Nie złożyłam papierów rozwodowych, bo nie chciałam sobie zafundować sądowych
stresów w czasie ciąży. Pomyślałam, że zrobię to później.
Za to skazałam się na życie pod jednym dachem z moim mężem, który nie chce się
wyprowadzić choć ma swoje mieszkanie. Do nie go chyba nie dotarło, że ja
mówiłam serio.. Nie chcę go znowu jak kiedyś pakować i sama wywozić jego
rzeczy, to już kiedyś przerabiałam. Chciałabym, żeby sam się wyprowadził.
Więc żyję z facetem, który gra mi na nerwach i ma mnie generalnie w dupie. Nie
zdarzyło mi się, by podał mi szklankę herbaty czy zapytał to czy jadłam dziś
jakieś owoce. Nigdy się nie zapytał jak się czuję, nie dzwoni do mnie w ciągu
dnia, żeby zapytać co u mnie słychać. Nie przytula mnie, wręcz przecwnie -
unika ze mną kontaktu. Na miłość Boską, przecież to mój mąż, a ja jestem Z NIM
w ciąży!!
Jeśli w ogóle rozmawiamy to kończy się to generalnie awanturą.
Przeszedł mi nawet pomysł przez głowę, żeby spróbować to wszytko od początku
poukładać, tak jak kiedyś, mimo, że nie czuję już do niego miłości. Kiedy
wczoraj zaczęłam o tym rozmowę, żeby w końcu ustalić na czym sama stoję,
skończyła się po 5 godzinach i generalnie trudno ją nazwać rozmową. On cały
czas twierdzi, że chce się dogadać, ale ja nie widzę w nim woli zmiany - wręcz
przeciwnie, jest zacietrzewiony i upiera się, że będzie nadal zachowywał się
tak samo, bo to jego zachowania są dobre, a moje złe...
Dziś wymyślił, żeby planować wakacje. Więc tłumaczę mu, że nie mogę niczego
zaplanować, bo jestem w ciąży i nie wiem czy w lipcu będę się dobrze czuła.
Poza tym jestem i pewnie będę na L4, więc nie mogę daleko jeździć. Oczywiście
skończyło się awanturą, bo on musi zaplanować urlop w pracy, a ja staję
okoniem. I że nie będę się nigdy dobrze czuć, bo się nie chcę dobrze czuć

Jesus, jak mi jest ciężko. Kiedy przypominam sobie wszystkie koleżanki, które
znam i to, jak ich faceci nosili je na rękach kiedy były w ciąży.. Ja jestem z
moją ciążą totalnie sama, choć sama sobie jej nie zrobiłam.
Nie potrafię się zebrać na decyzję, by zanieść ten cholerny pozew do sądu,
choć mam go od miesiąca wydrukowany, boję się tej samotności (choć już de
facto jestem samotna), boję się, że może jednak kiedyś będę żałować. Nie mam
nawet z kim o tym pogadać. Wstyd mi się przyznać przed ludźmi z kim się związałam.
Sorry, że na Was to spadło.