                precyzyjnie wyważony skandal. Z tego powodu wybór prezydenta jest zawsze
                kontrowersyjny. Zawsze jest to doprowadzający do szału, lecz fascynujący
                charakter. Jego zadanie polega nie na sprawowaniu władzy, ale na odwracaniu od
                niej uwagi. Według tych kryteriów Zaphod Beeblebrox jest jednym z najlepszych
                prezydentów, jakich kiedykolwiek miała Galaktyka - spędził już dwa lata ze swej
                dziesięcioletniej kadencji w więzieniu za oszustwo. Bardzo niewielu ludzi zdaje
                sobie sprawę, że prezydent i rząd nie mają prawie żadnej władzy, a z tych tylko
                sześciu wie, gdzie naprawdę jest najwyższa władza polityczna. Większość
                pozostałych wierzy skrycie, że decyzje o najwyższym znaczeniu podejmuje
                komputer. Nie mogą bardziej się mylić.
                • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:20
                  znaczeniu podejmuje komputer. Nie mogą bardziej się mylić.
                  ---------------
                  Czego jednak kompletnie nie potrafili zrozumieć, to przyczyny, dla których
                  Zaphod to robił.
                  Zaphod wykonał ślizgaczem ostry zwrot, wzbijając w powietrze ścianę spienionej
                  wody, która przesłoniła na moment słońce.
                  Dziś nadszedł ten dzień; dzień, w którym dowiedzą się wreszcie, co Zaphod
                  zamierzał. O ten jeden dzień chodziło w całej jego prezydenturze. Dziś były
                  także jego dwusetne urodziny, lecz był to kolejny całkowicie przypadkowy zbieg
                  okoliczności.
                  Mknąc ślizgaczem przez morza Damograna, Zaphod lekko uśmiechnął się do siebie,
                  myśląc, jaki wspaniały i ekscytujący będzie ten dzień. Rozluźnił się i leniwie
                  w5rciągnął oba ramiona wzdłuż oparcia siedzenia. Sterował dodatkową ręką, którą
                  ostatnio zamontował sobie tuż pod prawą, żeby łatwiej było mu uprawiać boks na
                  nartach.
                  - Hej - zamruczał do siebie czule - naprawdę diabelnie opanowany z ciebie facet.
                  Lecz jego nerwy grały marsza bardziej piskliwego niż dźwięk gwizdka na psa.
                  Wyspa Francja miała około dwudziestu mil długości i pięciu mil szerokości, była
                  piaszczysta i miała kształt półksiężyca. Zdawała się istnieć nie jako wyspa na
                  swych własnych prawach, lecz po prostu jako sposób na zaznaczenie rozległego
                  łuku wielkiej zatoki. Wrażenie to pogłębiał fakt, że wewnętrzne wybrzeże
                  półksiężyca było stromym klifem; od jego bytu teren obniżał się stopniowo przez
                  pięć mil do Przeciwległego brzegu.
                  Na szczycie klifu stał komitet powitalny. W dużej części składał się z
                  inżynierów i badaczy, którzy zbudowali "Złote Serce". Przeważnie humanoidalnych,
                  ale, tu i tam trafiali się gadopodobni Atominerzy, dwóch lub trzech zielonych
                  podobnych do sylfid Maximegalatyjczyków, jeden czy dwóch ośmiornicowatych
                  Fisuk-: turalistów i Hooloovoo. (Hooloovoo to superinteligentny odcień koloru
                  niebieskiego. ) Wszyscy poza Hooloovoo błyszczeli w swych wielokolorowych ceres
                  monialnych uniformach laboratoryjnych, Hooloovoo zaś był rozszczepiony z tej
                  okazji w wolno stojącym. pryzmacie.
                  Panował wśród nich nastrój ogromnego podniecenia. Wszyscy razem i każdy z osobna
                  osiągnęli i prze- ` kroczyli najodleglejsze granice praw fizyki, przebudowali
                  podstawową strukturę materii, naginali, przekręcali i łamali prawa
                  prawdopodobieństwa i nieprawdopodobieństwa, ale ciągle wyglądało na to, że
                  najbardziej ekscytująca rzecz, jaka może im się zdarzyć, to spotkać człowieka z
                  pomarańczową szarfą na szyi (pomarańczowa szarfa była tradycyjną oznaką
                  prezydenta Galaktyki). Być może nie robiłoby im nawet specjalnej różnicy, gdyby
                  wiedzieli, ile władzy na- prawdę posiada prezydent Galaktyki; gdyby wiedzieli,
                  że nie posiada jej w ogóle. Tylko sześciu ludzi w Galaktyce wiedziało, że
                  zadanie prezydenta polegało nie na sprawowaniu władzy, ale na odwracaniu od niej
                  uwagi.
                  Zaphod Beeblebrox był w tym niesamowicie dobry. ; Tłum ciężko oddychał,
                  oślepiony słońcem i blaskiem metalu, gdy prezydencki ślizgacz wpływał do zatoki.
                  Błyskał i lśnił, mknąc po morzu szerokimi, łukowatymi ślizgami.
                  W gruncie rzeczy nie musiał wcale dotykać wody, ponieważ podtrzymywała go
                  mlecznobiała poduszka zjonizowanych atomów, ale dla samego efektu zamontowano .w
                  nim cienkie ostrza płetwowe, które można było zanurzyć w wodzie. Rozcinały one
                  taflę wody z głośnym sykiem, rzeźbiły głębokie rysy w morzu, które burzyło się
                  wściekle i zamykało, tworząc spieniony kilwater za pędzącym ślizgaczem.
                  Zaphod uwielbiał mocne efekty - w tym był najlepszy.
                  Gwałtownie skręcił kołem sterowym i łódź obróciła się dookoła w dzikim, koszącym
                  ślizgu poniżej czoła klifu, by po chwili lekko spocząć na rozkołysanych falach.
                  Po chwili Zaphod wyskoczył na pokład, machając i uśmiechając się szeroko do
                  ponad trzech bilionów ludzi. W rzeczywistości nie było tam trzech bilionów
                  ludzi, lecz tylu obserwowało każdy ruch Zaphoda oczami małej, automatycznej
                  kamery tri-D, która służalczo unosiła się w powietrzu. Występy prezydenta zawsze
                  stawały się zadziwiająco popularnymi programami tri-D - po to właśnie były.
                  Zaphod znowu uśmiechnął się szeroko. Trzy biliony i sześciu ludzi nie wiedziało
                  o tym, ale dziś będzie lepszy występ niż ktokolwiek mógłby oczekiwać.
                  Automatyczna kamera przysunęła się, aby zrobić zbliżenie bardziej popularnej z
                  dwóch głów Zaphoda, który pomachał widzom raz jeszcze. Jego wygląd, oprócz
                  dodatkowej głowy i trzeciej ręki, był z grubsza humanoidalny. Jasne,
                  rozczochrane włosy sterczały mu w różnych kierunkach, w błękitnych oczach
                  migotało coś, co kompletnie nie dało się zdefiniować, a podbródki były prawie
                  zawsze nie ogolone.
                  Przezroczysta kula o średnicy dwudziestu stóp unosiła się na wodzie obok jego
                  łodzi, kołysząc się, huśtając i migocząc w pełnym słońcu. Wewnątrz niej
                  znajdowała się szeroka, półkolista sofa pokryta wspaniałą, czerwoną skórą: im
                  bardziej kula kołysała się i huśtała, tym bardziej sofa trwała w absolutnym
                  bezruchu, jak pokryta czerwoną skórą skała. To też było zrobione tylko i
                  wyłącznie dla efektu.
                  Zaphod przeszedł przez ścianę kuli i usadowił się wygodnie na sofie. Rozłożył
                  dwie ręce na oparciu, a trzecią strzepnął niewidoczny pyłek z kolana. Jego głowy
                  rozglądały się z uśmiechem. Pomyślał, że w każdej chwili może zacząć krzyczeć.
                  Kula uniosła się. Wznosiła się coraz wyżej i wyżej w powietrze, opierając
                  szczudła ze światła na zboczu klifu. Unosiła się w górę na dyszach wyrzucających
                  z siebie wodę, która spadała z powrotem do morza z wysokości setek stóp.
                  Zaphod uśmiechnął się na myśl o tym, jak wygląda.
                  Zupełnie absurdalny środek lokomocji, ale i zupełnie zachwycający.
                  Na szczycie klifu kula zachybotała się na chwilę, przesunęła do ogrodzonej
                  rampy, potoczyła w dół do małej, wklęsłej platformy i tam znieruchomiała.
                  przywitany ogromnym aplauzem, Zaphod Beeblebrox wyszedł z kuli w swojej
                  pomarańczowej, jaśniejącej w świetle szarfie na szyi.
                  Prezydent Galaktyki był na miejscu. Zaphod poczekał, aż ucichną oklaski i
                  podniósł rękę w geście pozdrowienia.
                  - Cześć! - powiedział.
                  Rządowy pająk przysunął się bokiem do niego i spróbował wcisnąć mu do rąk
                  egzemplarz pośpiesznie przygotowanego przemówienia. Strony od trzeciej do
                  siódmej wersji oryginalnej znajdowały się w tym momencie na powierzchni morza
                  Damograna jakieś pięć mil od zatoki i płynęły sobie powoli. Strony pierwsza i
                  druga zostały uratowane przez damograńskiego liściastego orła grzebieniastego,
                  kt%
                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:23
                    Rządowy pająk przysunął się bokiem do niego i spróbował wcisnąć mu do rąk
                    egzemplarz pośpiesznie przygotowanego przemówienia. Strony od trzeciej do
                    siódmej wersji oryginalnej znajdowały się w tym momencie na powierzchni morza
                    Damograna jakieś pięć mil od zatoki i płynęły sobie powoli. Strony pierwsza i
                    druga zostały uratowane przez damograńskiego liściastego orła grzebieniastego,
                    który włączył je już w swoją zadziwiającą, nową formę gniazda, którą właśnie
                    znalazł. Gniazdo zbudowane zostało głównie z papiermache i było praktycznie
                    niemożliwe, aby świeżo wyklute pisklę orła mogło się z niego wydostać.
                    Damograński liściasty orzeł grzebieniasty słyszał o pojęciu przetrwania
                    gatunków, ale nie chciał zaprzątać sobie tym głowy.
                    Zaphod Beeblebrox wiedział, że nie będzie potrzebował żadnego przemówienia i
                    delikatnie odsunął podawany przez pająka egzemplarz.
                    - Cześć! - powiedział znowu.
                    Wszyscy rozpromienili się na jego widok - albo przynajmniej prawie wszyscy.
                    Zaphod odnalazł w tłumie Trillian. Trillian była dziewczyną, którą niedawno
                    poderwał podczas rozrywkowej wizyty incognito na jakiejś planecie. Była smukła,
                    śniada i humanoidalna,

                    miała długie, falujące czarne włosy, pełne usta, mały, zabawny nosek i
                    idiotycznie brązowe oczy. W czerwonym szaliku zawiązanym na głowie w ten
                    szczególny sposób i długiej, powiewnej, brązowej sukni przypominała trochę
                    Arabkę. Nie, żeby ktoś słyszał tam kiedykolwiek o Arabach. Arabowie właśnie
                    ostatnio przestali istnieć, a nawet kiedy istnieli, byli o pięćset tysięcy lat
                    świetlnych oddaleni od Damograna. Trillian nie była nikim szczególnym, a
                    przynajmniej tak twierdził Zaphod. Po prostu spędzała z nim dosyć dużo czasu i
                    mówiła, co o nim myśli.
                    - Cześć, kochanie - powiedział do niej.
                    Trillian rzuciła mu szybki, powściągliwy uśmiech i odwróciła wzrok. Po chwili
                    znów na niego spojrzała, tym razem z cieplejszym uśmiechem, ale Zaphod w tym
                    momencie patrzył już na coś innego.
                    - Cześć! - powiedział do niewielkiej grupki stworzeń z prasy, które stały obok,
                    życząc sobie, żeby przestał wreszcie powtarzać w kółko "cześć" i rzucił jakimś
                    powiedzonkiem, które będzie można zacytować.
                    Zaphod uśmiechnął się do nich szczególnie szeroko, bo wiedział, że już za kilka
                    minut usłyszą od niego zupełnie niesamowity cytat.
                    Jednakże następna rzecz, jaką powiedział, nie nadawała się do wykorzystania.
                    Jeden ze zgromadzonych tam drażliwych wysokich urzędników doszedł do wniosku, że
                    prezydent najwyraźniej nie jest w nastroju, aby przeczytać znakomite, starannie
                    dla niego przygotowane przemówienie, wobec czego przesunął przełącznik zdalnie
                    sterującego urządzenia znajdującego się w jego kieszeni. Daleko przed nimi
                    odcinająca się od nieba
                    olbrzymia biała kopuła pękła w połowie, rozdzieliła się na dwie części i powoli
                    opadła na ziemię. Wszyscy westchnęli na ten widok, chociaż doskonale wiedzieli,
                    jak to będzie wyglądało - sami zbudowali tę kopułę.
                    Pod nią znajdował się ogromny statek międzygwiezdny o wytwornym kształcie
                    trampka, długości stu pięćdziesięciu metrów, dziewiczo biały i niesamowicie
                    piękny. W jego sercu niewidocznym dla oczu, spoczywało niewielkie pudełko ze
                    złota zawierające urządzenie, na myśl o którym mózg stawał dęba. Najbardziej
                    nieprawdopodobne urządzenie, jakie można sobie wyobrazić; urządzenie, które
                    sprawiało, że statek ten był unikatem w całej historii Galaktyki i któremu
                    zawdzięczał swoją nazwę: "Złote Serce".
                    - O rany! - powiedział Zaphod Beeblebrox do "Złotego Serca". Nic innego nie
                    przychodziło mu do głowy. Powtórzył to jeszcze raz, bo wiedział, że zdenerwuje
                    to prasę. - O rany!
                    Tłum wyczekująco odwrócił twarze w jego kierunku. Zaphod mrugnął do Trillian,
                    która uniosła brwi i spojrzała na niego rozszerzonymi oczami. Wiedziała, co za
                    chwilę powie, i uważała go za okropnego efekciarza.
                    - To jest naprawdę zadziwiające - rzekł. - To jest naprawdę absolutnie
                    zadziwiające. To jest tak zadziwiająco zadziwiające, że chyba chciałbym to ukraść!
                    Fantastyczne, absolutnie autentyczne słowa prezydenta. Tłum roześmiał się z
                    uznaniem, dziennikarze radośnie wcisnęli guziki swoich sub-etha news-matików, a
                    prezydent uśmiechnął się szeroko.

                    Gdy się tak uśmiechał, jego serce wydało z siebie niepohamowany wrzask, a palce
                    namacały niewielką paralysomatyczną bombę spoczywającą spokojnie w jego kieszeni.
                    W końcu nie mógł tego dłużej znieść. Odrzucił w tył swoje dwie głowy i wydał
                    dziki okrzyk radości w tonacji dur. Rzucił bombę na ziemię i puścił się biegiem
                    poprzez morze nagle zamarłych promiennych uśmiechów.

                    ROZDZIAŁ. 5

                    Prostefiic Vogon Jeltz nie był miłym widokiem nawet dla innych Vogonów. Jego
                    wysoko sklepiony nos wyrastał znacznie ponad małe świńskie czoło, a
                    ciemnozielona, przypominająca gumę skóra była wystarczająco gruba, aby mógł grać
                    w grę nazywaną "Vogońską polityką administracyjną" (i to grać dobrze) oraz
                    wystarczająco wodoodporna, żeby mógł spędzać dowolną ilość czasu w głgbinach
                    morskich, nawet do tysiąca stóp, bez żadnych negatywnych skutków. Oczywiście nie
                    chodził nigdy popływać był na to zbyt zajęty.
                    Był, jaki był, ponieważ biliony lat temu, gdy Vogonowie po raz pierwszy wypełzli
                    z pradawnych, leniwych mórz Vogsfery i legli, sapiąc i ciężko dysząc na
                    dziewic
                    • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:26
                      Był, jaki był, ponieważ biliony lat temu, gdy Vogonowie po raz pierwszy wypełzli
                      z pradawnych, leniwych mórz Vogsfery i legli, sapiąc i ciężko dysząc na
                      dziewiczych brzegach planety, gdy owego ranka padły na nich pierwsze promienie
                      młodego, jasnego, vogońskiego słońca - dokładnie w tym momencie siły ewolucji
                      jak gdyby dały sobie z nimi spokój, odwróciły się z niesmakiem i spisały na
                      straty jako nieprzyjemną i pożałowania godną omyłkę. Vogonowie nigdy już nie
                      ewoluowali - nie powinni byli w ogóle przetrwać.

                      Fakt, że jednak im się to udało, jest pewnym oddaniem sprawiedliwości
                      niewzruszonemu i ślimaczomózgiemu wyrazowi tych stworzeń. Ewolucja? powiedziały
                      sobie. - Komu to potrzebne? I radziły sobie po prostu bez tego, czego natura nie
                      chciała dla nich zrobić, aż do czasu, gdy byli w stanie korygować co większe
                      niedogodności anatomiczne za pomocą chirurgii.
                      Tymczasem siły przyrody na Vogsferze pracowały nadliczbowo, usilnie starając się
                      nadrobić swoją wcześniejszą gafę. Stworzyły iskrzące się od klejnotów kraby
                      zatapiające, które Vogonowie zjadali, rozbijając ich pancerze żelaznymi
                      młotkami; wysokie, strzeliste drzewa o zapierającej dech w piersiach wiotkości i
                      kolorze, które Vogonowie wycinali, aby rozpalać z nich ogień do pieczenia mięsa
                      krabów; eleganckie, podobne do gazel stworzenia o jedwabistym futrze i lśniących
                      oczach, które Vogonowie łapali, aby ich dosiadać. Były one bezużyteczne jako
                      wierzchowce, ponieważ ich kręgosłupy natychmiast pękały, ale Vogonowie i tak ich
                      dosiadali.
                      Tak więc planeta Vogsfera przeżywała ciężkie tysiąclecia do czasu, gdy Vogonowie
                      odkryli nagle podstawowe zasady podróży międzygwiezdnych. W ciągu kilku krótkich
                      vogońskich lat urszyscy co do jednego wyemigrowali do raju gwiezdnego
                      Megabranris, - politycznego centrum Galaktyki, gdzie tworzyli teraz niezwykle
                      potężny kościec administracji galaktycznej. Próbowali zdobywać wykształcenie,
                      próbowali zyskać maniery i ogładę towarzyską; lecz pod żadnym prawie względem
                      współczesny Vogon praktycznie nie
                      różni się od swoich prymitywnych przodków. Co roku sprowadzają oni ze swojej
                      rodzinnej planety dwadzieścia siedem tysięcy krabów zatapiających o iskrzących
                      się od klejnotów pancerzach i spędzają radosną, pijacką noc, rozbijając je na
                      drobny mak żelaznymi młotkami.
                      Prostetnic Vogon Jeltz był dosyć typowym Vogonem w tym sensie, że był do gruntu
                      nikczemny. Poza tym nie lubił autostopowiczów.
                      Gdzieś w małej, ciemnej kabinie, głęboko we wnętrznościach statku flagowego
                      Prostetnica Vogona Jeltza, zapaliła się nerwowo zapałka. Posiadacz zapałki nie
                      był Vogonem, ale wiedział o nich wszystko i miał wszelkie powody do nerwowości.
                      Jego nazwisko brzmiało Ford Prefect.
                      ------------------------
                      Prawdziwe nazwisko Forda Prefecta można wymówić jedynie w mało zrozumiałym
                      dialekcie rasy z okolic Betelgeuzy, praktycznie wymarłej od czasu Wielkiej
                      Katastrofy Upadku I-Irunga (Gal) Sid. (Rok 03758), która zmiotła z powierzchni
                      ziemi wszystkie dawne ludy praxibetelskie na Betelgeuzie VII. Ojciec Forda byl
                      jedynym człowiekiem na całej planecie, który przeżył Wielką Katastrofę Upadku
                      Hrunga. Stało się to dzięki zadziwiającemu zbiegowi okoliczności, którego nigdy
                      nie był w stanie zadowalająco wytłumaczyć. Cały epizod owiany jest głęboką
                      tajemnicą, w gruncie rzeczy nikt nigdy nie dowiedział się, czym właściwie był
                      Hrung ani dlaczego wybrał sobie na upadek właśnie l3etelgeuzę VII. Ojciec Forda,
                      wielkodusznie nie zwracając uwagi na chmury podejrzeń, które w sposób
                      nieunikniony zaczęty gromadzić się nad jego głową, osiedlił się na Betelgeuzie
                      V, gdzie by! jednocześnie ojcem i wujem dla Forda. Ku pamięci swej nie
                      istniejącej już rasy ochrzcił syna imieniem w dawnym praxibetelskim języku.
                      Ponieważ Ford nigdy nie nauczył się wymawiać swojego prawdziwego imienia, jego
                      ojciec umarł w końcu ze wstydu, który jest ciągle śmiertelną chorobą w
                      niektórych częściach Galaktyki. Inne dzieci nazwały Forda "DC", co w języku
                      Betelgeuzy V oznacza: "chłopiec, który nie jest w stanie zadowalająco
                      wytłumaczyć, co to jest I-Irung ani dlaczego wybrał sobie na upadek właśnie
                      Betelgeuzę VII".

                      Rozejrzał się po kabinie, ale bardzo niewiele udało mu się zobaczyć poza
                      dziwnymi, monstrualnymi cieniami, ukazującymi się i skaczącymi w świetle małego,
                      drgającego płomyka. Było całkiem cicho. Wyszeptał bezgłośnie podziękowanie dla
                      Dentrassich. Dentrassi to bardzo niesforne plemię - rozbestwiona, lecz
                      sympatyczna banda smakoszy, których Vogonowie zaczęli ostatnio zatrudniać jako
                      personel do spraw wyżywienia w swoich długich transportowcach, pod warunkiem
                      jednakże, że pod żadnym pozorem nie będą próbowali zaprzyjaźniać się z Vogonami.
                      Ten układ bardzo pasował Dentrassim, którzy kochali pieniądze Vogonów, jedną z
                      najtwardszych walut kosmosu, ale nie cierpieli samych Vogonów. Jedyny rodzaj
                      Vogona, który cieszył się sympatią Dentrassich, to Vogon wkurzony.
                      Właśnie dzięki tej jednej drobnej informacji Ford Prefect nie był teraz chmurą
                      wodoru, ozonu i tlenku węgla.
                      Usłyszał cichy jęk. Przy świetle zapałki ujrzał ciężki kształt poruszający się
                      niemrawo na podłodze. Szybko zgasił zapałkę, sięgnął do kieszeni i znalazł to,
                      czego szukał. Rozerwał opakowanie i potrząsnął torebką. Przykucnął na podłodze.
                      Kształt poruszył się znowu.
                      Ford Prefect powiedział:
                      - Kupiłem trochę fistaszków.
                      Artur Dent poruszył się i znowu jęknął, mamrocząc coś bez związku.
                      - Weź parę - przynaglił go Ford, jeszcze raz potrząsając torebką. - Jeżeli nigdy
                      przedtem nie
                      przechodziłeś przez promienie transformacji materii, prawdopodobnie straciłeś
                      trochę soli i białka. Piwo, które wypiłeś, powinno ci trochę pomóc.
                      - Gggdzdzdz... - zaczął Artur Dent. Otworzył oczy. - Ciemno - dodał.
                      - Tak - zgodził się Ford Prefect. - Jest ciemno. - Nie ma światła - ciągnął
                      Artur Dent. - Ciemno, nie ma światła.
                      Jedną z rzecz5r, które Ford Prefect uważał zawsze za najtrudniejsze do pojęcia w
                      istotach ludzkich, był ich nawyk ciągłego stwierdzania i powtarzania
                      najoczywistszych faktów, jak na przykład: "Ładną mamy dziś pogodę" albo "Jesteś
                      bardzo wysoki", albo "Kochanie, wygląda na to, że wpadłeś do
                      trzydziestostopniowej studni, dobrze się czujesz?" Pierwsza z jego teorii
                      wyjaśniających to niepojęte zachowanie głosiła, że jeżeli istoty ludzkie
                      przestają ciągle ćwiczyć swoje usta, ich otwór gębowy zarasta. Po kilku
                      miesiącach rozważań i obserwacji Ford porzucił tę teorię na rzecz nowej: jeżeli
                      istoty ludzkie przestają ciągle ćwiczyć swoje usta, ich mózg zaczyna pracować.
                      Po pewnym czasie jednak zrezygnował i z tej teorii jako przesadnie cynicznej i
                      zdecydował, że pomimo wszystko raczej lubił ludzkie istoty. Zawsze jednak
                      doprowadzało go do czarnej rozpaczy przerażające mnóstwo rzeczy, o których nie
                      wiedzieli.
                      - Tak - zgodził się z Arturem. - Nie ma światła. - Poczęstował go fistaszkami. -
                      Jak się czujesz? - zapytał.
                      - Jak akademia wojskowa - odpowiedział Artur. - Cząstki mnie ciągle urządzają
                      parady.
                      • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:28
                        Ford spojrzał na niego w ciemności tępym wzrokiem.
                        - Gdybym zapytał, gdzie, do cholery, jesteśmy - odezwał się słabo Artur - czy
                        bardzo bym tego żałował?
                        Ford wstał.
                        - Jesteśmy bezpieczni - stwierdził.
                        - To dobrze - odpowiedział ostrożnie Artur. - Jesteśmy w małej kabinie kuchennej
                        jednego ze statków kosmicznych Vogońskiej Floty Budowlanej dodał Ford.
                        - Aha - powiedział Artur - to pewnie jakieś dziwne znaczenie słowa "bezpieczny",
                        z którym się wcześniej nie zetknąłem.
                        Ford zapalił następną zapałkę, żeby ułatwić sobie poszukiwania wyłącznika
                        światła. Monstrualne cienie znowu ukazały się na ścianach. Artur podniósł się z
                        wysiłkiem i rozejrzał wokół lękliwie. Ohydne pozaziemskie kształty zdawały się
                        tłoczyć wokół niego. Powietrze było lepkie od zapleśniałych woni, które wciskały
                        się do jego płuc, nie dając się zidentyfikować, a niskie, denerwujące buczenie
                        nie pozwalało się skoncentrować.
                        - Jak się tutaj dostaliśmy? - zapytał, drżąc lekko. - Zabraliśmy się autostopem
                        - odpowiedział Ford.
                        - Co takiego?! - spytał Artur. - Czy chcesz mi powiedzieć, że po prostu
                        wystawiliśmy sobie kciuki, a jakiś zielony potwór z oczami jak karaluch wyjrzał
                        i powiedział: "Cześć, chłopcy, wskakujcie, mogę was zabrać aż do obwodnicy
                        Basiugstoka".
                        - Nie całkiem - powiedział Ford. - Kciuk to elektroniczne urządzenie
                        sygnalizujące, a obwodnica jest przy Gwieździe Barnarda sześć lat świetlnych
                        stąd. Poza tym mniej więcej się zgadza.
                        - A potwór z oczami jak karaluch? - Owszem, zielony.
                        - Świetnie - rzekł Artur. - Kiedy mogę wrócić do domu?
                        - Nie możesz - odpowiedział Ford, który znalazł wreszcie na ścianie wyłącznik. -
                        Zasłoń oczy... ostrzegł i przekręcił go.
                        Widok, który ukazał się ich oczom, zdziwił nawet jego.
                        - Wielkie nieba - odezwał się Artur. - Czy to naprawdę wnętrze latającego talerza?
                        Prostetnic Vogon Jeltz dźwignął swoje nieprzyjemne zielone cielsko wokół mostka
                        kontrolnego. Zawsze po zniszczeniu zamieszkanych planet czuł się cokolwiek
                        rozdrażniony. Miał ochotę, żeby ktoś przyszedł i powiedział mu, że było to
                        całkowicie nie w porządku, bo wtedy mógłby zacząć na niego wrzeszczeć i poczułby
                        się lepiej. Klapnął na swoje siedzenie kontrolne tak ciężko jak tylko mógł, w
                        nadziei, że rozleci się i da mu jakiś rzeczywisty powód do wściekłości, ale
                        siedzenie wydało tylko z siebie coś w rodzaju pełnego pretensji zgrzytu.
                        - Wynoś się! - wrzasnął na młodego strażnika, który w tej chwili pojawił się na
                        mostku.
                        Strażnik ulotnił się natychmiast z uczuciem wielkiej ulgi. Byt zadowolony, że to
                        nie on będzie musiał

                        dostarczyć kapitanowi otrzymany przed chwilą raport. Raport ten był oficjalnym
                        komunikatem, który stwierdzał, że właśnie w tym momencie w rządowej bazie
                        naukowej na Damogranie miało miejsce odsłonięcie statku kosmicznego o
                        fantastycznej nowej formie napędu. W związku z tym wszelkie hiperprzestrzenne
                        trasy szybkiego ruchu stają się od tej chwili zbędne.
                        Otworzyły się następne drzwi, ale tym razem kapitan Vogonów nie zaczął
                        wrzeszczeć. Były to drzwi prowadzące z części kuchennej, gdzie Dentrassi
                        przygotowywali dla niego posiłki. Dobry lunch to właśnie to, czego w tym
                        momencie było mu trzeba.
                        Olbrzymie, kudłate stworzenie w kilku skokach znalazło się na mostku. W łapach
                        trzymało tacę i szczerzyło zęby w maniackim uśmiechu.
                        Prostetnic Vogon Jeltz był wniebowzięty. Wiedział, że gdy Dentrassi wygląda na
                        tak niesamowicie zadowolonego z siebie, gdzieś na statku dzieje się coś, na co
                        będzie można naprawdę porządnie się wściec.
                        Ford i Artur rozglądali się wokoło.
                        - Co o tym myślisz? - zapytał Ford. - Dosyć brudno, nie uważasz?
                        Ford skrzywił się na widok niechlujnych materacy, nie umytych kubków i
                        porozrzucanych po całej kabinie bliżej nie zidentyfikowanych części dziwnie
                        wyglądającej bielizny o wybitnie nieświeżym zapachu.
                        - Cóż, na tym statku się pracuje - powiedział. To część mieszkalna Dentrassich.
                        - Wydawało mi się, że nazywasz ich Vogonami czy jakoś podobnie.
                        - Owszem - rzekł Ford. - Vogonowie dowodzą tym statkiem, a Dentrassi są
                        kucharzami. To oni wpuścili nas na pokład.
                        - Wszystko mi się pomieszało - oświadczył Artur.
                        - Dobra, rzuć okiem na to - powiedział Ford. Usiadł na jednym z materacy i
                        zaczął grzebać w swojej torbie. Artur trącił nerwowo materac i po chwili również
                        usiadł. W rzeczywistości nie było powodów do nerwowości, ponieważ wszystkie
                        materace hodowane na mokradłach Sqornshellusa Zeta przed rozpoczęciem ich
                        użytkowania są bardzo dokładnie zabijane i suszone. Bardzo nieliczne
                        kiedykolwiek odzyskały życie.
                        Ford podał mu książkę.
                        - Co to jest? - zapytał Artur.
                        - Przewodnik "Autostopem przez Galaktykę". To coś w rodzaju elektronicznej
                        książki. Mówi wszystko, co jest ci potrzebne na dany temat. Na tym polega jej
                        zadanie.
                        Artur nerwowo obrócił ją w rękach.
                        - Podoba mi się okładka - stwierdził. - "Bez paniki". To pierwsza sensowna czy
                        zrozumiała rzecz, jaką usłyszałem przez cały dzień.
                        - Pokażę ci, jak to działa - rzekł Ford. Wyjął książkę z rąk Artura, który
                        trzymał ją, jak gdyby był to zdechły przed dwoma tygodniami kanarek, i zdjął
                        futerał. - Naciskasz ten guzik, o, tutaj, a ekran zapala się i podaje ci indeks
                        haseł.

                        Ekran - wielkości mniej więcej trzy na cztery cale - zapalił się i hasła zaczęły
                        się pojawiać.
                        - Chcesz dowiedzieć się czegoś na temat Vogonów, a więc wpisuję tutaj to hasło.
                        - Jego palce przebiegły po klawiaturze. - No i mamy.
                        Słowa "Vogońska Flota Budowlana" zabłysły zielono pośrodku ekranu. Ford
                        przycisnął duży, czerwony guzik i słowa zaczęły się przesuwać. W tej samej
                        chwili książka zaczęła także recytować spokojnym, modulowanym głosem. Artur
                        usłyszał, co następuje:
                        • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:31
                          Artur usłyszał, co następuje:
                          Vogońska Flota Budowlana. Oto, co powinieneś zrobić, jeżeli chcesz zabrać się z
                          nimi autostopem: daj sobie spokój. Vogoni to jedna z najbardziej nieprzyjemnych
                          ras w Galaktyce - nie do końca zła, ale 0 odrażającym usposobieniu,
                          zbiurokratyzowana, nadgorliwa i nieczuła. Nie kiwnęliby nawet palcem, aby
                          uratować własną babcię ze szponów żarłocznego Bugblattera, bestii z Traala, bez
                          rozkazów podpisanych w trzech egzemplarzach, wysłanych, odesłanych,
                          zakwestionowanych, zgubionych, odnalezionych, przedstawionych opinii publicznej,
                          znów zgubionych, porzuconych ostatecznie na trzy miesiące na kupie kompostu i
                          zużytych jako surowiec wtórny do rozpalania ognia.
                          Najlepszy sposób na wyciśnięcie drinka z Vogona to włożyć mu palec w gardło, a
                          najlepszy sposób na zdenerwowanie go to rzucić jego babcię na pożarcie
                          żarłocznemu Bugblatterowi, bestii z Traala.
                          Pod żadnym pozorem nie pozwól, aby Vogon czytał ci poezję.
                          Artur zamrugał nerwowo.
                          - Co to za przedziwna książka. Więc jak się tu dostaliśmy?
                          - O to właśnie chodzi, jest już nieaktualna - wyjaśnił Ford, wkładając książkę z
                          powrotem do futerału. - Jestem badaczem terenowym, zbierającym materiał do
                          nowego poprawionego wydania i jednym z moich zadań jest przygotowanie informacji
                          o tym, że Vogonowie zatrudniają teraz Dentrassich jako kucharzy, co daje nam
                          całkiem zgrabny pretekst.
                          Wyraz cierpienia przemknął przez twarz Artura. - Ale kim są Dentrassi? - zapytał.
                          - Świetni faceci - odpowiedział Ford. - Są najlepszymi kucharzami i robią
                          najlepsze drinki, a poza tym kompletnie nic ich nie obchodzi. Zawsze wpuszczają
                          na pokład autostopowiaów, trochę dlatego, że lubią towarzystwo, ale głównie
                          dlatego, że denerwuje to Vogonów. Właśnie tego rodzaju rzeczy musisz wiedzieć,
                          jeżeli jesteś spłukanym autostopowiczem, który próbuje zobaczyć cuda
                          wszechświata za mniej niż trzydzieści altairiańskich dolarów dziennie. To jest
                          właśnie moja praca. Niezła zabawa, nie uważasz?
                          Artur wyglądał za zagubionego.
                          - To zadziwiające - powiedział i spojrzał podejrzliwie na jeden z pozostałych
                          materacy.
                          - Niestety, utknąłem na Ziemi na trochę dłużej niż zamierzałem - ciągnął Ford. -
                          Wpadłem na tydzień i utknąłem na piętnaście lat.
                          - Ale jak się tam w ogóle dostałeś?
                          - Bez problemu, podwiózł mnie kawalarz. - Kawalarz?
                          - Aha.


                          - Ale kto to...
                          - Kawalarz? Kawalarze to zwykle bogaci smarkacze, którzy nie mają nic do roboty.
                          Włóczą się po kosmosie w poszukiwaniu planet, które nie nawiązały jeszcze
                          kontaktu z innymi cywilizacjami, i robią je w UFO.
                          - Robią w UFO? - Artur zaczął podejrzewać, że komplikowanie mu życia sprawia
                          Fordowi szczerą przyjemność.
                          - Aha - potwierdził Ford. - Robią w UFO. Znajdują odosobnione, słabo zaludnione
                          miejsca, lądują przed nosem jakiejś biednej, nieświadomej duszy, której nikt
                          nigdy nie uwierzy, i spacerują sobie tam i z powrotem z idiotycznymi antenami na
                          głowie, robiąc "bip-bip". Naprawdę szczeniackie zagrywki. Ford oparł się plecami
                          o materac i założył ręce za głowę, a jego zadowolona z siebie mina mogła
                          doprowadzić do szału.
                          - Ford - powiedział zdecydowanie Artur. Domyślam się, że to pytanie może
                          zabrzmieć głupio, ale co ja tu robię?!
                          - Przecież wiesz - rzekł Ford. - Uratowałem cię z Ziemi.
                          - A co się stało Ziemi? - Została zniszczona.
                          - Naprawdę? - zapytał Artur słabym głosem. - Owszem. Po prostu wyparowała.
                          - Posłuchaj - zaczął Artur. - Jestem tym trochę zmartwiony.
                          Ford zmarszczył lekko brwi i przyjrzał się tej myśli ze wszystkich stron.
                          - Owszem, potrafię to zrozumieć - powiedział w końcu.
                          - Potrafisz to zrozumieć! Ford zerwał się na nogi.
                          - Popatrz na książkę! - syknął ostro. - Co takiego?
                          - "Bez paniki"!
                          - Wcale nie panikuję! - Owszem, panikujesz.
                          - Niech ci będzie, panikuję, a co innego mogę zrobić?
                          - Możesz jeździć ze mną i nieźle się bawić. Galaktyka to świetne miejsce. Musisz
                          mieć tylko tę rybkę w uchu.
                          - Przepraszam bardzo? - zapytał Artur, lak mu się zdawało, bardzo uprzejmie.
                          Ford trzymał w rękach słoiczek, w którym znajdowała się mała, złota, trzepocząca
                          się rybka. Artur zamrugał gwałtownie. Życzył dobie, żeby znalazło się coś
                          prostego i możliwego do zidentyfikowania, coś, czego mógłby się chwycić.
                          Poczułby się bezpiecznie, gdyby obok bielizny Dentrassich, stosów materacy ze
                          Sqornshellusa i człowieka z Betelgeuzy trzymającego małą rybkę, którą należało
                          włożyć do ucha, mógł ujrzeć choćby najmniejsze pudełko płatków kukurydzianych.
                          Ale nie mógł i dlatego nie czuł się bezpieczny.
                          Nagle usłyszeli wściekły hałas, którego źródła nie mogli zidentyfikować. Artur
                          wstrzymał oddech, wsłuchując się ze zgrozą w dźwięki przypominające płukanie
                          gardła podczas zażartej walki z całym stadem wilków.
                          • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:32
                            z całym stadem wilków.

                            - Ćśśś... - szepnął Ford. - Słuchaj, to może być ważne.
                            - Wa... ważne?!
                            - To kapitan Vogonów ogłasza komunikat na Tannoyu.
                            - Chcesz powiedzieć, że to jest mowa Vogonów? - Słuchaj!
                            - Ale ja nic nie rozumiem!
                            - Nie szkodzi. Po prostu włóż tę rybkę do ucha. Ford z szybkością błyskawicy
                            przyłożył rękę do ucha Artura, który odczuł nagłe mdlące wrażenie, że po jego
                            przewodzie słuchowym ześlizguje się ryba. Wstrzymując z obrzydzenia oddech,
                            przez sekundę czy dwie grzebał w uchu, lecz nagle przestał i popatrzył na Forda
                            wytrzeszczonymi ze zdumienia oczami. Przeżywał słuchowy odpowiednik patrzenia na
                            rysunek dwóch czarnych profilów, które niespodziewanie okazują się białym
                            świecznikiem. Albo patrzenia na zbiorowisko kolorowych kropek, które nagle
                            składają się w cyfrę sześć, oznaczającą, że twój okulista zaraz zażyczy sobie
                            ciężkich pieniędzy na nowe okulary.
                            Artur ciągle słuchał skowytu połączonego z płukaniem gardła, wiedział o tym,
                            tylko że teraz w niepojęty sposób przybrał on postać czystej, nieskazitelnej
                            angielszczyzny.
                            A oto, co usłyszał...

                            ROZDZIAŁ 6

                            - Auuu auuu gargl auuu gargl auuu auuu auuu gargl auuu gargl auuu auuu gargl
                            gargl auuu gargl garę gargl auuu skup uuuurgl miałby się dobrze bawić. Uwaga,
                            powtarzam komunikat. Mówi wasz kapitan, a więc przestańcie robić to, co robicie,
                            i słuchajcie uważnie. Przede wszystkim odczytuję z naszych przyrządów, że mamy
                            na pokładzie parę autostopowiczów. Witam was, gdziekolwiek jesteście. Chcę
                            tylko, żeby było to absolutnie jasne: jesteście tu bardzo niemile widziani!
                            Ciężko pracowałem na moje dzisiejsze stanowisko i nie zostałem kapitanem
                            Vogońskiej Floty Budowlanej po to, żeby przerobić ją na taksówki dla bandy
                            zdegenerowanych gapowiczów. Wysłałem już oddział poszukiwaczy i gdy tylko was
                            znajdą, natychmiast wyrzucę was ze statku. Jeżeli będziecie mieli sporo
                            szczęścia, przeczytam wam najpierw trochę mojej poezji.
                            - Po drugie - ciągnął głos - właśnie przygotowujemy się do skoku
                            hiperprzestrzennego w kierunku Gwiazdy Barnarda. Po przylocie zostaniemy w doku
                            na siedemdziesięciodwugodzinny przegląd, podczas którego nikomu nie wolno
                            opuszczać statku. Powtarzam, wszelkie wyjścia na planetę są odwołane! Właśnie
                            przeżyłem nieudany romans i nie widzę powodu, aby ktokolwiek miał się dobrze
                            bawić. Koniec komunikatu.
                            Hałas umilkł.
                            Ku swemu zażenowaniu Artur odkrył, że leży zwinięty w kłębek na podłodze, rękami
                            osłaniając głowę. Uśmiechnął się blado.
                            - Czarujący gość - powiedział. - Żałuję, że nie mam córki, której mógłbym
                            zabronić małżeństwa z nim.
                            - Nie ma obawy - odpowiedział Ford. - Są tak seksowne jak wypadek drogowy. Nie,
                            nie ruszaj się dodał, widząc, że Artur zaczyna się rozplątywać. Przygotuj się
                            lepiej na skok hiperprzestrzenny. Nieprzyjemnie przypomina upicie się.
                            - Co jest takiego nieprzyjemnego w upiciu się? - Zapytaj szklankę wody.
                            Artur przemyślał to.
                            - Ford - odezwał się.
                            - Tak?
                            - Co robi ta ryba w moim uchu?
                            - Tłumaczy. To ryba Babel. Przeczytaj o niej w książce, jeśli masz ochotę.
                            Ford rzucił mu przewodnik "Autostopem przez Galaktykę" i przygotowując się do
                            skoku, przyjął pozycję embrionalną.
                            W tej samej chwili dno mózgu Artura odpadło. Jego oczy wywróciły się na lewą
                            stronę, a stopy zaczęły przeciekać. Pokój wokół niego złożył się w kostkę,
                            zawirował, zniknął z pola widzenia i pozostawił go, ześlizgującego się do
                            swojego własnego pępka.
                            Przechodzili przez hiperprzestrzeń.
                            - Ryba Babel - powiedział spokojnie przewodnik "Autostopem przez Galaktykę" -
                            jest mała, złota i przypomina pijawkę. Jest to prawdopodobnie najdziwniejsza
                            rzecz we wszechświecie. Żywi się energią fal mózgowych, lecz nie swojego
                            nosiciela, ale istot go otaczających. Pochłania wszelkie nieświadome
                            częstotliwości umysłowe fal mózgowych, którymi się odżywia. Wydala następnie do
                            mózgu nosiciela telepatyczną matrycę utworzoną z kombinacji częstotliwości
                            świadomych myśli i sygnałów nerwowych odebranych z ośrodków mowy mózgu, który je
                            dostarczył. Praktyczny rezultat tego wszystkiego jest taki, że jeżeli ktoś włoży
                            sobie rybę Babel do ucha, może natychmiast zrozumieć każdą wypowiedź w
                            jakiejkolwiek formie języka. Wzorce mowy, jakie słyszy w rzeczywistości,
                            rozszyfrowują matrycę fal mózgowych, która została dostarczona do jego mózgu
                            przez rybę Babel.
                            Powstanie i ewolucja czegoś tak niewyobrażalnie pożytecznego za sprawą czystego
                            przypadku byłaby tak niesamowicie nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności, że
                            niektórzy myśliciele uznali to za ostateczny i rozstrzygający dowód na
                            nieistnienie Boga.
                            Ich tok rozumowania przebiega mniej więcej tak: "Odmawiam dowodzenia, że
                            istnieję - stwierdza Bóg ponieważ dowód neguje wiarę, a bez wiaty jestem
                            niczym". "Ale - odpowiada Człowiek - zdradziłeś się rybą Babel. Nie mogła
                            powstać przypadkowo, a więc dowodzi, że istniejesz, a więc, według twojej
                            własnej linii rozumowania, nie istniejesz. Co należało dowieść". "O rany - mówi
                            Bóg - o tym nie pomyślałem" - i znika bez zwłoki w obłoku logiki. "To była
                            pestka" - stwierdza Człowiek; na bis postanawia udowodnić, że białe jest czarne
                            i zostaje przejechany na najbliższej zebrze dla pieszych.
                            • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:33
                              na najbliższej zebrze dla pieszych.
                              Większość wybitnych teologów twierdzi, że dowód ten nie jest wart złamanego
                              grosza, ale nie zmieniło to faktu, że Oolon Collubhid zrobił małą fortunkę,
                              kiedy wykorzystał go jako centralny motyw w swoim bestsellerze "Podchwytliwe
                              pytania dla Boga".
                              Tymczasem nieszczęsna ryba Babel, znosząc skutecznie wszelkie bariery w
                              porozumiewaniu pomiędzy różnymi czasami i kulturami, spowodowała więcej
                              knnrawych wojen niż cokolwiek innego w historii stworzenia.
                              Artur wydał z siebie cichy jęk. Był zdumiony i przerażony faktem, że skok przez
                              hiperprzestrzeń nie zabił go. Znajdował się teraz w odległości sześciu lat
                              świetlnych od miejsca, w którym byłaby Ziemia, gdyby jeszcze istniała.
                              Ziemia. Wizje Ziemi przepłynęły przez jego umysł, przyprawiając go o mdłości.
                              Nie było mowy, żeby jego wyobraźnia była w stanie odczuć wstrząs spowodowany
                              zniknięciem Ziemi, był na to stanowczo zbyt wielki. Artur wystawił na próbę
                              swoje uczucia, myśląc o tym, że jego rodzice i siostra zniknęli. Żadnej reakcji.
                              Pomyślał o wszystkich bliskich mu ludziach. Żadnej reakcji, Wtem przypomniał mu
                              się zupełnie obcy człowiek stojący za nim w kolejce w supermarkecie dwa dni temu
                              i Artur poczuł nagłe ukłucie - nie ma już supermarketu, nie ma ludzi, którzy w
                              nim byli. Zniknęła kolumna Nelsona! Kolumna Nelsona zniknęła - i nikogo to nie
                              obeszło, bo nie ma już nikogo, kogo mogłoby to obejść. Od tej pory kolumna
                              Nelsona istniała tylko w jego głowie. Anglia istniała tylko w jego głowie - w
                              jego głowie, zamkniętej w tym zimnym, śmierdzącym, stalowym statku. Zatopiła go
                              fala klaustrofobii.
                              Anglia już nie istniała. Dotarło to do niego w jakiś sposób zdołał to pojąć.
                              Spróbował jeszcze raz. Ameryka, pomyślał, zniknęła. Nie docierało. Postanowił
                              znów zacząć od mniejszych rzeczy. Nowy Jork zniknął. Żadnej reakcji. Nigdy
                              zresztą nie wierzył, że Nowy Jork naprawdę istnieje. Dolar, pomyślał, stracił
                              wartość na zawsze. Lekkie drżenie. Wszystkie filmy z Bogartem zostały skasowane,
                              powiedział sobie, i to był paskudny wstrząs. McDonald, pomyślał. Nie ma już
                              takiej rzeczy, jak hamburger McDonalda...
                              Stracił przytomność. Gdy przyszedł do siebie sekundę później, stwierdził, że
                              opłakuje swoja matkę. Zerwał się gwałtownie na nogi.
                              - Ford!
                              Ford spojrzał na niego z kata, w którym siedział, mrucząc coś do siebie. Zawsze
                              właściwie uważał, że podróżowanie przez kosmos jest raczej męczące.
                              - Tak? - odezwał się.
                              - Jeżeli zbierasz informacje do tego całego przewodnika i byłeś na Ziemi, to na
                              pewno zebrałeś też coś na jej temat.
                              - No, udało mi się rozszerzyć trochę oryginalne hasło, owszem.
                              - To pokaż mi, co jest napisane w tym wydaniu. Muszę to zobaczyć.
                              - Dobra. - Ford znów podał mu książkę. Artur złapał ją, próbując powstrzymać
                              drżenie rąk. Wyszukał właściwą stronę. Ekran rozbłysł, zamigał i wyświetlił
                              rzędy liter. Artur przyjrzał. mu się.
                              - Nic nie ma! - wybuchnął. Ford zajrzał mu przez ramię.
                              - Owszem, jest - powiedział. - Zobacz tutaj, na samym dole ekranu, pod hasłem
                              "Zielonowłosa Eccentrica Gallumbits, trzypierśna dziwka z Eroticonu VI".
                              Artur przesunął wzrokiem po ekranie i zobaczył, co wskazywał palec Forda. Przez
                              dłuższą chwilę nie docierało do niego, a potem jego umysł prawie eksplodował.
                              - Co?! "Nieszkodliwa?!" To wszystko, co ma do powiedzenia? "Nieszkodliwa!!!"
                              Jedno słowo!
                              Ford wzruszył ramionami.
                              - Co chcesz, w Galaktyce jest sto bilionów gwiazd i tylko ograniczona ilość
                              miejsca w mikroprocesorach książki - powiedział. - No oczywiście, nikt nie
                              wiedział zbyt dużo na temat Ziemi.
                              - No dobra, ale na litość boską, chyba udało ci się trochę to rozszerzyć?
                              - No, owszem, udało mi się przesłać wydawcy nowy tekst hasła. Musiał go odrobinę
                              skrócić, ale zawsze jest to jakiś postęp.
                              - I jak brzmi teraz? - zapytał Artur.
                              - "przeważnie nieszkodliwa" - wyznał Ford i zakaszlał z lekkim zażenowaniem.
                              - "przeważnie nieszkodliwa!" - wrzasnął Artur. - Co to był za hałas? - syknął Ford.
                              - To ja wrzeszczałem! - wrzasnął Artur.
                              - To się zamknij! - rzekł Ford. - Zdaje się, że mamy kłopoty.
                              • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:34
                                - To się zamknij! - rzekł Ford. - Zdaje się, że mamy kłopoty.
                                - Tobie się zdaje, że mamy kłopoty! - Zza drzwi dochodził wyraźny odgłos kroków.
                                - Dentrassi? wyszeptał Artur.
                                - Nie, to są podkute buty - odpowiedział Ford. Rozległo się ostre stukanie do drzwi.
                                - To kto?
                                - No cóż - stwierdził Ford. - Jeżeli mamy szczęście, to tylko Vogoni, którzy
                                przyszli, żeby wyrzucić nas w próżnię.
                                - A jeśli mamy pecha?
                                - A jeśli mamy pecha - rzekł Ford ponuro - to kapitan być może mówił poważnie,
                                kiedy groził, że przedtem poczyta nam swoją poję...

                                ROZDZIAŁ 7

                                Vogońska poezja jest oczywiście na trzecim miejscu, jeśli chodzi o najgorszą
                                poezję wszechświata Na drugim miejscu znajdują się utwory Azgotków z Kria.
                                Podczas recytacji poematu "Oda do małej bryłki zielonego kitu, którą znalazłem
                                pod pachą pewnego letniego poranka" w wykonaniu autora, wielkiego mistrza poezji
                                Grunthosa Flatulenta, czworo słuchaczy zmarło na skutek krwotoku wewnętrznego, a
                                Prezydent Środkowo-Galaktycznej Rady Utrudniania Rozwoju Sztuki uszedł z życiem
                                tylko dzięki odgryzieniu własnej nogi. Według doniesień naocznych świadków,
                                Grunthos był "rozczarowany" przyjęciem utworu i miał właśnie przystąpić do
                                czytania swojego poematu heroicznego w dwunastu księgach zatytułowanego "Moje
                                ulubione bulgoty kąpielowe", gdy jego własne jelito grube, w desperackiej próbie
                                ratowania życia i cywilizacji, przeskoczyło mu przez szyję i odcięło dopływ
                                tlenu do mózgu.
                                Najgorsza poezja w całym wszechświecie przestała istnieć wraz ze swoim twórcą
                                Paulą Nancy Millstone Jennings z Greenbridge w hrabstwie Essex, Anglia, w
                                momencie zniszczenia planety Ziemia.
                                Na twarz Prostetnica Vogona Jeltza bardzo powoli wypełzł uśmiech. Nie było to
                                jednak zrobione dla efektu, po prostu kapitan usiłował przypomnieć sobie
                                kolejność ruchów mięśni. Skończył właśnie wrzeszczeć na swoich więźniów - z
                                wybitnie terapeutycznym efektem - toteż czuł się teraz całkowicie zrelaksowany i
                                gotowy na odrobinkę niegodziwości.
                                Więźniowie usiedli na krzesłach do rozkoszowania się poezją-przywiązani
                                rzemieniami. Vogonowie nie mieli złudzeń co do opinii, jaka otaczała powszechnie
                                ich poezję. Ich wczesne próby poetyckie były częścią subtelnych jak uderzenie
                                maczugi prób udowodnienia, że są odpowiednio rozwiniętą, i kulturalną rasa, ale
                                teraz jedynym powodem, dla którego wciąż pisali wiersze, byta przemożna chęć
                                robienia wszystkim na złość.
                                Zimny pot oblał czoło Forda Prefecta i spłynął obok elektrod przymocowanych na
                                jego skroniach. Były one podłączone do zestawu sprzętu elektronicznego -
                                wzmacniaczy obrazowania, modulatorów rytmicznych, rezydulatorów aliteracyjnych i
                                dumperów porównań - zaprojektowanego tak, aby wzmóc przeżycia artystyczne
                                słuchacza i upewnić się, że ani jeden subtelny niuans poetycki nie przeszedł nie
                                zauważony.
                                Artur Dent usiadł i zadrżał. Nie miał zielonego pojęcia, co go czeka, ale
                                wiedział, że dotąd nie zdarzyło mu się nic, co by mu się podobało i nie wydawało
                                mu się prawdopodobne, żeby miało się coś zmienić.
                                Vogon zaczął czytać - cuchnący, nieduży fragment własnego autorstwa.

                                - O fredlujący gruntbugglonie...! - rozpoczął. Drgawki wstrząsnęły ciałem Forda;
                                było to gorsze, niż mógł oczekiwać.
                                - ...twe unkturacje są dla mnie... Jak plurdlowany gabbleblotkis w brytfannie.
                                - Aaaaaaarggggghhhhhh! - zawył Ford Prefect, wykręcając głowę do tyłu, gdyż
                                przewalały się przez nil spazmy bólu. Ledwo widział zamgloną postać Artura
                                zwijającego się i szamoczącego na kześle obok. Zacisnął zęby.
                                - A więc gropnij, zaklinam cię - ciągnął bezlitośnie Vogon - w me frontujące
                                turlingdrpomy! Jego głos wznosił się na przerażające wyżyny roznamiętnionej
                                piskliwości: - I drangluj mnie hoptomicznie krinklowymi bindlewurdlami, bo
                                inaczej rozedrę cię na gobberwarty moim blurglekrunczonem, myślisz, że nie?!
                                - Nuuuyyyuuumgghhhh!!! - wrzasnął Ford Prefect, chwycony w klesze bólu podczas
                                finałowego skurczu, gdy elektroniczne wzmocnienie ostatniego wersu posłało mu w
                                skronie cała moc urządzenia. Jego ciało zwiotczało.
                                Artur zwisł na kześle.
                                - A teraz, ziemskie stwory... - zawarczał Vogon (nie wiedział, że Ford pochodził
                                naprawdę z małej planety w pobliżu Betelgeuzy, zresztą gdyby wiedział i tak by
                                go to nie obeszło) - przedstawiam wam prosty wybór! Albo umrzecie za chwilę w
                                próżni, albo... albo powiecie mi, jak dobry jest waszym zdaniem mój wiersz!
                                Rzucił się do tyłu na olbrzymi, skórzany fotel w kształcie nietoperza i
                                przyglądał się im. Na jego twarzy znowu pojawił się uśmiech.
                                Ford z trudem złapał oddech. Przejechał pokrytym pyłem językiem po spieczonych
                                wargach i jęknął. Artur powiedział ożywionym głosem:
                                - Owszem, jest całkiem niezły.
                                Ford obrócił się i wlepił w niego wzrok. Oto podejście, które najzwyczajniej w
                                świecie nie przyszło mu do głowy.
                                Vogon ze zdziwienia uniósł bawi, co skutecznie zakryło jego nos i z tego powodu
                                nie było zła rzeczą.
                                - Dobrze... - zawarczał ze sporym zdziwieniem. - O, tak - powiedział Artur. -
                                Wydaje mi się, że niektóre elementy obrazowania metafizycznego były rzeczywiście
                                wyjątkowo efektowne.
                                Ford ciągle gapił się na niego, powoli zbierając myśli i przestawiając się na
                                ten zupełnie nowy koncept. Czy to możliwe, żeby tym sposobem naprawdę mogli się
                                z tego wywinąć?
                                - Tak, mów dalej... - powiedział zapraszająco Vogon.
                                - No i... także te... interesujące środki rytmiczne - ciągnął Artur - które
                                zdawały się kontrapunktować... eee... eee... - Stracił koncept i zamilkł.
                                W tej samej chwili Ford przyszedł mu z pomocą. - Kontrapunktować - zaryzykował -
                                surrealizm fundamentalnej metafory... eee... - On też ugrzązł, ale Artur był już
                                gotowy.
                                - ...humanizmu...
                                - Vogonizmu - syknął do niego Ford.
                                • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:35
                                  - Vogonizmu - syknął do niego Ford.

                                  - O tak, vogonizmu, przepraszam, współczującej duszy poety - Artur poczuł się w
                                  swoim żywiole która przebija poprzez medium struktury wiersza, aby wysublimować
                                  to, przetranscendentować tamto i osiągnąć porozumienie z zasadniczymi
                                  dydrotamiami tego drugiego - dochodził do triumfalnego crescendo a odbiorca
                                  pozostaje z głębokim i wnikliwym wglądem w istotę... istotę... - które nagle go
                                  zwiodło.
                                  Ford wyskoczył, zadając ostateczny cios:
                                  - W istotę problemu, cokolwiek nim było! wrzasnął. I dodał cicho: - Świetnie,
                                  Artur, to było pierwsza klasa.
                                  Vogon przyjrzał im się uważnie. Przez chwilę jego zgorzkniała, rasistowska dusza
                                  została poruszona, ale nie, pomyślał. Za mało i za późno. Jego głos zabrzmiał
                                  jak odgłos kocich pazurów na szkle.
                                  - A więc mówicie, że piszę poezję, ponieważ tak naprawdę pod powłoką
                                  nieczułości, nikczemności i braku serca chcę po prostu, żeby mnie kochano
                                  stwierdził. Zrobił pauzę. - Zgadza się?
                                  Ford zaśmiał się nerwowo.
                                  - No, właściwie tak - powiedział. - Czyż nie jest tak, że my wszyscy, w głębi
                                  duszy, wie pan... eee... Vogon wstał.
                                  - Nie, nie jest tak. Mylicie się całkowicie rzekł. - Mszę poezję po to, aby
                                  dostarczyć mojej powłoce nieczułości, nikczemności i braku serca chwilowej ulgi.
                                  Tak czy inaczej, i tak zamierzam wyrzucić was ze statku. Straż! Zabrać więźniów
                                  do komory powietrznej numer trzy i wyrzucić!
                                  - Co? - krzyknął Ford.
                                  Olbrzymi, młody vogoński strażnik wystąpił naprzód i wyszarpnął ich z więzów
                                  potężnymi, gumowatymi ramionami.
                                  - Nie możecie wyrzucić nas w przestrzeń - wrzasnął Ford. - piszemy książkę!
                                  - Opór nie ma sensu! - odwrzasnął mu vogoński strażnik. Było to pierwsze zdanie,
                                  jakiego nauczył się po wstąpieniu do Vogońskiego Korpusu Straży.
                                  Kapitan popatrzył na to z obojętnym rozbawieniem, a potem odwrócił się.
                                  Artur rozejrzał się dzikim wzrokiem.
                                  - Nie chcę teraz umierać! - krzyknął. - Ciągle boli mnie głowa! Nie chcę iść do
                                  nieba z bólem głowy, będę miał zły humor i nie spodoba mi się tam!
                                  Strażnik twardo chwycił ich obu za szyję i z pełnym szacunku ukłonem w stronę
                                  pleców kapitana wywlókł ich z mostka, nie zważając na gwałtowne protesty.
                                  Stalowe drwi zamknęły się i kapitan znowu został sam. Zamyślił się głęboko,
                                  mrucząc coś do siebie i stukając lekko palcami w notatnik z wierszami.
                                  - Hmmm - powiedział. - Kontrapunktować surrealizm fundamentalnej metafory... -
                                  rozważał to przez chwilę, a potem zamknął notatnik z ponurym uśmiechem. - Śmierć
                                  jest dla nich za dobra stwierdził.
                                  Długi stalowy korytarz odbijał nikłym echem słabą szamotaninę dwóch istot
                                  ludzkich ściśniętych pod pachami Vogona.
                                  - To jest świetne - bełkotał Artur. - To jest naprawdę fantastyczne. Puszczaj
                                  mnie, ty brutalu! Vogoński strażnik wlókł ich dalej.

                                  - Nie przejmuj się - powiedział Ford. Wymyślę coś. - Nie zabrzmiało to
                                  specjalnie pocieszająco.
                                  - Opór nie ma sensu! - ryknął strażnik.
                                  - Może przestałbyś mówić takie rzeczy - rzekł z trudem Ford. - Jak można w ogóle
                                  zachować pozytywny stosunek do rzeczywistości, jeżeli bez przerwy słyszy się coś
                                  takiego?
                                  - O Boże - powiedział płaczliwie Artur. - Mówisz o pozytywnym stosunku do
                                  rzeczywistości, a twoja planeta nawet nie została dzisiaj zniszczona. Obudziłem
                                  się dziś rano i myślałem, że spędzę miły, relaksujący dzień, trochę poczytam,
                                  wykąpię Psa... Minęła dopiero czwarta po południu, a mnie wyrzucają ze statku
                                  kosmicznego obcej rasy sześć lat świetlnych od dymiących szczątków Ziemi! -
                                  zaczął bełkotać i charczeć, gdy Vogon wzmocnił swój uchwyt.
                                  - No dobra - rzekł Ford. - Tylko nie panikuj! - Kto tu mówi o panikowaniu? -
                                  warknął Artur. To ciągle jeszcze tylko szok kulturowy. Poczekaj, aż przyzwyczaję
                                  się do tego wszystkiego i zorientuję w sytuacji! Wtedy zacznę panikować!
                                  - Artur, wpadasz w histerię. Zamknij się! - Ford rozpaczliwie próbował się
                                  skupić, ale znów przerwał mu ryk strażnika.
                                  - Opór nie ma sensu!
                                  - Ty też możesz się zamknąć! - warknął. - Opór nie ma sensu!
                                  - Och, uspokój się na chwilę! - zażądał Ford. Wykręcił głowę, żeby spojrzeć
                                  prosto w twarz swojego prześladowcy. Wpadła mu do głowy pewna myśl.
                                  - Naprawdę podoba ci się to wszystko? - zapytał znienacka.
                                  Vogon stanął jak myty i wyraz bezgranicznej tępoty powoli wypłynął na jego twarz.
                                  - Czy mi się podoba? - zagrzmiał. - Co to znaczy?
                                  - To znaczy - powiedział Ford - czy daje ci to całkowitą satysfakcję życiową?
                                  Tupanie po statku, wrzeszczenie, wyrzucanie ludzi w próżnię...
                                  Vogon gapił się na niski stalowy sufit, a jego bawi prawie zaszły jedna na
                                  drugą. Usta otworzyły się. W końcu powiedział:
                                  - No, godziny są dobre...
                                  - Na pewno - zgodził się Ford.
                                  Artur odwrócił głowę, żeby spojrzeć na niego.
                                  - Ford, co ty robisz? - zapytał zdumionym szeptem.
                                  - Po prostu próbuję zainteresować się światem dookoła mnie, rozumiesz? -
                                  odpowiedział Ford. A więc godziny są całkiem niezłe? - podjął znowu.
                                  Vogon gapił się w dół na niego, podczas gdy powolne procesy myślowe z trudem
                                  zachodziły w mrocznych głębinach jego mózgu.
                                  - Tak - odezwał się. - Ale jeśli już o tym mowa, to większość minut jest dosyć
                                  parszywa. Oprócz... - znów pomyślał chwilę, co wymagało patrzenia na sufit -
                                  oprócz krzyczenia, które dosyć lubię. - Nabrał powietrza w płuca i zaryczał: -
                                  Opór nie ma...
                                  - dobra, dobra - mu pośpiesznie Ford. Jesteś w tym naprawdę niezły, wiem o tym.
                                  Ale jeżeli to jest przeważnie parszywe - mówił wolno, aby jego słowa osiągnęły
                                  zamierzony efekt - to po co to robisz? Co cię trzyma? Dziewczyny? Skóra? Bycie
                                  twardym facetem? Czy też uważasz po prostu, że znoszenie bezmyślnej nudy tego
                                  wszystkiego jest interesujące?
                                  Artur przenosił wzrok z jednego na drugiego w kompletnym osłupieniu.
                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:36
                                    Artur przenosił wzrok z jednego na drugiego w kompletnym osłupieniu.
                                    - No... - powiedział strażnik - eee... no... nie wiem. Myślę, że po prostu...
                                    no, jakoś... robię to naprawdę. Moja ciotka powiedziała, że strażnik na statku
                                    kosmicznym to niezły zawód dla młodego Vogona. - No wiesz, mundur, nisko
                                    zawieszony miotacz płomieni, bezmyślna nuda...
                                    - Otóż to, Artur - powiedział Ford z miną człowieka osiągającego konkluzję
                                    swojego dowodu. - I tobie się wydaje, że ty masz problemy...
                                    Owszem, Arturowi wydawało się, że ma problemy. Pomijając nieprzyjemne zdarzenie,
                                    które spotkało jego rodzinną planetę, byt już na pół uduszony przez ,
                                    vogońskiego strażnika i nie podobał mu się specjalnie pomysł zostania wyrzuconym
                                    w próżnię.
                                    - Spróbuj zrozumieć jego problemy - nalegał Ford. - Oto biedny chłopak, praca
                                    całego jego życia polega na tupaniu po statku, wyrzucaniu ludzi w próżnię...
                                    - I krzyczeniu - dodał strażnik.
                                    - I krzyczeniu, zgadza się - rzekł Ford, z przyjacielską protekcjonalnością
                                    poklepując gumowate ramię ściskające go za szyję. - A on nawet nie wie, po co to
                                    robi!
                                    Artur zgodził się, że jest to bardzo smutne. Uczynił to słabym i nieznacznym
                                    gestem, nie był już bowiem w stanie mówić.
                                    Strażnik wydał z siebie głęboki gulgot otumanienia.
                                    - No, tak to przedstawiłeś, że wydaje mi się... - Dobry chłopak! - zachęcił go Ford.
                                    - No dobra - ciągnął dudniąco strażnik - ale jakie jest inne wyjście?
                                    - Cóż - powiedział Ford z ożywieniem, ale powoli. - Oczywiście przestań to
                                    robić! Powiedz im - ciągnął - że nie zamierzasz więcej tego robić. - Czuł, że
                                    powinien dodać coś jeszcze, ale przez chwilę strażnik zdawał się całkowicie
                                    zajęty rozważaniem tego, co już usłyszał.
                                    - Nieeee... - stwierdził strażnik. - No... Moim zdaniem to wcale nie jest taki
                                    dobry pomysł.
                                    Ford poczuł nagle, że właściwy moment minął.
                                    - Poczekaj chwilę - rzekł. - Widzisz, to tylko początek, jest jeszcze wiele
                                    innych...
                                    Ale w tym momencie strażnik ścisnął go mocniej i powrócił do wleczenia więźniów
                                    do komory powietrznej. Był najwyraźniej poruszony.
                                    - Nie, wydaje mi się, że jeśli nie sprawi to wam różnicy - powiedział - to
                                    lepiej wpakuję was do tej komory powietrznej, a potem pójdę i zajmę się
                                    krzyczeniem, które mi jeszcze zostało.
                                    Fordowi Prefectowi sprawiało to zasadniczą różnicę. - To nie wszystko...
                                    Posłuchaj! - zawołał.
                                    - Hahhhggguuu - odezwał się Artur bez żadnej wyraźnej modulacji.

                                    - Ale poczekaj chwilę! =
                                    • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:38
                                      - To znaczy konkretnie jaki?
                                      - No cóż... nie opracowałem jeszcze szczegółów. Teraz chyba nie ma to już zbyt
                                      wielkiego znaczenia, prawda?
                                      - Więc co... no, co się teraz stanie? - spytał Artur.
                                      - Cóż, przypuszczam, że za parę chwil otworzy

                                      się automatycznie ten luk przed nami, a my wylecimy jak z procy w otwartą
                                      próżnię i umrzemy z braku tlenu. Jeżeli przedtem weźmiesz głęboki oddech, to
                                      oczywiście możesz wytrzymać do trzydziestu sekund... - powiedział Ford. Założył
                                      ręce na głowę, podniósł brwi i zaciął nucić stary hymn bojowy z Betelgeuzy.
                                      W oczach Artura stał się nagle bardzo obcy.
                                      - A więc tak to wygląda - stwierdził Artur. - Za chwilę umrzemy.
                                      - Tak - zgodził się Ford. - Oprócz... nie! Poczekaj chwilę! - Znienacka rzucił
                                      się przez komorę w kierunku czegoś poza polem widzenia Artura: Co to za
                                      przełącznik? - krzyknął.
                                      - Co? Gdzie? - zawołał Artur, odwracając się. - Nic, żartowałem tylko -
                                      powiedział Ford. Jednak umrzemy.
                                      Znowu osunął się po ścianie i podjął nucenie melodii w miejscu, w którym przerwał.
                                      - Wiesz - stwierdził Artur. - W chwilach takich jak ta, kiedy jestem uwięziony w
                                      vogońskiej komorze powietrznej z człowiekiem z Betelgeuzy, a za moment mam
                                      umrzeć z braku tlenu w otwartej próżni, naprawdę żałuję, że nie słuchałem, co
                                      mówiła mi matka, kiedy bytem mały.
                                      - A czemu, co takiego mówiła? - Nie wiem, nie słuchałem.
                                      - Aha. - Ford znowu zaczął nucić.
                                      To jest naprawdę fantastyczne, pomyślał Artur. Kolumna Nelsona zniknęła,
                                      McDonald zniknął, wszystko, co zostało, to ja i słowa "przeważnie nieszkodliwa".
                                      A za parę sekund wszystko, co zostanie, to "przeważnie nieszkodliwa". A jeszcze
                                      wczoraj wszystko zapowiadało się tak dobrze...
                                      Silnik zawarczał.
                                      Cichy syk zamienił się w ogłuszający ryk uciekającego powietrza, gdy zewnętrzny
                                      luk otworzył się na czarną pustkę usianą maleńkimi nieprawdopodobnie jasnymi
                                      punkcikami. Ford i Artur wystrzelili w otwartą próżnię jak kapiszony z
                                      pistoletu-zabawki.

                                      ROZDZIAŁ 8

                                      Przewodnik "Autostopem przez Galaktykę" jest książką ze wszech miar godną uwagi.
                                      Wielokrotnie redagowano go i przeredagowywano w ciągu wielu lat pod okiem wielu
                                      wydawców. Zawiera wkład niezliczonych podróżników i badaczy.
                                      Wstęp zaczyna się tak:
                                      "Kosmos jest wielki, naprawdę wielki. Nie uwierzylibyście, jak wściekle,
                                      nieprawdopodobnie, obłędnie wielki. To znaczy może się wam wydawać, że od
                                      waszego domu do drogerii jest daleko, ale to absolutnie nic w porównaniu z
                                      kosmosem. Zobaczcie..." i tak dalej.
                                      Po pewnym czasie styl trochę poważnieje i zaczynają się informacje naprawdę
                                      użyteczne, jak na przykład ta, że bajecznie piękna planeta Bethselamin jest tak
                                      zaniepokojona erozją powodowaną przez dziesięć bilionów turystów rocznie, że
                                      jakakolwiek rozbieżność netto pomiędzy ilością konsumowaną a wydalaną przez
                                      turystów podczas pobytu na planecie jest chirurgicznie usuwana z masy ich ciała
                                      w momencie wyjazdu, a więc jest niezwykle
                                      istotne, aby zabierać pokwitowania po każdej wizycie w ubikacji.
                                      Trzeba jednak przyznać, że w obliczu czystej niewyobrażalności odległości
                                      pomiędzy gwiazdami ugięły się znacznie potężniejsze umysły niż ten, który był
                                      odpowiedzialny za wstęp do przewodnika. Niektóre z nich proponują, aby wyobrazić
                                      sobie fistaszek w Reading i mały orzech włoski w Johannesburgu czy też inne
                                      przyprawiające o zawrót głowy pomysły tego typu.
                                      A prawda jest taka, że odległości międzygwiezdne po prostu nie przystają do
                                      ludzkiej wyobraźni. Nawet światło, które porusza się tak szybko, że
                                      odkrycie, iż w ogóle się porusza, zajmuje większości z nas tysiące lat, nawet
                                      ono potrzebuje czasu na pokonanie przestrzeni pomiędzy gwiazdami. Przebycie
                                      odległości pomiędzy gwiazdą Sol a miejscem, gdzie była Ziemia, zajmuje światłu
                                      osiem minut, zaś dotarcie do najbliższej gwiazdy, Alfy Proxima - cztery lata.
                                      Aby dotrzeć na przeciwny kraniec Galaktyki, na przykład na Damogran, światło
                                      potrzebuje trochę więcej czasu: pięćset tysięcy lat.
                                      Rekord na pokonanie tej odległości autostopem wynosi niecałe pięć lat, ale nie
                                      można wtedy zobaczyć zbyt wiele po drodze.
                                      Przewodnik "Autostopem przez Galaktykę" twierdzi, że jeżeli nabierze się pełne
                                      płuca powietrza, można przeżyć w całkowitej próżni do trzydziestu sekund.
                                      Jednakże dodaje też, że kosmos jest nieprawdopodobnie wielki i z tego względu
                                      szanse na zostanie

                                      zabranym przez inny statek w ciągu tych trzydziestu sekund wynosi dwa do potęgi
                                      dwieście sześćdziesiąt siedem tysięcy siedemset dziewięć do jednego.
                                      Absolutnie zadziwiającym zbiegiem okoliczności jest to również numer telefonu
                                      pewnego mieszkania w Islington.
                                      Artur byt tam kiedyś na bardzo udanym przyjęciu i spotkał pewną miłą dziewcz5mę,
                                      którą chciał poderwać, ale kompletnie mu nie wyszło - dziewczyna opuściła
                                      przyjęcie z jakimś obcym facetem, który pojawił się bez zaproszenia.
                                      I chociaż planeta Ziemia, mieszkanie w Islington i telefon jur nie istniały,
                                      pocieszająca jest myśl, że zostały w pewien sposób upamiętnione faktem, iż
                                      dwadzieścia dziewięć sekund później Ford i Artur zostali uratowani.
                                      • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:40
                                        Ford i Artur zostali uratowani.

                                        ROZDZIAŁ 9

                                        Komputer zaterkotał sam do siebie alarmująco, zauważywszy, że luk powietrzny
                                        otworzył się sam i zamknął bez żadnej widocznej przyczyny.
                                        Zdarzyło się tak, ponieważ Przyczyna oszalała.
                                        W Galaktyce pojawiła się właśnie dziura. Trwała dokładnie jedną zerową sekundy,
                                        miała jedną zerową cala szerokości i całkiem sporo milionów lat świetlnych od
                                        jednego końca do drugiego.
                                        Kiedy się zamykała, wypadło przez nią mnóstwo papierowych czapek i kolorowych
                                        baloników i odpłynęło w kosmos. Wypadł też zespół siedmiu specjalistów od
                                        marketingu o wzroście trzech stóp, którzy ponieśli śmierć na miejscu częściowo z
                                        braku tlenu, a częściowo ze zdumienia. Wypadło także dwieście trzydzieści
                                        dziewięć tysięcy jajek na miękko, materializując się w formie wielkiego
                                        galaretowatego stosu w dotkniętym zarazą kraju Poghrilów w systemie Pansela.
                                        Z całego plemienia Poghrilów zarazę przeżył tylko jeden mężczyzna, który kilka
                                        tygodni później zmarł na zatrucie cholesterolem.

                                        Jedna zerowa sekundy, podczas której istniała dziura, miotała się tam i z
                                        powrotem w czasie w najbardziej nieprawdopodobnym stylu. Gdzieś w zamierzchłej
                                        przeszłości wywołała poważny uraz u niedużej grupy przypadkowo zebranych atomów
                                        dryfujących poprzez pustą jałowość kosmosu, co spowodowało, że połączyły się w
                                        najbardziej niezwykłe i nieoczekiwane wzory. Wzory te szybko nauczyły się
                                        reprodukować (częściowo właśnie na tym polega ich niezwykłość) i przystąpiły do
                                        przysparzania poważnych kłopotów wszystkim planetom, na które zawędrowały. Tak
                                        właśnie powstało we wszechświecie życie.
                                        Pięć nieobliczalnych wirów zdarzeń zakręciło się jak wściekłe cyklony i
                                        zwymiotowało chodnik.
                                        Na chodniku leżeli Ford Prefect i Artur Dent, łapiąc powietrze jak na pół
                                        uduszone ryby.
                                        - A widzisz? - zasapał Ford, wczepiając się palcami w szpony chodnika pędzącego
                                        przez Trzeci Krąg Nieznanego. - Powiedziałem ci, że coś wymyślę.
                                        - O, tak - rzekł Artur. - Na pewno.
                                        - Mój genialny pomysł - stwierdził Ford - żeby znaleźć mijający statek i dać mu
                                        się uratować! Prawdziwy wszechświat wygiął się pod nimi w wywołujący mdłości
                                        łuk. Kilka fałszywych przemknęło tuż obok jak kozice. Pierwotne światło
                                        eksplodowało, obryzgując czasoprzestrzeń czymś w rodzaju grudek budyniu. Czas
                                        zakwitł, materia skurczyła się. Najwyższa liczba pierwsza połączyła się cicho w
                                        kącie i ukryła na zawsze.
                                        - Daj spokój - powiedział Artur. - Szanse, że się nie uda, były astronomiczne.
                                        - Co z tego, skoro się udało - odparł Ford.
                                        - Co to za statek? - spytał Artur, podczas gdy otchłań wieczności ziewnęła pod nimi.
                                        - Nie wiem - odpowiedział Ford - jeszcze nie otworzyłem oczu.
                                        - Ja też nie.
                                        Wszechświat podskoczył, zamarł i wykrzywił się w kilku nieoczekiwanych kierunkach.
                                        Artur i Ford otworzyli oczy i rozejrzeli się ze sporym zaskoczeniem.
                                        - Rany boskie - powiedział Artur. - To wygląda... to zupełnie jak brzeg morza w
                                        Southend.
                                        - Cholera, cieszę się, że mówisz - odezwał się Ford.
                                        - Dlaczego?
                                        - Bo myślałem, że chyba zwariowałem.
                                        - Może zwariowałeś. Może tylko ci się wydaje, że to powiedziałem.
                                        Ford przemyślał to.
                                        - Więc jak, powiedziałeś czy nie? - zapytał. - Chyba tak - odrzekł Artur.
                                        - To może obaj zwariowaliśmy.
                                        - Tak - zgodził się Artur. - Wziąwszy wszystko pod uwagę, musielibyśmy
                                        zwariować, żeby myśleć, że to jest Southend.
                                        - Ale myślisz, że to jest Southend? - No, tak.
                                        - Ja też.
                                        - A więc zwariowaliśmy.
                                        - Pogoda w sam raz.
                                        - Tak - potwierdził mijający ich wariat.

                                        - Kto to był? - zapytał Artur.
                                        - Kto, ten facet z pięcioma głowami i krzakiem czarnego bzu pełnym śledzi?
                                        - Tak.
                                        - Nie wiem. Ktoś tam. - Aha!
                                        Usiedli obaj na chodniku i wpatrywali się z pewnym niepokojem w olbrzymie dzieci
                                        skaczące ciężko po piasku i dzikie konie mknące z hukiem po niebie ze świeżymi
                                        dostawami wzmocnionego ogrodzenia dla Niepewnych Rejonów.
                                        - Wiesz co - zakaszlał Artur - jeżeli to Southend, to jest w tym coś bardzo
                                        dziwnego.
                                        - Masz na myśli to, ie morze jest nieruchome jak głaz, a budynki falują? -
                                        spytał Ford. - Tak, mnie też wydaje się to dziwne. W gruncie rzeczy - ciągnął,
                                        podczas gdy Southend rozpadło się z głośnym hukiem na sześć różnych części,
                                        które tańczyły i wirowały wokół siebie nawzajem w zmysłowych i rozpustnych
                                        konfiguracjach - dzieje się tutaj coś naprawdę bardzo dziwnego.
                                        • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:43
                                          bardzo dziwnego.
                                          Dzikie, skowyczące dźwięki piszczałek i smyczków przeszyły powietrze, gorące
                                          pączki po dziesięć pensów zaczęły wyłazić spod ziemi na skraj drogi, odrażające
                                          ryby spadały z nieba, a Ford i Artur postanowili ratować się ucieczką.
                                          Rzucili się przez twarde ściany dźwięku, góry archaicznej myśli; doliny muzyki
                                          nastrojów - aż nagle usłyszeli głos dziewczyny. Brzmiał całkiem sensownie, ale
                                          powiedział tylko:
                                          - Dwa do potęgi stutysięcznej do jednego i spada.
                                          I to było wszystko.
                                          Ford poślizgnął się na promieniu światła i obrócił dookoła, próbując znaleźć
                                          źródło głosu, ale nie zobaczył niczego, w co mógłby naprawdę uwierzyć.
                                          - Co to za głos? - krzyknął Artur.
                                          - Nie wiem! - wrzasnął Ford. - Nie wiem! Brzmiało to jak rachunek
                                          prawdopodobieństwa.
                                          - Prawdopodobieństwa? Co masz na myśli?
                                          - Prawdopodobieństwo. No wiesz, jak dwa do jednego, trzy do jednego, pięć do
                                          czterech... A to było dwa do potęgi stutysięcznej do jednego; dosyć mało
                                          prawdopodobne, nie sądzisz?
                                          Kadź z kremem o pojemności miliona galonów otworzyła się nad nimi bez ostrzeżenia.
                                          - Ale co to znaczy? - krzyknął Artur. - Co, krem?
                                          - Nie, rachunek nieprawdopodobieństwa!
                                          - Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Wydaje mi się, że jesteśmy na jakimś statku
                                          kosmicznym.
                                          - Mogę tylko przypuszczać - mruknął Artur że nie jest to kabina pierwszej klasy.
                                          W strukturze czasoprzestrzeni pojawiły się wybrzuszenia. Wielkie, nieprzyjemne
                                          wybrzuszenia.
                                          - Haaan gghhh - powiedział Artur, czując, że jego ciało staje się coraz bardziej
                                          miękkie i wygina się w dziwacznych kierunkach. - Southend rozrywa się... gwiazdy
                                          wirują... pustynia... moje nogi odpływają w zachodzące słońce... moje lewe ramię
                                          też odleciało... Nagle uderzyła go przerażająca myśl. - Cholera powiedział - jak
                                          ja będę teraz przestawiał mój zegarek elektroniczny? - Rozpaczliwie powiódł
                                          wzrokiem w kierunku Forda. - Ford - oznajmił
                                          - zmieniasz się w pingwina. Przestań!
                                          Znowu rozległ się głos:
                                          - Dwa do potęgi siedemdziesiąt pięć tysięcy do jednego i spada.
                                          Ford machając skrzydłami, zataczał wściekłe kółka wokół swojego stawu.
                                          - Hej, kim ty jesteś? - zakwakał. - Gdzie jesteś? Co tu się dzieje i czy można
                                          jakoś z tym skończyć? - Proszę się odprężyć - powiedział głos ciepło,
                                          jak stewardesa w samolocie z jednym skrzydłem i dwoma silnikami, w którym jeden
                                          się pali. - Jesteście całkowicie bezpieczni.
                                          - Ale nie o to chodzi! - wrzasnął z wściekłością Ford. - Chodzi o to, że jestem
                                          teraz całkowicie bezpiecznym pingwinem, a mojemu przyjacielowi w szybkim tempie
                                          odpadają ręce i nogi!
                                          - Już w porządku, wróciły do mnie - stwierdził Artur.
                                          - Dwa do potęgi pięćdziesiąt tysięcy do jednego i spada - oznajmił głos.
                                          - Bez wątpienia - ciągnął Artur - są dłuższe, niż mi to zazwyczaj odpowiada, ale...
                                          - Czy masz wrażenie - zaskrzeczał Ford w przypływie nagłej furii - że jest coś,
                                          co powinnaś nam powiedzieć?
                                          Głos odchrząknął. W pewnej odległości przemaszerowały ciężko gigantyczne biszkopty.
                                          - Witajcie na pokładzie statku kosmicznego "Złote Serce" - powiedział głos. -
                                          Proszę się nie niepokoić niczym, co widzicie czy słyszycie wokół siebie. To
                                          naturalne, że odczuwacie początkowo pewne niezdrowe objawy, jako że zostaliście
                                          uratowani od pewnej śmierci na poziomie nieprawdopodobieństwa dwa do potęgi
                                          dwieście siedemdziesiąt sześć tysięcy do jednego lub znacznie wyższym. Obecnie
                                          poruszamy się na poziomie dwa do potęgi dwadzieścia pięć tysięcy do jednego,
                                          który wciąż maleje, i powrócimy do normalności, jak tylko upewnimy się, co
                                          właściwie jest normalne. Dziękuję za uwagę. Dwa do potęgi dwadzieścia tysięcy i
                                          maleje.
                                          Głos zamilkł.
                                          Ford i Artur znajdowali się w niewielkiej, świecącej na różowo kabinie.
                                          Ford był szaleńczo podekscytowany.
                                          - Artur! - zawołał. - To fantastyczne! Zabrał nas statek zasilany napędem
                                          nieskończonego nieprawdopodobieństwa! Nie do wiary! Słyszałem o tym pogłoski!
                                          Oficjalnie wszyscy zaprzeczali, ale musiało im się udać! Stworzyli napęd
                                          nieprawdopodobieństwa! Artur, to jest... Artur? Co się dzieje?
                                          Artur opierał się całym ciałem o drzwi kabiny, próbując je zamknąć, ale były źle
                                          dopasowane. Małe, porośnięte futrem ręce wciskały się przez wszystkie szpary, a
                                          ich paznokcie były poplamione atramentem. Cienkie głosy trajkotały jak oszalałe.
                                          Artur podniósł wzrok.
                                          - Ford! - krzyknął. - Za drzwiami jest nieskończona liczba małp; chcą
                                          porozmawiać o nowej wersji "Hamleta", którą właśnie stworzyły!
                                          • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:44
                                            - Ford! - krzyknął. - Za drzwiami jest nieskończona liczba małp; chcą
                                            porozmawiać o nowej wersji "Hamleta", którą właśnie stworzyły!

                                            ROZDZIAŁ 10

                                            Napęd nieskończonego nieprawdopodobieństwa jest fantastyczną nową metodą
                                            pokonywania olbrzymich odległości międzygwiezdnych w przeciągu jednej zerowej
                                            sekund bez tego całego nudnego pałętania się w hiperprzestrzeni.
                                            Odkryto go dzięki szczęśliwemu trafowi, a następnie zespół badawczy rządu
                                            galaktycznego na Damogranie opracował opartą na nim niezawodną formę napędu.
                                            Taka jest w skrócie historia tego odkrycia.
                                            Zasada generowania małych ilości skończonego nieprawdopodobieństwa za pomocą
                                            prostego przyczepiania obwodów logicznych bamblewenicznego pięćdziesiątego
                                            siódmego submezonowego mózgu do atomowego plottera wektorowego, zawieszonego w
                                            silnym źródle ruchów Browna (powiedzmy w filiżance dobrej, gorącej herbaty) była
                                            oczywiście dobrze znana. Generatorów tego rodzaju używano często do przełamania
                                            pierwszych lodów na przyjęciach - sprawiano za ich pomocą, że wszystkie
                                            cząsteczki bielizny gospodyni przeskakiwały jednocześnie o pół metra w lewo,
                                            zgodnie z teorią nieokreśloności.
                                            Wielu cieszących się szacunkiem fizyków twierdziło, że nie mają zamiaru tego
                                            popierać - częściowo dlatego, że była to degradacja fizyki; głównym powodem był
                                            jednak fakt, że nigdy ich nie zapraszano na te przyjęcia.
                                            Następną rzeczą, której nie mogli znieść, było niezmienne fiasko, którym
                                            kończyły się ich próby skonstruowania maszyny zdolnej do generowania pola
                                            nieskończonego nieprawdopodobieństwa o mocy zbędnej, aby dać statkom kopa, który
                                            posłałby je przez paraliżujące umysł odległości między najdalszymi gwiazdami,
                                            toteż na koniec ogłosili zrzędliwie, że maszyna taka jest czystym
                                            nieprawdopodobieństwem.
                                            Wówczas pewnego dnia jakiś student, któremu kazano zostać i pozamiatać
                                            laboratorium po szczególnie nieudanym przyjęciu, złapał się na następujących
                                            rozważaniach:
                                            Jeżeli, pomyślał sobie, maszyna taka jest czystym nieprawdopodobieństwem,
                                            logicznie wynika z tego, że jest to skończone nieprawdopodobieństwo. A więc żeby
                                            ją skonstruować, wystarczy tylko dokładnie obliczyć, jak jest nieprawdopodobna,
                                            wrzucić tę liczbę do generatora skończonego nieprawdopodobieństwa, wlać w niego
                                            filiżankę świeżo zaparzonej gorącej herbaty... i włąrz5rć go!
                                            Zrobił to i był dosyć zdumiony odkryciem, że udało mu się stworzyć z powietrza
                                            długo poszukiwany złoty generator nieskończonego nieprawdopodobieństwa.

                                            Był jeszcze bardziej zdumiony, gdy zaraz po otrzymaniu Nagrody Instytutu
                                            Galaktycznego za Ekstremalną Pomysłowość został zlinczowany przez ogarnięty
                                            szałem tłum cieszących się szacunkiem fizyków, którzy zdali sobie w końcu
                                            sprawę, że jedyną rzeczą, której naprawdę nie mogli znieść, jest pewny siebie
                                            mądrala...

                                            ROZDZIAŁ 11

                                            Nieprawdopodobieństwo - szczelna kabina kontrolna "Złotego Serca" do złudzenia
                                            przypominałaby konwencjonalny statek kosmiczny, gdyby nie to; że była idealnie
                                            czysta. Była tak nowa, że z niektórych siedzeń nie zdjęto jeszcze nawet
                                            plastikowych pokrowców. Prostokątna i urządzona głównie na biało, miała rozmiary
                                            niewielkiej restauracji. W rzeczywistości nie była idealnie prostokątna: dwie
                                            długie ściany uformowano w nieznaczne, równoległe wygięcie, a wszystkim kątom i
                                            rogom kabiny nadano ekscytująco kształtne zarysy. Prawdę powiedziawszy, byłoby o
                                            wiele prościej i praktyczniej zbudować kabinę jako zwyczajne trójwymiarowe
                                            pomieszczenie prostokątne, ale wówczas projektanci popadliby w depresji. W swoim
                                            obecnym kształcie kabina wyglądała na ekscytująco funkcjonalną: ścianę wklęsłą
                                            pojawiały duże ekrany wideo ponad tablicami rozdzielczymi systemów sterujących i
                                            kontrolnych, w wypukłą zaś wbudowane były długie rzędy komputerów. W jednym z
                                            kątów siedział w dziwacznej pozie robot, a jego wypolerowana i błyszcząca
                                            stalowa głowa zwisała luźno pomiędzy

                                            wypolerowanymi i błyszczącymi kolanami. On również był całkiem nowy, ale chociaż
                                            pięknie zbudowany i lśniący, sprawiał niejasne wrażenie, że różne części jego
                                            mniej więcej humanoidalnego ciała nie całkiem do siebie pasują. W rzeczywistości
                                            pasowały idealnie, lecz było coś w jego wyglądzie, co sugerowało, że jednak
                                            mogłyby pasować lepiej.
                                            Zaphod Beeblebrox przechadzał się nerwowo tam i z powrotem po kabinie,
                                            przesuwając dłońmi po błyszczących instrumentach i chichocząc z podniecenia.
                                            • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:46
                                              i chichocząc z podniecenia.
                                              Trillian siedziała przygarbiona nad zespołem instrumentów i odczytywała głośno
                                              liczby. Jej głos przenoszony był w systemie Tannoya całego statku.
                                              - dęć do jednego i maleje... - powiedziała. Cztery do jednego i maleje... trzy
                                              do jednego... dwa... jeden... Współczynnik prawdopodobieństwa jeden do
                                              jednego... Osiągnęliśmy normalność. Powtarzam: osiągnęliśmy normalność. -
                                              Wyłączyła mikrofon, po czym włączyła go znowu z lekkim uśmiechem i dodała: - A
                                              więc wszystko z czym jeszcze nie możecie sobie poradzić, to wasze własne
                                              problemy. Odprężcie się. Wkrótce po was poślemy.
                                              - Kim oni są, Trillian? - wybuchnął z irytacją Zaphod.
                                              Trillian okręciła się w fotelu i wzruszyła ramionami. - Po prostu para facetów,
                                              którą najwyraźniej zabraliśmy w otwartej próżni - odpowiedziała. - Sektor ZZ
                                              dziewięć Plural Z Alfa.
                                              - No, tak, Trillian, to był naprawdę czarujący pomysł - jęknął Zaphod. - Ale czy
                                              naprawdę wydaje
                                              ci się, że było to mądre posunięcie w tych okolicznościach? Pomyśl, ukradliśmy
                                              statek, uciekamy, do tego czasu mamy już pewnie na karku policję połowy
                                              Galaktyki i zatrzymujemy się, żeby zabrać autostopowiczów. W porządku, dziesięć
                                              punktów na dziewięć za styl, odjąć kilka milionów za rozsądek, tak?
                                              Ze złością bębnił palcami po tablicy rozdzielczej. Trillian delikatnie odsunęła
                                              jego rękę, zanim wcisnął jakiś ważny guzik. Jakiekolwiek by były zalety umysłu
                                              Zaphoda - ryzykanctwo w wielkim stylu, odwaga, próżność - zupełnie nie panował
                                              on nad swoimi ruchami i z łatwością mógł lekkomyślnym gestem wysadzić statek w
                                              powietrze. Trillian zaczęła podejrzewać, że miał tak szalone i pełne sukcesów
                                              życie głównie dlatego, iż nigdy naprawdę nie rozumiał wagi tego, co robił.
                                              - Zaphod - rzekła cierpliwie - ci faceci znajdowali się w otwartej próżni, bez
                                              kombinezonów ochronnych... Chyba nie chciałbyś, żeby zginęli, prawda?
                                              - No wiesz... nie. Nie w tym sensie, ale...
                                              - Nie w tym sensie? Nie w tym sensie zginęli? A w jakim? - Trillian przechyliła
                                              głowę na bok.
                                              - No tak, ale może ktoś inny by ich później zabrał. - Sekundę później byliby już
                                              martwi.
                                              - Gdybyś więc zadała sobie trud pomyślenia o tym odrobinę dłużej, problem
                                              rozwiązałby się sam. - Byłbyś szczęśliwy, gdybyś pozwolił im umrzeć? - No,
                                              wiesz, nie w tym sensie szczęśliwy, ale... - Tak czy inaczej - przerwała
                                              Trillian, odwracając się od urządzeń kontrolnych - to nie ja ich zabrałam.
                                              - Co takiego?! To kto ich zabrał?!
                                              - Statek.
                                              - Co?
                                              - Statek. Sam z siebie.
                                              - Co?
                                              - Kiedy byliśmy w stanie nieskończonego nieprawdopodobieństwa.
                                              - Ale to niemożliwe!
                                              - Nie, Zaphod. Po prostu niesamowicie mało prawdopodobne.
                                              - No tak.
                                              - Posłuchaj, Zaphod. -Trillian położyła mu rękę na ramieniu. - Nie przejmuj się
                                              tymi obcymi. Przypuszczam, że to po prostu para zwykłych facetów. Wyślę robota,
                                              żeby ich tu przyprowadził. Hej, Marvin!
                                              Głowa robota w kącie poderwała się gwałtownie, ale zaraz niedostrzegalnie się
                                              zachwiała. Robot podniósł się na nogi, jak gdyby był dużo cięższy niż w
                                              rzeczywistości i podjął coś, co dla postronnego obserwatora wyglądałoby na
                                              heroiczny wysiłek, aby przejść przez kabinę. Zatrzymał się przed Trillian i
                                              spojrzał przez jej lewe ramię.
                                              - Myślę, że powinniście wiedzieć, że przeżywam głęboką depresję - powiedział
                                              niskim i beznadziejnym głosem.
                                              - O Boże - wymamrotał Zaphod i opadł na fotel. - Więc - rzekła Trillian
                                              ożywionym i pełnym współczucia tonem. - Mamy coś dla ciebie, żeby trochę zająć
                                              twój umysł i wprawić cię w lepszy nastrój.
                                              - To na nic - odpowiedział ponuro Marvin. Mam wyjątkowo duży umysł.
                                              - Marvin! - ostrzegła go Trillian.
                                              - W porządku - mruknął. - Co mam zrobić? - Pójdziesz do wnęki wejściowej numer
                                              dwa i przyprowadzisz tutaj pod ścisłym nadzorem dwóch obcych.
                                              Mikrosekundową pauzą oraz precyzyjnie obliczoną mikromodulacją wysokości i
                                              brzmienia głosu - niczym, co byłoby naprawdę obraźliwe - Marvin zdołał wyrazić
                                              swoją bezgraniczną pogardę i wstręt do wszystkiego, co ludzkie.
                                              - Tylko tyle? - zapytał.
                                              • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:48
                                                - Tylko tyle? - zapytał.
                                                - Tak - odpowiedziała stanowczo Trillian. - To mnie nie rozerwie - stwierdził
                                                Marvin. Zaphod skoczył na równe nogi.
                                                - Wcale nie musi! - krzyknął. - Po prostu zrób to, dobrze?
                                                - W porządku - powiedział Marvin głosem przypominającym bicie wielkiego
                                                pękniętego dzwonu. Zrobię to.
                                                - Świetnie... - warknął Zaphod. - Świetnie... Wielkie dzięki.
                                                Marvin odwrócił się i podniósł na niego swoje spłaszczone trójkątne oczy.
                                                - Nie psuję wam humoru, prawda? - zapytał patetycznie.
                                                - Nie, nie, skądże - zawołała Trillian. - Wszystko w porządku, naprawdę...
                                                - Nie chciałbym myśleć, że psuję wam humor. - Och, nie przejmuj się -
                                                powiedziała. - Jesteś po prostu sobą, zachowujesz się naturalnie i wszystko
                                                będzie dobrze...

                                                - Naprawdę ci to nie przeszkadza? - dopytywał się dalej Marvin.
                                                - Nie, nie, skądże... - brnęła Trillian. - Wszystko jest naprawdę w porządku...
                                                Po prostu życie. Marvin rzucił jej elektroniczne spojrzenie.
                                                - Życie - stwierdził gorzko. - Nie mówcie mi nic o życiu.
                                                Odwrócił się na pięcie i powlókł się w stronę wyjścia. Drzwi zamknęły się za nim
                                                z pełnym satysfakcji pomrukiem i cmoknięciem.
                                                - Chyba nie wytrzymam długo z tym robotem, Zaphod - westchnęła Trillian.
                                                "Encyklopedia Galactica" definiuje robota jako mechaniczny agregat
                                                zaprojektowany, aby wykonywać pracę człowieka. Dział marketingowy Korporacji
                                                Cybernetycznej Syriusza reklamuje robota jako "Twojego plastikowego kumpla, z
                                                którym nie będziesz się nudził".
                                                Przewodnik "Autostopem przez Galaktykę" definiuje dział marketingowy Korporacji
                                                Cybernetycznej Syriusza jako "bandę bezmyślnych kretynów, którzy pierwsi znajdą
                                                się pod ścianą, gdy nadejdzie rewolucja". Pod spodem znajduje się dopisek
                                                oznajmiający, że wydawca oczekuje ofert od zainteresowanych przejęciem
                                                stanowiska korespondenta do spraw robotyki.
                                                Interesujący jest fakt, że wydawnictwo "Encyklopedii Galactica", które miało
                                                szczęście wypaść przez dziurę czasową z przyszłości odległej o tysiąc lat,
                                                definiuje dział marketingowy Korporacji Cybernetycznej Syriusza jako "bandę
                                                bezmyślnych kretynów, którzy pierwsi znaleźli się pod ścianą, gdy nadeszła
                                                rewolucja".
                                                Różowa kabina błysnęła i zniknęła, małpy przeniosły się do lepszego wymiaru.
                                                Ford i Artur znaleźli się w okolicy ładowni statku kosmicznego. Wyglądał całkiem
                                                elegancko.
                                                - To chyba zupełnie nowy statek - powiedział Ford.
                                                - Skąd wiesz? - zapytał Artur. - Masz jakieś tajemnicze urządzenie do mierzenia
                                                wieku metalu?
                                                - Nie, po prostu znalazłem na podłodze ulotkę reklamową. Testy z cyklu "Kosmos
                                                może być twój" i tak dalej. O! Spójrz, miałem rację. - Chwycił jedną z kartek i
                                                pokazał ją Arturowi. - Posłuchaj: "Sensacyjny przełom w fizyce
                                                nieprawdopodobieństwa! Jak tylko statek osiąga stan nieskończonego
                                                nieprawdopodobieństwa, przechodzi przez każdy punkt wszechświata. Stań się
                                                przedmiotem zazdrości innych głównych rządów!" Cholera, mocna rzecz.
                                                Podekscytowany Ford przebiegł wzrokiem szczegóły techniczne statku, wydając z
                                                siebie w miarę czytania pełne zdumienia sapnięcia - najwyraźniej podczas jego
                                                wygnania astrotechnologia galaktyczna zrobiła znaczne postępy.
                                                Artur słuchał przez chwilę, ale że nie mógł zrozumieć zdecydowanej większości
                                                tego, co czytał Ford, odbiegł myślami, a jego palce przesuwały się machinalnie
                                                wzdłuż krawędzi zupełnie niezrozumiałego komputera. Wyciągnął rękę i nacisnął
                                                duży, zapraszająco czerwony guzik na klawiaturze obok. Zapalił się napis:
                                                "Bardzo proszę nie naciskać tego guzika po raz drugi". Artur otrząsnął się.

                                                - Posłuchaj - zawołał Ford, ciągle pochłonięty ulotką reklamową. - Przełom w
                                                cybernetyce statku! "Nowa generacja robotów i komputerów Korporacji
                                                Cybernetycznej Syriusza, wyposażonych w ALU"!
                                                - ALU? - zdziwił się Artur. - Co to jest?
                                                - ALU to znaczy Autentyczna Ludzka Osobowość.
                                                - O rany - rzekł Artur. - To brzmi koszmarnie. - To jest koszmarne - powiedział
                                                głos za nimi. Był niski, beznadziejny i towarzyszyło mu lekkie
                                                pobrzękiwanie. Odwrócili się i ujrzeli stojącego przy drzwiach smutnego,
                                                zgarbionego człowieka ze stali. - Co? - zapytali równocześnie.
                                                - Koszmarne - mówił dalej Marvin - wszystko. Absolutnie koszmarne. Nawet nie
                                                mówcie o tym. Spójrzcie na te drzwi - powiedział, postępując krok naprzód. W
                                                modulator jego głosu włączyły się obwody ironii, gdy przedrzeźniał styl ulotki
                                                reklamowej: "Wszystkie drzwi na tym statku mają miłe i pogodne usposobienie.
                                                Otwierać się dla ciebie to dla nich przyjemność, zamykać to satysfakcja płynąca
                                                z poczucia dobrze spełnionego obowiązku".
                                                Gdy drzwi zamknęły się za nimi, rzeczywiście usłyszeli coś w rodzaju pełnego
                                                zadowolenia westchnienia. - Hammm...
                                                Marvin odniósł się do tego z zimnym niesmakiem, podczas gdy jego obwody logiczne
                                                zatrzęsły się ze wstrętu i zaczęły rozważać pomysł zastosowania wobec drzwi
                                                przemocy fizycznej. Dalsze obwody włączyły się, mówiąc: "Po co zawracać sobie
                                                głowę? Jaki to ma sens? Nie warto się do niczego mieszać". Jeszcze
                                                dalsze obwody zabawiły się analizowaniem składników molekularnych drzwi i
                                                komórek mózgowych humanoidów. Potem zmierzyły poziom emisji wodoru w otaczającym
                                                je parseku sześciennym przestrzeni kosmicznej i znów pogrążyły się w nudzie.
                                                Spazm rozpaczy wstrząsnął ciałem robota.
                                                - Chodźcie - powiedział ponuro. - Mam rozkaz, żeby doprowadzić was do mostka.
                                                Oto ja, mózg rozmiaru planety, a oni każą mi doprowadzić was do mostka! I wy to
                                                nazywacie satysfakcją? Bo ja nie.
                                                Odwrócił się i znowu podszedł do drzwi.
                                                • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:49
                                                  Odwrócił się i znowu podszedł do drzwi.
                                                  - Przepraszam bardzo - powiedział Ford, idąc za nim - do którego rządu należy
                                                  ten statek?
                                                  Marvin zignorował go.
                                                  - Patrzcie na te drzwi - mruknął. - Zaraz znowu się otworzą. Czuję to po tej
                                                  nieznośnej aurze samozadowolenia, jaką zaczynają z siebie wydzielać.
                                                  Z cichym, przymilnym miauknięciem drzwi rozsunęły się ponownie i Marvin ciężko
                                                  przekroczył próg. - Chodźcie - powiedział.
                                                  Ford i Artur szybko przeszli za nim, a drzwi zasunęły się z powrotem z pełnym
                                                  satysfakcji cmoknięciem. - Dzięki ci, dziale marketingowy Korporacji
                                                  Cybernetycznej Syriusza - rzekł robot i powlókł się smętnie błyszczącym,
                                                  zakręconym korytarzem, który rozciągał się przed nimi. - "Zbudujemy roboty z
                                                  Autentyczną Ludzką Osobowością", stwierdzili. Więc zbudowali mnie. Jestem
                                                  prototypem. Rzuca się w oczy, prawda?
                                                  Ford i Artur zaczęli mamrotać pełne zażenowania zaprzeczenia.

                                                  - Nie cierpię tych drzwi - ciągnął Manrin. - Nie psuję wam humoru, prawda?
                                                  - Do którego rządu... - zaczął znowu Ford.
                                                  - Do żadnego czadu - warknął robot. - Ten statek został skradziony.
                                                  - Skradziony?!
                                                  - Skradziony - przedrzeźnił go Marvin.
                                                  - Przez kogo? - zapytał Ford.
                                                  - Przez Zaphoda Beeblebroxa.
                                                  Coś dziwnego stało się z twarzą Forda. Co najmniej pięć zupełnie odmiennych
                                                  wyrazów szoku i zdumienia nałożyło się na niej, tworząc kompletny chaos. Jego
                                                  lewa noga, zawieszona w powietrzu w połowie kroku, miała najwyraźniej wielkie
                                                  trudności z trafieniem z powrotem na podłogę. Gapił się na robota, próbując
                                                  zaplątać niektóre mięśnie strzałkowe.
                                                  - Zaphod Beeblebrox? - zapytał słabo.
                                                  - Przepraszam, czy powiedziałem coś nie tak? odezwał się Marvin, bez względu na
                                                  okoliczności nie schodzący z tematu własnej osoby. - Przepraszam, że oddycham,
                                                  czego i tak nigdy nie robię, więc nie wiem, po co właściwie zadaję sobie trud,
                                                  żeby to powiedzieć. O Boże; jestem taki załamany. Następne zadowolone z siebie
                                                  drzwi Życie! Nie mówcie mi o życiu.
                                                  - Nikt nawet o tym nie wspomniał - mruknął Artur z irytacją. - Ford, dobrze się
                                                  czujesz?
                                                  Ford spojrzał na niego tępo.
                                                  - Czy ten robot powiedział "Zaphod Beeblebrox"? - spytał.

                                                  ROZDZIAŁ 12

                                                  Głośny brzęk muzyki gunk rozlegał się w kabinie "Złotego Serca", podczas gdy
                                                  Zaphod Beeblebrox przeszukiwał sub-ethonowe fale radiowe, aby usłyszeć
                                                  wiadomości na swój temat. Posługiwanie się tym urządzeniem było dosyć trudne.
                                                  Przez wiele lat odbiorniki radiowe nastawiano, naciskając przyciski i kręcąc
                                                  gałkami; potem, gdy technika stała się bardziej wyrafinowana, zaczęto produkować
                                                  radia reagujące na dotyk - wystarczyło przesuwać tylko palcami po skali; teraz
                                                  wszystko, co należało zrobić, to machnąć ręką w ogólnym kierunku wybranej stacji
                                                  i mieć nadzieję. Oczywiście, zaoszczędzało to wszelkiego wysiłku mięśni, ale
                                                  oznaczało, że można było dostać szału od siedzenia bez ruchu, jeżeli chciało się
                                                  przez cały czas słuchać tej samej stacji.
                                                  Zaphod machnął ręką i kanał znowu się zmienił. Rozległa się muzyka gunk, ale tym
                                                  razem była podkładem do serwisu informacyjnego. Wiadomości przygotowywano zawsze
                                                  tak, aby pasowały do rytmu muzyki.

                                                  - ...a oto wiadomości, przesyłane wam na falach sub-ethonowych i nadawane na
                                                  całą Galaktykę przez całą dobę - zaskrzeczał głos. - Przesyłamy dużego całusa
                                                  wszystkim inteligentnym formom życia w całym kosmosie... i wszystkim innym też;
                                                  cały sekret polega na tym, żeby trzymać się razem, kochani. oczywiście przebojem
                                                  dnia jest sensacyjna kradzież nowego prototypu statku kosmicznego z napędem
                                                  nieprawdopodobieństwa, dokonana nie przez kogo innego, jak przez prezydenta
                                                  Galaktyki, Zaphoda Beeblebroxa. Pytanie, które wszyscy sobie zadają, to... Czy
                                                  wielki Z. ostatecznie zwariował?! Beeblebrox, człowiek, który wymyślił
                                                  Pangalaktyczny Dynamit pitny, były naciągacz i oszust finansowy określony kiedyś
                                                  przez Eccentrikę Gallumbitis mianem najlepszej sprężyny od czasu Wielkiego
                                                  Wybuchu, wybrany ostatnio po raz siódmy Najgorzej Ubraną Rozumną Formą Życia w
                                                  znanym wszechświecie... czy tym razem zna on odpowiedź? Zapytaliśmy jego
                                                  osobistego specjalistę od pielęgnacji mózgu, Gaga Halfrunta...
                                                  Muzyka zawirowała i przycichła na moment. Wtrącił się drugi głos,
                                                  przypuszczalnie Halfrunt. Powiedział tylko:
                                                  - Cóż, Zaphod to taki koleś, wiecie... - i zamilkł, bo przez kabinę i przestrzeń
                                                  wokół radia reagującą na wyłączanie, przeleciał elektroniczny ołówek.
                                                  Zaphod odwrócił się i nucił piorunujące spojrzenie na Trillian - to ona
                                                  wyłączyła radio.
                                                  - Hej! - krzyknął. - Dlaczego to zrobiłaś? Trillian stukała palcem w pokryty
                                                  liczbami ekran. - Właśnie pomyślałam o czymś - odezwała się.
                                                  - Tak? O czymś wystarczająco ważnym, żeby przerwać wiadomości radiowe na mój temat?
                                                  - Słyszałeś już o sobie dostatecznie dużo. - Wiesz, że jestem bardzo zakompleksiony.
                                                  - Czy możemy zostawić na chwilę twoje ego? To ważne.
                                                  - Jeżeli jest tu gdzieś coś ważniejszego niż moje ego, chcę, żeby to natychmiast
                                                  złapać i zastrzelić. Zaphod znów rzucił jej piorunujące spojrzenie, a potem
                                                  roześmiał się.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:51
                                                    - Posłuchaj - rzekła Trillian. - Zabraliśmy tych dwóch facetów...
                                                    - Jakich facetów?
                                                    - Tych, których zabraliśmy.
                                                    - Aha - powiedział Zaphod - dwóch facetów. - Zabraliśmy ich w sektorze ZZ
                                                    dziewięć Plural Z Alfa.
                                                    - Tak? - zdziwił się Zaphod i zamrugał. Trillian powiedziała spokojnie:
                                                    - Czy mówi ci to cokolwiek?
                                                    - Mmmm - zastanowił się Zaphod. - ZZ dziewięć Plural Z Alfa... ZZ dziewięć
                                                    Plural Z Alfa?
                                                    - Więc? - zapytała Trillian.
                                                    - Eee... co znaczy Z? - spytał Zaphod. - Które?
                                                    - Którekolwiek.
                                                    Jedną z głównych trudności, jakich doświadczyła Trillian w swoim związku z
                                                    Zaphodem, było nauczenie się rozróżniać, kiedy udawał, że jest głupi, żeby
                                                    zmylić czujność innych, kiedy udawał, że jest głupi, bo nie chciało mu się
                                                    myśleć i chciał, żeby robił to ktoś za

                                                    niego, kiedy udawał, że jest potwornie głupi, żeby ukryć fakt, że rzeczywiście
                                                    nie rozumie, co się dzieje, a kiedy był naprawdę autentycznie głupi. Był znany z
                                                    tego, że jest zadziwiająco bystry, i było tak rzeczywiście - lecz nie przez cały
                                                    czas, co bardzo go niepokoiło i dlatego tak się zachowywał. Wolał, żeby ludzie
                                                    byli zaskoczeni niż pełni pogardy. To przede wszystkim wydawało się Trillian
                                                    autentycznie głupie, ale nie miała ochoty dłużej się o to spierać.
                                                    Westchnęła i chcąc mu ułatwić orientację, wyświetliła na ekranie mapę gwiazd,
                                                    nie wnikając w przyczyny, dla których tego chciał.
                                                    - Tutaj - wskazała - dokładnie tutaj. - Hej... Tak! - odezwał się Zaphod. - A
                                                    więc? - spytała.
                                                    - A więc co?
                                                    Część jej mózgu wrzasnęła na inną część jej mózgu. Powiedziała jednak bardzo
                                                    opanowanym głosem:
                                                    - To ten sam sektor, z którego mnie zabrałeś. Zaphod spojrzał na nią, a potem
                                                    znów popatrzył na ekran.
                                                    - No tak - stwierdził. - To niesamowite. Powinniśmy byli przelecieć prosto przez
                                                    sam środek mgławicy Koński Łeb. Jak to się stało, że się tam znaleźliśmy?
                                                    Przecież to jest nigdzie.
                                                    Trillian zignorowała to.
                                                    - Napęd nieprawdopodobieństwa - powiedziała cierpliwie. - Sam mi to tłumaczyłeś.
                                                    Przechodzimy przez każdy punkt wszechświata, przecież wiesz.
                                                    - Okay, ale to jest jeden wielki, niesamowity zbieg okoliczności.
                                                    - Tak.
                                                    - Zabrać kogoś właśnie w tym punkcie? Mając do wyboru cały wszechświat? To po
                                                    prostu... Chcę to obliczyć. Komputer!
                                                    Wyprodukowany przez Korporację Cybernetyczną z Syriusza komputer pokładowy,
                                                    który kontrolował i przenikał każdą cząsteczkę statku, włączył obwody komunikacyjne.
                                                    - Sie macie chłopaki! - zawołał radośnie, wysuwając jednocześnie wstęgę papieru,
                                                    na której napisane było: Sie macie chłopaki!
                                                    - O Boże - jęknął Zaphod. Nie pracował zbyt wiele z tym komputerem, ale już
                                                    nauczył się go nie cierpieć.
                                                    Komputer trajkotał dalej, wesoły i natrętny, jak gdyby sprzedawał proszek do prania:
                                                    - Co słychać? Jakieś problemy? Nie ma strachu! Słuchajcie, jestem tu po to,
                                                    byście nie mieli żadnych problemów, bez względu na to, jakie one są.
                                                    - Dobra, dobra - powiedział Zaphod. - Słuchaj, użyję lepiej papieru.
                                                    - Pewnie - zgodził się komputer, wyrzucając jednocześnie zadrukowaną wstęgę
                                                    papieru do kosza na śmieci. - Rozumiem to. Jeśli chciałbyś kiedykolwiek...
                                                    - Zamknij się! - krzyknął Zaphod i chwytając ołówek usiadł obok Trillian przy
                                                    konsoli.
                                                    - Dobra, dobra - powiedział komputer urażonym tonem i zamknął swoje kanały mowy.
                                                    Zaphod i Trillian zagłębili się w liczbach, które wyświetlił przed nimi skaner
                                                    kursu nieprawdopodobieństwa.

                                                    - Czy możemy obliczyć - zapytał Zaphod - jakie było nieprawdopodobieństwo
                                                    uratowania ich z punktu widzenia?
                                                    - Owszem, to jest stała - odpowiedziała Trillian. - Dwa do potęgi dwieście
                                                    siedemdziesiąt sześć tysięcy siedemset dziewięć do jednego.
                                                    - Wysokie. Mieli naprawdę niesamowite szczęście.
                                                    - Tak.
                                                    - Ale w odniesieniu do tego, co my robiliśmy w chwili, gdy statek ich zabrał...
                                                    Trillian zsumowała wynik. Wyniósł dwa do potęgi nieskończoność minus jeden
                                                    (liczba niewymierna, która ma jedynie konwencjonalne znaczenie w fizyce
                                                    nieprawdopodobieństwa).
                                                    - ...jest dosyć niskie - dokończył Zaphod z cichym gwizdnięciem.
                                                    - Tak - zgodziła się Trillian i spojrzała na niego pytająco.
                                                    - To jest jeden wielki kawał nieprawdopodobieństwa, który trzeba wyjaśnić. Teraz
                                                    w bilansie musi pojawić się coś mocno nieprawdopodobnego, jeśli to wszystko ma
                                                    się ładnie zsumować. - Zaphod nabazgrał kilka liczb, przekreślił je i wyrzucił
                                                    ołówek: Cholera, nie mogę tego obliczyć!
                                                    - Więc?
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:53
                                                    - Więc?
                                                    Zaphod stuknął się ze złości głowami i zgrzytnął zębami.
                                                    - Okay - powiedział. - Komputer! Obwody głosowe znów ożyły.
                                                    - Cześć! Jak leci? - powiedziały (wysunęła się taśma). - Wiecie, wszystko, czego
                                                    pragnę, to czynić wasze dni przyjemniejszymi, przyjemniejszymi i przyjemniejszymi...
                                                    - Dobra, a teraz zamknij się i policz coś dla mnie.
                                                    - Nie ma sprawy - zgodził się ochoczo komputer. - Chcesz prognozę
                                                    prawdopodobieństwa opartą na...
                                                    - Danych nieprawdopodobieństwa, tak.
                                                    - Okay - ciągnał komputer - ale przedtem pewna mała, ale jakże interesująca
                                                    obserwacja. Czy zdajecie sobie sprawę, że życiem większości ludzi rządzą numery
                                                    telefoniczne?
                                                    Wyraz cierpienia przemknął z jednej twarzy Zaphoda na druga.
                                                    - Zwariowałeś? - zapytał.
                                                    - Ja nie, ale ty zwariujesz, kiedy ci powiem, że... Trillian gwałtownie
                                                    wciągnęła powietrze i przycisnęła szybko kilka klawiszy pod ekranem kursu
                                                    nieprawdopodobieństwa.
                                                    - Numer telefonu? - zawołała. - Czy on powiedział numer telefonu?!
                                                    Liczby rozbłysły na ekranie.
                                                    Komputer uprzejmie zrobił pauzę, ale zaraz podjął: - Mogę? Chciałem powiedzieć,
                                                    że...
                                                    - Proszę cię, nie zawracaj głowy - przerwała mu Trillian.
                                                    - Co się stało? - spytał Zaphod.
                                                    - Nie wiem - odpowiedziała Trillian. - Ale ci obcy... Są właśnie w drodze na
                                                    mostek z tym przeklętym robotem. Czy możemy złapać ich na jakimś monitorze?

                                                    ROZDZIAŁ 13

                                                    Mamin wlókł się korytarzem, ciągle narzekając: ...no i jeszcze oczywiście ten
                                                    okropny ból we
                                                    wszystkich diodach lewego boku...
                                                    - Nie? - powiedział ponuro idący obok niego Artur. - Naprawdę?
                                                    - O, tak - potwierdził Mamin. - Oczywiście prosiłem, żeby mi je wymienili, ale
                                                    nikt nigdy nie słucha...
                                                    - Mogę to sobie wyobrazić.
                                                    Od strony Forda dobiegały niewyraźne pomrukiwania i pogwizdywania.
                                                    - A więc to tak - mówił w kółko do siebie. Zaphod l3eeblebrox...
                                                    Mamin przystanął nagle i podniósł rękę. - Wiesz oczywiście, co się stało?
                                                    - Nie, a co? - odpowiedział Artur, który wcale nie chciał wiedzieć.
                                                    - Doszliśmy do następnych z drzwi. Rzeczywiście, w ścianę korytarza wpuszczone
                                                    byty rozsuwane drzwi. Marvin obejrzał je podejrzliwie.
                                                    - I co? - rzekł Ford niecierpliwie. - Wchodzimy?
                                                    - Wchodzimy, wchodzimy? - przedrzeźnił go Marvin. - Owszem. To jest wejście na
                                                    mostek. Miałem rozkaz przyprowadzić was do mostka. Prawdopodobnie to największa
                                                    próba, na jaka wystawiono dziś moje możliwości intelektualne, nie powinienem się
                                                    łudzić.
                                                    Powoli, z wielkim wstrętem, zrobił krok w kierunku drzwi jak myśliwy podchodzący
                                                    zwierzynę. Drzwi rozsunęły się nagle.
                                                    - Dziękuję = powiedziały - że zechciałeś uszczęśliwić proste drzwi.
                                                    Głęboko w Watce piersiowej Marvina zazgrzytały tryby.
                                                    - To bardzo zabawne - zaintonował pogrzebowo. - Zawsze, kiedy dochodzisz do
                                                    wniosku, że życie nie może już być gorsze, ono nagle jeszcze się pogarsza! -
                                                    Przekroczył ciężko próg i pozostawił Forda i Artura gapiących się na siebie
                                                    nawzajem i wzruszających ramionami. Z wnętrza znów dobiegł ich głos Marvina: -
                                                    Przypuszczam, że chcecie teraz zobaczyć obcych - rzekł. - Mam usiąść w kącie i
                                                    zardzewieć, czy też wolicie, żebym po prostu rozleciał się na kawałki tam, gdzie
                                                    stoję?
                                                    - No tak, a teraz wprowadź ich do środka, dobrze, Marvin? - odezwał się inny głos.
                                                    Artur rzucił okiem na Forda i stwierdził ze zdziwieniem, że ten się śmieje.
                                                    - Co się..
                                                    - Szszsz... - przerwał mu Ford. - Wchodź! I przeszedł przez drzwi na mostek.
                                                    Artur nerwowo poszedł za jego przykładem i stanął

                                                    jak wryty na widok człowieka z nogami na konsoli, rozwalonego niedbale w fotelu
                                                    i dłubiącego lewą ręką w zębach prawej głowy. Prawa głowa wydawała się
                                                    całkowicie pochłonięta tą czynnością, ale lewa przywitała przybyszów szerokim,
                                                    zrelaksowanym, nonszalanckim uśmiechem. Liczba rzeczy, co do których Artur nie
                                                    wierzył własnym oczom, była dosyć spora. Ze zdumienia opadła mu szczęka i stał
                                                    tak przez dłuższą chwilę.
                                                    Dziwny osobnik pomachał leniwie do Forda i odezwał się z fatalnie udawaną
                                                    nonszalancją:
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:56
                                                    Dziwny osobnik pomachał leniwie do Forda i odezwał się z fatalnie udawaną
                                                    nonszalancją:
                                                    - Cześć, Ford. Jak leci? Cieszę się, że wpadłeś. Ford nie zamierzał być gorszy.
                                                    - O, Zaphod - rzucił z całkowitą swobodą. Miło cię widzieć, do twarzy ci z tą
                                                    trzecią ręką. Niezły statek ukradłeś.
                                                    Artur wytrzeszczył na niego oczy.
                                                    - Chcesz powiedzieć, że znasz tego faceta?! wrzasnął, wskazując na Zaphoda.
                                                    - Czy go znam?! - zawołał Ford. - To jest... przerwał i postanowił dokonać
                                                    prezentacji w odwrotną stronę: - Zaphod, to jest mój przyjaciel, Artur Dent -
                                                    rzekł. - Uratowałem go, zanim jego planeta została zniszczona.
                                                    - Na pewno - powiedział Zaphod. - Cześć, Artur, cieszę się, że ci się udało. -
                                                    Jego prawa głowa rozejrzała się wokoło, rzuciła zdawkowe "cześć" i powróciła do
                                                    przerwanego dłubania.
                                                    Ford zajął się drugą częścią prezentacji:
                                                    - Arturze - oznajmił. - To jest mój daleki kuzyn, Zaphod Beeb...
                                                    - My się znamy - przerwał Artur ostro.
                                                    Kiedy pędzicie drogą na pasie szybkiego ruchu, wyprzedzając od niechcenia
                                                    powolne samochody, i czujecie się całkowicie zadowoleni z siebie, a nagle
                                                    przypadkowo zmieniacie bieg z czwartego na pierwszy zamiast na trzeci, co
                                                    powoduje, że silnik wyskakuje wam spod maski, robiąc dość nieprzyjemny bałagan w
                                                    rezultacie wytrąca was to z równowagi mniej więcej tak, jak odpowiedź Artura
                                                    wytrąciła z równowagi Forda.
                                                    - Co... co takiego? - zająknął się. - Powiedziałem, że się znamy.
                                                    Zaphod podskoczył ze zdumienia i boleśnie dźgnął się Przy tym w dziąsło.
                                                    - Hej, co... naprawdę? Hej... eee...
                                                    Ford obrócił się do Artura z gniewnym błyskiem w oczach. Teraz, gdy był znów na
                                                    swoim terenie, poczuł nagle żywą niechęć do zadawania się z tym prymitywnym
                                                    ignorantem, który tyle wiedział o sprawach Galaktyki, ile komar z Ilford o życiu
                                                    w Pekinie.
                                                    - Co to znaczy: znacie się? - zapytał ostro. - To jest Zaphod Beeblebrox z
                                                    Betelgeuzy pięć, a nie jakiś cholerny Martin Smith z Corydon!
                                                    - Wszystko jedno - stwierdził zimno Artur. Spotkaliśmy się już, prawda, Zaphod?
                                                    Czy raczej... Phil?
                                                    - co ?! - snął Ford.
                                                    - Musisz mi przypomnieć - powiedział Zaphod. Mam fatalną pamięć do gatunków.
                                                    - To było na przyjęciu - mówił dalej Artur. - Cóż, nie sądzę - odpowiedział Zaphod.

                                                    - Uspokój się, Artur! - zażądał Ford. Artur nie zwrócił na niego uwagi.
                                                    - Przyjęcie pół roku temu
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 01:59
                                                    - Obawiam się, że to bardzo prawdopodobne odpowiedziała.

                                                    ROZDZIAŁ 14

                                                    "Złote Serce" leciało cicho przez wieczną noc kosmosu, posługując się tym razem
                                                    konwencjonalnym napędem fotonowym. Jego czteroosobowa załoga czuła się trochę
                                                    skrępowana, wiedząc, że znaleźli się tu razem nie z własnej woli czy też za
                                                    sprawą przypadku, lecz dzięki niepojętemu kaprysowi fizyki - jak gdyby związki
                                                    pomiędzy ludźmi podlegały tym samym prawom, które rządzą związkami pomiędzy
                                                    atomami i cząsteczkami.
                                                    Gdy na statku zapadła sztuczna noc, z ulgą schronili się do oddzielnych kabin i
                                                    próbowali uporać ze swoimi myślami.
                                                    Trillian nie mogła spać. Usiadła na tapczanie i wpatrywała się w małą klatkę,
                                                    która zawierała ostatnie i jedyne ogniwo łączące ją z Ziemią - dwie białe
                                                    myszki. Przekonała Zaphoda, aby pozwolił jej zabrać je ze sobą. Chociaż była
                                                    prawie pewna, że już nigdy nie zobaczy Ziemi, jednak brak reakcji na wiadomość o
                                                    zniszczeniu planety sprawił jej przykrość. Ziemia wydawała się odległa i
                                                    nierealna i nie przychodziły jej do głowy żadne związane z nią myśli.
                                                    Obserwowała myszy biegające po klatce i miotające się wściekle na swoich małych
                                                    plastikowych karuzelach, aż w końcu pochłonęło to całą jej uwagę. Nagle
                                                    otrząsnęła się i wróciła na mostek, aby czuwać nad mrugającymi światełkami i
                                                    liczbami, które znaczyły drogę statku przez próżnię. Czuła, że chciałaby
                                                    wiedzieć, o czym tak bardzo starała się nie myśleć.
                                                    Zaphod nie mógł spać. On również czuł, że chciałby wiedzieć, o czym tak bardzo
                                                    nie pozwalał sobie myśleć. Odkąd sięgał pamięcią, zawsze męczyło go nieuchwytne,
                                                    lecz dokuczliwe wrażenie, że jest nie całkiem przy zdrowych zmysłach. Przez
                                                    większość czasu udawało mu się odsuwać takie myśli i nie przejmować się nimi,
                                                    ale teraz znów odezwały się, wywołane nagłym, niewytłumaczalnym pojawieniem się
                                                    Forda Prefecta i Artura Denta. W jakiś sposób pasowało to do wzoru, którego nie
                                                    mógł zobaczyć.
                                                    Ford nie mógł spać. Był zbyt podekscytowany tym, że znów znalazł się na szlaku.
                                                    Piętnaście lat dosłownego prawie uwięzienia było już wspomnieniem, a stało się
                                                    to w chwili, gdy zaczynał powoli tracić nadzieję. Trochę włóczęgi z Zaphodem
                                                    zapowiadało się na niezłą zabawę, chociaż było coś odrobinkę dziwnego w jego
                                                    dalekim kuzynie, coś, czego nie umiał sprecyzować. Fakt, że został prezydentem
                                                    Galaktyki, był wystarczająco zdumiewający podobnie jak sposób, w jaki porzucił
                                                    swoje stanowisko. Czy była w tym jakaś ukryta przyczyna? Nie było sensu pytać o
                                                    to Zaphoda - on najwyraźniej nigdy nie kierował się żadnymi przyczynami w
                                                    niczym, co robił: podniósł niewytłumaczalność na wyżyny sztuki. Wszystko w życiu
                                                    atakował z mieszaniną zadziwiającego geniuszu i naiwnej niekompetencji, tak że
                                                    czasami trudno było odróżnić, które jest które.
                                                    Artur spał: był potwornie zmęczony.
                                                    Rozległo się ciche pukanie do drzwi kabiny Zaphoda. Drzwi rozsunęły się.
                                                    - Zaphod.. - Tak?
                                                    W owalu światła stała Trillian.
                                                    - Zdaje się, że znaleźliśmy to, czego szukałeś. - Hej, naprawdę?
                                                    Ford zrezygnował z prób zaśnięcia. W rogu jego kabiny stał mały monitor
                                                    komputerowy z klawiaturą. Usiadł przy nim na chwilę, próbując ułożyć nowe hasło
                                                    do przewodnika na temat Vogonów, ale nie mógł wymyślić niczego wystarczająco
                                                    jadowitego, więc z tego też zrezygnował; owinął się szlafrokiem i przespacerował
                                                    się na mostek.
                                                    Gdy wszedł do kabiny, zaskoczył go widok dwóch postaci pochylonych z
                                                    podnieceniem nad instrumentami.
                                                    - Widzisz? Za chwilę statek wejdzie na orbitę mówiła Trillian. - Jest tam jakaś
                                                    planeta, dokładnie w koordynatach, które podałeś.
                                                    Zaphod usłyszał hałas i podniósł głowę.
                                                    - Ford! - syknął. - Chodź no tu i rzuć na to okiem.
                                                    Ford podszedł i spojrzał. Były to migoczące na ekranie rzędy cyfr.
                                                    - Poznajesz te współrzędne galaktyczne? - spytał Zaphod.

                                                    - Nie.
                                                    - Podpowiem ci. Komputer!
                                                    - Cześć, chłopaki! - wykrzyknął radośnie komputer. - Nasze życie towarzyskie
                                                    naprawdę się rozwija, nie uważacie?
                                                    - Zamknij się - powiedział Zaphod. - I włącz wizję na ekrany.
                                                    Światła na mostku przygasły. Iskierki światła przemknęły przez konsole i odbiły
                                                    się w czterech parach oczu wpatrzonych w ekrany zewnętrznych monitorów.
                                                    Nie było na nich zupełnie nic.
                                                    - Poznajesz to? - szepnął Zaphod. Ford zmarszczył bawi.
                                                    - No... nie -.rzekł. - Co widzisz?
                                                    - Nic.
                                                    - Poznajesz to?
                                                    - O czym ty mówisz?!
                                                    - Jesteśmy w mgławicy Koński Łeb. Jedna wielka czarna chmura.
                                                    - I miałem to poznać z zupełnie pustego ekranu?! - Wnętrze czarnej mgławicy to
                                                    jedyne miejsce w Galaktyce, gdzie możesz zobaczyć czarny ekran. - Bardzo dobrze.
                                                    Zaphod roześmiał się. Był czymś niezwykle, prawie dziecinnie podekscytowany.
                                                    - To naprawdę fantastyczne, po prostu nie mogę uwierzyć!
                                                    - Co jest takiego fantastycznego w utknięciu w chmurze pyłu? - chciał wiedzieć Ford.
                                                    - Jak myślisz, co tu można znaleźć? - nalegał Zaphod.
                                                    - Tu? Nic.
                                                    - Nic? Żadnych gwiazd, żadnych planet? - Nie.
                                                    - Komputer! - zawołał Zaphod. - Obróć kąt widzenia o jedną osiemdziesiątą
                                                    stopnia i nie odzywaj się!
                                                    Przez chwilę wydawało się, że nic się nie zmieniło, gdy nagle na krawędzi
                                                    ogromnego ekranu coś jaskrawo rozbłysło. Przesunęła się przez niego czerwona
                                                    gwiazda wielkości spodka, a za nią jeszcze jedna system podwójny. Po chwili w
                                                    rogu obrazu pojawił się szeroki półksiężyc - czerwony blask wpadający stopniowo
                                                    w głęboką czerń nocnej planety.
                                                    - Znalazłem! - krzyknął triumfalnie Zaphod, uderzając w konsolę. - Znalazłem!
                                                    Ford gapił się nań ze zdumieniem. - Co to jest? - zapytał.
                                                    - To... - odrzekł Zaphod - to jest najbardziej nieprawdopodobna planeta, jaka
                                                    kiedykolwiek istniała.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:03
                                                    - To... - odrzekł Zaphod - to jest najbardziej nieprawdopodobna planeta, jaka
                                                    kiedykolwiek istniała.

                                                    ROZDZIAŁ 15

                                                    (Fragment przewodnika "Autostopem przez Galaktykę", strona sześćset trzydzieści
                                                    cztery tysiące siedemset osiemdziesiąt siedem, część pięć a, hasło: Magrathea).
                                                    Dawno temu, w mrokach czasów starożytnych, w wielkich i pełnych chwały dniach
                                                    dawnego Imperium Galaktycznego, życie było szalone, bogate i przeważnie wolne od
                                                    podatków.
                                                    Potężne statki kosmiczne przecierały szlaki pomiędzy egzotycznymi słońcami w
                                                    poszukiwaniu przygód i bogactw na najodleglejszych krańcach Galaktyki. W owych
                                                    czasach ludzie byli nieustraszeni, stawy wysokie, mężczyźni byli prawdziwymi
                                                    mężczyznami, kobiety prawdziwymi kobietami, a małe futrzane stworki z Alfa
                                                    Centauri prawdziwymi małymi futrzanymi stworkami z Alfa Centauri. I wszyscy
                                                    ważyli się stawiać czoło nieznanym niebezpieczeństwom, dokonywać wielkich czynów
                                                    i popełniać błędy ortograficzne, jakich nikt przed nimi nie popełnił - i w ten
                                                    sposób wykute zostało Imperium.
                                                    Oczywiście, wielu ludzi zdobyło olbrzymie majątki, ale było to zupełnie
                                                    naturalne i nikt nie miał się czego wstydzić, nikt bowiem nie był naprawdę biedny
                                                    a przynajmniej nikt, o kim warto byłoby wspominać. Nieuniknioną koleją rzeczy
                                                    dla wszystkich najbogatszych kupców życie stało się nudne i nużące; doszli oni
                                                    do wniosku, że to z powodu wad światów, na których się osiedlili. Żaden z nich
                                                    nie był całkowicie zadowalający: albo późnym popołudniem klimat nie był
                                                    wystarczająco wilgotny, albo doba była o pół godziny za długa, albo też morze
                                                    miało niewłaściwy odcień różu.
                                                    I w ten sposób powstały warunki dla szokującej nowej gałęzi specjalistycznego
                                                    przemysłu budowy luksusowych planet na zamówienie. Siedzibą tego przemysłu
                                                    została planeta Magrathea, gdzie inżynierowie hiperprzeni wsysali materię przez
                                                    białe dziury w przestrzeni, aby uformować ją w planety snów: złote planety,
                                                    platynowe planety, miękkie, gumowe planety z dużą liczbą trzęsień ziemi -
                                                    wszystkie wypieszczone, aby sprostać wysokim wymaganiom, które naturalnie
                                                    stawiali najbogatsi ludzie Galaktyki.
                                                    Lecz przedsięwzięcie to przyniosło tak wielkie dochody, iż wkrótce sama
                                                    Magrathea stała się najbogatszą planetą wszystkich czasów, a reszta Galaktyki
                                                    popadła w skrajną nędzę. W ten sposób system załamał się, Impeńum upadło, a
                                                    długa, posępna cisza zapadła nad bilionem głodujących światów, niepokojonych
                                                    jedynie skrzypieniem piór uczonych, którzy ślęczeli długo po nocach, płodząc
                                                    niewydarzone traktaty o wyższości planowanej ekonomii politycznej.
                                                    Sama Magrathea zniknęła i pamięć o niej wkrótce odeszła w mroki legendy.
                                                    Oczywiście, w dzisiejszych oświeconych czasach nikt nie wierzy w ani jedno słowo
                                                    owej legendy.

                                                    ROZDZIAŁ 16

                                                    Artura obudziły odgłosy kłótni, poszedł więc na mostek. Ford wymachiwał właśnie
                                                    rękami.
                                                    - Oszalałeś, Zaphod! - wołał. - Magrathea to mit, bajka, którą rodzice
                                                    opowiadają dzieciom na dobranoc, kiedy chcą, żeby wyrosły na ekonomistów, to...
                                                    - I to, na czego orbicie właśnie się znajdujemy nie ustępował Zaphod.
                                                    - Słuchaj, nie obchodzi mnie, na jakiej orbicie ty się osobiście znajdujesz -
                                                    rzekł Ford. - Ale ten statek...
                                                    - Komputer! - krzyknął Zaphod. - Nie, tylko nie...
                                                    - Cześć! Mówi Eddie, wasz pokładowy komputer, czuję się po prostu wspaniale,
                                                    chłopaki, i chcę wam powiedzieć, że dam parę kopów na rozpęd każdemu programowi,
                                                    który zechce się wam przeze mnie przepuścić.
                                                    Artur spojrzał pytająco na Trillian, która zaprosiła go gestem, żeby wszedł, ale
                                                    nie odzywał się.
                                                    - Komputer - zażądał Zaphod - powiedz nam jeszcze raz, jaka jest nasza obecna
                                                    trajektoria.
                                                    - Z prawdziwą przyjemnością, bracie - odpowiedział komputer. - Znajdujemy się
                                                    obecnie na orbicie na wysokości trzystu mil dookoła legendarnej planety Magrathea.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:04
                                                    planety Magrathea.
                                                    - To żaden dowód - stwierdził Ford. - Nie uwierzyłbym temu komputerowi nawet,
                                                    gdyby miał podać moją wagę.
                                                    - Mogę to dla ciebie zrobić, pewnie - ożywił się komputer, wysuwając następną
                                                    papierową wstęgę. Mogę nawet obliczyć ci twoje problemy z osobowością do
                                                    dziesiątego miejsca po przecinku, jeśli to coś pomoże.
                                                    Trillian przerwała mu.
                                                    - Zaphod - powiedziała. - Zaraz znajdziemy się nad dzienną stroną planety. - I
                                                    dodała: - Czymkolwiek ona się okaże.
                                                    - Hej, co masz na myśli? Planeta jest tam, gdzie przewidziałem, tak czy nie?
                                                    - Owszem, wiem, że tam jest. Nie zamierzam się z nikim spierać; po prostu nie
                                                    odróżniłabym Magrathei od jakiejkolwiek innej bryły zimnej skały. Nadchodzi
                                                    świt, jeśli cię to interesuje.
                                                    - Dobra, dobra - zamruczał Zaphod. - Zróbmy przynajmniej przyjemność naszym
                                                    oczom. Komputer! - Ahoj! Co mógłbym...
                                                    - Po prostu zamknij się i daj znowu widok na planetę.
                                                    Ciemna, niczym nie wyróżniająca się masa znów wypełniła ekran. Obracająca się
                                                    pod nimi planeta. Patrzyli na to przez chwilę w milczeniu, lecz Zaphod był zbyt
                                                    podniecony, by nic nie mówić.

                                                    - Przelatujemy teraz nad nocną stroną... - rzekł ściszonym głosem. Planeta
                                                    obracała się dalej. - Powierzchnia planety jest teraz trzysta mil pod nami...
                                                    ciągnął. Próbował przywrócić aurę niezwykłości chwili, która powinna być wielka
                                                    i niezapomniana. Magrathea! Czuł się dotknięty sceptyczną reakcją Forda.
                                                    Magrathea! - Za kilka sekund - mówił dalej - powinniśmy zobaczyć... już!
                                                    Chwila przeciągała się. Nawet najbardziej zblazowany tramp międzygwiezdny nie
                                                    może opanować drżenia na widok niezwykle widowiskowego dramatu, jakim jest
                                                    wschód słońca oglądany z przestrzeni kosmicznej. A cóż dopiero podwójny wschód
                                                    słońca, który jest jednym z cudów Galaktyki.
                                                    Z absolutnej czerni wystrzelił nagle punkt oślepiającego światła. Wspinał się w
                                                    górę ułamkami stopni, rozlewając się po bokach w wąskie, półksiężycowate ostrze
                                                    i nagle w przeciągu sekund ukazały się dwa słońca rozpalające czarną krawędź
                                                    horyzontu białymi płomieniami. Rzadką atmosferę pod statkiem rozjarzyły
                                                    jaskrawe, tęczowe promienie.
                                                    - Ognie świtu... - odetchnął głęboko Zaphod. Bliźniacze słońca Soulianis i Rahm!
                                                    - Albo jakiekolwiek inne - zauważył cicho Ford. - Soulianis i Rahm! - upierał
                                                    się Zaphod. Płonące słońca wznosiły się, a przez mostek płynęła
                                                    niska, upiorna muzyka - to Marvin ironicznie coś do siebie mruczał - tak bardzo
                                                    nie cierpiał ludzi. Przyglądając się feerii barw i świateł przed nimi,
                                                    Ford czuł przepełniające go podniecenie, ale było to podniecenie wywołane
                                                    jedynie ujrzeniem nowej, nie
                                                    znanej planety. Wystarczało mu traktować to właśnie w ten sposób. Drażniło go
                                                    odrobinę, że Zaphod musiał dorabiać sobie jakieś absurdalne fantazje, aby
                                                    ta scena go poruszyła.
                                                    Cały ten nonsens z Magratheą wydawał się Fordowi dziecinny i niemądry. Czy nie
                                                    można widzieć po prostu, że ogród jest piękny, bez konieczności uwierzenia, że
                                                    kryją się w nim wróżki?
                                                    Arturowi cała ta historia z Magratheą wydawała się kompletnie niepojęta.
                                                    Ukradkiem przesunął się do Trillian i zapytał, co się właściwie dzieje.
                                                    - Wiem tyle, ile powiedział mi Zaphod - odszepnęła. - Najwidoczniej Magrathea
                                                    jest czymś w rodzaju legendy z zamierzchłych czasów, w którą nikt naprawdę nie
                                                    wierzy. Trochę jak Atlantyda na Ziemi, z tą różnicą, że według legendy na
                                                    Magrathei produkowano planety.
                                                    Artur zamrugał, patrząc na ekran i poczuł, że umknęło mu coś ważnego. Nagle zdał
                                                    sobie sprawę, co to było.
                                                    - Czy jest na tym statku herbata? - zapytał. Coraz większa połać planety
                                                    rozciągała się pod nimi, gdy "Złote Serce" mknęło po jej orbicie. Słońca stały
                                                    już wysoko i pirotechnika świtu skończyła się. Powierzchnia planety w zwyczajnym
                                                    świetle dnia wyglądała ponuro i odpychająco - szara, pokryta pyłem i niewyraźnie
                                                    zarysowana, wydawała się zimna i martwa jak krypta. Od czasu do czasu na
                                                    odległym horyzoncie pojawiały się obiecujące zarysy - wąwozy, być może góry, być
                                                    może nawet miasta - ale gdy zbliżali się, linie stawały się większe i rozmywały
                                                    się w anonimowości, niczego nie tworząc. Powierzchnia planety była zatarta przez
                                                    czas, przez powolne ruchy rzadkiego, zastałego powietrza pełzającego po niej
                                                    stulecie po stuleciu.
                                                    Bez wątpienia planeta była bardzo, bardzo stara. Patrząc na szary krajobraz
                                                    rozciągający się przed nimi, Ford poczuł wątpliwości. Zaniepokoił go bezmiar
                                                    czasu, odczuwał to niemal jak obecność. Przełknął ślinę.
                                                    - Więc nawet zakładając, że to jest...
                                                    - Jest! - powiedział Zaphod.
                                                    - ...tym, czym nie jest - ciągnął Ford. - To co ty właściwie chcesz tu znaleźć?
                                                    Nic tu nie ma.
                                                    - Nic nie ma na powierzchni - stwierdził Zaphod. - No dobra, załóżmy, że coś tu
                                                    jest; przyjmuję, że nie przyleciałeś tutaj tylko i wyłącznie dla wykopalisk
                                                    industrialnych. Ale po co ty to właściwie robisz, Zaphod?
                                                    Jedna z głów Zaphoda odwróciła wzrok. Druga rozejrzała się wokół, żeby zobaczyć,
                                                    na co patrzyła pierwsza, ale nie było to nic konkretnego.
                                                    - No cóż - rzekł beztrosko Zaphod. - Częściowo z ciekawości, częściowo dla
                                                    przygody, ale głównie chyba dla sławy i pieniędzy...
                                                    Ford spojrzał na niego ostro. Byt przekonany, że Zaphod nie miał zielonego
                                                    pojęcia, po co się tam w ogóle znalazł.
                                                    - Wiecie, nie podoba mi się widok tej planety powiedziała Trillian z drżeniem.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:07
                                                    - Wiecie, nie podoba mi się widok tej planety powiedziała Trillian z drżeniem.
                                                    - Nie zwracaj na to uwagi - odrzekł Zaphod. Z ukrytą gdzieś tu połową bogactwa
                                                    dawnego Imperium Galaktycznego może sobie pozwolić na to, żeby wyglądać nieciekawie.
                                                    Gówno prawda, pomyślał Ford. Nawet zakładając, że była to siedziba starożytnej
                                                    cywilizacji, która obróciła się w proch, zakładając nawet kilka niezwykle mało
                                                    prawdopodobnych rzeczy, nie było mowy, aby ogromne skarby mogły być tam
                                                    przechowane w jakiejkolwiek formie, która miałaby jeszcze wartość. Wzruszył
                                                    ramionami.
                                                    - Moim zdaniem to po prostu martwa planeta stwierdził.
                                                    - Napięcie mnie wykańcza - powiedział Artur z westchnieniem.
                                                    Stres i napięcie nerwowe stały się poważnymi problemami społecznymi we
                                                    wszystkich częściach Galaktyki. Aby więc nie pogarszać jeszcze bardziej
                                                    sytuacji, ujawnimy teraz z wyprzedzeniem następujące fakty:
                                                    Planeta, o której mowa, jest rzeczywiście legendarną Magratheą.
                                                    Śmiercionośny atak rakietowy, który wkrótce zostanie przeprowadzony przez
                                                    starożytny automatyczny system obronny, spowoduje jedynie zniszczenie trzech
                                                    filiżanek do kawy i Watki na myszy, skaleczenie czyjegoś ramienia i ostatecznie
                                                    stworzenie oraz nagłe unicestwienie donicy z petuniami i niewinnego kaszalota.
                                                    Aby jednak zachować pewną otoczkę tajemnicy, nie zdradzimy tu, czyje ramię
                                                    zostało skaleczone. Fakt ten może stać się powodem napięcia bez jakichkolwiek
                                                    negatywnych następstw, jako że nie ma kompletnie żadnego znaczenia.

                                                    ROZDZIAŁ 17

                                                    Po dosyć gwałtownym rozpoczęciu dnia umysł Artura zaczynał zbierać z powrotem w
                                                    całość swoje kompletnie rozstrojone fragmenty, z którymi pozostawił go
                                                    wczorajszy dzień. Znalazł maszynę nutri-matyczną, która dostarczyła mu
                                                    plastikowy kubek wypełniony płynem prawie zupełnie (lecz nie do końca)
                                                    niepodobnym do herbaty. Sposób funkcjonowania owej masz5my był bardzo
                                                    interesujący. Gdy naciskano guzik "Napój", sporządzała ona błyskawicznie bardzo
                                                    szczegółowe badanie receptorów smakowych naciskającego i spektroskopową analizę
                                                    jego metabolizmu. Następnie wzdłuż połączeń nerwowych wysyłała delikatne sygnały
                                                    eksperymentalne do mózgu, aby przekonać się; co prawdopodobnie przeszłoby
                                                    naciskającemu przez gardło. Jednakże nikt nie wiedział, po co to robiła,
                                                    ponieważ i tak nieodmiennie dostarczała kubek płynu, który był prawie zupełnie
                                                    (lecz nie do końca) niepodobny do herbaty... Maszyna nutri-matyczna została
                                                    zaprojektowana i wyprodukowana przez Korporację Cybernetyczną Syriusza, której
                                                    dział zażaleń zajmuje w obecnej chwili
                                                    wszystkie główne masywy lądowe trzech pierwszych planet w układzie planetarnym
                                                    Syriusz Tan.
                                                    Artur wypił płyn i stwierdził, że jest orzeźwiający. Znów rzucił okiem na ekrany
                                                    i obejrzał następne kilkaset mil szarego pustkowia, które przesuwało się pod
                                                    statkiem. Nagle przyszło mu do głowy, aby zadać dręczące go pytanie:
                                                    - Czy tu jest bezpiecznie?
                                                    - Magrathea jest martwa od pięciu milionów lat odpowiedział Zaphod. -
                                                    Oczywiście, że tu jest bezpiecznie. Nawet tutejsze duchy musiały już dawno
                                                    ustatkować się i założyć rodziny.
                                                    W tym momencie powietrze przeszył dziwny i niewytłumaczalny dźwięk - jak gdyby
                                                    odległych fanfar, głuchy, piskliwy i nierzeczywisty. Głos powiedział:
                                                    - Pozdrawiam was...
                                                    Mówił do nich głos z martwej planety. - Komputer! - krzyknął Zaphod. - Sie macie!
                                                    - Co to jest, do fotona?!
                                                    - To tylko jakaś taśma sprzed pięciu milionów lat. - Co?! Nagranie?!
                                                    - Szszsz! - syknął Ford. - Posłuchajmy!
                                                    Głos był stary, uprzejmy, niemal ujmujący, ale brzmiała w nim całkiem
                                                    niedwuznaczna groźba.
                                                    - Słuchacie nagranego komunikatu - powiedział. - Jako że niestety w tym momencie
                                                    wszyscy jesteśmy nieobecni. Rada handlowa Magrathei czuje się zaszczycona waszą
                                                    wizytą...
                                                    - Głos ze starożytnej Magrathei! - wykrzyknął Zaphod.

                                                    - Dobra, dobra - uspokoił go Ford.
                                                    - ...żałuję jednak, że cała planeta jest chwilowo zamknięta dla interesów.
                                                    Dziękujemy wam. Jeżeli mielibyście ochotę zostawić swoje nazwisko i adres
                                                    planety, na której można się z wami skontaktować, uprzejmie prosimy podać go po
                                                    usłyszeniu sygnału.
                                                    - Chcą się nas pozbyć - rzekła nerwowo Trillian. - Co teraz zrobimy?
                                                    - To tylko nagranie - stwierdził stanowczo Zaphod. - Lecimy dalej. Zrozumiałeś,
                                                    komputer?
                                                    - Zrozumiałem - odpowiedział komputer i dodał gazu.
                                                    Czekali. Po mniej więcej sekundzie znów zabrzmiały fanfary, a po nich głos:
                                                    - Chcielibyśmy was zapewnić, że jak tylko powrócimy do naszej działalności, we
                                                    wszystkich popularnych magazynach kolorowych i dodatkach pojawią się nasze
                                                    ogłoszenia, a nasi klienci znów będą mieli do wyboru wszystko, co najlepsze we
                                                    współczesnej geografii. - Groźba w głosie zabrzmiała wyraźniej. - Na razie
                                                    dziękujemy naszym klientom za ich uprzejme zainteresowanie i chcielibyśmy prosić
                                                    ich o opuszczenie planety. Natychmiast.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:12
                                                    Natychmiast.
                                                    Artur rozejrzał się po niespokojnych twarzach swoich towarzyszy.
                                                    - Cóż, przypuszczam, że najlepiej będzie, jeżeli zabierzemy się stąd, nie
                                                    uważacie? - zasugerował. - Szszsz! - powiedział Zaphod. - Nie ma absolutnie
                                                    żadnego powodu do niepokoju.
                                                    - To dlaczego wszyscy są tacy spięci?
                                                    - Są po prostu zaciekawieni! - wrzasnął Zaphod. - Komputer, zacznij zniżać się w
                                                    atmosferę i przygotuj statek do lądowania.
                                                    Tym razem fanfary zabrzmiały całkiem niedbale, a głos był wyraźnie zimny.
                                                    - To ogromnie miłe - rzekł - że wasz entuzjazm dla naszej planety nie słabnie i
                                                    dlatego chcielibyśmy was zapewnić, że rakiety sterowane, które właśnie obierają
                                                    za cel wasz statek, są częścią specjalnych usług, jakie świadczymy naszym
                                                    najbardziej entuzjastycznym klientom, a całkowicie uzbrojone głowice nuklearne
                                                    to oczywiście jedynie kurtuazyjny drobiazg. Z przyjemnością zaoferujemy nasze
                                                    usługi w waszym następnym życiu... Dziękujemy za uwagę.
                                                    Głos umilkł.
                                                    - Oooo... - powiedziała Trillian. - Eeee... - powiedział Artur.
                                                    - Więc? - powiedział Ford.
                                                    - Posłuchajcie - powiedział Zaphod. - Czy to do was dociera? To tylko nagranie!
                                                    Ma miliony lat. Nie dotyczy nas, rozumiecie?
                                                    - A co z rakietami? - zapytała spokojnie Trillian. - Rakiety? Nie rozśmieszaj mnie!
                                                    Ford położył rękę na ramieniu Zaphoda i wskazał tylny ekran. Daleko za nimi
                                                    wznosiły się przez atmosferę w kierunku statku dwie srebrzyste strzałki. Szybkie
                                                    zbliżenie pokazało je w całej okazałości: dwie niesamowicie prawdziwe, prujące
                                                    przez niebo rakiety. Nagłość tego wszystkiego była szokująca.
                                                    - Myślę, że bardzo się postarają, żeby w nas trafić - stwierdził Ford.
                                                    Zaphod gapił się na nie ze zdumieniem.
                                                    - Hej, to jest niesamowite! - zawołał. - Ktoś tam na dole próbuje nas zabić!
                                                    - Niesamowite - zgodził się Artur. - Ale nie rozumiesz, co to znaczy? - Owszem,
                                                    wkrótce umrzemy.
                                                    - Tak, ale poza tym! - Poza tym?!
                                                    - To znaczy, że jesteśmy na dobrym tropie! - Jak prędko możemy z niego zejść?
                                                    Z każdą sekundą obraz pocisków na ekranach powiększał się. Obróciły się i wzięły
                                                    kurs dokładnie na statek, toteż wszystko, co mogli teraz zobaczyć, to wycelowane
                                                    w nich głowice.
                                                    - Pytam z czystej ciekawości - odezwała się Trillian. - Co teraz zrobimy?
                                                    - Po prostu uspokójcie się - powiedział Zaphod.
                                                    - To wszystko?! - wrzasnął Artur.
                                                    - Nie, podejmiemy także... eee... działania unikowe! - krzyknął Zaphod w nagłym
                                                    przypływie paniki. - Komputer, jakie działania unikowe możemy podjąć?
                                                    - Ee... obawiam się, chłopcy, że żadnych - odpowiedział komputer.
                                                    - ...czy coś innego... - dodał Zaphod - eee... zakończył.
                                                    - Coś najwyraźniej blokuje moje systemy sterujące - wyjaśnił pogodnie komputer.
                                                    - Zderzenie za
                                                    czterdzieści pięć sekund. Mówcie mi Eddie, jeśli to wam pomoże się zrelaksować.
                                                    Zaphod próbował biec w kilku kierunkach naraz.
                                                    - Dobrze! - zawołał. - Eee... musimy przejść na ręczne sterowanie statkiem!
                                                    - Potrafisz nim sterować? - zapytał uprzejmie Ford.
                                                    - Nie, a ty? - Nie.
                                                    - Trillian, a ty? - Nie.
                                                    - W porządku - rzekł Zaphod i rozluźnił się. Zrobimy to razem.
                                                    - Ja też nie - dodał Artur, który poczuł, że nadszedł czas, aby zaznaczyć swoją
                                                    obecność.
                                                    - Domyśliłem się tego - stwierdził Zaphod. Okay, komputer, przejmuję pełne
                                                    ręczne sterowanie statkiem.
                                                    - Załatwione - odpowiedział komputer. Otworzyło się kilka dużych pulpitów
                                                    rozdzielczych i ukazały się konsole kontrolne, zasypując załogę kawałkami
                                                    styropianu i kulkami zwiniętego celofanu: nigdy przedtem nie były używane.
                                                    Zaphod popatrzył na nie z paniką.
                                                    - Dobra, Ford - powiedział. - Cała wstecz i dziesięć stopni na prawą burtę. Albo
                                                    na przykład... - Powodzenia, chłopaki - zaćwierkał komputer. - Zderzenie za
                                                    trzydzieści sekund...
                                                    Ford przyskoczył do konsoli. Na pierwszy rzut oka tylko niektóre dźwignie wydały
                                                    mu się znajome, więc je nacisnął. Statek zadrżał i zawył, gdy sterujące silniki
                                                    rakietowe usiłowały posłać go we wszystkich kierunkach jednocześnie. Ford
                                                    zwolnił połowę dźwigni, a statek zatoczył łuk i wylądował na tym samym kursie co
                                                    poprzednio, na wprost zbliżających się pocisków.
                                                    Poduszki powietrzne w ścianach nadęły się momentalnie, gdy została o nie rzucona
                                                    cała załoga. Przez kilka sekund siła bezwładności trzymała ich rozpłaszczonych,
                                                    walczących o oddech, niezdolnych do żadnego ruchu.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:13
                                                    rozpłaszczonych, walczących o oddech, niezdolnych do żadnego ruchu.
                                                    Zaphod miotał się w maniackiej desperacji; w końcu udało mu się wymierzyć
                                                    dzikiego kopniaka w małą dźwignię stanowiącą część systemu sterującego.
                                                    Dźwignia złamała się. Statek skręcił ostro i wystrzelił w górę, a załoga
                                                    przeleciała gwałtownie przez kabinę i wylądowała pod przeciwległą ścianą.
                                                    Należący do Forda egzemplarz przewodnika "Autostopem przez Galaktykę" trzasnął w
                                                    inną część konsoli kontrolnej, z połączonym efektem: przewodnik zaczął objaśniać
                                                    wszystkim, którzy mieli ochotę słuchać, najlepsze metody szmuglowania z Antaresa
                                                    gruczołów papug ("gruczoły papug z Antaresa na wykałaczkach to obrzydliwa, lecz
                                                    niezwykle poszukiwana zakąska koktajlowa, za którą bardzo bogaci idioci płacą
                                                    ogromne sumy tylko po to, aby zaszpanować innym bardzo bogatym idiotom"), a
                                                    statek nagle zaczął spadać jak kamień.
                                                    Mniej więcej w tym momencie jeden z członków załogi skaleczył się dotkliwie w
                                                    ramię. Fakt ten powinien zostać podkreślony, ponieważ - jak to już
                                                    wyjawiono - poza tym udało im się uciec bez najmniejszego szwanku, a
                                                    śmiercionośne pociski nie uderzyły ostatecznie w statek.
                                                    Całkowite bezpieczeństwo załogi zostało zapewnione.
                                                    - Zderzenie za dwadzieścia sekund, chłopaki... oznajmił komputer.
                                                    - To włącz z powrotem te cholerne silniki! wrzasnął Zaphod.
                                                    - No pewnie, chłopaki - zgodził się komputer. Silniki włączyły się z diabelnym
                                                    rykiem, statek gładko wyrównał kurs i znów ruszył na spotkanie rakietom.
                                                    Komputer zaczął śpiewać.
                                                    - "Kiedy wędrujesz przez burzę... - zajęczał nosowo. - Idź z podniesionym czołem..."
                                                    Zaphod wrzasnął, żeby się zamknął, ale jego głos zginął w zgiełku tego, co
                                                    uważali całkiem naturalnie za nadchodzącą zagładę.
                                                    - "I nie bój... się nigdy... ciemności" - zawodził Eddie.
                                                    Statek wyrównując kurs, wyrównał go w rzeczywistości do góry nogami, toteż leżąc
                                                    na suficie, nikt z załogi nie miał teraz żadnej szansy, aby dosięgnąć systemów
                                                    sterujących.
                                                    - "Na końcu burzy..." - wył Eddie.
                                                    Dwie imponujące rakiety ukazały się znów na ekranach.
                                                    - "...czeka złote niebo..."
                                                    Ale nieprawdopodobnie szczęśliwym trafem nie zdążyły całkiem skorygować swojego
                                                    kursu w stosunku do przedziwnie lawirującego statku i przeszły dokładnie pod nim.
                                                    - "I srebrzysta, słodka skowronka pieśń..." Skorygowany czas zderzenia:
                                                    piętnaście sekund, przyjaciele... - wtrącił Eddie i śpiewał dalej: - "Idź
                                                    poprzez wiatr..."
                                                    Rakiety z piskiem zatoczyły łuk i ponownie rzuciły się w pościg.
                                                    - A więc to już - powiedział Artur, obserwując atak na ekranach. - Całkiem
                                                    nieodwołalnie. Za chwilę umrzemy, prawda?
                                                    - Mógłbyś przestać mówić takie rzeczy - odparł Ford.
                                                    - Umrzemy czy nie? - Owszem, umrzemy.
                                                    - "Idź poprzez deszcz..." - śpiewał Eddie. Arturowi wpadła do głowy pewna myśl,
                                                    zerwał się na nogi.
                                                    - Dlaczego nikt nie wł2tczy tego całego napędu nieprawdopodobieństwa?! -
                                                    krzyknął. - Chyba moglibyśmy go dosięgnąć.
                                                    - Oszalałeś? - spytał Zaphod. - Bez właściwego zaprogramowania wszystko mogłoby
                                                    się zda- Co to za różnica na tym etapie! - odkrzyknął Artur.
                                                    - "Choć sny twe nie spełnij się nigdy..." - wył dalej Eddie.
                                                    Artur wlazł z trudem na jeden z owych ekscytująco kształtnych wymodelowanych
                                                    fragmentów w miejscu, gdzie wygięcie ściany stykało się z sufitem.
                                                    - "Idź dalej z nadzieje w sercu..."
                                                    - Czy ktokolwiek wie, dlaczego Artur nie może włączyć napędu
                                                    nieprawdopodobieństwa? - krzyknęła Trillian.
                                                    - "A nigdy nie będziesz szedł sam..." Zderzenie za pięć sekund, fajnie było was
                                                    poznać, chłopcy, niech was Bóg... "Nigdy nie bę... dziesz... szedł... sam.
                                                    - Pytałam - wrzasnęła Trillian - czy ktokolwiek...
                                                    Następna rzeczą, jaka się wydarzyła, była przekręcająca mózg eksplozja światła i
                                                    dźwięku.

                                                    ROZDZIAŁ, 18

                                                    A następną rzeczą, która się zdarzyła, było to, że "Złote Serce" absolutnie
                                                    normalnie kontynuowało swoją podróż, aczkolwiek z dosyć interesująco
                                                    przebudowanym wnętrzem. Zostało ono w jakiś sposób powiększone, ściany zaś
                                                    uzyskały delikatne pastelowe odcienie błękitu i zieleni.
                                                    Pośrodku znajdowały się kręcone schody, prowadzące donikąd, otoczone paprociami
                                                    i żółtymi kwiatami, obok zaś stał kamienny cokół zegara słonecznego, który
                                                    zawierał teraz główny terminal komputerowy. Przemyślnie rozmieszczone światła i
                                                    lustra tworzyły złudzenie cieplarni z widokiem na duży, znakomicie utrzymany
                                                    ogród. Na obwodzie cieplarni stały stoliki o marmurowych blatach i misternie
                                                    wykonanych nogach z kutego żelaza. Patrząc uważnie w wypolerowaną powierzchnię
                                                    marmuru, można było dostrzec zamglone kształty instrumentów pokładowych;
                                                    wystarczyło ich dotknąć, aby natychmiast zmaterializowały się pod dłońmi
                                                    dotykającego. Spoglądając pod odpowiednim kątem w lustra, można było dostrzec
                                                    w nich odbicie wszystkich potrzebnych odczytów danych, chociaż pytanie skąd
                                                    pochodzi to odbicie, pozostawało bez odpowiedzi. Wszystko razem wyglądało
                                                    zdumiewająco pięknie.
                                                    Rozparty leniwie w wiklinowym fotelu ogrodowym, Zaphod Beeblebrox zapytał:
                                                    - Co, u diabła, się stało?
                                                    - No, mówiłem właśnie - odpowiedział Artur leżący w niedbałej pozie obok
                                                    niedużej sadzawki z rybami - że tam jest ten przełącznik napędu
                                                    nieprawdopodobieństwa... - Machnął ręką w kierunku miejsca, gdzie przedtem
                                                    znajdował się przełącznik. Teraz stała tam roślina w doniczce.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:15
                                                    Teraz stała tam roślina w doniczce.
                                                    - Ale gdzie my jesteśmy? - odezwał się Ford siedzący na kręconych schodach z
                                                    dobrze schłodzonym Pangalaktycznym Dynamitem Pitnym w dłoni.
                                                    - Zdaje się, że dokładnie tam, gdzie byliśmy... rzekła Trillian, gdy wszystkie
                                                    lustra wokół nich pokazały nagle odbicie zniszczonego krajobrazu Magrathei,
                                                    który wciąż pod nimi przemykał.
                                                    Zaphod zerwał się z fotela.
                                                    - Więc co się stało z rakietami? - wykrzyknął. Nowe i zdumiewające odbicie
                                                    pojawiło się w lustrach.
                                                    - Wygląda na to - stwierdził )=ord z powątpiewaniem - że zamieniły się w donicę
                                                    z petuniami i bardzo zdziwionego wieloryba...
                                                    - Przy współczynniku nieprawdopodobieństwa wtrącił się Eddie, który nie zmienił
                                                    się ani na jotę osiem milionów siedemset sześćdziesiąt siedem tysięcy sto
                                                    dwadzieścia osiem do jednego.

                                                    Zaphod utkwił wzrok w Arturze.
                                                    - Pomyślałeś o tym, Ziemianinie? - zażądał wyjaśnień.
                                                    - Cóż - odrzekł Artur. - Ja tylko...
                                                    - Wiesz, to był kawał bardzo dobrego myślenia. Włączyć na sekundę napęd
                                                    nieprawdopodobieństwa bez wcześniejszego uaktywnienia ekranów osłonowych. Hej,
                                                    chłopcze, właśnie uratowałeś nam życie, wiesz o tym?
                                                    - Och - powiedział Artur. - Cóż, to naprawdę nic wielkiego...
                                                    - Naprawdę? - spytał Zaphod. - W takim razie zapomnijmy o tym. Dobra, komputer,
                                                    przygotuj się do lądowania.
                                                    - Ale...
                                                    - Powiedziałem, zapomnijmy o tym.
                                                    Następną rzeczą, która została zapomniana, był fakt, że na przekór wszelkiemu
                                                    prawdopodobieństwu kilka mil ponad powierzchnią obcej planety został powołany do
                                                    istnienia kaszalot. A ponieważ nie jest to najnaturalniejsza w świecie sytuacja
                                                    dla wieloryba, to nieszczęsne niewinne stworzenie nie miało zbyt wiele czasu,
                                                    aby dojść do ładu ze swoją tożsamością jako wieloryb, zanim musiało dojść do
                                                    ładu z faktem niebycia już wielorybem.
                                                    Oto kompletny zapis jego myśli od momentu, w którym zaczął swoje życie, do
                                                    momentu, w którym je zakończył.
                                                    "Aaa!... Co się dzieje? - pomyślał. Ee, przepraszam bardzo, kim jestem? Cześć?
                                                    Dlaczego jestem tutaj? Jaki jest mój cel w życiu? Co oznacza moje
                                                    istnienie? Spokojnie, weź się w garść... O! Co za interesujące odczucie, co to
                                                    jest? Coś w rodzaju... ziewania czy swędzenia w moim... moim... Chyba powinienem
                                                    zacząć nadawać nazwy rzeczom, jeśli chcę zrobić jakiś postęp w tym, co dla
                                                    potrzeb tego, co nazwę dyskusją, będę nazywał światem, a więc powiedzmy, że to
                                                    jest brzuch. Dobrze. Ooo, nasila się. Hej, a co to jest ten gwiżdżący, huczący
                                                    dźwięk wokół tego, co nagle zacząłem nazywać moją głową? Nazwę to... wiatr. Czy
                                                    to jest dobra nazwa? Na razie wystarczy, może potem wymyślę coś lepszego, kiedy
                                                    się dowiem, do czego to służy. Musi to być coś bardzo ważnego, bo jest tego cała
                                                    masa. Hej, a to co? To jest... powiedzmy, ogon, tak ogon. O! naprawdę świetnie
                                                    się nim macha! To jest super! Nie widzę, żeby miało to jakieś efekty, ale pewnie
                                                    później dowiem się, do czego to służy. A więc - czy udało mi się już stworzyć
                                                    jakikolwiek spójny obraz świata? Nie. Mniejsza z tym, hej, to jest naprawdę
                                                    wspaniałe, tyle rzeczy, których się dowiem, tyle rzeczy, których nie mogę się
                                                    już doczekać, umieram z niecierpliwości... Ale czy to jest wiatr? Jest go chyba
                                                    coraz więcej... O! Hej, a to co? Co to za rzecz, która znienacka zaczęła się do
                                                    mnie bardzo szybko zbliżać?! Naprawdę bardzo szybko! Duża, płaska, okrągła,
                                                    powinna mieć duża i solidnie brzmiącą nazwę, jak na przykład... Ziemia! Właśnie
                                                    tak! Bardzo dobra nazwa - Ziemia! Ciekawe, czy zaprzyjaźni się ze mną?"
                                                    Reszta, po nagłym mokrym i głuchym uderzeniu, była milczeniem.

                                                    Ciekawą rzeczą jest fakt, że jedyne, co przeszło przez myśl donicy z petuniami
                                                    podczas spadania, to słowa: "O nie, znowu to samo!"
                                                    Wielu ludzi doszło do wniosku, że gdybyśmy dokładnie wiedzieli, dlaczego donica
                                                    z petuniami tak pomyślała, wiedzielibyśmy znacznie więcej o naturze wszechświata
                                                    niż teraz...

                                                    ROZDZIAŁ 19

                                                    - Zabieramy z sobą tego robota? - zapytał Ford, patrząc z niesmakiem na Marvina,
                                                    który stał zgarbiony w kącie pod niedużą palmą.
                                                    Zaphod odwrócił wzrok od lustrzanych ekranów, które pokazywały panoramiczny
                                                    widok zniszczonej powierzchni planety, na której wylądowało "Złote Serce".
                                                    - Och, nasz paranoid-android - stwierdził. Owszem, weźmiemy go ze sobą.
                                                    - Ale co się robi z robotami w stanie depresji maniakalnej?!
                                                    - Tobie się wydaje, że ty masz problemy - powiedział Marvin, jak gdyby zwracał
                                                    się do świeżo zajętej trumny. - A co się robi, jeżeli to ty jesteś robotem w
                                                    stanie depresji maniakalnej? Nie, nie wysilaj się na odpowiedź! Jestem
                                                    pięćdziesiąt tysięcy razy bardziej inteligentny od ciebie, a nawet ja nie znam
                                                    odpowiedzi. Samo zniżanie się do twojego poziomu intelektualnego przyprawia mnie
                                                    o ból głowy.
                                                    Na mostek wpadła Trillian.

                                                    - Uciekły moje białe myszki! - krzyknęła. Wyraz głębokiej troski i
                                                    zaniepokojenia nie zdołał
                                                    pojawić się na żadnej z twarzy Zaphoda.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:16
                                                    pojawić się na żadnej z twarzy Zaphoda.
                                                    - Do diabła z twoimi białymi myszkami - odpowiedział krótko.
                                                    Trillian rzuciła mu rozdrażnione spojrzenie i znikła ponownie.
                                                    Całkiem możliwe, że jej uwaga spotkałaby się z większym zainteresowaniem, gdyby
                                                    szerzej znany był fakt, że istoty ludzkie były dopiero na trzecim miejscu, jeśli
                                                    chodzi o najbardziej inteligentne formy życia na Ziemi, a nie - jak uważała
                                                    większość niezależnych obserwatorów - na drugim.
                                                    - Dzień dobry, chłopcy!
                                                    Głos był dziwnie znajomy, ale i dziwnie odmieniony. Brzmiała w nim nuta
                                                    matriarchalna. Odezwał się do załogi, gdy przybyli do luku prowadzącego na
                                                    powierzchnię planety.
                                                    Spojrzeli po sobie z zaskoczeniem.
                                                    - To komputer - wyjaśnił Zaphod. - Odkryłem, że ma dodatkową osobowość do użycia
                                                    w nagłych przypadkach i pomyślałem, że może to zadziała lepiej.
                                                    - Dzisiaj jest wasz pierwszy dzień na nie znanej planecie - ciągnął nowy głos
                                                    Eddiego - a więc wszyscy musicie się ciepło i starannie ubrać; nie zadawajcie
                                                    się z niegrzecznymi potworami o oczach jak karaluchy.
                                                    Zaphod zastukał niecierpliwie w pokrywę luku.
                                                    - Przepraszam - powiedział. - Chyba lepszy byłby suwak logarytmiczny niż ten
                                                    komputer.
                                                    - Świetnie! - warknął komputer. - Kto to powiedział?
                                                    - Komputer, czy mógłbyś otworzyć ten luk? - zapytał Zaphod, starając się nie
                                                    zdenerwować.
                                                    - Najpierw ten, kto to powiedział, niech się przyzna - ponaglił komputer.
                                                    - O Boże - mruknął Ford, osunął się po ścianie grodzi i zaczął liczyć do
                                                    dziesięciu. Był pełen rozpaczliwej obawy, że pewnego dnia rozumne formy życia
                                                    zapomną, jak to się robi. Jedynie za pomocą liczenia ludzie mogą wykazać swoją
                                                    niezależność od komputerów.
                                                    - No, jazda! - odezwał się surowo Eddie. - Komputer... - zadął Zaphod.
                                                    - Czekam - przerwał mu Eddie. - Mogę tak czekać cał5r dzień, jeśli to konieczne...
                                                    - Komputer... - powiedział znowu Zaphod, próbując wymyślić jakiś subtelny i
                                                    przekonujący argument, który pozwoliłby mu zagiąć komputer, i zdecydował nie
                                                    zawracać sobie głowy współzawodnictwem z maszyną na jej własnym terenie. - Jeśli
                                                    w tej chwili nie otworzysz luku, za pięć sekund będę przy twoich głównych
                                                    bankach danych i przeprogramuję cię bardzo dużą siekierą, zrozumiałeś?
                                                    Zaszokowany Eddie przerwał i rozważał tę możliwość.
                                                    Ford spokojnie liczył dalej. Jest to prawdopodobnie najbardziej agresywna rzecz,
                                                    jaką można zrobić komputerowi, odpowiednik podejścia do istoty ludzkiej,
                                                    powtarzając: krwi... krwi... krwi... krwi...
                                                    W końcu Eddie skapitulował.

                                                    - Widzę, że nasze stosunki to coś, nad czym wszyscy będziemy musieli solidnie
                                                    popracować - powiedział i luk otworzył się.
                                                    Owionął ich lodowaty wiatr, więc otulili się szczelniej i zeszli po trapie na
                                                    jałowy pył Magrathei.
                                                    - Jeszcze będziecie płakać, przekonacie się! krzyknął za nimi Eddie i zamknął luk.
                                                    Kilka minut później znowu otworzył go i zamknął, w odpowiedzi na komendę, która
                                                    zadziałała przez całkowite zaskoczenie.

                                                    ROZDZIAŁ 20

                                                    Pięć postaci wędrowało powoli przez zniszczoną ziemię. Niektóre jej części były
                                                    matowoszare, niektóre matowobrązowe, a reszta jeszcze mniej interesująca dla
                                                    patrzącego. Wyglądało to jak wyschnięte bagno, pozbawione jakiejkolwiek
                                                    roślinności i pokryte grubą na cal warstwą pyłu. Było bardzo zimno.
                                                    Zaphod był tym wszystkim wyraźnie przygnębiony. Przyśpieszył kroku i wkrótce
                                                    zniknął z oczu pozostałym za niewielkim wzniesieniem terenu.
                                                    Ostry wiatr kłuł Artura w oczy i uszy, a zastałe, rzadkie powietrze drażniło
                                                    jego gardło. Jednakże najbardziej podrażniony był jego umysł.
                                                    - To fantastyczne... - odezwał się, a jego własny głos nieprzyjemnie
                                                    zatrzeszczał mu w uszach. Dźwięki bardzo źle rozchodziły się w rzadkiej atmosferze.
                                                    - Zabita dechami dziura, jeśli pytasz mnie o zdanie - stwierdził Ford. -
                                                    Bawiłbym się lepiej w kocim kiblu.
                                                    Czuł wzrastającą irytację. Spośród wszystkich planet we wszystkich systemach
                                                    gwiezdnych całej Galaktyki - wielu dzikich, egzotycznych i tętniących życiem
                                                    musiał po piętnastu latach życia na wygnaniu znaleźć się na takim śmietniku jak
                                                    ten! Ani jednej budki z hot-dogami w polu widzenia. Schylił się i podniósł zimną
                                                    bryłę ziemi, ale nie było pod nią nic, dla czego warto byłoby przelecieć tysiące
                                                    lat świetlnych.
                                                    - Nie - upierał się Artur. - Nie rozumiesz, że po raz pierwszy naprawdę
                                                    postawiłem nogę na innej planecie... Całkowicie obcy świat! Szkoda tylko, że to
                                                    taki śmietnik.
                                                    Trillian otuliła się szczelniej, zadrżała i ściągnęła bawi. Mogłaby przysiąc, że
                                                    kątem oka zauważyła w dali jakieś nieznaczne i nieoczekiwane poruszenie, ale gdy
                                                    spojrzała w tamtym kierunku, nie zobaczyła nic poza nieruchomym i cichym
                                                    statkiem o kilkaset jardów za nimi.
                                                    Poczuła ulgę, gdy sekundę później ujrzeli Zaphoda, stojącego na szczycie
                                                    wzniesienia, i dającego im znaki, aby podeszli bliżej.
                                                    Wyglądał na podnieconego, ale nie słyszeli dokładnie, co mówił, z powodu
                                                    rozrzedzonej atmosfery i wiejącego wiatru.
                                                    Podchodząc do szczytu wzniesienia, zdali sobie sprawę, że jest ono okrągłe - coś
                                                    w rodzaju krateru o średnicy mniej więcej stu pięćdziesięciu jardów. Wokół
                                                    zewnętrznej, opadającej w dół krawędzi krateru ziemia pokryta była
                                                    czerwono-czarnymi strzępami. Zatrzymali się, aby spojrzeć na jeden z nich. Był
                                                    mokry i gumowaty.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:17
                                                    Był mokry i gumowaty.
                                                    Z nagłym przerażeniem zdali sobie sprawę, że jest to świeże mięso wieloryba!
                                                    Na szczycie krawędzi spotkali Zaphoda.
                                                    - Spójrzcie - wskazał im wnętrze krateru. Leżały tam roztrzaskane szczątki
                                                    samotnego kaszalota, który nie żył wystarczająco długo, aby rozczarować się do
                                                    sinego losu. Ciszę zakłóciły jedynie niezbyt głośne, mimowolne spazmy
                                                    wydobywające się z gardła Trillian.
                                                    - Przypuszczam, że nie ma sensu próbować go pogrzebać? - mruknął Artur i
                                                    natychmiast pożałował, że to powiedział.
                                                    - Chodźcie - rzekł Zaphod i zaczął schodzić w głąb krateru.
                                                    - Co, na dół? - zapytała Trillian z gwałtowną odrazą.
                                                    - Tak - odrzekł Zaphod. - Chodźcie, chcę wam coś pokazać.
                                                    - Widzimy to - stwierdziła Trillian.
                                                    - Nie to - powiedział Zaphod niecierpliwie. Coś innego. No, chodźcie!
                                                    Zawahali się wszyscy.
                                                    - No, zejdźcie tu - nalegał Zaphod. - Znalazłem drogę do środka.
                                                    - D o ś r o d k a? - zapytał ze zgrozą Artur.
                                                    - Do wnętrza planety! Podziemny korytarz. Odkryła go siła upadku wieloryba i
                                                    właśnie tam musimy zejść. Tam, gdzie noga człowieka nie postała przez pięć
                                                    milionów lat, w samą otchłań czasu...
                                                    Marvin zmów zaczął nucić ironicznie. Zaphod uderzył go, więc przestał.
                                                    Z lekkim dreszczem wstrętu zeszli za Zaphodem po nachyleniu do wnętrza krateru,
                                                    usilnie starając się nie patrzeć na jego nieszczęsnego twórcę.

                                                    - Życie... - stwierdził Marvin smętnie. - Możesz na nie pluć, możesz je
                                                    ignorować, ale nie możesz go polubić!
                                                    W miejscu upadku wieloryba ziemia zapadła się, odsłaniając sieć przejść i
                                                    korytarzy, teraz zawalonych głównie odłamkami szklanymi i wnętrznościami
                                                    zwierzęcia. Zaphod zaczął torować drogę do jednego z korytarzy, ale Marvin był w
                                                    stanie zrobić to nieco szybciej. Poczuli podmuch przejmująco zimnego powietrza
                                                    ciemnych czeluści, a Zaphod skierował do środka światło latarki. Niewiele jednak
                                                    mogli zobaczyć.
                                                    - Według legendy - rzekł - Magratheanie większość życia spędzali pod ziemią.
                                                    - Dlaczego? - spytał Artur. - Powierzchnia była zbyt zanieczyszczona czy
                                                    przeludniona?
                                                    - Nie, chyba nie - odpowiedział Zaphod. - Myślę, że po prostu nie podobała im
                                                    się specjalnie.
                                                    - Jesteś pewien, że wiesz, co robisz? - spytała Trillian, zaglądając nerwowo w
                                                    ciemność. - Wiesz, że już raz zostaliśmy zaatakowani.
                                                    - Kochanie, masz moje słowo, że żyjąca populacja tej planety równa się zero plus
                                                    nasza czwórka. Wejdźmy więc do środka. Ee, hej, Ziemianinie...
                                                    - Artur - powiedział Artur.
                                                    - Tak, no więc, czy mógłbyś zatrzymać tego robota przy sobie i, no wiesz,
                                                    pilnować tego końca korytarza, dobra?
                                                    - Pilnować? - spytał Artur. - Przed czym? Sam powiedziałeś przed chwilą, że
                                                    nikogo tu nie ma. - No, tak, po prostu dla bezpieczeństwa, dobrze? - rzekł Zaphod.
                                                    - Czyjego? Twojego czy mojego? - Dobry chłopak! Okay, schodzimy.
                                                    Zaphod zszedł z trudem do wnętrza, a za nim Trillian i Ford.
                                                    - Mam nadzieję, że spędzicie tam czas naprawdę nieprzyjemnie! - zawołał z
                                                    rozżaleniem Artur.
                                                    - Nie przejmuj się - pocieszył go Marvin. - Na pewno bardzo nieprzyjemnie.
                                                    Po kilku sekundach zniknęli z pola widzenia. Rozdrażniony Artur zatupał kilka
                                                    razy, lecz po chwili doszedł do wniosku, że grób wieloryba nie jest w gruncie
                                                    rzeczy najodpowiedniejszym miejscem do tupania.
                                                    Marvin przyglądał mu się przez moment z niechęcią, a potem wyłączył się.
                                                    Zaphod schodził szybko w głąb korytarza. Byt zdenerwowany jak diabli, ale
                                                    próbował to ukryć, krocząc zdecydowanie. Omiatał wnętrze światłem latarki.
                                                    Ściany pokryte były ciemnymi, zimnymi w dotyku kaflami, a powietrze czuć było
                                                    stęchlizną.
                                                    - A nie mówiłem? - stwierdził. - Zamieszkana planeta. Magrathea. - I
                                                    pomaszerował dalej przez śmieci i rumowisko zaścielające kaflowy chodnik.
                                                    Trillian nasunęło się nieodparte skojarzenie z londyńskim metrem, chociaż nie
                                                    było ono aż tak zrujnowane i brudne.
                                                    Od czasu do czasu kafle na ścianach ustępowały miejsca dużym mozaikom - były to
                                                    proste, geometryczne wzory w jaskrawych kolorach. Trillian zatrzymała się i
                                                    przyjrzała uważnie jednemu z nich, ale nie mogła dopatrzyć się żadnego znaczenia.

                                                    - Hej, wiesz może, co to za dziwne symbole? zawołała do Zaphoda.
                                                    - Myślę, że to po prostu jakieś dziwne symbole odpowiedział, prawie nie
                                                    odwracając się.
                                                    Trillian wzruszyła ramionami i poszła za nim.
                                                    Co jakiś czas z prawej lub lewej strony mijali niewielkie pomieszczenia
                                                    wypełnione, jak odkrył Ford, porzuconym sprzętem komputerowym. Zaciągnął do
                                                    jednego z nich Zaphoda, aby nucił na nie okiem. Trillian weszła za nimi.
                                                    - Spójrz - rzekł Ford. - Uważasz, że to jest Magrathea...
                                                    - Tak - zgodził się Zaphod. - I słyszeliśmy wszyscy głos, no nie?
                                                    - Okay, na moment przekonałeś mnie, że to jest Magrathea. Ale jak na razie nie
                                                    powiedziałeś ani słowa o tym, jak u diabła ją znalazłeś. Nie zajrzałeś po prostu
                                                    do atlasu gwiazd, to pewne.
                                                    - Badania. Archiwa rządowe. Praca detektywistyczna. Trochę szczęścia. Trochę
                                                    domysłów. Drobiazg.
                                                    - I wtedy ukradłeś "Złote Serce", żeby jej szukać? - Ukradłem "Złote Serce",
                                                    żeby szukać mnóstwa rzeczy.
                                                    - Mnóstwa rzeczy? - zapytał zaskoczony Ford. Na przykład jakich?
                                                    - Nie wiem. - Co takiego?
                                                    - Nie wiem, czego szukam. - Dlaczego nie?
                                                    - Ponieważ... ponieważ... wydaje mi się, że to
                                                    może dlatego, że gdybym wiedział, nie mógłbym ich szukać.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:18
                                                    może dlatego, że gdybym wiedział, nie mógłbym ich szukać.
                                                    - Zwariowałeś!?
                                                    - To możliwość, której nie udało mi się jeszcze wyeliminować - powiedział cicho
                                                    Zaphod. - Wiem o sobie tylko tyle, ile pozwala obecny stan mojego umysłu. A jego
                                                    obecny stan nie jest dobry.
                                                    Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał, a Ford wpatrywał się w Zaphoda z
                                                    nagłym niepokojem.
                                                    - Posłuchaj, przyjacielu - zaczął w końcu - jeśli chcesz...
                                                    - Nie, poczekaj... Coś ci powiem - rzekł Zaphod. - Wiele rzeczy robię na żywioł.
                                                    Wpada mi do głowy jakiś pomysł, hej, dlaczego by nie, no i robię to.
                                                    Postanowiłem, że zostanę prezydentem Galaktyki i po prostu tak się stało,
                                                    żadnych problemów. Wpadłem na pomysł, żeby ukraść ten statek. Wpadłem na pomysł,
                                                    żeby poszukać Magrathei i to wszystko po prostu się staje. Tak, zastanawiam się,
                                                    w jaki sposób można to najlepiej zrobić, owszem, ale zawsze mi się udaje. To
                                                    jakby mieć galaktyczną kartę kredytową, która ciągle działa, chociaż nigdy nie
                                                    wysyłasz czeków. A za każdym razem, kiedy chcę się zastanowić, dlaczego chcę coś
                                                    zrobić, jak wpadłem na to, jak to załatwić, zaczynam odczuwać przemożne
                                                    pragnienie, żeby przestać o tym myśleć! Tak jak czuję to teraz. Mówić o tym to
                                                    naprawdę spory wysiłek. - Zaphod przerwał. Przez chwilę panowała cisza, a potem
                                                    zmarszczył brwi i ciągnął dalej: - Wczoraj w nocy znowu się tym martwiłem. Tym,
                                                    że część mojego umysłu najwyraźniej nie pracuje tak jak powinna. I przyszło mi
                                                    do głowy, że wygląda to tak, jak gdyby ktoś inny używał mojego umysłu do
                                                    wpadania na dobre pomysły, bez mojego udziału. Połączyłem te dwie rzeczy i
                                                    doszedłem do wniosku, że być może ktoś odłączył do tego celu część mojego
                                                    umysłu, i właśnie dlatego nie mogę jej używać. Zastanawiałem się, czy jest jakiś
                                                    sposób, w który mógłbym to sprawdzić... Poszedłem więc do części medycznej
                                                    statku i podłączyłem się do ekranu encefalograficznego. Zrobiłem sobie wszystkie
                                                    główne testy sprawdzające na obu głowach. Wszystkie testy, którym musiałem się
                                                    poddać pod kontrolą rządowych oficerów medycznych, zanim moja nominacja na
                                                    prezydenta mogła być zatwierdzona. Nie wykazały niczego, a przynajmniej niczego
                                                    nowego. Wykazały, że jestem inteligentny, pomysłowy, nieodpowiedzialny, nie
                                                    zasługujący na zaufanie, ekstrawertyczny, nic, czego byś się sam nie domyślał.
                                                    Żadnych innych anomalii. Zacząłem więc wymyślać inne testy, zupełnie na ślepo.
                                                    Nic. Potem próbowałem nałożyć wyniki z jednej głowy na wyniki z drugiej. Ciągle
                                                    nic. W końcu zacząłem lekko wariować, bo uznałem to wszystko za nic innego jak
                                                    atak paranoi. Ostatnia rzecz, jaką zrobiłem przed spakowaniem wszystkiego, to
                                                    wziąłem ten nałożony obraz z obu głów i popatrzyłem na niego przez zielony
                                                    filtr. Pamiętasz, że zawsze byłem przesądny na punkcie zielonego koloru, kiedy
                                                    byłem smarkaczem? Zawsze chciałem być pilotem jednego z tych statków handlowych,
                                                    pamiętasz? - Ford skinął głową. - I wtedy zobaczyłem - stwierdził Zaphod. -
                                                    Jasne jak słońce. Całe zespoły w środku obu mózgów, powiązane wyłącznie ze sobą na
                                                    wzajem i z niczym innym, co je otaczało. Jakiś sukinsyn wypalił wszystkie
                                                    synapsy i spowodował uraz elektroniczny w tych dwóch bryłach móżdżku.
                                                    Ford gapił się na niego osłupiały i przerażony. Trillian pobladła.
                                                    - K t o ś ci to zrobił? - wyszeptał Ford. - Zgadza się.
                                                    - Ale domyślasz się, kto to mógł być?! I dlaczego?! - Dlaczego? Tego mogę się
                                                    tylko domyślać. Ale wiem, kto to był ten sukinsyn.
                                                    - Wiesz? Jakim cudem?
                                                    - Bo wypalił swoje inicjały w skanteryzowanych synapsach. Żebym mógł je sobie
                                                    zobaczyć.
                                                    Ford gapił się na niego ze zgrozą, czując przebiegające mu po plecach ciarki.
                                                    - Inicjały? Wypalone w twoim mózgu?! - Zgadza się.
                                                    - Na litość boską, jakie?!
                                                    Zaphod popatrzył na niego przez chwilę w milczeniu, a potem odwrócił wzrok.
                                                    - Z. B. - powiedział cicho.
                                                    W tym momencie zatrzasnęła się za nimi stalowa przegroda i pomieszczenie zaczął
                                                    wypełniać gaz.
                                                    - Opowiem wam o tym później - rzekł krztusząc się Zaphod i cała trójka straciła
                                                    przytomność.

                                                    ROZDZIAŁ 21

                                                    Na powierzchni Magrathei przechadzał się Artur. Był w bardzo ponurym nastroju.
                                                    Ford przezornie zostawił mu dla zabicia czasu swój egzemplarz przewodnika
                                                    "Autostopem przez Galaktykę". Artur na chybił trafił nacisnął kilka guzików.
                                                    Przewodnik ",Autostopem przez Galaktykę" jest książką szalenie nierówną i
                                                    zawiera wiele fragmentów, które po prostu w danej chwili wydawały się wydawcom
                                                    niezłym pomysłem.
                                                    Jeden z nich (ten właśnie, na który natknął się Artur) relacjonuje
                                                    przypuszczalne doświadczenia pewnego Veeta Voojagiga, spokojnego studenta
                                                    Uniwersytetu w Maximegalon. Był on na najlepszej drodze do błyskotliwej kariery
                                                    naukowej, zgłębiając starożytną filologię, etykę transformacyjną i
                                                    falowo-harmoniczną teorię percepcji historycznej, gdy nagle, po nocy spędzonej
                                                    na piciu Pangalaktycznego Dynamitu Pitnego z Zaphodem Beeblebroxem, popadł w
                                                    nasilającą się depresję na punkcie problemu, co stało się ze wszystkimi
                                                    długopisami, które kupił w ciągu ostatnich kilku lat.
                                                    Potem nastąpił długi okres dociekliwych badań, podczas którego odwiedził
                                                    wszystkie główne centra utraty długopisów w całej Galaktyce. Ostatecznie
                                                    stworzył osobliwą teoryjkę, która nawet podziałała na wyobraźnię opinii
                                                    publicznej w onym czasie. Gdzieś w kosmosie, głosiła owa teoria, obok wszystkich
                                                    planet zamieszkanych przez humanoidy, gadoidy, ryboidy, wędrowne drzewoidy i
                                                    superinteligentne odcienie błękitu, istniała także planeta całkowicie oddana we
                                                    władanie długopisoidalnym formom życia. I na tę właśnie planetę udawały się nie
                                                    pilnowane długopisy, prześlizgując się cicho przez wydrążone przez robaki dziury
                                                    w przestrzeni do świata, gdzie - jak wiedziały - czeka je jedyny w swoim rodzaju
                                                    długopisoidalny tryb życia, dostarczający potrzebnych długopisom bodźców i
                                                    ogólnie zapewniający długopisoidalny odpowiednik godziwego życia.
                                                    I, jak to bywa z teoriami, wszystko szło miło i gładko do momentu, w którym Veet
                                                    Voojagig obwieścił znienacka, że znalazł tę planetę i że pracował tam przez
                                                    jakiś czas jako kierowca limuzyny tanich, zielonych jednorazówek. Został wtedy
                                                    osadzony w zakładzie zamkniętym, gdzie napisał książkę, a następnie wysłany na
                                                    zesłanie podatkowe, co stanowi zazwyczaj przeznaczenie tych, którzy koniecznie
                                                    chcą publicznie robić z siebie idiotów.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:20
                                                    chcą publicznie robić z siebie idiotów.
                                                    Gdy pewnego dnia wysłano ekspedycję w koordynaty przestrzenne, które podał
                                                    Voojagig, odkryto jedynie mały asteroid zamieszkany przez samotnego starego
                                                    mężczyznę. Twierdził on uparcie, że wszystko jest nieprawdą, chociaż później
                                                    odkryto, iż kłamał.

                                                    Pozostaje jednakże kwestia zarówno tajemniczych sześćdziesięciu tysięcy
                                                    altairiańskich dolarów, które wpływają co roku na jego brantisvogońskie konto
                                                    bankowe, jak i oczywiście bardzo dochodowego handlu używanymi długopisami
                                                    Zaphoda Beeblebroxa...
                                                    Artur przeczytał to i odłożył książkę.
                                                    Robot ciągle siedział w tym samym miejscu, kompletnie bezwładny.
                                                    Artur wstał i wspiął się na szczyt krateru. Przespacerował się po jego obwodzie,
                                                    oglądając olśniewający zachód dwóch słońc nad Magratheą.
                                                    Zszedł z powrotem do krateru i obudził robota, bo nawet robot w stanie
                                                    maniakalnej depresji to lepszy rozmówca niż żaden.
                                                    - Zapada noc - zagadnął go. - Zobacz, pokazują się gwiazdy.
                                                    Z serca czarnej mgławicy można zobaczyć bardzo niewiele gwiazd, a i to bardzo
                                                    słabo, niemniej jednak trochę gwiazd jest widocznych.
                                                    Robot spojrzał na nie posłusznie, a potem skierował wzrok na Artura.
                                                    - Widzę - stwierdził. - Ohydne, prawda?
                                                    - Ale ten zachód słońca! Nie widziałem czegoś takiego w moich najśmielszych
                                                    marzeniach... Dwa słońca! Jak góry ognia płonące na niebie!
                                                    - Widziałem to już - mruknął Mamin. - Nic nie warte.
                                                    - Tam, skąd pochodzę, było tylko jedno słońce - nie ustępował Artur. - Wiesz,
                                                    jestem z planety, która nazywała się Ziemia.
                                                    - Wiem - odpowiedział Mamin. - Ciągle o tym mówisz. Brzmi to okropnie.
                                                    - Wcale nie, to było piękne miejsce. - Były tam oceany.
                                                    - Oczywiście - westchnął Artur. - Wielkie, bezkresne, falujące, błękitne oceany...
                                                    - Nie cierpię oceanów - stwierdził Marvin.
                                                    - Powiedz mi - zainteresował się Artur. - Dobrze żyjesz z innymi robotami?
                                                    - Nienawidzę ich - odpowiedział Marvin. - Dokąd się wybierasz?
                                                    Artur nie mógł tego dłużej wytrzymać. Znowu wstał. - Chyba pójdę trochę się
                                                    przejść - rzekł.
                                                    - Nie mam do ciebie żalu - powiedział Marvin i doliczył do pięciuset
                                                    dziewięćdziesięciu siedmiu miliardów owiec, zanim zasnął sekundę później.
                                                    Artur zrobił kilka wymachów ramionami, aby pobudzić krążenie. Powlókł się znowu
                                                    w górę krateru. Ponieważ atmosfera była bardzo rzadka, a na niebie
                                                    nie świecił księżyc, noc zapadła bardzo szybko i zapanowała kompletna ciemność.
                                                    Z tego powodu Artur praktycznie nadepnął na starego człowieka, zanim go zauważył.

                                                    ROZDZIAŁ 22

                                                    Stał zwrócony plecami do Artura, przyglądając się ostatnim promieniom światła
                                                    niknącego za horyzontem. Był dość wysoki, stary i ubrany w długą, szafą togę.
                                                    Kiedy odwrócił się, Artur zobaczył jego twarz, szczupłą i pełną godności,
                                                    zatroskaną, lecz nie nieuprzejmą; ten rodzaj twarzy, który jest skarbem
                                                    budzącego zaufanie urzędnika bankowego. Ale nie odwrócił się jeszcze, nawet po
                                                    to, żeby zareagować na okrzyk zaskoczenia Artura.
                                                    W końcu ostatnie promienie słońca zniknęły całkowicie i wtedy się odwrócił. Jego
                                                    twarz wciąż była oświetlona i kiedy Artur rozejrzał się, żeby znaleźć źródło
                                                    światła, zobaczył, że kilka jardów dalej stał jakiś niewielki pojazd - domyślił
                                                    się, że był to mały poduszkowiec. Pojazd rozsiewał wokół siebie lekką poświatę.
                                                    Człowiek spojrzał na Artura jak gdyby ze smutkiem. - Wybrałeś zimną noc na
                                                    odwiedziny na naszej martwej planecie - przemówił.
                                                    - Kim... kim jesteś? - wyjąkał Artur.
                                                    Człowiek odwrócił wzrok, a na jego twarzy znów pojawiło się coś w rodzaju smutku.
                                                    - Moje imię jest nieważne - rzekł.
                                                    Wyglądało na to, że jego umysł jest zajęty czymś innym i nie spieszyło mu się
                                                    najwyraźniej do nawiązywania rozmowy. Artur poczuł się niezręcznie.
                                                    - Ja... eee... przestraszyłeś mnie - powiedział w końcu nieprzekonująco.
                                                    Człowiek znowu się rozejrzał i lekko uniósł brwi. - Hmmm? - zapytał.
                                                    - Powiedziałem, że mnie przestraszyłeś.
                                                    - Nie obawiaj się niczego, nie zrobię ci krzywdy. Artur ściągnął brwi.
                                                    - Ale strzelałeś do nas! Wysłałeś przeciwko nam rakiety...
                                                    Człowiek spojrzał w głąb krateru. Lekki blask z oczu Marvina rzucał bardzo
                                                    słabe, czerwone cienie na szczątki wieloryba.
                                                    Człowiek zachichotał cicho.
                                                    - Automatyczny system - stwierdził z lekkim westchnieniem. - Starożytne
                                                    komputery, które zajmują wnętrze planety, zabijają czas długich, ciemnych
                                                    milionów lat, a wieki wydają się tysiącleciami ich zakurzonym bankom pamięci.
                                                    Myślę, że chcą sobie czasem postrzelać dla ożywienia monotonii. Spojrzał
                                                    poważnie na Artura i dodał: - Wiesz, jestem wielkim entuzjastą nauki.
                                                    - 0... naprawdę? - odezwał się Artur, któremu dziwny i łagodny sposób bycia tego
                                                    człowieka zaczął wydawać się niepokojący.
                                                    - Tak - potwierdził stary i po prostu znowu przestał się odzywać.
                                                    - Aaa... - powiedział Artur - eee...
                                                    Miał dziwne uczucie, jak ktoś przyłapany na cudzołóstwie, kto jest zdumiony, gdy
                                                    mąż kobiety wchodzi do sypialni, zmienia spodnie, rzuca kilka zdawkowych uwag na
                                                    temat pogody i wychodzi.
                                                    - Wydajesz się niespokojny - zauważył stary człowiek z uprzejmym zatroskaniem.
                                                    - Nie, skądże... To znaczy, owszem. W gruncie rzeczy, widzisz, nie byliśmy
                                                    przygotowani, że naprawdę kogoś tu zastaniemy. Wydawało się, że wy wszyscy nie
                                                    żyjecie czy coś w tym rodzaju...
                                                    - Nie żyjemy?- zdziwił się stary człowiek. - Wielkie nieba, nie! Po prostu spaliśmy.
                                                    - Spaliście? - powtórzył Artur z niedowierzaniem.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:22
                                                    - Spaliście? - powtórzył Artur z niedowierzaniem.
                                                    - Tak, chcieliśmy przespać recesję ekonomiczną rzekł stary, któremu było
                                                    najwyraźniej wszystko jedno, czy Artur zrozumiał choć jedno słowo, czy nie.
                                                    Artur znowu musiał go zagadnąć. - Eee, recesję ekonomiczną?
                                                    - No cóż, widzisz, pięć milionów lat temu gospodarka Galaktyki załamała się, i
                                                    widząc, że budowane na zamówienie planety są raczej artykułem luksusowym... -
                                                    Przerwał i spojrzał na Artura. Wiesz, że budowaliśmy planety, prawda? - zapytał
                                                    uroczyście.
                                                    - No, owszem - odpowiedział Artur. - Domyśliłem się...
                                                    - Fascynujący przemysł - rzekł starzec i w jego oczach pojawił się wyraz
                                                    tęsknoty. - Najbardziej lubiłem rzeźbienie wybrzeży. Mogłem bez końca bawić się
                                                    szlifowaniem fiordów... Tak czy inaczej - rzekł, wracając do przerwanego wątku -
                                                    nadeszła recesja
                                                    ekonomiczna i doszliśmy do wniosku, że zaoszczędzimy sobie mnóstwa kłopotów,
                                                    jeżeli po prostu ją prześpimy. Zaprogramowaliśmy więc nasze komputery, aby
                                                    zbudziły nas, kiedy recesja się skończy. - Stłumił lekkie ziewnięcie i mówił
                                                    dalej: - Komputery zostały podłączone do Galaktycznej Giełdy Papierów
                                                    Wartościowych, aby obudzić nas wtedy, gdy wszyscy odbudują swoją gospodarkę na
                                                    tyle, by mogli pozwolić sobie na nasze dosyć drogie usługi...
                                                    Artur, który regularnie czytywał "Gwardiana", był tym głęboko wstrząśnięty.
                                                    - To dosyć nieuczciwy sposób, nie sądzisz?
                                                    - Naprawdę? - spytał tamten łagodnie. - Przykro mi, ale widocznie nie jestem na
                                                    bieżąco. - Wskazał wnętrze krateru: - Czy ten robot jest twój?
                                                    - Nie - odpowiedział cienki, metaliczny głos z głębi krateru. - Jestem swój.
                                                    - Jeśli można to nazwać robotem - mruknął Artur. - To raczej coś w rodzaju
                                                    elektronicznej maszyny narzekającej.
                                                    - Przywołaj go - rzekł stary człowiek.
                                                    Artura zaskoczyła nuta stanowczości, która nagle pojawiła się w jego głosie.
                                                    Zawołał Marvina, który powlókł się w górę stoku, udając, że jest bardzo kulawy,
                                                    choć oczywiście nie był.
                                                    - Zmieniłem zdanie; zostaw go tutaj. Musisz pójść ze mną. Zanosi się na wielkie
                                                    wydarzenia - powiedział stary.
                                                    Odwrócił się w kierunku swojego pojazdu, który zaczął bezszelestnie przybliżać
                                                    się do nich, chociaż nie otrzymał żadnego sygnału.

                                                    Artur popatrzył na Marvina; który znowu odegrał wielką scenę pełnego wysiłku
                                                    odwracania się i mozolnego schodzenia z powrotem do krateru, mamrocząc do siebie
                                                    jakieś cierpkie komentarze.
                                                    - Chodź! - zawołał człowiek. - Chodź, jest już późno.
                                                    - Późno? - spytał Artur.
                                                    - Jak się nazywasz, ludzka istoto? - Dent. Artur Dent - rzekł Artur. ,.
                                                    - A więc chodź, zanim będzie za późno, Dentarturdent - powiedział surowo stary
                                                    człowiek. - To coś w rodzaju groźby, jak widzisz. - W jego oczach znowu pojawił
                                                    się wyraz zadumy. - Ja osobiście nigdy nie byłem w nich zbyt dobry, ale
                                                    powiedziano mi, że są bardzo skuteczne.
                                                    Artur zamrugał gwałtownie.
                                                    - Co za niezwykły człowiek - mruknął do siebie.
                                                    - Słucham?
                                                    - Nic, bardzo przepraszam = rzekł Artur z zakłopotaniem. - Dokąd jedziemy?
                                                    - Wsiądź do mojego samochodu - odpowiedział stary, wskazując gestem miejsce w
                                                    pojeździe, który zatrzymał się cicho obok nich. - Jedziemy głęboko do wnętrza
                                                    planety, gdzie nasza rasa powraca do życia po trwającym pięć milionów lat śnie.
                                                    Magrathea budzi się.
                                                    Artur zadrżał mimowolnie, zajmując miejsce obok starego człowieka. Obcość tego
                                                    wszystkiego i lekkie kołysanie pojazdu, który wzbił się w nocne niebo,
                                                    całkowicie wytrąciły go z równowagi.
                                                    Popatrzył na twarz starego człowieka oświetloną nikłym blaskiem małych światełek
                                                    na tablicy rozdzielczej.
                                                    - Przepraszam bardzo - odezwał się. - Jak ty się właściwie nazywasz?
                                                    - Jak się nazywam? - powtórzył człowiek i ten sam odległy smutek znów pojawił
                                                    się na jego twarzy. Milczał przez chwilę. - Nazywam się - powiedział Slartibartfost.
                                                    Artur prawie się zakrztusił.
                                                    - Przepraszam bardzo? - wybełkotał.
                                                    - Slartibartfost - powtórzył spokojnie stary człowiek. - Slartibartfost?
                                                    Stary człowiek spojrzał na niego z powagą. - Mówiłem, że to nieważne -
                                                    stwierdził. Pojazd mknął przez noc.

                                                    ROZDZIAŁ 23

                                                    Rzeczą ważną i powszechnie znaną jest, że nie zawsze wszystko jest tak, jak się
                                                    wydaje. Na przykład na planecie Ziemia ludzie zawsze uważali, że są bardziej
                                                    inteligentni od delfinów, ponieważ tyle udało im się osiągnąć - koło, Nowy Jork,
                                                    wojny i tak dalej a wszystko, co kiedykolwiek osiągnęły delfiny, to beztroskie
                                                    moczenie się w wodzie. I na odwrót, delfiny zawsze uważały, że są znacznie
                                                    bardziej inteligentne niż ludzie - z dokładnie tych samych powodów.
                                                    Ciekawy jest fakt, iż delfiny od dawna wiedziały o nadciągającej zagładzie
                                                    planety Ziemia i próbowały różnymi sposobami ostrzec ludzkość o grożącym jej
                                                    niebezpieczeństwie. Jednakże większość ich prób porozumienia została błędnie
                                                    zinterpretowana jako zabawne usiłowanie podrzucania piłek futbolowych czy
                                                    gwizdania, żeby dostać jakiś smaczny kąsek, więc ostatecznie poddały się i
                                                    opuściły Ziemię sobie tylko znanym sposobem na krótko przed przybyciem Vogonów.
                                                    Ostatnia wiadomość delfinów została zinterpretowana jako zadziwiająco
                                                    wyrafinowana próba wykona
                                                    nia podwójnego salta do tyłu poprzez obręcz podczas gwizdania "Gwiaździstego
                                                    Sztandaru", podczas gdy prawdziwa wiadomość brzmiała: Na razie i dzięki za
                                                    wszystkie ryby.
                                                    W rzeczywistości na całej planecie żył tylko jeden gatunek bardziej inteligentny
                                                    niż delfiny, a jego przedstawiciele spędzali wiele czasu w laboratoriach
                                                    behawiorystów, biegając po labiryntach i przeprowadzając przerażająco eleganckie
                                                    i subtelne eksperymenty na ludziach. Fakt, iż również tym razem ludzie
                                                    całkowicie błędnie zinterpretowali ich wzajemny stosunek, był całkowicie po
                                                    myśli owych stworzeń.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:24
                                                    był całkowicie po myśli owych stworzeń.

                                                    ROZDZIAŁ 24

                                                    Pojazd mknął cicho poprzez zimną ciemność pojedyncze, słabe światełko, zupełnie
                                                    samotne pośród głębokiej, magratheańskiej nocy. Towarzysz Artura wydawał się
                                                    całkowicie zatopiony we własnych myślach, a gdy Artur próbował kilkakrotnie
                                                    nawiązać z nim rozmowę, tamten pytał po prostu, czy jest mu wystarczająco
                                                    wygodnie i milkł znowu.
                                                    Artur próbował ocenić prędkość, z jaką się poruszali, ale ciemność była
                                                    absolutna i nie było żadnych punktów orientacyjnych. Wrażenie ruchu było tak
                                                    nieznaczne i delikatne, iż byłby w stanie uwierzyć, że nie poruszają się prawie
                                                    wcale.
                                                    Nagle daleko przed nimi pojawił się mały punkcik światła i w przeciągu kilku
                                                    sekund powiększył się tak znacznie, że Artur zdał sobie sprawę, iż zbliżają się
                                                    do niego z ogromną prędkością. Próbował rozpoznać, jaki to może być pojazd.
                                                    Wpatrywał się w niego, ale nie mógł dostrzec żadnego wyraźnego kształtu, toteż
                                                    aż podskoczył ze strachu, gdy nagle ich pojazd obniżył ostro lot i wziął kurs
                                                    dokładnie na zderzenie. Względna prędkość pojazdów wydawała się niewiarygodna
                                                    i Artur zaledwie zdążył wciągnąć powietrze, gdy było już po wszystkim. Następną
                                                    rzeczą, która do niego dotarła, był widok wściekłej, rozmazanej, srebrzystej
                                                    poświaty, która zdawała się go otaczać. Gwałtownie odwrócił głowę do tyłu i
                                                    ujrzał mały, czarny, szybko kurczący się punkt. Potrwało kilka sekund, zanim
                                                    zrozumiał, co się stało.
                                                    Zanurkowali w podziemny tunel. Przerażająca prędkość była ich własną prędkością
                                                    w stosunku do światła, które było nieruchomą dziurą w ziemi, wylotem tunelu.
                                                    Wściekła, srebrzysta poświata była kolistą ścianą tunelu, w którym pędzili z
                                                    prędkością najprawdopodobniej kilkuset mil na godzinę.
                                                    Artur przerażony zamknął oczy.
                                                    Po upływie czasu, którego nawet nie próbował oceniać, wyczuł że ich prędkość
                                                    odrobinę zmalała. Kilka chwil później zdał sobie sprawę, że stopniowo wytracają
                                                    prędkość, aby za moment łagodnie się zatrzymać.
                                                    Znowu otworzył oczy. Wciąż znajdowali się w srebrnym tunelu, klucząc i lawirując
                                                    w czymś, co wydawało się chaotyczną plątaniną zbiegających się korytarzy.
                                                    Ostatecznie zatrzymali się w niedużej stalowej sali, która była punktem końcowym
                                                    także kilku innych tuneli. Na drugim końcu sali Artur zobaczył duży krąg
                                                    przyćmionego, denerwującego światła. Było ono denerwujące, ponieważ płatało
                                                    figle oczom - nie można było skoncentrować na nim wzroku ani ocenić, jak daleko
                                                    czy jak blisko się znajduje. Artur domyślił się (całkowicie błędnie), że jest to
                                                    ultrafiolet.
                                                    Slartibartfost odwrócił się i spojrzał na niego swoimi poważnymi, starymi oczami.

                                                    - Ziemianinie - powiedział. - Jesteśmy teraz głęboko w sercu Magrathei.
                                                    - Skąd wiesz, że jestem Ziemianinem? - zapytał zaskoc2ony Artur.
                                                    - Wkrótce wszystko stanie się dla ciebie jasne --odpowiedział łagodnie stary
                                                    człowiek. - A przynajmniej - dorzucił z lekkim powątpiewaniem w głosie -
                                                    jaśniejsze niż w tej chwili. Powinienem cię ostrzec - ciągnął dalej - że sala, w
                                                    której za chwilę się znajdziemy, nie istnieje dosłownie we wnętrzu naszej
                                                    planety. Jest na to odrobinę za... duża. Za chwilę przejdziemy przez bramę do
                                                    ogromnego obszaru hiperprzestrzeni. Może to być dosyć nieprzyjemne.
                                                    Artur wydał z siebie dźwięki pełne niepokoju. Slartibartfost dotknął guzika i
                                                    dodał nie całkiem uspokajająco:
                                                    - Na samą myśl o tym włosy stają mi dęba. Trzymaj się mocno!
                                                    Pojazd wystrzelił naprzód, prosto w krąg światła, i Artur zyskał znienacka
                                                    całkiem jasne wyobrażenie tego, jak wygląda nieskończoność.
                                                    W rzeczywistości nie była to nieskończoność. Nieskończoność wygląda płasko i
                                                    nieciekawie. Patrzenie nocą na niebo to patrzenie w nieskończoność - odległość
                                                    jest niepojęta i dlatego nie ma znaczenia. Sala, w której znalazł się pojazd, w
                                                    żadnym razie nie była nieskończona, była jedynie bardzo, bardzo, bardzo duża -
                                                    tak duża, że dawała wrażenie nieskończoności znacznie lepiej niż sama
                                                    nieskończoność.
                                                    Zmysły Artura podskoczyły i zawirowały, gdy poruszając się z ogromną prędkością,
                                                    jaką rozwijał pojazd,
                                                    wspinali się powoli przez otwartą przestrzeń, pozostawiając za sobą bramę, przez
                                                    którą przeszli, jako niewidoczny łebek od szpilki na lśniącej ścianie za nimi.
                                                    Ściana. Ściana przerastała wyobraźnię - uwodziła ją i pokonywała. Ściana była
                                                    tak paraliżująco olbrzymia i pionowa, że jej szczyt, dół i boki umykały poza
                                                    zasięg wzroku. Sam szok spowodowany zawrotem głowy wystarczał, żeby zabić.
                                                    Ściana wydawała się idealnie płaska. Jedynie najbardziej czułe laserowe
                                                    przyrządy pomiarowe mogłyby wykryć, że nie tylko wspinała się najwyraźniej w
                                                    nieskończoność, nie tylko zawrotnie opadała w dół, nie tylko rozpościerała się w
                                                    obie strony - ale także się zakrzywiała. Jej boki zbiegały się znów o trzynaście
                                                    sekund świetlnych dalej. Innymi słowy, ściana była krawędzią pustej sfery -
                                                    sfery o średnicy ponad trzech milionów mil, zalanej niewyobrażalnym światłem.
                                                    - Witaj - powiedział Slartibartfost, gdy maleńki pyłek, którym był pojazd,
                                                    poruszający się teraz z trzykrotną prędkością dźwięku, niedostrzegalnie pełznął
                                                    naprzód w przestrzeń, przy której umysł odmawiał posłuszeństwa. - Witaj -
                                                    powiedział - w naszej hali fabrycznej!
                                                    Artur rozejrzał się wokół z czymś w rodzaju pełnego zgrozy podziwu. Przed nimi -
                                                    w odległości, której nie mógł ani ocenić, ani nawet odgadnąć - znajdował się
                                                    szereg dziwacznych konstrukcji, misternych koronek z metalu i światła,
                                                    zawieszonych w powietrzu obok niewyraźnych, sferycznych kształtów.

                                                    - Właśnie tutaj - rzekł Slartibartfost - budujemy większość naszych planet.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:26

                                                    - Właśnie tutaj - rzekł Slartibartfost - budujemy większość naszych planet.
                                                    - Chcesz powiedzieć - odezwał się Artur, z trudem wymawiając słowa - że znowu
                                                    zaczynacie to robić?
                                                    - Nie, nie! Wielkie nieba, nie! - wykrzyknął stary człowiek. - Galaktyka nie
                                                    jest jeszcze wystarczająco bogata, żeby nas utrzymać. Zostaliśmy obudzeni, aby
                                                    wykonać tylko jedno niezwykłe zamówienie dla szczególnie... wyjątkowych klientów
                                                    z innego wymiaru. Może cię to zainteresować... O, tam, daleko przed nami!
                                                    Artur powiódł wzrokiem w kierunku wskazywanym przez starego człowieka i
                                                    dostrzegł po chwili unoszącą się w powietrzu konstrukcję. Była to rzeczywiście
                                                    jedyna z wielu konstrukcji wykazująca jakieś oznaki aktywności wokół siebie,
                                                    chociaż było to bardziej podświadome wrażenie niż coś bardziej uchwytnego.
                                                    Jednakże w tej chwili po konstrukcji przebiegł błysk światła i ukazał na moment
                                                    wzory, które powstawały właśnie na ciemnej sferze wewnątrz niej. Wzory znane
                                                    Arturowi, nieregularne wybrzuszone kształty, które były dla niego tak znajome
                                                    jak kształty słów - część umeblowania jego umysłu. Przez kilka sekund siedział w
                                                    osłupiałym milczeniu, a obrazy gnały tam i z powrotem po jego umyśle, usiłując
                                                    znaleźć miejsce, w którym mogłyby osiąść i nabrać sensu.
                                                    Część jego mózgu mówiła mu, że doskonale wie, na co patrzy i co przedstawiają
                                                    kształty, podczas gdy pozostała część całkiem rozsądnie odmawiała zaakceptowania
                                                    tego pomysłu i zrzekała się odpowiedzialności za jakiekolwiek dalsze myślenie w
                                                    tym kierunku.
                                                    Błysk pojawił się znowu i tym razem nie mogło być wątpliwości.
                                                    - Ziemia... - wyszeptał Artur.
                                                    - Cóż, dokładnie mówiąc, Ziemia Numer Dwa skorygował pogodnie Slartibartfost. -
                                                    Wykonujemy kopię naszych oryginalnych projektów.
                                                    Zapadła cisza.
                                                    - Czy chcesz powiedzieć - rzekł Artur wolno i z opanowaniem - że to wy
                                                    pierwotnie... zrobiliście Ziemię?
                                                    - Oczywiście - potwierdził Slartibartfost. - Czy byłeś kiedykolwiek w miejscu...
                                                    wydaje mi się, że nazywało się Norwegia?
                                                    - Nie - odpowiedział Artur. - Nie, nie byłem. - Szkoda - odrzekł Slartibartfost.
                                                    - Ja to zrobiłem. Zostało nagrodzone. Wiesz, ślicznie sfalowane brzegi. Byłem
                                                    naprawdę zmartwiony, kiedy usłyszałem o jej zniszczeniu.
                                                    - T y byłeś zmartwiony!
                                                    - Tak. Pięć minut później i nie miałoby to już tak wielkiego znaczenia. To był
                                                    naprawdę szokujący pech. - Co? - spytał Artur.
                                                    - Myszy były wściekłe. - Myszy były wściekłe?!
                                                    - Tak - potwierdził łagodnie stary człowiek.
                                                    - Tak, i pewnie tak samo psy i koty, i dziobaki brunatne, ale...
                                                    - Ale widzisz, one zapłaciły za to, prawda?
                                                    - Posłuchaj - odezwał się zdecydowanie Artur. - Czy zaoszczędziłoby ci to dużo
                                                    czasu, gdybym poddał się i zwariował od razu?


                                                    Przez chwilę w mknącym pojeździe panowało dość niezręczne milczenie, a potem
                                                    stary człowiek zaczął cierpliwie wyjaśniać:
                                                    - Ziemianinie, planeta, na której mieszkałeś, była zamówiona, opłacona i
                                                    kierowana przez myszy. Uległa zniszczeniu na pięć minut przed osiągnięciem celu,
                                                    dla którego ją zbudowano, i dlatego musimy zbudować jeszcze jedną.
                                                    Tylko jedno słowo dotarło do świadomości Artura. - Myszy? - jęknął.
                                                    - Dokładnie, Ziemianinie.
                                                    - Przepraszam, ale czy na pewno mówimy o małych, futrzanych, zwariowanych na
                                                    punkcie sarn stworzeniach, na których widok kobiety z krzykiem wskakiwały na
                                                    stoły w komediach z wczesnych lat sześćdziesiątych?
                                                    Slartibartfost zakaszlał uprzejmie.
                                                    - Ziemianinie - stwierdził. - Chwilami trudno mi zrozumieć twój sposób wyrażania
                                                    się. Pamiętaj, że przespałem we wnętrzu tej planety pięć milionów lat i nic nie
                                                    wiem o tych komediach z wczesnych lat sześćdziesiątych, o których mówisz.
                                                    Widzisz, te stworzenia, które nazywam myszami, nie są dokładnie takie, jakie ci
                                                    się wydają. Są jedynie projekcją w nasz wymiar ogromnych, hiperinteligentnych,
                                                    wielowymiarowych istot. Całe to zamieszanie z serem i piszczeniem to tylko
                                                    zasłona dymna. - Stary człowiek przerwał i podjął znów po chwili ze
                                                    współczującym wyrazem twarzy: - Obawiam się, że robiły na was eksperymenty.
                                                    Artur myślał o tym przez sekundę i jego twarz rozjaśniła się.
                                                    - Nie, nie - powiedział. - Teraz już widzę źródło nieporozumienia. Nie, widzisz,
                                                    chodzi o to, że to my robiliśmy na nich eksperymenty. Były często używane w
                                                    badaniach behawiorystów, Pawłowa i tym podobnych. Naukowcy przeprowadzali na
                                                    nich różne testy, myszy uczyły się włączać dzwonki, biegać po labiryntach i inne
                                                    takie rzeczy i w ten sposób badano całą istotę procesu uczenia się. Z obserwacji
                                                    ich zachowania mogliśmy dowiedzieć się mnóstwa rzeczy o naszym własnym...
                                                    Głos Artura ucichł.
                                                    - Co za subtelność... - rzekł Slartibartfost. Naprawdę godna podziwu.
                                                    - Co? - spytał Artur.
                                                    - Jak mogłyby lepiej ukryć swoją prawdziwą naturę i pokierować waszym myśleniem?
                                                    Nagle pobiec w złą drogę w labiryncie, zjeść zły kawałek sera, niespodziewanie
                                                    paść trupem z powodu przedawkowania preparatu? Jeśli wszystko jest precyzyjnie
                                                    wykalkulowane, łączny efekt jest olbrzymi. - Zrobił pauzę dla zwiększenia
                                                    efektu. - Widzisz, Ziemianinie, one są naprawdę wybitnie bystrymi,
                                                    hiperinteligentnymi, wielowymiarowymi istotami. Twoja planeta i mieszkający na
                                                    niej ludzie tworzyli matrycę organicznego komputera przeprowadzającego program
                                                    badawczy trwający dziesięć milionów lat... Pozwól, że opowiem ci całą historię.
                                                    Nie zajmie to zbyt wiele czasu.
                                                    - Czas - powiedział słabo Artur - nie należy ostatnio do moich największych
                                                    problemów
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:28
                                                    - Czas - powiedział słabo Artur - nie należy ostatnio do moich największych
                                                    problemów.

                                                    ROZDZIAŁ. 25

                                                    Jest oczywiście wiele problemów związanych z życiem, z których kilka najbardziej
                                                    popularnych to: Dlaczego ludzie się rodzą? Dlaczego umierają? Dlaczego między
                                                    jednym a drugim chcą spędzać tak wiele czasu, nosząc zegarki elektroniczne?
                                                    Wiele milionów lat temu rasa hiperinteligentnych wielowymiarowych istot (których
                                                    fizyczna manifestacja w ich własnym wielowymiarowym wszechświecie nie jest
                                                    niepodobna do naszej ), miała tak bardzo dosyć ciągłego wykłócania się na temat
                                                    sensu życia, które nieustannie przerywało ich ulubioną rozrywkę - brockiańskiego
                                                    altrakrykieta (osobliwa gra, która polegała między innymi na nagłym uderzaniu
                                                    ludzi bez żadnej widocznej przyczyny i natychmiastowej ucieczce), że postanowiła
                                                    usiąść i rozwiązać swoje problemy raz na zawsze.
                                                    W tym celu zbudowała zdumiewający superkomputer. Był on tak niesłychanie
                                                    inteligentny, że jeszcze przed podłączeniem swoich banków danych zaczął od
                                                    "Myślę, więc jestem" i drogą dedukcji doszedł aż do istnienia puddingu ryżowego oraz
                                                    podatku dochodowego, zanim ktokolwiek zdołał go wyłączyć.
                                                    Byt rozmiarów sporego miasta.
                                                    Jego główny pulpit zainstalowany był w specjalnie zaprojektowanym dyrektorskim
                                                    gabinecie i wmontowany w olbrzymie dyrektorskie biurko z najbardziej
                                                    szlachetnego ultramahoniu wykończonego kosztowną, ultraczerwoną skórą. Poza tym
                                                    w gabinecie znajdowały się liczne egzotyczne rośliny doniczkowe i gustownie
                                                    wygrawerowane portrety głównych programistów i ich rodzin. Podłogę pokrywał
                                                    ciemny, dyskretnie elegancki dywan, a wielkie, okazałe okna wychodziły na
                                                    okolony drzewami miejski plac.
                                                    W dniu Wielkiego Włączenia przybyło dwóch uroczyście ubranych programistów z
                                                    aktówkami w rękach. Wprowadzono ich do gabinetu. Byli świadomi tego, że
                                                    reprezentują właśnie całą swoją rasę w jej najważniejszym momencie, ale
                                                    zachowywali się cicho i dyskretnie. Z szacunkiem usiedli przed biurkiem,
                                                    otworzyli swoje aktówki i wyjęli oprawne w skórę notesy.
                                                    Nazywali się Lunkwill i Fook.
                                                    Przez kilka chwil siedzieli w pełnym czci milczeniu, a potem, wymieniwszy bez
                                                    słowa spojrzenia z Fookiem, Lunkwill pochylił się do przodu i dotknął małej,
                                                    czarnej tablicy.
                                                    Najsubtelniejszy z szumów oznajmił im, że olbrzymi komputer jest włączony. Po
                                                    krótkiej przerwie przemówił do nich głębokim, czystym i dźwięcznym głosem:
                                                    - Jakie jest to wielkie zadanie, dla którego ja,

                                                    Głęboka Myśl, drugi największy komputer wszechświata czasu i przestrzeni,
                                                    zostałem powołany do istnienia?
                                                    Lunkwill i Fook spojrzeli na siebie zaskoczeni.
                                                    - Twoje zadanie, o komputerze... - zaczął Fook. - Nie, poczekaj chwilę, coś tu
                                                    się nie zgadza przerwał mu zaniepokojony Lunkwill. - Zaprojektowaliśmy ten
                                                    komputer właśnie po to, żeby był największym komputerem wszechczasów i nie
                                                    urządza nas drugi. Głęboka Myśli - zwrócił się do komputera - czy nie jesteś,
                                                    tak jak miałeś być, największym i najpotężniejszym z komputerów, jakie
                                                    kiedykolwiek istniały?
                                                    - Przedstawiłem siebie jako drugi - oświadczył Głęboka Myśl. - I jestem drugi.
                                                    Programiści znów wymienili pełne niepokoju spojrzenia. Lunkwill przełknął ślinę.
                                                    - Musi tu tkwić jakiś błąd - rzekł. - Czyż nie jesteś większym komputerem niż
                                                    Miliardowy Gargantumózg z Maximegalona, który może policzyć wszystkie atomy
                                                    gwiazdy w ciągu milisekundy?
                                                    - Miliardowy Gargantumózg? - zapytał Głęboka Myśl z nie skrywaną pogardą. -
                                                    Zwykłe liczydło, nie mówmy o nim.
                                                    - I czyż nie jesteś - odezwał się Fook, niespokojnie wychylając się naprzód -
                                                    większym analitykiem niż Googlepleksowy Gwiezdny Myśliciel z Siódmej Galaktyki
                                                    Światła i Pomysłowości, który może obliczyć trajektorię każdej cząsteczki pyłu
                                                    podczas pięciotygodniowej burzy piaskowej na Dangrabadzie Beta?
                                                    - Pięciotygodniowa burza piaskowa? - zapytał wyniośle Głęboka Myśl. - Pytacie o
                                                    to tego, który rozważał wektory atomów samego Wielkiego Wybuchu? Nie
                                                    naprzykrzajcie mi się z tymi bzdurami dobrymi dla kieszonkowych kalkulatorów.
                                                    Dwóch programistów siedziało przez chwilę w nieprzyjemnej ciszy. Wtem Lunkwill
                                                    wychylił się znowu. - Lecz czyż nie jesteś - powiedział - bardziej przewrotnym
                                                    dyskutantem niż Wielki Hiperlobiczny Wszystkowiedzący Awanturnik Neutronowy z
                                                    Ciceronicusa dwanaście, czarodziejski i niezmordowany?
                                                    - Wielki Hiperlobiczny Wszystkowiedzący Awanturnik Neutronowy - rzekł Głęboka
                                                    Myśl starannie wymawiając wszystkie "r" - może trzy razy zagadać na śmierć
                                                    arktuńańskiego megaosła, ale tylko ja mogę go potem namówić, żeby poszedł na spacer.
                                                    - No to na czym polega problem? - zapytał Fook.
                                                    - Nie ma żadnego problemu - stwierdził Głęboka Myśl wspaniale dźwięcznym głosem.
                                                    - Po prostu jestem drugim największym komputerem wszechświata czasu i przestrzeni.
                                                    - Ale drugim?! - nie ustępował Lunkwill. Dlaczego ciągle powtarzasz, że drugim?
                                                    Na pewno nie myślisz o Multicorticoidalnym Perspicutronowym Tytanowym Mędrcu,
                                                    prawda? Ani o Pondermatycznym? Ani o...
                                                    Pogardliwe światła rozbłysły na konsoli komputera.

                                                    - Nie poświęcę nawet jednej jednostki myślowej na tych cybernetycznych
                                                    prostaków! - zagrzmiał. Nie mówię o żadnym z nich, lecz o komputerze, który
                                                    nadejdzie po mnie!
                                                    Fook zaczynał tracić cierpliwość. Odsunął swój notes i mruknął:
                                                    - Wydaje mi się, że popada niepotrzebnie w mesjanistyczny nastrój.
                                                    - Nie wiecie nic o przyszłości - oświadczył Głęboka Myśl. - A mimo to mogę
                                                    przeprowadzić w moich obwodach nieskończone strumienie delta prawdopodobieństwa
                                                    przyszłości, aby ujrzeć, że pewnego dnia musi pojawić się komputer, któremu
                                                    nawet parametrów operacyjnych nie jestem godzien obliczyć, lecz moim ostatecznym
                                                    przeznaczeniem jest zaprojektować go.
                                                    Fook westchnął ciężko i nucił spojrzenie Lunkwillowi.
                                                    - Możemy wreszcie zadać mu pytanie? - spytał.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:29
                                                    - Możemy wreszcie zadać mu pytanie? - spytał.
                                                    Lunkwill powstrzymał go gestem.
                                                    - O jakim komputerze mówisz? - zwrócił się do maszyny.
                                                    - Teraz nie powiem już nic więcej na ten temat - odrzekł Głęboka Myśl z
                                                    godnością. - A więc zapytajcie mnie o coś innego, abym mógł wam odpowiedzieć.
                                                    Pytajcie.
                                                    Programiści wzruszyli ramionami. Fook opanował się.
                                                    - O komputerze Głęboka Myśl! - zaczął. Zadanie, do wykonania którego zostałeś
                                                    zaprojektowany, jest następujące. Chcemy, abyś podał nam... przerwał na moment -
                                                    ...odpowiedź!
                                                    - Odpowiedź!? - spytał Głęboka Myśl. - Odpowiedź? Na co?
                                                    - Życie! - zażądał Fook.
                                                    - Wszechświat! - donucił Lunkwill.
                                                    - Wszystko inne! - powiedzieli chórem. Głęboka Myśl rozważał to przez chwilę. -
                                                    Podchwytliwe - orzekł w końcu.
                                                    - Ale możesz to zrobić? Następna chwila namysłu.
                                                    - Tak - powiedział Głęboka Myśl. - Mogę to zrobić.
                                                    - A więc odpowiedź istnieje?! - zapytał bez tchu Fook.
                                                    - Prosta odpowiedź?! - dodał podekscytowany Lunkwill.
                                                    - Owszem - potwierdził Głęboka Myśl. - Życie, wszechświat i wszystko inne.
                                                    Owszem, odpowiedź istnieje. Ale - dodał - muszę nad tym pomyśleć.
                                                    Nagłe zamieszanie zakłóciło uroczysty moment: gwałtownie otworzyły się drzwi i
                                                    do gabinetu wpadło dwóch mężczyzn, odpychając bezradnych lokajów, którzy
                                                    próbowali zastąpić im drogę. Mieli na sobie szorstkie, wyblakłe, błękitne togi i
                                                    pasy Uniwersytetu Cruxwan.
                                                    - Żądamy wpuszczenia! - krzyknął młodszy z nich, ściskając dłonią gardło
                                                    ślicznej, młodej sekretarki. - Nie macie prawa trzymać nas za drzwiami!
                                                    zawołał starszy i wypchnął z powrotem za drzwi jednego z młodszych programistów.

                                                    - Żądamy, abyście nie mieli prawa trzymać nas za drzwiami! - wrzeszczał młodszy,
                                                    chociaż znajdował się bez wątpienia w gabinecie i nikt już nie próbował go wyrzucać.
                                                    - Kim jesteście? - zapytał Lunkwill, wstając ze złością. - Czego chcecie?
                                                    - Jestem Majikthise! - oznajmił starszy.
                                                    - A ja żądam, że jestem Vroomfondel! - wykrzyknął młodszy.
                                                    Majikthise odwrócił się do Vroomfondela.
                                                    - Zgadza się! - wyjaśnił mu ze złością. - Nie musisz tego żądać.
                                                    - W porządku! - wrzasnął Vroomfondel, waląc pięścią w stojące obok biurko. -
                                                    Jestem Vroomfondel, i to nie jest żądanie, to jest niepodważalny fakt! Żądamy
                                                    niepodważalnych faktów!
                                                    - Nie! - wykrzyknął Majikthise z irytacją. - To jest właśnie dokładnie to, czego
                                                    nie żądamy!
                                                    Prawie nie robiąc przerwy na oddech, Vroomfondel krzyknął:
                                                    - Nie żądamy niepodważalnych faktów! To, czego żądamy, to całkowita nieobecność
                                                    niepodważalnych faktów! Żądam, że mogę być lub mogę nie być Vroomfondelem!
                                                    - Ale kim u diabła jesteście?! - zawołał kompletnie zdezorientowany Fook.
                                                    - My - wyjaśnił Majikthise - jesteśmy filozofami!
                                                    - Chociaż możemy nimi nie być! - dodał Vroomfondel, grożąc palcem programistom.
                                                    - Owszem, jesteśmy - powiedział z naciskiem
                                                    Majikthise. - Jesteśmy tu bez najmniejszych wątpliwości jako przedstawiciele
                                                    Połączonej Unii Filozofów, Mędrców i Luminarzy oraz innych myślących osób i
                                                    żądamy wyłączenia tej maszyny. Natychmiast!
                                                    - Ale na czym polega problem? - spytał Lunkwill.
                                                    - Ja ci powiem, na czym polega problem, bracie - stwierdził Majikthise. -
                                                    Rozgraniczenie, to jest problem!
                                                    - Żądamy - krzyknął Vroomfondel - aby rozgraniczenie mogło być lub mogło nie być
                                                    problemem! - Maszyny niech lepiej sobie dodają - powie
                                                    dział ostrzegawczo Majikthise. - A my już zajmiemy się prawdami ostatecznymi,
                                                    wielkie dzięki! Lepiej sprawdziłbyś swoją sytuację prawną, bracie! Prawo
                                                    gwarantuje, ie poszukiwanie prawdy ostatecznej jest niezbywalnym przywilejem
                                                    waszych etatowych myślicieli! A jeżeli jakaś cholerna maszyna rzeczywiście ją
                                                    znajdzie, to my natychmiast lądujemy na bruku, tak? Jaki jest pożytek z naszego
                                                    przesiadywania po nocach i dyskutowania, czy Bóg istnieje, czy nie, jeżeli ta
                                                    cholerna maszyna po prostu włącza się i następnego dnia podaje ci jego numer
                                                    telefonu?
                                                    - Słusznie! - zawołał Vroomfondel. - Żądamy precyzyjnie zdefiniowanych obszarów
                                                    wątpliwości i niepewności!
                                                    Nagle w gabinecie rozległ się tubalny głos.
                                                    - Czy mógłbym w tym punkcie zrobić pewną uwagę? - zapytał Głęboka Myśl.
                                                    - Zastrajkujemy! - wrzasnął Vroomfondel.

                                                    - Zgadza się - potwierdził Majikthise. - Macie jak w banku ogólnokrajowy strajk
                                                    filozofów!
                                                    Poziom szumu w gabinecie nagle wzrósł, gdy kilka pomocniczych wzmacniaczy basów,
                                                    zamontowanych w dyskretnie rzeźbionych i politurowanych głośnikach gabinetowych,
                                                    włączyło się, aby dodać mocy głosowi komputera.
                                                    - Chciałem jedynie powiedzieć - zagrzmiał Głęboka Myśl - że moje obwody są już
                                                    nieodwołalnie zaangażowane w poszukiwanie odpowiedzi na ostateczne pytanie o
                                                    życie, wszechświat i wszystko inne. Zrobił pauzę, aby poczuć satysfakcję, że
                                                    zawładnął uwagą wszystkich, a potem dokończył trochę ciszej: Ale ten program
                                                    odrobinę potrwa.
                                                    Fook niecierpliwie rzucił okiem na zegarek. - Jak długo? - spytał.
                                                    - Siedem i pół miliona lat - odpowiedział Głęboka Myśl.
                                                    Lunkwill i Fook zamrugali zdezorientowani.
                                                    - Siedem i pół miliona lat! - krzyknęli z niedowierzaniem.
                                                    - Tak - potwierdził Głęboka Myśl. - Przecież powiedziałem wam, że muszę nad tym
                                                    pomyśleć, prawda? I wydaje mi sig, że przeprowadzenie takiego programu z
                                                    pewnością wywoła ogromne zainteresowanie opinii publicznej całą filozofią. Każdy
                                                    będzie miał swoją własną teorię, jakiej odpowiedzi ostatecznie udzielę, a kto
                                                    może bardziej na tym skorzystać niż właśnie wy? Jeśli tylko będziecie nie
                                                    zgadzać się ze sobą wystarczająco gwałtownie i obrzucać błotem w popularnej
                                                    prasie, jeśli tylko będziecie mieli
                                                    sprytnych agentów, możecie urządzić się świetnie na całe życie. Jak wam się to
                                                    podoba?
                                                    Obaj filozofowie gapili się na niego.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:31
                                                    Obaj filozofowie gapili się na niego.
                                                    - Jasny gwint - odezwał się Majikthise. - To jest właśnie to, co nazywam
                                                    myśleniem. Cholera, dlaczego nam nigdy nie udaje się wymyślić nic takie?
                                                    - Nie wiem - odszepnął Vroomfondel z mieszaniną lęku i podziwu w głosie. - Chyba
                                                    jesteśmy na to zbyt wysoko wyspecjalizowani, Majikthise
                                                    Powiedziawszy to, odwrócili się na pięcie i przekroczyli próg, wchodząc w życie,
                                                    o jakim nie śniło się im w najśmielszych marzeniach.

                                                    ROZDZIAŁ 26

                                                    - Owszem, bardzo pouczające - powiedział Artur, gdy Slartibartfost przedstawił
                                                    mu najważniejsze punkty tej opowieści. - Ale nie rozumiem, jaki to ma związek z
                                                    Ziemią, myszami i całą resztą.
                                                    - To dopiero połowa tej historii, Ziemianinie odrzekł stary człowiek. - Jeżeli
                                                    pragnąłbyś dowiedzieć się, co stało się siedem i pół miliona lat później, w
                                                    wielkim Dniu Odpowiedzi, pozwól, że zaproszę cię do mojej pracowni, gdzie możesz
                                                    osobiście przeżyć te wydarzenia, zarejestrowane na taśmie sens-o-matycznej. To
                                                    znaczy, jeżeli nie masz ochoty przespacerować się po powierzchni nowej Ziemi.
                                                    Obawiam się, że nie jest jeszcze wykończona; nie skończyliśmy nawet grzebania w
                                                    jej skorupie sztucznych szkieletów dinozaurów, no a potem mamy jeszcze do
                                                    położenia warstwy trzecio- i czwartorzędu, ery kenozoicznej i...
                                                    - Nie, dziękuję - przerwał mu Artur. - To nie byłoby to samo.
                                                    - Nie - zgodził się Slartibartfost. - Z pewnością nie - i odwrócił swój pojazd z
                                                    powrotem w kierunku obezwładniającej umysł ściany.

                                                    ROZDZIAŁ 27

                                                    W pracowni Slartibartfosta panował totalny chaos przypominała ona bibliotekę
                                                    publiczną w chwilę po wybuchu bomby. Stary człowiek zmarszczył bawi, gdy
                                                    przekraczali próg.
                                                    - Nieszczęśliwy wypadek - wyjaśnił. - W jednym z podtrzymujących życie
                                                    komputerów wybuchła dioda. Gdy próbowaliśmy przywrócić do życia nasz personel do
                                                    sprzątania, odkryliśmy, że nie żyją od prawie trzydziestu tysięcy lat. Ciekaw
                                                    jestem, kto teraz uprzątnie ciała. Usiądź tam, dobrze? Zaraz cię podłączę.
                                                    Wskazał gestem krzesło, które wyglądało, jak gdyby było zrobione z kości klatki
                                                    piersiowej stegozaura. - Zostało zrobione z kości klatki piersiowej stegozaura -
                                                    wyjaśnił stary człowiek, grzebiąc pod stertami papieru i przyrządów kreślarskich
                                                    w poszukiwaniu kawałków przewodów.
                                                    - O, mam - powiedział. - Trzymaj je - i podał Arturowi dwie obnażone końcówki
                                                    przewodów:
                                                    W chwili gdy Artur brał je do rąk, poczuł, jak przeleciał przez niego ptak.

                                                    Byt teraz zawieszony w powietrzu i zupełnie niewidzialny dla samego siebie. Pod
                                                    nim znajdował się ładny, okolony drzewami miejski plac, wokół którego, jak
                                                    daleko sięgał wzrok, ciągnęły się białe betonowe budynki o lekkich,
                                                    przestrzennych kształtach, lecz cokolwiek zniszczone - ściany wielu z nich były
                                                    popękane i miały zacieki od deszczu. Tego dnia jednak świeciło słońce. Lekki
                                                    wiaterek delikatnie muskał gałęzie drzew, a osobliwe wrażenie, że wszystkie
                                                    budynki wydawały z siebie lekki pomruk, było zapewne spowodowane tym, że cały
                                                    plac i wszystkie ulice wokół niego były szczelnie wypełnione pełnymi radosnego
                                                    podniecenia ludźmi. Gdzieś niedaleko grał jakiś zespół, jaskrawe flagi łopotały
                                                    na wietrze i wszędzie panował nastrój karnawału.
                                                    Artur czuł się niezwykle samotny, wisząc tak w powietrzu ponad wszystkimi i nie
                                                    mając nawet ciała, ale zanim zdążył zastanowić się nad tym, ponad placem rozległ
                                                    się głos proszący wszystkich o uwagę.
                                                    Człowiek stojący na jaskrawo udekorowanym podium przed budynkiem, który wyraźnie
                                                    dominował nad całym placem, zwracał się do tłumu przez Tannoy:
                                                    - O ludzie, czekający w cieniu komputera Głęboka Myśl! - zawołał. - Czcigodni
                                                    Potomkowie Vroomfondela i Majikthisea, największych i najbardziej interesujących
                                                    mędrców, jakich kiedykolwiek znał wszechświat... czas oczekiwania dobiegł końca!
                                                    Szaleńcze wiwaty rozległy się wśród tłumu, a w powietrzu pojawiły się flagi i
                                                    serpentyny. Węższe uliczki wyglądały z góry jak przewrócone na grzbiet stonogi,
                                                    obłąkańczo wymachujące w powietrzu nogami.
                                                    - Siedem i pół miliona lat czekała nasza rasa na ten wielki dzień, miejmy
                                                    nadzieję, dzień oświecenia! - wykrzyknął mówca. - Dzień Odpowiedzi!
                                                    Ekstatyczny tłum znów wybuchnął wiwatami.
                                                    - Już nigdy więcej! - wołał mężczyzna. - Nigdy więcej nie obudzimy się rano,
                                                    zastanawiając się: Kim jestem? Jaki jest mój cel w życiu? Czy naprawdę,
                                                    kosmicznie biorąc, będzie miało to jakiekolwiek znaczenie, jeżeli nie wstanę
                                                    dziś i nie pójdę do pracy? Ponieważ dzisiaj poznamy raz na zawsze jasną i prostą
                                                    odpowiedź na wszystkie te małe, dokuczliwe problemy życia, wszechświata i
                                                    wszystkiego innego!
                                                    Gdy tłum po raz kolejny wybuchnął entuzjazmem, Artur poczuł, że prześlizguje się
                                                    w powietrzu w kierunku jednego z dużych, okazałych okien na pierwszym piętrze
                                                    budynku znajdującego się za podium, z którego mówca zwracał się do zebranych.
                                                    Płynąc prosto w okno, przerył moment paniki, który minął, gdy jakąś sekundę
                                                    później uświadomił sobie, że przepłynął prosto przez lite szkło, najwyraźniej w
                                                    ogóle go nie dotykając.
                                                    Nikt w pokoju nie skomentował jego dziwacznego pojawienia się, co nie wydaje się
                                                    zaskakujące, jako że Artura tam nie było. Zaczął uświadamiać sobie, że całe to
                                                    przeżycie jest jedynie nagraną projekcją.
                                                    Pokój był prawie dokładnie taki, jak opisał go Slartibartfost. W ciągu siedmiu i
                                                    pół miliona lat dobrze o niego dbano i regularnie, co jakieś sto lat, sprzątano.
                                                    Ultramahoniowe biurko miało starte krawędzie, dywan nieco wyblakł, ale duży
                                                    terminal komputerowy ciągle rozpierał się w pełnej chwale na pokrytym skórą
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:32
                                                    na pokrytym skórą


                                                    - W porządku - rzekł komputer i znowu zamilkł. Obaj mężczyźni zadygotali.
                                                    Napięcie stawało się nie do zniesienia.
                                                    - Naprawdę nie spodoba się wam - powtórnie zauważył Głęboka Myśl.
                                                    - Powiedz nam!
                                                    - W porządku - ustąpił komputer. - Odpowiedź na wielkie pytanie...
                                                    - Tak...!
                                                    - O Życie, wszechświat i wszystko inne... - powiedział Głęboka Myśl.
                                                    - Tak...!
                                                    - Brzmi... - zaczął Głęboka Myśl i urwał. - Tak...!
                                                    - Brzmi... nn - Tak.......
                                                    - Czterdzieści dwa - powiedział Głęboka Myśl z nieskończonym spokojem i majestatem.

                                                    ROZDZIAŁ 28

                                                    Minęło bardzo wiele czasu, zanim ktokolwiek się odezwał.
                                                    Kątem oka Phouchg widział morze napiętych i wyczekujących twarzy na placu przed
                                                    budynkiem.
                                                    - Zlinczuje nas, prawda? - wyszeptał.
                                                    - To było trudne zadanie - powiedział łagodnie Głęboka Myśl.
                                                    - Czterdzieści dwa! - wrzasnął Loonquawl. To wszystko, co masz do powiedzenia po
                                                    siedmiu i pół miliona lat?!
                                                    - Sprawdziłem to bardzo dokładnie - odrzekł komputer - i bez wątpienia to
                                                    właśnie jest odpowiedź. Wydaje mi się, szczerze mówiąc, że problem polega na
                                                    tym, iż wy nigdy nie znaliście naprawdę pytania.
                                                    - Ale to jest wielkie pytanie! Ostateczne pytanie o życie, wszechświat i
                                                    wszystko inne! - jęknął Loonquawl.
                                                    - Owszem - zgodził się Głęboka Myśl tonem kogoś, kto pogodnie znosi głupców -
                                                    ale jak ono dokładnie brzmi?
                                                    Dwaj mężczyźni gapili się na komputer, a potem na siebie w pełnym osłupienia
                                                    milczeniu.
                                                    - No, wiesz, to po prostu wszystko... wszystko... rzekł słabym głosem Phouchg.
                                                    - No właśnie! - stwierdził Głęboka Myśl. - A więc gdy dowiecie się, jakie jest
                                                    właściwe pytanie, będziecie wiedzieli, co oznacza odpowiedź.
                                                    - Fantastycznie - mruknął Phouchg, odrzucając swój notes i ocierając łzę.
                                                    - No dobrze, ale posłuchaj - odezwał się Loonquawl. - A czy t y mógłbyś podać
                                                    nam pytanie? - Ostateczne pytanie?
                                                    - Tak!
                                                    - O życie, wszechświat i wszystko inne? - Tak!
                                                    Głęboka Myśl zastanowił się.
                                                    - Podchwytliwe - stwierdził po chwili.
                                                    - Ale czy możesz to zrobić?! - krzyknął Loonquawl.
                                                    Głęboka Myśl zastanawiał się nad tym przez następną długą chwilę.
                                                    - Nie - powiedział w końcu stanowczo. Obaj mężczyźni z rozpaczą opadli na krzesła.
                                                    - Ale powiem wam, kto może - dodał Głęboka Myśl.
                                                    Loonquawl i Phouchg poderwali głowy: - Kto?!
                                                    - Powiedz nam!
                                                    Artur poczuł nagle, jak cierpnie skóra na jego najwyraźniej nie istniejącej
                                                    głowie, gdy zdał sobie sprawę, że powoli, lecz nieubłaganie zbliża się do
                                                    konsoli komputera. Po chwili doszedł jednak do wniosku, że jest to tylko
                                                    dramatyczne zbliżenie wykonane przez rejestrującego zdarzenie na taśmie.
                                                    - Mówię o komputerze, który nadejdzie po mnie! - oświadczył Głęboka Myśl, a jego
                                                    głos odzyskał swoje zwykłe, deklamatorskie brzmienie. O komputerze, któremu
                                                    nawet parametrów operacyjnych nie jestem godzien obliczyć, a mimo to
                                                    zaprojektuję go dla was. Będzie to komputer, który odkryje pytanie do
                                                    ostatecznej odpowiedzi, komputer o tak nieskończonym stopniu subtelnej
                                                    komplikacji, że częścią jego matrycy operacyjnej będzie życie organiczne. A wy
                                                    sami przyjmiecie nowe formy i zstąpicie na komputer, aby kierować jego trwającym
                                                    dziesięć milionów lat programem. Tak! Zaprojektuję dla was ten komputer! Nadam
                                                    mu także imię. Będzie nazywał się... Ziemia.
                                                    Phouchg gapił się na komputer.
                                                    - Co za nieciekawa nazwa - stwierdził i nagle na jego ciele pojawiły się
                                                    głębokie nacięcia.
                                                    Loonquawl również otrzymał potworne cięcia znikąd. Konsola komputera pokryła się
                                                    plamami i popękała, ściany zaczęły drżeć i runęły, a cały pokój rozbił się z
                                                    hukiem o swój własny sufit...
                                                    Slartibartfost stał przed Arturem, trzymając w rękach dwa przewody.
                                                    - Koniec taśmy - wyjaśnił.

                                                    ROZDZIAŁ 29
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:34
                                                    ROZDZIAŁ 29

                                                    - Zaphod! Obudź się! - Mmmwwwrrr?
                                                    - Hej, no już, wstawaj.
                                                    - Po prostu pozwólcie mi zostać przy tym, w czym jestem dobry, okay? -
                                                    wymamrotał Zaphod i przewrócił się na drugi bok.
                                                    - Chcesz, żebym cię kopnął? - zapytał Ford.
                                                    - Sprawiłoby ci to wiele radości? - spytał Zaphod niewyraźnie.
                                                    - Nie.
                                                    - Mnie też nie. Więc po co? Daj mi spokój Zaphod zwinął się w kłębek.
                                                    - Dostał podwójną dawkę gazu - stwierdziła patrząc na niego Trillian. - Dwie
                                                    tchawice.
                                                    - I przestańcie gadać - dodał Zaphod. - Bez tego już jest wystarczająco trudno
                                                    zasnąć... Co się stało z ziemią? Jest strasznie zimna i twarda.
                                                    - To złoto - rzekł 1=ord.
                                                    Jednym zadziwiająco płynnym ruchem primabaleriny Zaphod zerwał się na nogi i
                                                    wpatrzył się w horyzont, ponieważ aż tam sięgała złota ziemia, rozciągając
                                                    się we wszystkich kierunkach, idealnie gładka i twarda. Lśniła jak...
                                                    Niemożliwością jest opowiedzieć, jak lśniła, ponieważ nic we wszechświecie nie
                                                    lśni tak samo jak planeta ze szczerego złota.
                                                    - Kto to tutaj położył? - wrzasnął Zaphod z wybałuszonymi oczami.
                                                    - Spokojnie - rzekł 1=ord. - To tylko katalog. - Kto?!
                                                    - Katalog - powiedziała Trillian, - Złudzenie. - Jak możesz tak mówić? -
                                                    krzyknął Zaphod, padając na kolana i wpatrując się w ziemię.
                                                    Popukał w nią i ukłuł kilka razy. Była bardzo masywna i odrobinkę miękka - mógł
                                                    zarysować ją paznokciem - bardzo żółta i bardzo lśniąca. Kiedy oddychał nad nią,
                                                    ulatniała się z jego oddechu w ten bardzo szczególny i wyjątkowy sposób, w jaki
                                                    zwykle złoto ulatnia się z oddechu.
                                                    - Trillian i ja przyszliśmy tu przed chwilą - wyjaśnił Ford. - Krzyczeliśmy i
                                                    wrzeszczeliśmy, aż ktoś wreszcie się zjawił, a potem krzyczeliśmy i
                                                    wrzeszczeliśmy, aż mieli dosyć i dali nam do oglądania swój katalog planet,
                                                    żebyśmy mieli coś do roboty do czasu, gdy będą gotowi, żeby się nami zająć. To
                                                    tylko taśma sens-o-matyczna.
                                                    Zaphod spojrzał na niego z goryczą.
                                                    - Cholera - powiedział. - Obudziliście mnie z mojego własnego zupełnie dobrego
                                                    snu, żeby pokazać mi czyjś. - Usiadł rozdrażniony. - Co to za łańcuch dolin? -
                                                    zapytał po chwili.
                                                    - Próba złota - odpowiedział Ford. - Już tam byliśmy.

                                                    - Nie budziliśmy cię wcześniej - rzekła Trillian. -Na ostatniej planecie były
                                                    ryby po kolana.
                                                    - Ryby?
                                                    - Niektórzy ludzie lubią dosyć dziwne rzeczy.
                                                    - A przedtem - dodał Ford - była platyna. Trochę nudna. Ale myśleliśmy, że tę
                                                    będziesz chciał zobaczyć.
                                                    Gdziekolwiek spojrzeli, widzieli wokół siebie to samo morze ostrego, złotego blasku.
                                                    - Bardzo ładne - stwierdził Zaphod zirytowanym tonem.
                                                    Na niebie pojawił się olbrzymi, zielony numer katalogowy. Zamrugał i zmienił
                                                    się, a kiedy się rozejrzeli, zauważyli, że zmienił się także widok wokół nich.
                                                    - O rany! - powiedzieli jednym głosem.
                                                    Morze było purpurowe. Plaża, na której stali, składała się z drobnych, żółtych
                                                    kamyczków - prawdopodobnie niezwykle cennych. Odległe góry o czerwonych
                                                    szczytach wydawały się miękkie i falujące.
                                                    W pobliżu stał stolik plażowy z czystego srebra z falbaniastym, purpurowym
                                                    parasolem słonecznym ze srebrnymi frędzlami.
                                                    Numer katalogowy na niebie zniknął, a na jego miejscu pojawił się ogromny napis:
                                                    "Jakiekolwiek są wasze pragnienia, Magrathea może je zaspokoić. Nie chwalimy się".
                                                    Równocześnie pięćset zupełnie nagich kobiet spadło z nieba na spadochronach.
                                                    Po chwili cała scena zniknęła, pozostawiając ich na wiosennej łące pełnej krów.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:36
                                                    z piratami kosmicznymi, zanim wyginęli

                                                    w wojnach Dordellis, i megafrachtowce musiały być wyposażone w najbardziej
                                                    fantastyczne tarcze ochronne, jakie znała galaktyczna nauka. To były naprawdę
                                                    olbrzymie bydlaki, te statki. Na orbicie okołoplanetarnej mogły zaćmić słońce.
                                                    No i pewnego dnia - kontynuował Ford - młody Zaphod postanowił napaść na jeden z
                                                    nich. Na trzysilnikowym skuterze do robót w stratosferze. Kompletne szaleństwo.
                                                    Zabrałem się razem z nim, bo postawiłem na pewniaka przeciwko niemu sporo forsy
                                                    i nie chciałem, żeby sfabrykował fałszywe dowody. I co się dzieje? Wsiadamy na
                                                    jego skuter, który jak się okazuje, ma całkowicie zmienione silniki: zrobienie
                                                    trzech parseków staje się kwestią paru tygodni, wdzieramy się na
                                                    megafrachtowiec, do dziś nie wiem jakim sposobem, maszerujemy na mostek,
                                                    wymachując pistoletami na kapiszony i żądamy kasztanów jadalnych. O bardziej
                                                    wariackim numerze nigdy nie słyszałem! Kosztowało mnie to kieszonkowe z całego
                                                    następnego roku. I za co? Kasztany jadalne!
                                                    - Kapitanem był ten naprawdę zadziwiający gość, Yooden Vraux - dodał Zaphod. -
                                                    Dał nam jedzenie, alkohol, rzeczy z naprawdę nieziemskich zakątków Galaktyki, i
                                                    oczywiście masę kasztanów. Spędziliśmy tam czas po prostu niesamowicie, a potem
                                                    Yooden teleportował nas z powrotem. Do najbardziej strzeżonego skrzydła
                                                    więzienia stanowego na Betelgeuzie. To był świetny facet! Został prezydentem
                                                    Galaktyki.
                                                    Zaphod umilkł.
                                                    Sceneria wokół nich pogrążyła się w ciemności.
                                                    Otoczyły ich mroczne opary, a w cieniach przyczaiły się niewyraźne, słoniowate
                                                    kształty. Powietrze rozdzierały od czasu do czasu odgłosy mordowania jednych
                                                    widziadeł przez inne widziadła. Najwyraźniej lubiło te rzeczy wystarczająco
                                                    wielu ludzi, aby ta oferta była opłacalna.
                                                    - Ford - odezwał się cicho Zaphod. - Tak?
                                                    - Na krótko przed swoją śmiercią Yooden odwiedził mnie.
                                                    - Co? Nigdy mi nie mówiłeś. - Nie.
                                                    - I co powiedział? Czego od ciebie chciał?
                                                    - Opowiedział mi o "Złotym Sercu". To był jego pomysł, żebym ukradł statek.
                                                    - Jego?!
                                                    - Zgadza się - stwierdził Zaphod. - A jedyny sposób, żeby to zrobić, to być na
                                                    ceremonii odsłonięcia.
                                                    Przez chwilę Ford gapił się na niego ze zdumieniem, a potem wybuchnął dzikim
                                                    śmiechem.
                                                    - Chcesz powiedzieć - zapytał, ocierając łzy że kandydowałeś na urząd prezydenta
                                                    Galaktyki tylko po to, żeby ukraść ten statek?!
                                                    - Dokładnie - potwierdził Zaphod z wariackim uśmieszkiem.
                                                    - Ale dlaczego?! - spytał Ford. - Dlaczego to takie ważne?
                                                    - Nie wiem - odpowiedział Zaphod. - Myślę, że gdybym wiedział, dlaczego to jest
                                                    takie ważne i po co potrzebuję tego statku, wyszłoby to na rządowych

                                                    testach sprawdzających mózg i nigdy bym nie przeszedł. Wydaje mi się, że Yooden
                                                    powiedział mi mnóstwo rzeczy, które ciągle są zablokowane.
                                                    - Więc myślisz, że poszedłeś i narobiłeś bałaganu we własnym mózgu tylko
                                                    dlatego, że Yooden coś ci powiedział?!
                                                    - To był diabelnie wygadany facet.
                                                    - No dobra, ale Zaphod, stary druhu, powinieneś uważać na siebie!
                                                    Zaphod wzruszył ramionami.
                                                    - To znaczy naprawdę ani trochę nie domyślasz się, jaka może być przyczyna tego
                                                    wszystkiego? Zaphod zastanowił się dobrze i zdawało się, że przez
                                                    jego umysł przebiegły wątpliwości.
                                                    - Nie - rzekł w końcu. - Najwyraźniej nie dopuszczam siebie do moich własnych
                                                    tajemnic. No i - dodał po dalszym namyśle - mogę to zrozumieć. Nie ufałbym sobie
                                                    ani za grosz.
                                                    Chwilę później znikła ostatnia planeta katalogu i byli znów w solidnym,
                                                    rzeczywistym świecie. Siedzieli w pluszowej poczekalni pełnej stolików ze
                                                    szklanymi blatami i nagród za projekty.
                                                    Przed nimi stał wysoki człowiek z Magrathei. - Myszy zaraz was przyjmą - oznajmił.

                                                    ROZDZIAŁ 30

                                                    - No i tak to właśnie wyglądało - podsumował Slartibartfost, podejmując słabą i
                                                    pobieżną próbę uprzątnięcia części koszmarnego bałaganu w swojej pracowni. Wziął
                                                    kartkę papieru ze szczytu stosu, ale nie mógł wymyślić żadnego miejsca, gdzie
                                                    mógłby ją położyć, więc odłożył ją z powrotem na szczyt tego samego stosu, który
                                                    natychmiast się przewrócił. Głęboka Myśl zaprojektował Ziemię, my zbudowaliśmy
                                                    ją, a ty mieszkałeś na niej - powiedział.
                                                    - A Vogonowie przylecieli i zniszczyli ją na pięć minut przed ukończeniem
                                                    programu - dodał nie bez goryczy Artur.
                                                    - Tak - zgodził się stary człowiek i przerwał, żeby rozejrzeć się beznadziejnie
                                                    po pracowni. - Dziesięć milionów lat planowania i pracy po prostu przepadło.
                                                    Dziesięć milionów lat, Ziemianinie... Czy potrafisz w ogóle to pojąć? W tym
                                                    czasie galaktyczna cywilizacja mogłaby pięć razy rozwinąć się z pojedynczego
                                                    robaka. Przepadło! - Zamilkł. - Cóż, dla ciebie to tylko biurokracja - dodał po
                                                    chwili.
                                                    - Wiesz - powiedział Artur z namysłem - to

                                                    wszystko wyjaśnia mnóstwo rzeczy. Przez całe życie miałem dziwne,
                                                    niewytłumaczalne uczucie, że coś się dzieje na świecie, coś wielkiego, być może
                                                    nawet złowrogiego, i nikt nie chciał mi powiedzieć, co to jest.
                                                    - Nie - odrzekł Slartibartfost. - To tylko całkowicie normalna paranoja. Ma to
                                                    każdy we wszechświecie.
                                                    - Każdy? - zdziwił się Artur. - Cóż, jeżeli każdy to ma, to może to coś
                                                    oznaczać! Być może, gdzieś poza znanym nam wszechświatem.
                                                    - Być może. I co z tego? - przerwał Slartibartfost, zanim Artur za bardzo się
                                                    rozentuzjazmował. Może jestem stary i zmęczony - ciągnął - ale zawsze uwa
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:40
                                                    Być może. I co z tego? - przerwał Slartibartfost, zanim Artur za bardzo się
                                                    rozentuzjazmował. Może jestem stary i zmęczony - ciągnął - ale zawsze uważałem,
                                                    że szanse, aby się dowiedzieć, co się naprawdę dzieje, są tak absurdalnie małe,
                                                    że jedyna rzecz, jaką możesz zrobić, to powiedzieć: do diabła z tym i zająć się
                                                    czymś. Spójrz na mnie: projektuję linie brzegowe. Dostałem nagrodę za Norwegię.
                                                    - Pogrzebał chwilę w stercie śmieci i wydostał duży blok pleksiglasu z wtopionym
                                                    modelem Norwegii. - Gdzie jest w tym jakiś sens? - zapytał. - Ja nie mogłem
                                                    znaleźć żadnego. Przez całe życie robiłem fiordy. Na jeden przelotny moment
                                                    stały się modne, i dostałem główną nagrodę.
                                                    Wzruszając ramionami, obrócił blok w rękach i odrzucił go niedbale, ale nie na
                                                    tyle niedbale, aby nie spadł na coś miękkiego.
                                                    - W tej kopii Ziemi, którą teraz budujemy, przydzielili mi Afrykę i oczywiście,
                                                    znowu robię wszędzie fiordy, bo tak się składa, że je lubię i jestem
                                                    wystarczająco staromodny, żeby uważać, że nadają one kontynentowi uroczysty,
                                                    barokowy wyraz. A oni mi mówią, że to nie jest wystarczająco równikowe...
                                                    Równikowe! - zaśmiał się sarkastycznie. - No i co z tego? Nauka osiągnęła
                                                    oczywiście parę wspaniałych rzeczy, ale ja ciągle o wiele bardziej wolę być
                                                    szczęśliwy niż mieć rację.
                                                    -,- A jesteś?
                                                    - Nie. I oczywiście w tym punkcie wszystko upada.
                                                    - Szkoda - powiedział Artur ze współczuciem. Bo wyglądało to na całkiem niezły
                                                    tryb życia.
                                                    Gdzieś na ścianie rozbłysło małe, białe światełko. - Chodź - powiedział
                                                    Slartibartfost. - Masz zobaczyć się z myszami. Twoje pojawienie się na planecie
                                                    wywołało spore poruszenie. Zostało już obwołane, jak wnioskuję, trzecim co do
                                                    nieprawdopodobieństwa wydarzeniem w historii wszechświata.
                                                    - Jakie były pierwsze dwa?
                                                    - Och, pewnie zwykłe zbiegi okoliczności stwierdził Slartibartfost niedbale.
                                                    Otworzył drzwi i czekał na Artura.
                                                    Artur rozejrzał się raz jeszcze wokół, a potem spojrzał na siebie, na swoje
                                                    przepocone, brudne ubranie, w którym leżał w błocie w czwartkowy poranek.
                                                    - Zdaje się, że mam potworne problemy ze swoim trybem życia - mruknął do siebie.
                                                    - Przepraszam bardzo? - zapytał stary człowiek łagodnie.
                                                    - Och, nic - powiedział Artur. - Żartowałem tylko.

                                                    ROZDZIAŁ 31

                                                    Oczywiście wiadomo powszechnie, że nieostrożna gadanina powoduje ofiary, lecz
                                                    pełna skala problemu nie zawsze jest doceniana.
                                                    Na przykład dokładnie w momencie, gdy Artur powiedział: "Zdaje się, że mam
                                                    potworne problemy z moim trybem życia", w strukturze czasoprzestrzeni pojawiła
                                                    się znienacka dziura i przeniosła jego słowa bardzo, bardzo głęboko w
                                                    przeszłość, poprzez prawie nieskończone obszary przestrzeni do odległej
                                                    galaktyki, gdzie wisiał właśnie na włosku wybuch krwawej, międzygwiezdnej bitwy
                                                    pomiędzy dziwnymi i wojowniczymi istotami.
                                                    Wodzowie przeciwnych stron spotkali się właśnie po raz ostatni.
                                                    Nad stołem konferencyjnym zapadła straszna cisza, gdy dowódca VIhurgów
                                                    (wspaniale prezentujący się w swoich czarnych, wysadzanych klejnotami szortach
                                                    bojowych) spojrzał na wodza Gugwnttów kucającego naprzeciwko niego w obłoku
                                                    zielonej, słodko pachnącej pary. Dowódca VIhurgów z milionem błyszczących,
                                                    uzbrojonych po zęby gwiezdnych krążowników, gotowych spuścić ze smyczy
                                                    elektryczną śmierć na jedno jego skinienie, wyzwał ową nikczemną kreaturę, aby
                                                    odwołała to, co powiedziała o jego matce.
                                                    Kreatura zamieszała swoją przyprawiającą o mdłości piekącą parę i w tym właśnie
                                                    momencie słowa: "Zdaje się, że mam potworne problemy z moim trybem życia"
                                                    przepłynęły przez stół konferencyjny.
                                                    Niestety, w języku VIhurgów jest to najstraszniejsza zniewaga, jaką można sobie
                                                    w ogóle wyobrazić, i jedyne, co mogli zrobić, to toczyć przez stulecia
                                                    bezlitosną wojnę.
                                                    Oczywiście w końcu, gdy po kilku tysiącach lat ich galaktyka została
                                                    zdziesiątkowana, zdali sobie sprawę, że cała sprawa była okropną pomyłką. W
                                                    rezultacie obie wrogie floty wojenne rozstrzygnęły pośpiesznie nieliczne
                                                    pozostałe różnice zdań, aby rozpocząć połączony atak na naszą Galaktykę -
                                                    prawidłowo zidentyfikowaną jako źródło obraźliwej uwagi.
                                                    Przez następne tysiące lat potężne krążowniki pruły niezmierzone pustki kosmosu,
                                                    aby ostatecznie rzucić się z rykiem na pierwszą planetę, którą napotkały tak się
                                                    złożyło, iż była nią Ziemia, gdzie z powodu straszliwej pomyłki w obliczeniu
                                                    skali cała flota wojenna została przypadkowo połknięta przez małego psa.
                                                    Ci, którzy zgłębiają skomplikowane wzajemne oddziaływania przyczyn i skutków w
                                                    historii wszechświata, mówią, iż tego rodzaju rzeczy zdarzają się cały czas,
                                                    lecz nie jesteśmy w stanie im zapobiec.
                                                    Po prostu życie - stwierdzają...

                                                    Po krótkiej podróży pojazdem Artur i stary Magratheańczyk znaleźli się przy
                                                    drzwiach. Opuścili pojazd i weszli do poczekalni pełnej stolików ze szklanymi
                                                    blatami i pleksiglasowych nagród. Prawie natychmiast nad drzwiami po przeciwnej
                                                    stronie pokoju rozbłysnął świetlny sygnał i przekroczyli próg.
                                                    - Artur! Jesteś bezpieczny! - krzyknął jakiś głos.
                                                    - Naprawdę? - spytał Artur zaskoczony. - To dobrze.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:42
                                                    - Artur! Jesteś bezpieczny! - krzyknął jakiś głos.
                                                    - Naprawdę? - spytał Artur zaskoczony. - To dobrze.
                                                    Światło było dość mocno przyćmione; dopiero po dłuższej chwili dojrzał Forda,
                                                    Trillian i Zaphoda siedzących wokół dużego stołu pięknie zastawionego
                                                    egzotycznymi daniami, dziwacznymi słodyczami i osobliwymi owocami. Cała trójka
                                                    opychała się.
                                                    - Co się z wami działo? - zażądał wyjaśnień Artur. - No cóż - rzekł Zaphod,
                                                    ogryzając kość. - Nasi goście puścili na nas gaz, szperali po naszych mózgach i
                                                    ogólnie zachowywali się dosyć dziwnie, a teraz zaprosili nas na całkiem niezły
                                                    obiad, żeby zatrzeć niemiłe wrażenie. O - dodał, wyławiając z misy kawał
                                                    obrzydliwie cuchnącego mięsa. - Poczęstuj się kotletem z vegańskiego nosorożca.
                                                    Jest wyśmienity, jeżeli lubisz akurat takie rzeczy.
                                                    - Gospodarze? - spytał Artur. - Jacy gospodarze? Nie widzę tu nikogo...
                                                    W tej chwili odezwał się cienki głosik: - Witaj na obiedzie, ziemska istoto.
                                                    Artur rozejrzał się i wzdrygnął gwałtownie. - O! - zawołał - na stole są myszy!
                                                    Wszyscy utkwili w nim znaczące spojrzenia; zapadło niezręczne milczenie.
                                                    Artur był całkowicie zajęty gapieniem się na dwie białe myszy siedzące na stole
                                                    w czymś, co wyglądało na szklaneczki do whisky. Zaniepokojony nagłą ciszą,
                                                    rozejrzał się wokoło.
                                                    - Aha! - zreflektował się nagle. - Bardzo mi przykro, nie byłem całkiem
                                                    przygotowany.
                                                    - Pozwól, że cię przedstawię - powiedziała Trillian. - Arturze, to jest mysz Benjy.
                                                    - Cześć - powiedziała jedna z myszy. Musnęła wąsami coś, co było zapewne
                                                    reagującą na dotyk tablicą rozdzielczą i szklaneczka wysunęła się naprzód.
                                                    - A to jest mysz Frankie. Druga mysz rzekła:
                                                    - Miło cię poznać - i zrobiła to samo. Artur gapił się z otwartymi ustami.
                                                    - Ale czy to nie są...
                                                    - Tak - potwierdziła Trillian. - To są myszy, które zabrałam ze sobą z Ziemi. -
                                                    Spojrzała mu w oczy i Arturowi wydawało się, że prawie niedostrzegalnie
                                                    wzruszyła z rezygnacją ramionami. - Czy mógłbyś podać mi ten półmisek mielonego
                                                    arkturiańskiego megaosła? - spytała po prostu.
                                                    Slartibartfost chrząknął uprzejmie. - Przepraszam bardzo - rzekł.
                                                    - Tak, dziękuję ci, Slartibartfost - powiedziała oschle mysz Benjy. - Możesz odejść.
                                                    - Co? Ale... eee... bardzo dobrze - stwierdził stary człowiek, trochę urażony. -
                                                    A więc idę zająć się moimi fiordami.
                                                    - No cóż, w gruncie rzeczy nie jest to konieczne - rzekła mysz Frankie. -
                                                    Wygląda na to, że druga Ziemia nie będzie nam już potrzebna. - Przewróciła
                                                    swoimi różowymi oczkami. - Nie teraz, gdy znaleźliśmy rodowitego mieszkańca tej
                                                    planety, który był tam na moment przed jej zniszczeniem.
                                                    - Co? - wykrzyknął osłupiały Slartibartfost. Nie możecie tego zrobić! Mam już
                                                    tysiąc lodowców gotowych, żeby pokryć Afrykę!
                                                    - No cóż, może więc wybrałbyś się pojeździć na nartach, zanim je zdemontujesz -
                                                    odezwał się cierpko Frankie.
                                                    - Pojeździć na nartach! - wykrzyknął stary człowiek. - Te lodowce są dziełami
                                                    sztuki! Pięknie rzeźbione kontury, strzeliste lodowe iglice, głębokie
                                                    majestatyczne wąwozy! Jeździć na nartach po unikatowych dziełach sztuki byłoby
                                                    świętokradztwem!
                                                    - Dziękujemy ci, Slartibartfost - rzekł stanowczo Benjy. - To byłoby wszystko.
                                                    - Tak, sir - odparł zimno stary człowiek. - Dziękuję bardzo. No, to żegnaj,
                                                    Ziemianinie - zwrócił się do Artura. - Mam nadzieję, że twój tryb życia wróci do
                                                    normy.
                                                    Skinął głową pozostałym, odwrócił się i wyszedł smutny z pokoju.
                                                    Artur patrzył za nim, nie wiedząc, co powiedzieć.
                                                    - A teraz - odezwała się mysz Benjy - za interesy!
                                                    Ford i Zaphod stuknęli się kieliszkami. - Za interesy! - powiedzieli chórem.
                                                    - Przepraszam bardzo? - zapytał Benjy.
                                                    Ford rozejrzał się.
                                                    - Myślałem, że wznosisz toast - rzekł.
                                                    Myszy zadreptały niecierpliwie w swoich szklanych pojazdach. Po chwili uspokoiły
                                                    się, a Benjy wysunął się naprzód.
                                                    - A więc, ziemska istoto - zwrócił się do Artura - w efekcie mamy następującą
                                                    sytuację. Jak wiesz, przez ostatnie dziesięć milionów lat mniej więcej
                                                    zarządzaliśmy Ziemią, żeby odnaleźć tę parszywą rzecz, nazywaną ostatecznym
                                                    pytaniem.
                                                    - Dlaczego? - zapytał ostro Artur.
                                                    - Nie, już o tym myśleliśmy - przerwał mu Frankie. -Ale to nie pasuje do
                                                    odpowiedzi. "Dlaczego?" "Czterdzieści dwa". Widzisz, nie zgadza się.
                                                    - Nie - rzekł Artur. - Chodzi mi o to, p o c o to robicie?
                                                    - Aha - stwierdził Frankie. - No cóż, tak naprawdę to chyba z przyzwyczajenia,
                                                    jeśli mam być brutalnie szczery! I o to właśnie mniej więcej chodzi. Mamy już
                                                    tego wszystkiego po dziurki w nosie i na samą myśl o zaczynaniu wszystkiego od
                                                    początku przez tych cholernych Vogonów dostaję po prostu szału, rozumiecie,
                                                    prawda? Mieliśmy naprawdę masę szczęścia, że Benjyemu i mnie udało się szybciej
                                                    skończyć naszą pracę i wyjechaliśmy z Ziemi na krótkie wakacje, a potem
                                                    wymanewrowaliśmy twoich przyjaciół, żeby zabrali nas z powrotem na Magratheę.
                                                    - Magrathea jest bramą do naszego własnego wymiaru - wtrącił Benjy.
                                                    - No i wtedy - ciągnął jego myśl towarzysz otrzymaliśmy naprawdę niesamowicie
                                                    korzystną propozycję kontraktu na wywiad w 5D i cykl wykładów w naszych
                                                    okolicach i mamy wielką ochotę ją przyjąć.
                                                    - Ja bym to zrobił, a ty, Ford? - powiedział zachęcająco Zaphod.
                                                    - No pewnie - zgodził się Ford. - Jak nic. Artur spojrzał na nich uważnie,
                                                    zastanawiając się, do czego to wszystko zmierza.
                                                    - Ale widzisz, do tego potrzebny jest nam produkt - stwierdził Frankie. - To
                                                    znaczy, idealnie by było, żebyśmy jednak mieli ostateczne pytanie w takiej czy
                                                    innej formie.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:46
                                                    - Ale widzisz, do tego potrzebny jest nam produkt - stwierdził Frankie. - To
                                                    znaczy, idealnie by było, żebyśmy jednak mieli ostateczne pytanie w takiej czy
                                                    innej formie.
                                                    Zaphod nachylił się do Artura.
                                                    - Zobacz - wyjaśnił. - Jeżeli oni po prostu usiądą sobie w studio, wyglądając na
                                                    bardzo zrelaksowanych i no wiesz, rzucą od niechcenia, iż tak się składa, że
                                                    znają odpowiedź na życie, wszechświat i wszystko inne, a potem będą umieli w
                                                    końcu przyznać, że tak naprawdę brzmi ona "czterdzieści dwa", to cała zabawa
                                                    potrwa przypuszczalnie dosyć krótko. Rozumiesz, nie będzie dalszego ciągu.
                                                    - Potrzebujemy czegoś, co dobrze brzmi - rzekł Benjy.
                                                    - Czegoś, co dobrze brzmi?! - wykrzyknął Artur. - Ostateczne pytanie, które
                                                    dobrze brzmi?! Od pary myszy?
                                                    Myszy nastroszyły się.
                                                    - Owszem, zgadzam się, "tak" idealizmowi, "tak" godności czystej nauki, "tak"
                                                    poszukiwaniu prawdy we wszystkich jej przejawach, ale obawiam się, że zawsze
                                                    nadchodzi moment, kiedy zaczynasz podejrzewać, że prawie na pewno całą
                                                    wielowymiarową
                                                    nieskończonością wszechświata rządzi banda szaleńców. I jeżeli masz do wyboru
                                                    spędzić następne dziesięć milionów lat, żeby się tego dowiedzieć albo po prostu
                                                    brać forsę i w nogi, to ja osobiście wolę zrobić ten numer - powiedział Frankie.
                                                    - Ale... - zaczął beznadziejnie Artur.
                                                    - Hej, kiedy to do ciebie dotrze, Ziemianinie przerwał mu Zaphod. - Jesteś
                                                    produktem ostatniej generacji tej matrycy komputerowej i byłeś tam dokładnie do
                                                    momentu, w którym Vogonowie nacisnęli spust, zgadza się?
                                                    - No...
                                                    - A więc twój mózg był organiczną częścią przedostatniej konfiguracji programu
                                                    komputera - stwierdził Ford, przekonany, że wyraża się zupełnie jasno.
                                                    - Zgadza się? - spytał Zaphod.
                                                    - Cóż... - powiedział pełen wątpliwości Artur. Nigdy nie czuł się organiczną
                                                    częścią niczego i uważał to zawsze za jeden ze swoich problemów.
                                                    - Inaczej mówiąc - rzekł Benjy, kierując swój mały, dziwaczny pojazd prosto na
                                                    Artura. - Istnieje spora szansa, że struktura pytania jest zakodowana w
                                                    strukturze twojego mózgu. Chcemy więc to odkupić.
                                                    - Co, pytanie? - zapytał Artur.
                                                    - Tak - powiedzieli Ford i Trillian. - Za mnóstwo forsy - dodał Zaphod.
                                                    - Nie, nie - rzekł Frankie. - Chcemy kupić mózg.
                                                    - Co?!
                                                    - A komu jest potrzebny? - spytał Benjy.

                                                    - Wydawało mi się, że mówiliście, że możecie zrobić po prostu elektroniczny
                                                    odczyt jego mózgu zaprotestował Ford.
                                                    - Owszem - powiedział Frankie. - Ale przedtem musimy go wyjąć. Musi być
                                                    przygotowany.
                                                    - Poddany obróbce - dorzucił Benjy. - Pokrojony.
                                                    - Dziękuję bardzo! - krzyknął Artur, przewracając krzesło i cofając się z
                                                    przerażeniem od stołu.
                                                    - Zawsze będzie można wstawić nowy - rzekł rozsądnie Benjy. - Jeśli uważasz, że
                                                    to ważne.
                                                    - Owszem, elektroniczny mózg - zgodził się Frankie. - Wystarczyłby prosty model.
                                                    - Prosty model! - jęknął Artur.
                                                    - Taaak - powiedział Zaphod z nagłym, nieprzyjemnym uśmiechem. - Wystarczyłoby,
                                                    że zaprogramowalibyście go, żeby mówił "Co?" i "Nie rozumiem" i "Gdzie jest
                                                    herbata?" i kto by coś zauważył?
                                                    - Co?! - wrzasnął Artur, cofając się jeszcze bardziej.
                                                    - Widzicie, o co chodzi? - spytał Zaphod i zawył z bólu z powodu czegoś, co
                                                    zrobiła w tym momencie Trillian.
                                                    - J a bym zauważył! - krzyknął Artur.
                                                    - Nie, nie zauważyłbyś - odparł Frankie. - Byłbyś tak zaprogramowany.
                                                    Ford skierował się do drzwi.
                                                    - Przykro mi, przyjaciele, ale chyba nie dobijemy targu - rzekł.
                                                    - A nam się zdaje, że musimy dobić targu - powiedziały chórem myszy.
                                                    Dwa szklane pojazdy uniosły się ze stołu z przeraźliwym piskiem i ruszyły w
                                                    kierunku Artura, który wciąż cofał się w ślepy narożnik, całkowicie niezdolny do
                                                    myślenia czy stawiania oporu.
                                                    Trillian rozpaczliwie złapała go za ramię i usiłowała ciągnąć w stronę drzwi,
                                                    które próbowali otworzyć Ford i Zaphod, ale Artur był całkowicie bezwładny -
                                                    wydawał się zahipnotyzowany przez dwa nadlatujące w jego kierunku gryzonie.
                                                    Wrzasnęła na niego, ale on gapił się tylko przed siebie.
                                                    Kolejnym szarpnięciem Ford i Zaphod zdołali otworzyć drzwi. Po drugiej stronie
                                                    stała nieduża grupa raczej nieprzyjemnych typów, którzy nasuwali nieodparte
                                                    skojarzenia z miejscowymi bandytami. Nie tylko sami byli niezbyt przyjemni, ale
                                                    i sprzęt medyczny, który mieli ze sobą, nie wyglądał szczególnie ujmująco.
                                                    Ruszyli naprzód.
                                                    A więc głowa Artura miała właśnie zostać rozcięta; Trillian nie była w stanie mu
                                                    pomóc, a Ford i Zaphod mieli akurat zostać zaatakowani przez kilku znacznie
                                                    cięższych i groźniej od nich uzbrojonych bandytów.
                                                    Tak więc, wziąwszy wszystko pod uwagę, niezwykle szczęśliwą okolicznością był
                                                    fakt, iż w tej właśnie chwili wszystkie dzwonki alarmowe na planecie wybuchnęły
                                                    rozdzierającym hałasem.

                                                    ROZDZIAŁ 32

                                                    - Alarm! Alarm! - trąbiły klaksony wzdłuż i wszerz Magrathei. - Na planecie
                                                    wylądował wrogi statek! Uzbrojeni intruzi w sektorze osiem A! Stanowiska
                                                    obronne, stanowiska obronne!
                                                    Dwie myszy węszyły z irytacją wokół roztrzaskanych na podłodze odłamków swoich
                                                    szklanych pojazdów. - Szlag by to trafił! - mamrotała mysz Frankie.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:47
                                                    Szlag by to trafił! - mamrotała mysz Frankie.
                                                    Całe to cholerne zamieszanie wokół dwóch funtów mózgu jakiejś ziemskiej kreatury!
                                                    Dreptał tam i z powrotem, jego różowe oczka miotały błyskawice, a miękka, biała
                                                    sierść zjeżyła się. - Jedyne, co możemy teraz zrobić - odezwał się
                                                    Benjy, kucając i głaszcząc w zamyśleniu swoje wąsiki - to spróbować wymyślić
                                                    jakieś pytanie, które by brzmiało wiarygodnie.
                                                    - Trudne - stwierdził Frankie. Myślał przez jakiś czas. - Co powiesz na: Co jest
                                                    żółte i niebezpieczne? - zapytał wreszcie.
                                                    Benjy rozważał to przez chwilę.
                                                    - Nie, nie nadaje się - orzekł. - Nie pasuje do odpowiedzi.
                                                    Na kilka sekund pogrążyli się w milczeniu.
                                                    - No dobra - powiedział i3enjy. - Jaki jest y mik, jeżeli pomnożyć sześć przez
                                                    siedem?
                                                    - Nie, nie, zbyt dosłowne, zbyt przyziemne stwierdził Frankie. - Nie
                                                    podtrzymałoby zainteresowania myślicieli.
                                                    Zamyślili się znowu.
                                                    - Mam coś! - odezwał się nagle Frankie. - Jak wiele dróg musi przejść człowiek?
                                                    - A! - zawołał Benjy. - To naprawdę brzmi obiecująco! - Przyjrzał się uważniej
                                                    tej myśli. Tak - zadecydował. - Doskonale! Sprawia wrażenie bardzo doniosłego, a
                                                    jednocześnie nie oznacza nic konkretnego. Jak wiele dróg musi przejść człowiek?
                                                    Czterdzieści dwie!. Znakomite, znakomite! Frankie, udało nam się!
                                                    Wykonali w podskokach radosny taniec zwycięstwa. W pobliżu leżało na podłodze
                                                    kilku nieprzyjemnych typów, którzy dostali w głowy paroma ciężkimi nagrodami za
                                                    projekty.
                                                    Pół mili dalej cztery postacie biegły z trudem korytarzem, szukając drogi na
                                                    zewnątrz. Wypadli na rozległą, otwartą wnękę z komputerami i rozejrzeli się dziko.
                                                    - Którą drogą, Zaphod? - zapytał Ford.
                                                    - Na chybił trafił powiedziałbym, że tą - rzekł Zaphod i pobiegł na prawo
                                                    pomiędzy bankiem komputerowym a ścianą.
                                                    Inni podążyli za nim, lecz Zaphod zatrzymał się gwałtownie, gdy kilka cali przed
                                                    jego nosem huknął piorun energii kill-o-zap, wysmażając spory kawałek ściany obok.

                                                    Przez megafon rozległ się głos:
                                                    - W porządku Beeblebrox, ani kroku dalej! Mamy cię na muszce.
                                                    - Gliny! - syknął Zaphod i przylgnął do ściany. Teraz twoja kolej, Ford!
                                                    - Dobra, idziemy tędy! - rzekł Ford i cała czwórka rzuciła się w kierunku
                                                    pomostu pomiędzy dwoma bankami komputerowymi.
                                                    Na końcu pomostu pojawiła się uzbrojona po zęby postać w kombinezonie
                                                    kosmicznym, , wymachując ultrakalibrowym niezbyt sympatycznym karabinem kill-o-zap.
                                                    - Nie chcemy cię zastrzelić, Beeblebrox! - wykrzyknęła postać.
                                                    - Bardzo się cieszę! - odkrzyknął Zaphod i zanurkował w szeroką przerwę pomiędzy
                                                    dwoma blokami przetwarzania danych.
                                                    Pozostali wskoczyli za nim.
                                                    - Ich jest dwóch - stwierdziła Trillian. - Jesteśmy otoczeni.
                                                    Wcisnęli się w kąt pomiędzy dużym komputerowym bankiem danych a ścianą.
                                                    Wstrzymali oddech i czekali.
                                                    Powietrze eksplodowało nagle piorunami energii, gdy obaj gliniarze jednocześnie
                                                    otworzyli na nich ogień.
                                                    - Hej, oni do nas strzelają! - rzekł Artur, kuląc się w ciasny kłębek. -
                                                    Wydawało mi się, że powiedzieli, że nie chcą tego robić.
                                                    - Tak, mnie się też wydawało, że tak mówili zgodził się Ford.
                                                    Zaphod na jedną ryzykowną chwilę wystawił głowę. - Hej! - zawołał. - Wydawało mi
                                                    się, że mówiliście, że nie chcecie nas zastrzelić! - I znowu się schował.
                                                    Czekali. Po chwili odpowiedział im głos: - Być gliną nie jest łatwo!
                                                    - Co on powiedział?! - zapytał ze zdumieniem Ford.
                                                    - Powiedział, że nie jest łatwo być gliną. - Dobra, ale to jego problem, no nie?
                                                    - Też tak myślę.
                                                    Ford krzyknął:
                                                    - Hej, słuchajcie! Mamy wystarczająco dużo własnych problemów z waszym
                                                    strzelaniem do nas, więc jeżeli moglibyście uniknąć dokładania nam także swoich
                                                    problemów, to wydaje mi się, że wszyscy moglibyśmy mieć o wiele łatwiejsze życie!
                                                    Jeszcze jedna przerwa i znów odezwał się megafon: - A teraz wy słuchajcie! -
                                                    powiedział głos. - Nie macie do czynienia z tępymi kretynami, którzy walą w co
                                                    popadnie, mają niskie czoła, świńskie oczka i nie potrafią o niczym porozmawiać!
                                                    Jesteśmy dwoma inteligentnymi, wrażliwymi facetami, których pewnie
                                                    polubilibyście, gdybyśmy się spotkali towarzysko! Nie włóczę się, strzelając dla
                                                    zabawy do ludzi, żeby się potem przechwalać w podejrzanych spelunach dla
                                                    kosmicznych włóczęgów jak niektórzy gliniarze, których mógłbym wymienić! Włóczę
                                                    się, strzelając dla zabawy do ludzi, a potem wypłakuję się godzinami mojej
                                                    dziewczynie!

                                                    - A ja piszę powieści! - dołączył się drugi. Chociaż jak na razie żadnej nie
                                                    wydano, więc lepiej się pilnujcie, bo mam dzisiaj paskudny humor.
                                                    Oczy Forda wyszły z orbit. - Co to za faceci?!
                                                    - Nie wiem - odpowiedział Zaphod. - Chyba wolałem, kiedy strzelali.
                                                    - To jak, wyjdziecie grzecznie - krzyknął znów jeden z gliniarzy - czy mamy was
                                                    wykurzyć?
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:50
                                                    - To jak, wyjdziecie grzecznie - krzyknął znów jeden z gliniarzy - czy mamy was
                                                    wykurzyć?
                                                    - A co byście woleli? - odkrzyknął Ford. Milisekundę później powietrze wokół
                                                    nich znowu zaczęło się smażyć, a piorun za piorunem walił w bank komputerowy
                                                    przed nimi.
                                                    Strzelanina o trudnej do wytrzymania intensywności trwała kilka sekund. Kiedy
                                                    umilkła, następne kilka sekund powtarzało ją echo i dopiero potem zapanowała cisza.
                                                    - Ciągle tam jesteście? - zawołał jeden z gliniarzy.
                                                    - Tak - odkrzyknęli.
                                                    - Nie sprawiło nam to przyjemności! - krzyknął drugi.
                                                    - Było widać! - odpowiedział Ford.
                                                    - A teraz słuchaj, Beeblebrox, i radzę ci słuchać uważnie!
                                                    - Dlaczego? - odkrzyknął Zaphod.
                                                    - Ponieważ to będzie bardzo inteligentne, dosyć interesujące, a przy tym
                                                    humanitarne! Więc tak: albo natychmiast się poddacie i pozwolicie, że trochę was
                                                    pobijemy, chociaż nie za mocno, oczywiście, bo jesteśmy zdecydowanie przeciwko
                                                    nieuzasadnionemu stosowaniu przemocy, albo wysadzimy w powietrze całą tę planetę
                                                    i być może jeszcze jedną czy dwie inne, które zauważyliśmy po drodze!
                                                    - Ale to szaleństwo! - wykrzyknęła Trillian. Nie zrobilibyście tego!
                                                    - Owszem, zrobilibyśmy! - odrzekł gliniarz. No nie? - zapytał drugiego.
                                                    - No pewnie, musielibyśmy to zrobić! - odwrzasnął mu drugi.
                                                    - Ale dlaczego?! - nalegała Trillian.
                                                    - Bo są pewne rzeczy, które musi się robić, nawet jeżeli jest się oświeconym,
                                                    liberalnym gliniarzem, który wie wszystko o wrażliwości i całej reszcie!
                                                    - Po prostu nie wierzę tym facetom - mruknął Ford, potrząsając głową.
                                                    - Postrzelamy trochę do nich? - krzyknął jeden gliniarz do drugiego.
                                                    - Pewnie, czemu nie?
                                                    Wypuścili następną elektryczną serię.
                                                    Hałas i gorąco były naprawdę imponujące. Bank komputerowy zaczynał się powoli
                                                    rozpadać. Prawie cały przód stopił się, a strumienie płynnego metalu spływały
                                                    wolno do tyłu, w kierunku skulonej czwórki.
                                                    Ford, Zaphod, Trillian i Artur stłoczyli się jeszcze bardziej i czekali na koniec.

                                                    ROZDZIAŁ 33

                                                    Ale koniec nie nadszedł, w każdym razie nie wtedy. Całkiem znienacka strzelanina
                                                    umilkła, a nagłą ciszę zmąciło parę gulgotów i głuchych odgłosów jak gdyby
                                                    duszenia się.
                                                    Cała czwórka spojrzała po sobie. - Co się stało? - spytał Artur.
                                                    - Przestali - odpowiedział Zaphod, wzruszając ramionami.
                                                    - Dlaczego?
                                                    - Nie wiem. Chcesz pójść ich zapytać? - Nie.
                                                    Czekali. - Jest tam kto?! - zawołał Ford. Żadnej odpowiedzi.
                                                    - To dziwne.
                                                    - Może to pomyłka. - Byli na to za głupi.
                                                    - Co to były za odgłosy? - Nie wiem.
                                                    Czekali następne kilka sekund.
                                                    - Dobra - odezwał się Ford. - Idę się rozejrzeć.
                                                    Spojrzał na pozostałych.
                                                    - Czy nikt nie ma zamiaru powiedzieć: "Nie, nigdy w życiu, ja pójdę zamiast ciebie?"
                                                    Cała trójka potrząsnęła głowami. - No cóż - mruknął Ford i wstał. Przez chwilę
                                                    nic się nie działo.
                                                    Potem - po jakiejś sekundzie - nadal nic się nie działo. Ford wyjrzał zza grubej
                                                    zasłony dymu, który wydobywał się z płonącego komputera.
                                                    Ostrożnie wyszedł na otwartą przestrzeń. Ciągle nic się nie działo.
                                                    Dwadzieścia jardów dalej zobaczył poprzez dym niewyraźną postać jednego z
                                                    gliniarzy, który leżał skurczony na podłodze. Dwadzieścia jardów dalej leżał
                                                    drugi. Poza tym nie było nikogo więcej.
                                                    Fordowi wydało się to niezwykle dziwne.
                                                    Powoli i z namysłem ruszył w kierunku pierwszego. Ciało leżało uspokajająco
                                                    nieruchomo, kiedy podchodził, nie przestało też leżeć uspokajająco nieruchomo,
                                                    gdy stanął nad nim i postawił stopę na karabinie kill-o-zap, który ciągle
                                                    trzymały zwiotczałe palce.
                                                    Sięgnął w dół i podniósł karabin, nie spotykając się z najmniejszym oporem.
                                                    Gliniarz był niewątpliwie martwy.
                                                    Pobieżne badanie ujawniło, że pochodził on z Blagulona Kappa i należał do form
                                                    życia oddychających metanem. Aby przeżyć w rzadkiej tlenowej atmosferze
                                                    Magrathei, był mu niezbędny kombinezon kosmiczny.
                                                    Na ramionach miał plecak z malutkim komputerem systemu podtrzymującego Tycie i
                                                    okazało się, że komputer ten całkiem niespodziewanie wybuchł.
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:52
                                                    komputer ten całkiem niespodziewanie wybuchł.

                                                    Ford zajrzał do niego ze zdumieniem. Miniaturowe komputery miały zwykle pełne
                                                    zabezpieczenie głównego komputerem statku, z którym były połączone bezpośrednio
                                                    przez sub-etha. System ten był niezawodny we wszystkich sytuacjach z wyjątkiem
                                                    całkowitego braku reakcji ze strony głównego komputera, co było nie do pomyślenia.
                                                    Podbiegł do drugiego martwego ciała i odkrył, że jemu również zdarzyła się
                                                    dokładnie ta sama nieprawdopodobna rzecz, przypuszczalnie w tym samym momencie.
                                                    Zawołał resztę, żeby przyszli zobaczyć. Byli zaskoczeni, ale nie podzielali
                                                    ciekawości Forda.
                                                    - Zabierajmy się stąd - powiedział Zaphod. Wszystko mi jedno, co miałem tutaj
                                                    znaleźć. Cokolwiek to było, nie chcę tego!
                                                    Złapał drugi karabin kill-o-zap, władował wściekłą serię w całkowicie
                                                    nieszkodliwy komputer obliczeniowy i wybiegł na korytarz, a za nim pozostali.
                                                    Bardzo mało brakowało, aby następną wściekłą serią rozwalić pojazd czekający na
                                                    nich parę jardów dalej.
                                                    Pojazd byt pusty, lecz Artur rozpoznał go: była to maszyna Slartibartfosta.
                                                    Do tablicy rozdzielczej przyczepiona była kartka. Narysowana na niej strzałka
                                                    wskazywała jeden z przycisków.
                                                    Znajdowały się na niej słowa: "Jest to prawdopodobnie najlepszy guzik, jaki
                                                    możecie nacisnąć".

                                                    ROZDZIAŁ 34

                                                    Pojazd pomknął przez stalowe tunele prowadzące na odrażającą powierzchnię
                                                    planety, z prędkością znacznie przekraczającą R siedemnaście. Magrathea
                                                    znajdowała się właśnie w szponach kolejnego posępnego świtu i upiorne szare
                                                    światło krzepło na jej powierzchni.
                                                    R jest miarą prędkości zdefiniowaną jak rozsądna prędkość podróżowania, która
                                                    jest zgodna ze zdrowiem, dobrym samopoczuciem psychicznym i gwarantuje
                                                    spóźnienie nie większe niż, powiedzmy, pięć minut. Jest to więc wartość prawie
                                                    nieskończenie zmienna w zależności od okoliczności, pierwsze dwa czynniki bowiem
                                                    różnią się w stosunku nie tylko do prędkości traktowanej jako wartość absolutna,
                                                    ale i do świadomości trzeciego czynnika. Jeżeli nie podchodzi się do niego ze
                                                    spokojem, równanie to może spowodować silne stresy, wrzody, a nawet śmierć.
                                                    R siedemnaście nie jest wyznaczoną prędkością, ale jest na pewno o wiele za duża.
                                                    Pojazd pędząc z prędkością R siedemnaście wysadził całą czwórkę obok "Złotego
                                                    Serca", które stało na zamarzniętej ziemi jak zbielała kość, a potem rzucił się
                                                    pospiesznie w kierunku, z którego przybyli, przypuszczalnie w swoich własnych,
                                                    nie cierpiących zwłoki sprawach.
                                                    Cała czwórka stała drżąc i patrzyła na statek. Obok niego stał jeszcze jeden.
                                                    Byt to policyjny statek patrolowy Blagulona Kappa, pękaty i podobny do rekina, a
                                                    jego burty w kolorze zgniłej zieleni pokryte byty czarnymi literami o różnej
                                                    wielkości i stopniu antypatyczności. Informowały one każdego, komu chciało się
                                                    je czytać, o tym skąd pochodzi statek, do której sekcji policji należy i gdzie
                                                    należy włożyć wtyczki do poboru mocy.
                                                    Wydawał się jakoś nienaturalnie ciemny i cichy, nawet jak na statek, którego
                                                    dwuosobowa załoga leżała właśnie martwa w wypełnionym dymem pomieszczeniu kilka
                                                    mil pod powierzchnią planety. Jest to jedna z tych dziwacznych rzeczy, których
                                                    nie można wytłumaczyć czy zdefiniować, lecz można wyczuć, kiedy statek jest
                                                    zupełnie martwy.
                                                    Ford wyczuł to i właśnie to odczucie było najbardziej tajemnicze - wydawało się,
                                                    jak gdyby statek i dwóch policjantów spontanicznie przestało żyć. Jego
                                                    doświadczenie mówiło mu, że wszechświat po prostu nie funkcjonuje w ten sposób.
                                                    Pozostała trójka również wyczuwała to, ale jeszcze intensywniej wyczuwała
                                                    przejmujące zimno i szybko schroniła się we wnętrzu "Złotego Serca", cierpiąc na
                                                    atak braku ciekawości.
                                                    Ford został i poszedł obejrzeć statek policyjny. Idąc
                                                    omal nie przewrócił się o nieruchomą, stalową postać leżącą twarzą do ziemi w
                                                    zimnym pyle.
                                                    - Marvin! - wykrzyknął. - Co ty tu robisz?!
                                                    - Proszę cię, nie czuj się zobowiązany do zwracania na mnie uwagi - odpowiedział
                                                    mu stłumiony, metalowy głos.
                                                    - A jak się czujesz, metalmanie? - zapytał Ford. - Kompletnie załamany.
                                                    - Ale co masz na wątrobie?
                                                    - Nie wiem - odpowiedział Mamin. - Nie zaglądałem.
                                                    - Dlaczego leżysz twarzą do ziemi w tym pyle? spytał Ford, kucając obok niego i
                                                    drżąc z zimna.
                                                    - To bardzo skuteczny sposób, żeby czuć się parszywie - rzekł Marvin. - Nie
                                                    udawaj, że chcesz ze mną rozmawiać, i tak wiem, że mnie nienawidzisz. - Wcale nie.
                                                    - Właśnie że tak. Wszyscy mnie nienawidzą. To część wszechświata. Wystarczy, że
                                                    porozmawiam z kimś, i natychmiast zaczynają mnie nienawidzić. Nawet roboty mnie
                                                    nienawidzą. Jeśli po prostu mnie zignorujesz, to myślę, że odejdę.
                                                    Podniósł się na nogi i zwrócił zdecydowanie twarz w przeciwnym kierunku.
                                                    - Ten statek nienawidził mnie - rzekł z przygnębieniem, wskazując statek policyjny.
                                                    - Ten statek? - spytał Ford z nagłym ożywieniem. - I co się z nim stało? Wiesz
                                                    coś o tym?
                                                    - Nienawidził mnie, ponieważ mówiłem do niego. - M ó w i ł e ś do niego?! -
                                                    krzyknął Ford. - Co to znaczy mówiłeś do niego?

                                                    - Po prostu. Czułem się bardzo znudzony i załamany, więc poszedłem i podłączyłem
                                                    się do zewnętrznego wejścia komputera. Wytłumaczyłem mu bardzo szczegółowo moje
                                                    poglądy na wszechświat.
                                                    - I co dalej? - naciskał Ford.
                                                    - Popełnił samobójstwo - odrzekł Marvin i odszedł majestatycznie w kierunku
                                                    "Złotego Serca".

                                                    ROZDZIAŁ 35
                                                  • b00g13 Re: Autostopem przez galaktykę 28.02.05, 02:54
                                                    ROZDZIAŁ 35

                                                    Tej nocy "Złote Serce" pochłonięte było pozostawieniem w tyle mgławicy Koński
                                                    Łeb. Zaphod rozwalił się pod niedużą palmą, przywracając swój umysł do stanu
                                                    używalności za pomocą kuracji wstrząsowej składającej się z kilku wielkich
                                                    szklanek Pangalaktycznego Dynamitu Pitnego; Ford i Trillian siedzieli w kącie,
                                                    dyskutując o życiu i wynikających z niego problemach, a Artur wziął ze sobą do
                                                    łóżka przewodnik "Autostopem przez Galaktykę". Doszedł do wniosku, że skoro ma
                                                    tu żyć, lepiej zacząć dowiadywać się czegoś na jej temat.
                                                    Napotkał następujące hasło:
                                                    "Historia każdej głównej Cywilizacji Galaktycznej zwykle przechodzi przez trzy
                                                    oddzielne i łatwe do rozpoznania fazy: prcetnwanie, pytania i wyrafinowanie,
                                                    znane także jako fazy: jak, dlaczego i gdzie.
                                                    Na przykład faza pierwsza charakteryzuje się pytaniem: Jak możemy jeść? druga -
                                                    Dlaczego jemy? a trzecia - Gdzie pójdziemy na lunch?"
                                                    Nie przeczytał nic więcej, ponieważ zabrzęczał interkom statku.

                                                    - Hej, Ziemianinie! Jesteś głodny? - zabrzmiał głos Zaphoda.
                                                    - No, owszem, chyba coś bym przegryzł - odpowiedział Artur.
                                                    - W porządku, chłopcze. Trzymaj się mocno rzekł Zaphod. - Lecimy na małe co
                                                    nieco do restauracji "Na Końcu Wszechświata"!

                                                    K O N I E C

                                                    Dziękuję za uwagę.
                                                  • aard Pierwszy ebuk na RU 03.10.05, 12:07
                                                    to były czasy, eech...
      • jenny_s Re: Cześć i dzięki za ryby :) 28.02.05, 01:08
        Zaiste inicjatywa godna przyklasku. A nawety przyklęku, zważywszy na ilość
        stron.

        Obudź mnie, proszę, jak dojdziesz do Marvina :)
        • huann Re: Cześć i dzięki za ryby :) 28.02.05, 01:56
          łee, znowu kurwakubizm, łeeee......
    • aard WOW! Mamy na RU e-booka! 28.02.05, 12:56
      Którego pewnie nikt nie przeczyta, ale niech tam :)
      • b00g13 Re: WOW! Mamy na RU e-booka! 28.02.05, 13:39
        Tam nikt nie przeczyta! Przeczyta! Jak trzeba będzie to będę podbijał tego wątka
        ad mortem usrandum (co w zaistniałych okolicznościach róna dwu i pół tysiąca
        postom)!
        • szprota Re:Tam nikt nie przeczyta! 28.02.05, 23:31
          no własnie, ja przeczytam :D
    • latajacy_rosomak Autostopem przez galę 02.10.05, 10:30
      A to, to, to, to, co to, to w kinach ostatnimi czasy wywczasy... aaa...
    • h8red Autostopem 05.03.06, 10:47
      Wzięliśmy wczoraj dziewczę, bo zimno było, a Ona nie wiedziała gdzie ma wysiąść.
      • aard a w ilu ją wzięliście? 20.03.06, 18:22
        i czy w Zimnym Dole?
        I czy ona (zwłaszcza jak Was więcej niż dwóch było) szybko wysiadła?
        • kotbert Wysiadła wolno 20.03.06, 19:00
          Muszę się dokładnie obejrzeć w lustrze.
          • szprota to ja potrzymam 20.03.06, 19:50
            lusterko, rzecz jasna.
            • kotbert Liczę 20.03.06, 20:19
              na Twoje silne wsparcie.
              • szprota Moje wsparcie 20.03.06, 20:36
                jest zawsze na twoje usługi, droga Joubert
          • aard to ja służę uwagami w stylu 21.03.06, 09:26
            "kto jest drugą najpiękniejszą na świecie" ;)
            • kotbert Nasze kurwalustro 21.03.06, 12:02
              wzniosło się na takie wyżyny, że można z nim omawiać co najwyżej czubek głowy.
              • fwiftak_bew_wemba_na_pfedzie najgowej 21.03.06, 12:48
                gdy luftro narufy wąb fafu.
    • b00g13 Niekumpentencja - Rob Grant 16.01.07, 14:53
      Artykuł 13199 Konstytucji Europejskiej:

      Żadna osoba nie będzie dyskryminowana w zatrudnieniu ze względu na wiek, rasę,
      wiarę lub niekomputencje.
      -------------------------------------------------------------------------------
      Jak dla mnie lot przebiegł wystarczająco bezwypadkowo, może poza tym, ze
      pilot przypadkowo wylądował na minimalnie złym lotnisku i zapomniał wysunąć
      podwozia, więc musiałem opuścić pojazd wyjściem awaryjnym i zgubiłem buty.

      Byłem już nieco podenerwowany, gdy przeczłapałem się przez odprawę,
      wypełniłem standardowe formularze zagubionego bagażu przy pomocy głuchego jak
      pień pracownika linii lotniczych i zdecydowałem się na trzygodzinną podroż
      taksówką do kraju, w którym zamierzałem wylądować. Podroż kosztowałaby mnie
      miesięczną pensję, gdyby taryfiarz pamiętał o wzięciu ode mnie pieniędzy. Jedyna
      rzeczą, którą chciałem jeszcze, było tylko, by po tym, jak recepcjonista w
      hotelu przestanie zaprzeczać prostemu faktowi istnienia mojej rezerwacji, walnąć
      się do łóżka na millenium lub dwa.

      Tyle, że nie było łóżka.

      Pięścią wywaliłem małą dziurę w ścianie łazienki i wykręciłem numer recepcji.

      Kobiecy glos odezwał się w słuchawce: 'Restauracja, jak mogę panu pomoc?'

      'Dzwoniłem do recepcji.'

      'Cóż... to jest restauracja.'

      'Rozumiem. Czy może mnie pani w takim razie przełączyć do recepcji?'

      'Żaden problem. Proszę czekać.'

      Chwila ciszy, potem sygnał i klik podnoszonej słuchawki. Ten sam piskliwy głosik
      mówiący: 'Restauracja, jak mogę panu pomoc?'

      Zaciągnąłem się wyimaginowanym papierosem i odetchnąłem powoli.

      'To znowu ja.'

      'Przepraszam, z kim pan chciał rozmawiać?'

      'Chciałem rozmawiać z recepcja'

      'No, ale to jest restauracja'

      'Wiem, przez przypadek połączyła mnie pani z restauracji z powrotem do restauracji.'

      'Jak dla mnie to brzmi jak problem z wewnętrzną linia telefoniczna.'

      'No chyba tak.'

      'Połączę pana z House Service'

      'Będę wdzięczny.'

      Raz jeszcze chwila ciszy, potem sygnał i klik podnoszonej słuchawki. Ten
      sam piskliwy głosik mówiący: 'Restauracja, w czym mogę panu pomoc?'

      Powiedziałem jej, w czym może mi pomoc, na co ona zagroziła mi zgłoszeniem
      sprawy do ochrony jako 'przemoc werbalna'. Pożyczyłem jej powodzenia w
      przebijaniu się przez linie i odłożyłem słuchawkę. Mam dziwne wrażenie, ze
      spędzi resztę popołudnia dzwoniąc sama do siebie.

      Nie znalazłem żadnych wiadomości od Klingenferma, jednak, bądźmy
      realistami, szanse na to, ze obsługa hotelowa będzie w stanie przyjąć wiadomość
      i jeszcze na dodatek dostarczyć ją do właściwego pokoju o wskazanej godzinie
      były mniejsze niż zero.

      Następne dwadzieścia minut spędziłem próbując zająć jakąkolwiek względnie
      wygodną pozycję na sofie zaprojektowanej w sposób perfekcyjnie odmawiający
      istocie ludzkiej jakiegokolwiek odpoczynku czy choć minimalnego poczucia
      komfortu, potem stwierdziłem, że lepiej będzie, jak zastanowię się nad
      rozwiązaniem problemu ubrań i reszty niezbędności. Mój bagaż prawdopodobnie
      spędza właśnie niezapomniane chwile na karuzeli bagażowej w Rio de Janeiro, a
      moje buty zapewne zdobią teraz nogi jakiegoś skurwysyna z obsługi naziemnej
      lotniska w Weronie.

      Nie spodziewałem się znaleźć lokalnej Panoramy Firm, więc, kiedy mi się
      jednak udało, ucałowałem ją z uczuciem. Niestety, był to egzemplarz opisujący
      Los Angeles, a ja byłem w Rzymie. Powiększyłem trochę dziurę w ścianie łazienki
      i zdecydowałem się przeszukać wieczne miasto pod kątem butów w skarpetkach.

      Otworzyłem drzwi mojego pokoju. Hotelowy ochroniarz stal tuż przed nimi
      patrząc w zakłopotaniu w notatnik. Na mój widok podniósł głowę, uśmiechnął się i
      odezwał: 'Angielski?'

      Starając się przybrać niemiecki wygląd potrząsnąłem głową.

      'To pokój 407, tak?'

      Spojrzałem na numer pokoju. 407. Spróbowałem znowu potrząsnąć głową,
      możliwie germańsko.

      'Mr Vascular?'

      Było to nazwisko, pod którym aktualnie podróżowałem. Spróbowałem przybrać
      wyraz twarzy, jakbym słyszał je pierwszy raz w życiu.

      'Mam tu skargę na pana. Bardzo poważną. Propozycja seksualnej natury skierowana
      do managera restauracji.'

      Po raz kolejny spróbowałem potrząsnąć głową w obcym języku.

      'Zażądał pan od niej, by się masturbowała przez telefon do pana.'

      Nie do końca. Być może, w pewnym tego słowa znaczeniu, zasugerowałem, by ta
      kobieta odbyła stosunek seksualny sama ze sobą, jednak zupełnie nie w celu
      zadowolenia mojej osoby. Przybrałem mój najbardziej Teutonicznie zakłopotany
      wyraz twarzy.

      'Nie muszę chyba panu tłumaczyć ze tego typu zachowania są zupełnie nie do
      zaakceptowania, muszę pana poprosić o udanie się ze mną do celi, gdzie poczeka
      pan na przybycie policji.'

      Starałem się nie zauważać czarnej, wypolerowanej kabury przymocowanej do jego
      boku, ale chyba mi się nie udało. To zdumiewające, jak nago się czuje człowiek w
      skarpetkach. A już szczególnie w obecności uzbrojonego i umundurowanego
      człowieka. Za seksualną przemoc werbalną groziło wiezienie nawet we Włoszech, a
      tu to była przecież jedna z możliwych karier zawodowych. Nawet jeżeliby nie
      udało się doprowadzić do skazania, to i tak musiałbym spędzić parę dni w celi, w
      towarzystwie paru znudzonych, sadystycznych strażników dla rozrywki noszących
      przy sobie nieokreślonej długości kawałki sprężystej gumowej pały.

      'Myślę, że złapałeś nie tego człowieka, co trzeba' Wykrztusiłem sprytnie
      opuszczając moją germańską przykrywkę.

      'Czy sugeruje pan łapówkę? Zdumiony non sequitur zawahalem się, po czym
      sięgnąłem do kieszeni kurtki.

      'Nigdy w życiu oficerze. Niemniej jednak myślałem właśnie, jak miłym gestem
      byłaby mała donacja na fundusz wdów i sierot służb ochrony.' Wyciągnąłem plik
      banknotów – duży nominał na wierzchu, pod nim możliwie najdrobniejsze. W ten
      sposób zawsze je trzymam... napiwki, żebracy, upierdliwcy, ministrowie. Co tylko
      sobie wyobrazisz. Poręczne.

      Ochroniarz strzelił uprzejmy salut i odmaszerował w dół korytarza. Odczekałem
      kilka minut, po czym wyszedłem z pokoju i skierowałem się do windy. Przyjechała
      prawie natychmiast, co samo w sobie powinienem był odczytać jako ostrzeżenie.

      Dwie godziny i jedno małe podduszenie później winda w końcu zdecydowała
      się wypuścić mnie do holu. Podszedłem do biurka recepcji i spróbowałem złożyć
      zażalenie na bezłóżkowy pokój i bezużyteczność wewnętrznych połączeń
      telefonicznych oraz zdecydowana nadopiekuńczość windy, ale niestety w pracy była
      inna zmiana i recepcjonistą okazał się dziewięćdziesięcioletni facet, który
      potrafił mówić tylko w języku brzmiącym jak polski z kubańskim akcentem.
      Zabrałem mu długopis i spróbowałem narysować łóżko, wydaje mi się jednak, że
      zrozumiał to jako rodzaj miłosnego zaproszenia. Przerażająco wydawał się być
      podniecony tą perspektywą. Poddałem się.
      • b00g13 Re: Niekumpentencja - Rob Grant 16.01.07, 14:57
        Oczywisicie to tylko fragment, ksiazka nie ma tlumaczenia, wiec musialem sam sie
        za nie wziac.

        Wielkie dzieki dla Szproty za udostepnienie polskich czcionek.
        • szprota do usług :) [nt] 16.01.07, 15:13

          • vauban Re: super 17.01.07, 02:03
            Dobrze jest czasem sobie coś poczytać. Inaczej zupełnie wychodzi się z wprawy.
            • szprota a i owszem 17.01.07, 11:07
              nolens volens trza było wręcz czytać ze zrozumieniem!
              • vauban Re: ale wciąż 17.01.07, 11:21
                jestem niepewny, czy to był skrót, czy całość ?
    • huann a dziś jest 25.05.07, 00:56
      Dzień Ręcznika!
      • vauban Re: a dziś jest 06.06.07, 21:17
        Pająka Off Topika !
        www.youtube.com/watch?v=_q5mlb3Bjzs&mode=related&search=
        • huann zjawiskowe /czy to przypadkiem nie cover bitli? 06.06.07, 21:38

          • vauban Re: zjawiskowe /czy to przypadkiem nie cover bitl 06.06.07, 21:43
            Jak najbardziej/ żuki żuki
            • huann Re: zjawiskowe /czy to przypadkiem nie cover bitl 06.06.07, 21:51
              wpadła mi dziś w usta podczas południowego lotu pierwomrówkałagodna.


              nie wiem dlaczego, ale uskrzydliło ją. chyba, ze to nie ona. rozmemłałem i
              odpuściłem skręcając na SE, ale to nieco później.
              • vauban Re: o protomyrmecoidea to nie jest, 06.06.07, 21:55
                Ale za to są jelenie:
                www.youtube.com/watch?v=1YE_j0xIsJA&mode=related&search=
                W ogóle, to Laibacha na Tubie sporo jest i bardzo się z tego ucieszyłem, stąd
                radość ma, tralala, tralala.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka